Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1

#1 31-08-2019 o 00h48

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 497

Opowiadanie zainspirowane cyklem Harry Potter autorstwa J.K. Rowling.
Aby zobaczyć źródło grafiki, wystarczy na nią kliknąć.


https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617126153140043791/nazwa.png
PRAWDZIWYCH  PRZYJACIÓŁ  WYBIERA  CZAS


⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤
https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617089905646108716/leakycauldron.gif  https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617089902659764234/gringottsgoblins.gif
https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617090871179083778/diagonalley.gif  https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617090071107076184/disapparition.gif
⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤⭘⬤


https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617126150334054421/fabula.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617156570912129025/tresc.png

https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617126154742136932/postacie.png
   DOC   jako   CORNELIUS   MCLAGGEN
   SOFJA     jako     FITZROY     PERROT


.

Ostatnio zmieniony przez Sofja (31-08-2019 o 02h40)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#2 31-08-2019 o 01h28

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 497

https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617146350710161409/ozdobnik.png

https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617149623907254296/Fitzroy.png
Źródła: Twitter, Twitter, Pinterest, Twitter

                                                                                                                                             

  FITZROY          PERROT         DLA      PRZYJACIÓŁ      FITZ        DWUDZIESTOTRZYLETNI 
  MĘŻCZYZNA      URODZONY   7  PAŹDZIERNIKA   1998   W   LONDYNIE      ZODIAKU     WAGI 
  HETEROSEKSUALNY    CZARODZIEJ    CZYSTEJ    KRWI   W    ZWIĄZKU    NA    ODLEGŁOŚĆ 

BOGINEM   INFERIUS PATRONUSEM   TCHÓRZOFRETKA    PUPILEM   PŁOMYKÓWKA    AVRI 
RÓŻDŻKA   12 ¾   CALA ANGIELSKI   DĄB WŁOS  Z OGONA  TESTRALA NIEZBYT  GIĘTKA  

  SZARONIEBIESKIE   OCZY    SIĘGAJĄCE   ZA  USZY  BLOND  WŁOSY    BLADA   KARNACJA 
  185.5   CM   WZROSTU 73  KG   WAGI SZCZUPŁA   SYLWETKA BRAK   BLIZN   I   TATUAŻY 

  LOJALNY    INTROWERTYK    NIENAWIDZĄCY  TŁUMÓW    GORLIWY   MÓL KSIĄŻKOWY 

                                                                                                                                                                     

https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617515956192804892/ciekawostki.png


.

Ostatnio zmieniony przez Sofja (01-09-2019 o 02h28)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#3 31-08-2019 o 21h50

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 182

https://images-ext-1.discordapp.net/external/Dso8tODpT5Y8W29rnlVvOO7UF79VTjQlsGqwBHfJDnA/https/3.bp.blogspot.com/-jcjvefbgzWY/VkDA0I2eVJI/AAAAAAAA5pU/AQvyEAPRBNs/s1600/barbati-aw15-1.jpg?width=400&height=266


Cornelius McLaggen | 21 lat | Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów - kierownik wydziału poszukiwania zaginionych czarownic i czarodziejów | nadal Sroki z Montrose

Charakter Corneliusa nie zmienił się pomimo upływu lat; wciąż pozostał spokojnym, zrównoważonym Puchonem jak dawniej. Niektóre jego znajomości nie zostały zerwane przez zakończenie szkoły - wbrew pozorom, McLaggen nadal dba o starych towarzyszy.
Bazując na znajomościach ojca i swojej pracowitości, po zakończeniu szkoły Cornelius trafił do Ministerstwa na posadę asystenta jednego z kierowników departamentu niższego szczebla. Stopniowo z upływem czasu jednak awansował, wspinając się coraz wyżej, od asystenta po obecne stanowisko. Jego celem i aspiracją jest zdobyć w końcu posadę dyrektora departamentu... no cóż, dopóty, dopóki jednak żyje obecny, chyba będzie mu o to trudno.
Niegdyś chciał zostać Niewymownym lub aurorem, jednak stopnie mu to uniemożliwiły - w związku z czym zdecydował się przejść do innego departamentu. Po latach przemyśleń stwierdził jednak, że to był słuszny wybór...

Funkcja Corneliusa: Kierownik departamentu wewnętrznego - wydział poszukiwania zaginionych czarownic i czarodziejów

Pracowity | lojalny | ambitny | sprawiedliwy | zasadniczy | ceni swoich przyjaciół | cierpliwy | opanowany | potrafi być dość przykry dla leniwych, kombinujących współpracowników |

Niedawno Cornelius wziął ślub, wiążąc się z zastępczynią departamentu Biura Aurorów, Alicią Dunn; małżeństwo było dyktowane jedynie zdrowym rozsądkiem i korzyściami płynącymi z tego stanu rzeczy - nie jest więc szczęśliwe i udane. Między małżonkami wynikają liczne kłótnie, częstokroć zakończone nieobecnościami Corneliusa w domu.

Ostatnio zmieniony przez Doc (01-09-2019 o 16h39)


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#4 01-09-2019 o 17h10

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 182

Czas to galeony, przynajmniej tak skrzeczały gobliny w Ministerstwie, goniąc się nawzajem do pracy - jednak Cornelius nie mógł się z tym zgodzić w obecnej chwili, biorąc pod uwagę fakt, że obecnie próbował dogadać się z jednym z nich. Otóż wspomniany goblin upierał się, że zniknął jeden z ich kolegów, jakiś Grodek... Grudek... albo Złotek, jak zwał tak zwał. A może Grobek, biorąc pod uwagę fakt, że zniknął w podziemiach Gringotta już jakieś kilka dni temu.
- Dobrze, przekażę tę sprawę do zbadania swojemu zastępcy, osobiście, oczywiście - obiecał, nie kryjąc lekkiego zmęczenia rozmową. Kolega Grobka tylko pokiwał głową, uśmiechnął się, odsłaniając spiczaste zęby, i zniknął - w jednej sekundzie był, w drugiej już nie. Jakaś goblinia magia chyba.
Jednakowoż ta wizyta przypomniała Corneliusowi nader dobitnie, że zapasy eliksirów na podtrzymanie energii życiowej kurczyły się zbyt szybko. McLaggen ze smutkiem zerknął na szafkę, w której chrobotały szklane fiolki po eliksirach - właściwie picie ich stało się dla niego tak powszechne, jak dolewanie sobie mleka do kawy. Dobrze chociaż, że nikt nie posądził go o picie eliksiru wielosokowego... chociaż dzieciaki z sąsiedztwa łypały na niego podejrzliwie i próbowały podejrzeć zza płota więcej szczegółów.
- No to w drogę - mruknął do siebie, podnosząc się z fotela. Chociaż prawdę mówiąc prędzej by wolał w nim zasnąć. Otulić się kraciastym kocykiem, zwinąć w kłębek i nie wstawać aż do wieczora.
Była to nader kusząca wizja, należało to przyznać. Niestety obowiązki musiały zostać spełnione. A poza tym organizm musiał sobie jakoś zrekompensować braki snu - McLaggen wiedział, że gdyby poszedł spać teraz, obudziłby się najprędzej chyba za kilkanaście godzin, nie mówiąc o dniach.
A mugole nadal myślą, że bajka o Śpiącej Królewnie wywodziła się od tego głupiego wrzeciona. Nie, stara wiedźma poiła ją tymi eliksirami... cóż, mam nadzieję tylko, że nie zastanę nad swoją twarzą jakiegoś obleśnego typa, który zechce mnie pocałować.

McLaggen szybko wpakował się do kominka; proszek Fiuu nieznośnie zaszczypał w nos, gdy nabierał oddechu. Sprzątaczka może i zaglądała do jego gabinetu, ale chyba nie w celu sprzątania... chociaż filiżanki po kawie znikały same, więc właściwie kto wie?
- Do Dziurawego Kotła!
W Dziurawym Kotle od razu otrzepał się ze sadzy i kurzu, gdy wylazł z kominka; rzucił starszawej czarownicy sykla za fatygę, zanim poszedł na tyły budynku, zamierzając otworzyć sobie wejście na Pokątną.
Ledwie przekroczył bramę z cegły, od razu przywitał go gwar rozmów; niezliczeni czarodzieje i czarownice tłoczyli się przy witrynach sklepowych, komentując swoje zakupy, najnowsze okazje, wydarzenia... gdzieś ponad nimi widniała siedziba Proroka, zaś Bank Gringotta lśnił białą fasadą niewiele dalej.
- Przepraszam... przepraszam... chcę przejść - mówił już automatycznie, rozpychając się pomiędzy ludźmi - łokciami, nogami, barami. Prawdę mówiąc, McLaggen w tej chwili przypominał goryla na dwóch nogach.
- Patrz, to nowy astroskop, będzie mi łatwiej układać horoskopy dla rodziny...
- A słyszałeś o Farleyach?
- Mama! Mama! Mama! KUP MI, KUUUUP MIIIIII!
Przechodzenie obok Weasleyów było zawsze największą udręką; częstokroć żartownisie, którzy ledwie wyszli ze sklepu, już musieli przetestować swoje najnowsze nabytki na bogu ducha winnych przechodniach. A ostatnio największym hitem były jakieś mugolskie cukierki, które powodowały wzrost jakiejś części ciała. Chyba jakaś czerwona i niebieska.
- Nie, nie chcę żadnych cukierków, proszę się ode mnie odsunąć - to też mówił już z automatu, omijając dowcipnisiów. Z wystawy niemal dosłownie wrzeszczały do niego jadowicie zielono-pomarańczowe plakaty, znad eliksirów miłosnych unosił się lekki, różowawy dymek, zaś pufki pigmejskie turlały się radośnie. O radości, iskro bogów... McLaggen, odwracając głowę, ominął tę szkaradną galerię paskudztw, zmierzając nadal w stronę Gringotta. Lepiej już było oglądać książki o milionie malutkich oczek, wpatrujących się w człowieka podejrzliwie. Ech, coraz większe dziwactwa ludzie wymyślają...

Mijając Sowi Urząd Pocztowy, myśli McLaggena znów skierowały się w stronę Fitza; ostatnimi czasy coraz częściej myślał o przyjacielu, biorąc pod uwagę fakt, że Perrot zniknął, jakby zapadł się w podziemie Gringotta niczym Grobek. Nikt nie mógł go znaleźć, nawet sowy wracały z listami - a to już była dopiero porażka.
Może on by mnie powstrzymał przed tym durnym ślubem.
Niedaleko tego znajdował się już Bank; mały tłumek plotkujących ze sobą czarownic został rozgoniony przez McLaggena, który pruł jak taran, nawet mimo tego, że najwyższa i najmłodsza czarownica była wyższa od niego i ze dwa razy szersza. Nawet ona jednak musiała mu ustąpić - w odróżnieniu od pewnego młodzieńca, który wpakował się do drzwi banku w dosłownie tym samym momencie, co McLaggen.
Co za krępujący moment bliskości.
- Patrz, jak idziesz - burknął zirytowany McLaggen, odsuwając się o krok - dwa do tyłu. - Nie wiedziałeś, że ktoś z lewej ma pierwszeństwo?
Właściwie była to wymyślona przez niego naprędce zasada, ale liczyła się właśnie ta zasada! W imię zasad!


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#5 01-09-2019 o 22h46

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 497

………………………………………...…………………………… https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617146350710161409/ozdobnik.png

       Od zawsze kochał książki. Zarówno te stare, jak i nowe, grube i chude tomy były nieodłączną częścią jego życia i wspaniałym przyjacielem, zawsze gotowym szczodrze podzielić się swoją wiedzą lub też wesprzeć swym towarzystwem. Były ciche, rozumiały i nie zadawały niepotrzebnych pytań o to, po co mu ich aż tyle różnych, traktujących o tym samym temacie. Nie to, co ich sprzedawcy. Ci lubili zagadnąć, zażartować, czy polecić coś więcej, choćby zupełnie Fitzowi niepotrzebnego.
       Tak jak w tamtym momencie, gdy nabywszy dobrych sześć tytułów o różnych zaklęciach gospodarskich, ekspedient z Esów i Floresów spróbował mu wcisnąć najnowszy bestseller autorstwa jakiegoś ponoć znanego magicznego podróżnika. Tak sławnego, że Perrot aż do tego momentu nigdy o mężczyźnie nie słyszał. I musiało odbić się to jakoś na jego twarzy, gdyż w połączeniu z uprzejmą odmową, poskutkowało utratą dobrego kwadransa czasu. Piętnastu cennych minut, przez które sprzedawca usilnie próbował mu wytłumaczyć, jak wspaniała jest to postać. I dlaczego tak warto nabyć to właśnie niezwykłe dzieło za jedyne trzynaście galeonów. Jego ostatnich galenów (a przynajmniej po opłaceniu wybranych książek), które koniec końców zapłacił za święty spokój i zamilknięcie ekspedienta. Sam tomik „Sekretnych Podróży” był zaś tylko darmowym dodatkiem.
       Mam nadzieję, że to nie kolejna autobiografia pokroju „Mojego magicznego ja” – pomyślał, opuściwszy wreszcie Esy i Floresy z paczką książek w ręce. A potem, rozejrzawszy się po zatłoczonej uliczce, skulił się nieco i cicho westchnąwszy, skierował swe kroki ku Bankowi Gringotta. Jednemu z ostatnich miejsc, które tego dnia miał ochotę odwiedzić.
       Mijając kolejne wypełnione magicznymi przedmiotami, eliksirami, czy szatami witryny i kolorowe szyldy sklepów, zastanawiał się, aby czy na pewno potrzebuje jakichkolwiek pieniędzy. I czy ich zdobycie warte jest nie tylko rozmowy z goblinami, lecz i jazdy pędzącym przed siebie i niepokojąco grzechoczącym wózkiem przez skomplikowany labirynt krętych korytarzy. Wprost do własnej krypty, do której klucz otrzymał od rodziców w prezencie na swoje siedemnaste urodziny.
       Tak, muszę kupić Avri jakieś przysmaki – odpowiedział sam sobie, zauważając szyld Magicznej Menażerii. Małego, dusznego, wypełnionego aż po sufit klatkami sklepu, w którym pół roku temu nabył swoją drugą płomykówkę w życiu. Jak się okazało, niezwykle entuzjastyczną i zazdrosną o wszelkie inne sowy. Do tego stopnia, że część z nich odganiała, nie pozwalając im dostarczyć korespondencji, a kilka listów wrzuciła nawet do małego stawu, znajdującego się tuż obok rodzinnego domu Perrota.
       Szkoda tylko, że to najczęściej nie moja korespondencja – dodał smutno i westchnął ciężko.
       W takich chwilach, jak ta nie potrafił nie myśleć o tym, co wskutek swego wyjazdu utracił, gdyż ten, jak i wszystko miał swoją cenę. Za nawiązanie kilku ciekawych znajomości, przeżycie masy niekoniecznie wartych opowiedzenia przygód i poznanie ukochanej, utracił przyjaciela. Najlepszego, jakiego miał i zdecydowanie zbyt dla niego dobrego.
       Powinienem pisać częściej, gdy jeszcze miałem ku temu okazję – kontynuował, przypominając sobie, jak wielkim problemem z dostarczeniem jakiejkolwiek korespondencji okazała się jego często zmieniająca się lokalizacja. A potem nawał pracy i ogromna odległość, wskutek której nawet do rodziny zaczął pisać jedynie sporadycznie. Głównie po to, by przesłać świąteczne życzenia i tym samym, dwa razy w roku poinformować, że nadal żyje i nic go nie pożarło.
       Choć próbowało. I to w sumie nie raz. Corn pewnie miałby ubaw, gdyby się dowiedział, że dałem ukraść i pogryźć swą różdżkę…
       Nie dane mu było dokończyć tej myśli. Pogrążony w swych rozważaniach nawet nie zauważył, iż dotarł pod śnieżnobiały, wyrastającego ponad okoliczne sklepy budynek. Do miejsca, przed którym jak zawsze utworzyła się kolejka czarodziejów i czarownic, chcących załatwić u goblinów tę, czy inną sprawę. I choć odruchowo Fitzroy zajął w niej grzecznie miejsce, skuliwszy się tak, by zajmować, jak najmniej przestrzeni, a także szedł spokojnie do środka, kroczek za kroczkiem, nie był w stanie już dojrzeć spieszącego się czarodzieja. Prącego przed siebie niczym garboróg i zmuszającego wszystkich do ustąpienia mu miejsca.
Tym samym też, blondyn nie dał rady uniknąć dość nieprzyjemnego i niezwykle krępującego ściśnięcia w drzwiach banku. Oraz kilku niespecjalnie miłych słów, które padły z ust wyraźnie zdenerwowanego i dziwnie znajomo brzmiącego mężczyzny. Powołującego się na jakieś najpewniej właśnie stworzone zasady.
       Choć, jeśli powstały po moim wyjeździe, to może ma rację i ja ich po prostu nie znam?
       – Bardzo pana przepraszam – rzekł cicho, dla podkreślenia skruchy schylając nisko głowę i wlepiając wzrok w swoje buty. – Proszę przodem.
       Po tych słowach odsunął się tak daleko, jak tylko mógł przy reszcie czekających na wejście do banku klientów. I jak sądził po ich prychnięciach, sapnięciach i ciężkich westchnięciach, równie niezadowolonych z tego wypadku, co czarodziej.
       – No naprawdę, co za brak kultury – mruknęła po chwili pod nosem dość niska czarownica w wyjątkowo za to wysokim, szpiczastym kapeluszu. Tym samym też potwierdziła przypuszczenia Perrota i sprawiła, że ten poczuł znajome ciepło napływające mu do policzków. Rumieniec wstydu, którego nie był w stanie powstrzymać, tak samo, jak i – pomimo dobrych chęci – nie mógł bez przepychania się puścić jej i całego tłumku przodem.
       – Przepraszam – niemal wyszeptał, tym razem nie kierując tych słów do nikogo konkretnego. I mając nadzieję, że jegomość, na którego obuwie i nogawki przeniósł wzrok, by wiedzieć, kiedy ten raczy wejść do baku, w końcu to zrobi. Z jakiegoś powodu bowiem, pomimo wcześniejszego pośpiechu, niespecjalnie mu się na to zbierało. Stał jak spetryfikowany, jakby spojrzał w oczy odbicia bazyliszka, dojrzał promocję na niuchacze, czy Merlin raczy wiedzieć co.
       – Długo będą panowie tak stać?!
       – No ileż można!
       – Zlitujcie się ludzie! Jak nie kupię żonie Magicznego Bukietu Weasleyów przed jej powrotem z Ministerstwa, to już po mnie!
       Wykrzykiwali kolejni, coraz to bardziej zdenerwowani, niedoszli klienci, podczas gdy wejście nadal jednocześnie było i nie było zablokowane. Aż w końcu, pewien niezwykle wysoki i chudy staruszek, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zwyczajnie się wepchnąć. Popychając przy okazji Fitza i tym samym zmuszając go do ponownego wpadnięcia na mężczyznę. A w ślad za nim ruszyli inni czarodzieje.
       Tym oto sposobem Perrot mimowolnie został zmuszony do nadmiernej i zupełnie mu niepasującej bliskości z masą kompletnie obcych mu ludzi. Oraz wepchnięty do środka banku, wciskając przy okazji doń również tajemniczego czarodzieja.

.

Ostatnio zmieniony przez Sofja (25-10-2019 o 19h44)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#6 03-09-2019 o 16h42

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 182

Kto w ogóle wymyślił, żeby Bank Gringotta miał tak ciasne wejście do środka? Może było to dyktowane względami bezpieczeństwa (albo gobliny nie chciały wizyty jego teściowej, która na szczęście do banku już nie chodziła, bo nie mieściła się w drzwiach), jednak nie oznaczało to, że w miejscu takim jak to miały dziać się sytuacje takie jak ta!
- Bardzo pana przepraszam, proszę przodem - ten cichy głos wywołał w Corneliusie lekkie wyrzuty sumienia; rzeczywiście bywał ostatnimi czasy dość drażliwy i nieprzyjemny i nawet tego nie zauważał. Ale ten głos... był dziwnie znajomy. Prawdę mówiąc, McLaggen miał wrażenie, że właśnie skopał pluszowego misia, przyjaciela z dzieciństwa.
- A pani to mogłaby nie komentować, to też jest niekulturalne - burknął McLaggen, zwracając się do czarownicy od "uwagi o kulturze". Kultura, kultura. Siedząc zamknięty w Ministerstwie i kursując głównie między domem, domem Anabelli i pracą, zdążył zapomnieć już, że na Pokątnej każdy znał się na wszystkim, począwszy od polityki, tresury hipogryfów, golenia i głaskania chorbotków po etykietę. I zamiast wejść do środka, przyjrzał się czarodziejowi, na którego wpadł - jak gdyby licząc, że jakimś cudem go rozpozna po spuszczonej głowie, pozie ofiary, czy ciemnych blond włosach czy nawet ciuchach, które mogłaby nosić połowa Pokątnej.
Chociaż nie, nie mogłaby. Mimo że były eleganckie, sprawiały wrażenie dość znoszonych, jakby mężczyzna nosił ten sam zestaw dzień w dzień od kilku lat. I sądząc po wyglądzie stroju, najwyraźniej coś próbowało go przeżuć każdego dnia, a później wypluć albo pogryźć. Zaś po wyglądzie dłoni patrząc, drobne ranki wskazywały na to, że albo gdzieś często biegł, przedzierając się przez jakieś krzaki, albo był wyjątkowo zapalonym amatorem-pasjonatem niebezpiecznej odmiany ogrodnictwa. Ewentualnie bardzo często zacinał się papierem.
Może to lubił. Znaczy zacinanie się papierem. Bo raczej wątpliwe, żeby z takim wyglądem pracował na mugolskiej albo czarodziejskiej poczcie.
Do większych wniosków nie mógł już dojść, gdyż wściekły tłum wziął sprawy w swoje ręce - na szczęście dość łagodnie. Zawsze przecież mogliby zostać potraktowani jakimiś zaklęciami, zlinczowani i zawieszeni na szyldzie najbliższej czarodziejskiej garbarni czy coś w tym stylu. A była taka sprawa, chyba w 2019... tak czy owak czarodzieje niekiedy udowadniali, że ich zdenerwowania lepiej nie lekceważyć.
A ty udowadniasz, że twoja praca za bardzo rzuca ci się na mózg, zabrzmiał w jego głowie głos Alicji.
Czując na sobie ciężar pechowego czarodzieja, na którego wpadł w drzwiach i który teraz wpadł na niego pod wpływem tłumu, musiał sam wejść do środka. To nic, że łańcuszek od zegarka mu się zahaczył o guzik tamtego mężczyzny pod wpływem popchnięcia. Przy okazji oberwał w pewne miękkie i wrażliwe części ciała ostrymi kantami książek - aż łzy napłynęły mu do oczu, a krok stał się wymagającym wyzwaniem, wymagającym nie zgięcia się w precel z bólu.
Czy ktoś wymyślił na tę okazję jakieś zaklęcie?
Przynajmniej obaj cel osiągnęli - dość skutecznie, w końcu przecież weszli do banku. Tuż po tym pociągnął nowego przybysza za ramię, odsuwając go poza nurt wlewających się do środka czarodziejów i goblinów. Gdyby teraz zegarek im wypadł, to pewnie koszmar o zbiorowym wymierzaniu sprawiedliwości na środku banku stałby się rzeczywistością. Ku uciesze goblinów.
To nic, że bolało nadal - przynajmniej mógł stanąć w lekkim rozkroku i umierać w środeczku z godnością.
- Proszę mi wybaczyć, ale... padł pan ofiarą uprowadzenia? - zapytał łagodnie, ostrożnie wyplątując swój zegarek z guzika pechowego czarodzieja. - Ewentualnie przemocy? Czy jakieś zwierzę pana zaatakowało? Nie chciałbym wysuwać pochopnych wniosków, ale... - zawiesił głos, unosząc wzrok. Wcześniej nieszczególnie mu się przyglądał - dopiero teraz dostrzegł twarz mężczyzny.
Szczupłą, o łagodnych rysach... i zdziwionym, jakby nieco zaspanym spojrzeniu, które tak dobrze znał. Pomijając to, że Fitz miał podkrążone oczy, co przy jego cerze jeszcze bardziej podkreślało ogólny obraz nędzy i rozpaczy.
- Kto cię porwał? Gdzie? Kiedy? Dlaczego nic nie pisałeś? - w okamgnieniu zasypał Fitza pytaniami. To nic, że niektóre pytania były nielogiczne, jak na przykład to o tym, dlaczego Fitz nic nie pisał - w obecnej chwili McLaggen przypominał ucieszonego szczeniaczka, który ledwie co zacząłby machać ogonkiem. Prawdę mówiąc, jedyne co mu przypominało o tym, że dzisiejszego dnia miał pecha to ból, który nadal nie przeminął.
- W jaki sposób uciekłeś? Gdzie byłeś? Czy mam już rozesłać listy gończe?


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#7 04-09-2019 o 02h52

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 497

………………………………………...…………………………… https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617146350710161409/ozdobnik.png

       Czarodzieje nie powinni nosić różdżek w kieszeniach tylnych spodni. To była pierwsza podstawowa zasada przetrwania, którą zdaniem Fitza powinni przekazywać swym pociechom dumni rodzice. No, chyba że woleli, by te pewnego dnia w dość efektowny sposób pozbyły się swych czterech liter. Ewentualnie zmieniły je w coś niespodziewanego i zabawnego jak na przykład włochaty naleśnik. Albo bekająca, gigantyczna brzoskwinia, czego światkiem był ponoć jego dziadek i o czym uwielbiał wspominać podczas każdej z rodzinnych kolacji.
       Przekraczając mimowolnie próg banku, Perrot doszedł do wniosku, że jego magiczni rodacy nie powinni również dzierżyć różdżek w dłoniach w ciasnych miejscach. Łatwo było bowiem wówczas wbić komuś ten przedmiot boleśnie w plecy. I połamać go lub też – jak stało się, gdy kilka osób zachwyconych widokiem przestronnej, marmurowej sali wręcz rzuciło się ku długim kontuarom – na skutek popchnięcia doprowadzić do wybuchu. A tym samym, przy akompaniamencie ledwo słyszalnego trzasku, spowodować, że sięgające dotąd za uszy włosy Fitzroya zaczęły rosnąć w naprawdę szybkim tempie. Wydłużając się o jakiś cal w ciągu dziesięć minut.
       W tamtym momencie czarodziej nie znał jednak jeszcze skali wypadku i prawdę powiedziawszy, w ogóle nie zwrócił na niego uwagi, gdyż efekt poza nabitym przez różdżkę siniakiem, był na razie praktycznie nieodczuwalny. A myśli Perrota zostały skutecznie odciągnięte od wszelkich związanych z tymi magicznymi narzędziami tematów przez tegoż samego tajemniczego jegomościa, z którym od ściśnięcia w drzwiach to wszystko się zaczęło.
       Mężczyzna nie tylko odciągnął go na bok, lecz również z jakiegoś wyłącznie znanego sobie powodu, postanowił zadać mu kilka dziwacznych pytań. O porwanie, przemoc i atak ze strony jakichś zwierząt. Tak, jakby przeprosiny, skrucha, czy wyraźnie zaznaczony postawą brak chęci brania udziału w tej rozmowie, były niezbitym dowodem na którekolwiek z nich.
       Albo wskutek zarwanej nocy mam już ze zmęczenia halucynacje, albo to jakiś bardzo kiepski dowcip – pomyślał, starając się nie spoglądać na mężczyznę o dziwnie znajomym głosie, jak na kogoś, kto powinien natychmiast odwiedzić jeden z oddziałów Szpitala Świętego Munga. Zamiast tego, uprzejmie wyczekując momentu, w którym mógłby zaprzeczyć, przeniósł swe pełne zdziwienia spojrzenie na widocznego ponad ramieniem mężczyzny goblina. Starannie odważającego na małej, mosiężnej wadze stosik złotych galenów i srebrnych sykli.
       Ale biorąc pod uwagę, że gobliny wyglądają normalnie, chyba pierwsza opcja odpada – dodał dokładnie w momencie, gdy trybiki w głowie szanownego czarodzieja zaskoczyły i najwyraźniej Fitza rozpoznały. Mężczyzna zdecydował się bowiem niespodziewanie przejść na „ty”. Śpiewki jednak nie zmienił, nadal pozostając w temacie porwań. I zasypując byłego Puchona prawdziwym gradem pytań, po których między dżentelmenami nastała przydługa chwila niezręcznej ciszy.
       – Przepraszam, co? – wykrztusił w końcu kompletnie zbity z tropu Perrot.
       Niestety pomimo dokładnemu przyjrzeniu się rozmówcy, czy jego zachowaniu przez chwilę przywołującemu na myśl niuchacza, który odnalazł skarbiec pełen złota, nadal zupełnie nie miał pojęcia, kim czarodziej jest. I dlaczego miałby do niego pisać o jakiś uprowadzeniach. Zwłaszcza że nie przypominał sobie, by w ostatnim czasie dorobił się jakiś potężnych wrogów o psychopatycznych skłonnościach.
       – Bardzo mi przykro, ale musiała nastąpić jakaś pomyłka. Zapewniam pa… – urwał nagle, dostrzegając w minie jegomościa przebłysk czegoś znajomego. Na tyle, by raz jeszcze dokładnie zmierzyć go wzrokiem. Od jasnych, zaczesanych do tyłu włosów, przez przystojną twarz o starannie przystrzyżonej brodzie, aż po niezwykle szykowne odzienie, na którym doszukanie się jednej odstającej nitki, czy zagniecenia było wręcz niemożliwe. Ot miał przed sobą przykład kogoś, kto samym uśmiechem mógłby zdobyć serce niejednej panny.
       I pewnie jeszcze zaraz okaże się, że czuje się na miotle niczym kelpia w wodzie i jest w stanie „przerzucić kafla przez obręcz z połowy boiska” – pomyślał, wspominając usłyszany podczas jednego z wieczornych patroli tekst, którym lata wcześniej pewien Krukon starał się zrobić wrażenie na Ślizgonce. Ku jego nieszczęściu próba ta skończyła się jedynie szlabanem i utratą piętnastu punktów przez obydwa domy.
       A ja czemuś całą noc zastanawiałem się, czy to w ogóle możliwie i w końcu postanowiłem spytać o to Corneliusa.
       Wspomnienie imienia utraconego przyjaciela spowodowało, że momentalnie zamarł, wreszcie zaczynając rozumieć z kim ma do czynienia. Dostrzegać pod brodą znajome rysy i odczuwać ogromną, niepodobną do niego chęć radosnego wyściskania McLaggena.
       – Corn! – niemal wykrzyknął, zwracając tym samym uwagę kilku najbliższych goblinów, które zmarszczyły nosy i spojrzały na niego groźnie w oznace swego niezadowolenia. A najstarszy z nich nawet pogroził mu długim, chudym palcem.
Fitz był jednak zbyt zachwycony widokiem Corneliusa, by w ogóle zwrócić na którąkolwiek z tych reakcji uwagę. Prawdę powiedziawszy w tamtej chwili nie zauważyłby chyba nawet przybycia setki dementorów, dopóki któryś z nich nie położyłby swej przerażającej dłoni na jego ramieniu. A to było już coś!
       – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę. Raz jeszcze przepraszam za tę akcję w drzwiach. Akurat myślałem o tobie i… – przerwał, przypominając sobie większość pytań, którymi zasypał go mężczyzna. I ich jednostajną, zupełnie nielogiczną tematykę.
       – Czemu tak uparcie zakładasz, że mnie porwano? – spytał, poważniejąc, by zaraz potem odgarnąć włosy wchodzące mu do oczu nagle znacznie bardziej niż zwykle.

.

Ostatnio zmieniony przez Sofja (25-10-2019 o 19h44)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#8 04-09-2019 o 22h32

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 182

Gdyby Fitz wypowiedział swoje myśli o nienoszeniu przez czarodziejów różdżek w tylnych kieszeniach spodni, Cornelius niewątpliwie by się z nim zgodził, zwłaszcza że osobiście (napupnie? napośladkowo?) się o tym przekonał, kiedy różdżka przepaliła w jego spodniach nienaprawialną dziurę, o której McLaggen nie wiedział ku uciesze pozostałych uczniów, dopóki nie upomniała go zdenerwowana profesor McGonagall. Za drugim razem, cóż - zamienił się w chorbotka i stał się obiektem niewybrednych żartów kolegów ze starszych klas, dopóki ktoś nie wpadł na pomysł, że gigantyczny grzyb, kwitnący radośnie na szkolnym dziedzińcu nie jest raczej normalnym widokiem... w rodzinie zaś szeroko rozniósł się mit dziadka Claya, który pod wpływem różdżki, umieszczonej w tylnej części ciała zamienił się w niejakiego Winicjusza Borage'a, brata Aspiryncjusza i Libacjusza, tego słynnego twórcy najbardziej nudnego podręcznika do eliksirów dla najbardziej zaawansowanych (lub nie).
Albo zawsze był Winicjuszem, tylko udawał kogoś innego?
Chociaż dziadek zapierał się że nie, to im bardziej Cornelius był starszy, tym bardziej zastanawiał się, czy dziadek nie kłamał. Może działał pod jakąś czarodziejską przykrywką? Właściwie to nie byłoby niczym dziwnym. A najbardziej podejrzane w tym wszystkim było już to, że dziadek nader często w okresie 1940-1945 wyjeżdżał do Francji i wracał właściwie ze wszystkim, co się dało przywieźć - od francuskiego wina po ruskie koniaki i inne alkohole czy nawet jakieś mugolskie obrazy i rzeźby, na których później zbijał od goblinów niezły interes. A przyjeżdżał zawsze rowerem, chociaż wyjeżdżał bez.
Chytry był ten dziadek...
Nie sposób było nie zauważyć, że ten czy tamten delikwent, będący aktualnie petentem banku, również praktykował trzymanie różdżki w tylnej kieszeni spodni - nieliczne eksplozje czy nagle rosnące włosy Fitzroya były niemal namacalnym tego dowodem.
- Przepraszam, co? - głos mężczyzny był ewidentnie głosem Fitza. Nadal głosem zagubionym, spokojnym, jakby Perrot chciał powiedzieć "panie, idź pan, co mnie tu pan insynuujesz". To jednak nie zniechęciło McLaggena.
- ...musiała nastąpić jakaś pomyłka...
- Jaka pomyłka? - żachnął się Cornelius. - Zamienić cię w imbryk, żebyś sobie przypomniał? Jeśli imbryk nie zadziała, to rzeczywiście chyba się pomyliliśmy.
Na szczęście nie musiał tego robić - ręka nie zdążyła nawet zanurkować do kieszeni szaty, gdy jego rozmówca szybciutko przypomniał sobie, z kim miał do czynienia. Zdumiewające, jak sięgnięcie dłonią do odpowiedniego miejsca potrafiło przypomnieć innym, że jednak coś wiedzą, pamiętają, coś tam widzieli lub słyszeli...
Na przykład palec w ranie po mugolskim pistolecie lub dłoń oparta wymownie na legitymacji z Ministerstwa... bądź aktach sprawy.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę. Raz jeszcze przepraszam za tę akcję w drzwiach. Akurat myślałem o tobie i... - McLaggen niemal się roztopił, słysząc tę gorącą deklarację.
- Wiem, wiem. No a co do porwania... po prostu martwiłem się, że nie dajesz znaku życia, nic nie piszesz, nic nie mówisz... a ciebie akurat chyba nietrudno byłoby w ogóle porwać. Wystarczyłoby powiedzieć ci, że ktoś odkrył nowy gatunek superniuchacza. - dodał żartobliwie, sięgając jednak po różdżkę.
- Finite Incantatem. - mruknął, celując we włosy Fitza. Już mu urosły do pasa. - Wyglądasz jak członek Jęczących Jędz... czy jak one się tam nazywały. Piekielne Jędze? Przerażające Jędze? - zaczął zastanawiać się na głos, zanim pociągnął Fitza do kontuaru. - Nieważne. Wyglądasz jak jakiś hippis z lasu. Nie mów mi, że tam się schowałeś przed całym światem? Jeśli tak, to chyba się obrażę...
- Panowie w jakiej sprawie? - przerwał im obcesowo goblin, wychylając się zza swojego kontuaru. Wyglądał, jakby miał im zaraz na głowę zrzucić zawartość swojej wagi - a w szalach leżały kamienie szlachetne rozmiaru smoczych jaj. Chyba. Na miłość boską, skąd te kopalniane orki to wytrzasnęły? Ten rozmiar brylantów mógłby chyba ich obydwóch zabić na miejscu z wysokości dwóch metrów.
- Ja do krypty... znaczy skrytki... 116. McLaggen. - mruknął McLaggen, grzebiąc po kieszeniach. No, gdzie to diabelstwo się schowało... tuż po tym pomachał kluczykiem przed goblinem.
- Po tym muszę iść do księgarni i sklepu z magicznymi przedmiotami użytku codziennego... idziesz ze mną? - zagadnął Fitza. - Żona koniecznie uparła się, że chce dywan... no to dostanie dywan. Z Nokturna - dodał złowieszczym tonem.


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#9 05-09-2019 o 19h56

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 497

………………………………………...…………………………… https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617146350710161409/ozdobnik.png

       Początkowo słysząc o superniuchaczu jako idealnej przynęcie, by zwabić go w pułapkę, Fitz chciał zaprotestować. Powiedzieć, iż nawet on nie jest aż tak naiwny, a odpowiedni wabik wymagałby czegoś więcej, najlepiej emocjonalnego zaangażowania. Na przykład poprzez obietnicę zdradzenia Perrotowi sposobu na pomóc któremukolwiek z członków jego rodziny lub przyjaciół. Jednak im dłużej myślał na tym tematem i im częściej musiał odgarniać swe włosy, by w ogóle coś widzieć, tym mocniej zbliżał się do wniosku, że niestety Cornelius miał rację. Nie istniało bowiem coś takiego jak superniuchacze. I ich odkrycie było tak mało prawdopodobne, że aż niebezpiecznie zakrawało na złamanie Zakazu Hodowli Eksperymentalnej. Tym samym czyniąc tę sprawę wartą dokładniejszego zbadania ze względu na los tych biednych stworzeń. A także możliwą konieczność nasłania kontroli z Ministerstwa Magii na najpewniej chcącego sobie dorobić kosztem niewinnych niuchaczy czarodzieja.
       – A słyszałeś o jakimś, czy wymyśliłeś go dla przykładu? – spytał koniec końców z absolutną powagą, akurat w momencie, gdy Corn postanowił skutecznie powstrzymać dalszy wzrost jego włosów.  I tym samym uratować go przed potykaniem się o nie, gdyż Fitzroy zbyt skupiony na trosce o niuchacze nawet nie był w stanie pomyśleć o jakimś przeciwzaklęciu.
       – Dzięki. I to chyba Feralne Jędze były – zdołał jeszcze wykrztusić, nim McLaggen pociągnął go do kontuaru, kontynuując przy tym swój wywód na temat jego wyglądu. I dodając przy okazji kilka słów, przez które Perrot poczuł ogromny przypływ wyrzutów sumienia i szczerą ochotę, by zapaść się pod ziemię. Lub też dać się porwać. Komukolwiek i czemukolwiek. Przynajmniej wówczas miałby jakąkolwiek wymówkę.
       – To nie zawsze był las… – zaprzeczył niemal szeptem, lekko zarumieniony ze wstydu i nie do końca pewny swego stwierdzenia. W końcu, nawet jeśli przez większość czasu otaczały go jakieś drzewa, niekiedy było ich zwyczajnie zbyt mało, by zasługiwać na takie miano, jak choćby i mała knieja. Przynajmniej zdaniem Fitza.
       I kim lub czym jest ten hipis? Brzmi dziwnie Mugolsko… I związanie z przyrodą, najpewniej florą. To jakieś ich określenie na magibotanika? – zastanawiał się, podczas gdy siedzący za ladą goblin przyglądał mu się z jawną niechęcią. Chyba, gdyż przez swą nową fryzurę nie za wiele widział.
       Tak, to na pewno to. W sumie to całkiem miły komplement!
       Tym razem jednak Fitzowi niedane już było Cornowi podziękować, ani też udzielić jakiejkolwiek więcej odpowiedzi. Zniecierpliwione stworzenie bowiem (które wyraźnie nie miało zamiaru wysłuchiwać wymiany zdań dwójki dziwacznych czarodziejów) postanowiło interweniować. W końcu czas był dla niego wart galeony, a jego właśnie przepadały dziesiątkami!
       – A pan? – zapytał bankier, siląc się na uprzejmy ton, przez co jego słowa zabrzmiały trochę tak, jakby właśnie połknął gigantyczną muchę. Jednocześnie ręka stworzenia sięgnęła ku kolejnego ogromnemu rubinowi, który dołożył groźnie na jedną z szalek, uzyskując tym samym idealną równowagę. I udowadniając wszystkim, że waga jest wzmocniona magicznie, gdyż w przeciwnym wypadku nie byłaby w stanie utrzymać takiego ciężaru.
       – Dzień dobry, ja również przyszedłem pobrać trochę pieniędzy ze skrytki. 117, nazwisko Perrot – odparł cicho i spokojnie, jednocześnie odkładając na kontuar dzierżone dotąd dzielnie książki, by móc swobodnie sięgnąć do kieszeni swych spodni. I wydobywszy stamtąd niewielki złoty kluczyk, podać go goblinowi, aby mógł on zostać dokładnie obejrzany i skontrolowany. Ponad sto razy. Tak jakby stwór nie dowierzał, iż ten oto długowłosy jegomość o podkrążonych oczach, poranionych dłoniach, ubrany w znoszone ciuchy, może być prawowitym właścicielem całej zawartości wymienionego skarbca.
       Trwało to tak długo, że Fitz czując tworzącą się za nim kolejną kolejkę, już chciał nawet zaproponować obejrzenie swej różdżki, jako potwierdzenie tożsamości, lecz bankier go uprzedził. O dziwo wcale nie prosząc o ten magiczny przedmiot.
       – Chyba jest w porządku – stwierdził, oddając klucz jego właścicielowi. A raczej chwilowemu dzierżawcy biorąc pod uwagę sposób postrzegania prawa własności przez te stworzenia.
       Zaraz też odwrócił się w lewo, by móc jak to goblin, grzecznie i uprzejmie poprosić swego kolegę o obsługę jednego z wózków.
       – Maruda! Zaprowadź panów do ich skarbców! Natychmiast! – wykrzyknął tak głośno, że usłyszał go chyba cały bank.
       – I następny proszę!
       Fitzowi nie trzeba było tego dwukrotnie powtarzać. Nie chcąc po raz kolejny wywołać wśród czarodziei żądzy mordu, zupełnie zapominając o wartych szesnaście galeonów tomach, czym prędzej skłonił się i złapawszy Corna za nadgarstek, odciągnął go od kontuaru. Jednocześnie drugą dłonią przytrzymywał odgarnięte włosy tak, by cokolwiek widzieć. A te niestety nie chciały współpracować i pozostawać grzecznie założone za uszami.
        Trzeba by je chyba związać – pomyślał, przystanąwszy obok części lady, gdzie gobliny przygotowały do odważenia kilka złotych sztabek, w których udało mu się przejrzeć. Niestety było to zbyt niewyraźnie lusterko, by móc obciąć się przed nim nie pozbawiając się przy tym kawałka ucha. I nie doprowadzając bankierów do szału walającymi się po marmurowej posadzce włosami oraz brudzącymi ją wielkimi plamami krwi.
       – Jeśli chcesz, to pójdę z tobą – zapewnił Corna, próbując związać włosy w supeł bez żadnych zaklęć. Używanie czarów w tym banku, przy wszystkich jego niwelujących magię zabezpieczeniach było zdaniem Fitzroya zwyczajnie bezsensowne. W niemal każdej chwili przejażdżki kolejką o jedynej słusznej prędkości jego fryzura mogła powrócić do formy obecnej, jak i tej sprzed przekroczenia progu Gringotta. Osobiście zdecydowanie wolał tę drugą opcję. Zwłaszcza że i w stanie przed wypadkowym uważał swe włosy za nieco zbyt długie. Takie jednak najbardziej podobały się Livii.
       – Tylko czy Nokturn nie jest trochę… Wiesz, nielegalny? Jesteś pewien, że to właśnie TAM chcesz kupować dywan? Mugole mają teraz całkiem spory wybór takich przedmiotów w swoich sklepach – dodał szeptem, przypominając sobie złowieszczy ton McLaggena. I dochodząc do wniosku, że wspomniana ŻONA wyraźnie musiała mu czymś podpaść.
       Tak, jak i ty. Tylko czekać aż zamknie cię w krypcie i wyrzuci klucz. Jak będziesz miał szczęście, gobliny znajdą cię za dziesięć lat. Jak nie, za piętnaście – przebiegło mu przez myśl, sprawiając, iż poczuł spływający mu po plecach zimny pot. Ten plan wydawał się wręcz zbyt idealnym morderstwem. Szczególnie że tutejszych bankierów wbrew pozorom wcale nie tak trudno było przekupić, jeśli miało się coś wystarczająco wartościowego. Najlepiej goblińskiego. A ktoś wywodzący się z tak starego rodu, jak Corn mógł posiadać cały skarbiec pełen tego typu przedmiotów.
       Daj spokój Fitz, Corn taki nie jest. On tylko żartuje, tak jak z imbrykiem. Na pewno nie zrobiłby celowo nic złego tobie lub swojej żonie… A w ogóle to OD KIEDY on ma żonę?!
       Tylko ugryzienie się w język powstrzymało go przed wypowiedzeniem tego pytania na głos. I całej lawiny mu podobnych. Kiedy bowiem Fitzroy widział Corneliusa po raz ostatni, ten nie posiadał nawet narzeczonej. Co więcej, spotykał się z Lukiem, kimś zdecydowanie niebędącym kobietą, a tym samym i niemogącym zostać żoną młodszego blondyna.
       No, chyba że to takie oficjalne określenie, by nie gorszyć niepostępowej rasy. Może w tych kwestiach gobliny są naprawdę mało tolerancyjne? – zastanawiał się, jednocześnie próbując wypatrzeć nadchodzącego Marudę.
       Jak się po krótkiej chwili okazało, był to wyjątkowo niski i chudy, przygarbiony stwór zdecydowanie zasługujący na swe miano. Jego mina nieustannie była bowiem wykrzywiona w grymasie niezadowolenia, a usta poruszały się, wyraźnie wskazując na rzucane pod nosem, dość cięte komentarze. I jakby tego było mało, ciągnąca się przez środek głowy goblina łysina i jego fryzura oraz sunący za nim po posadzce stary frak tylko dopełniały tego obrazu. Przywołując byłemu prefektowi na myśl jedną z niewielu znanych mu równie niezadowolonych ze wszystkiego osób. Argusa Filcha. Szkolnego, niemal niezniszczalnego woźnego.

.

Ostatnio zmieniony przez Sofja (25-10-2019 o 19h44)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#10 11-09-2019 o 23h26

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 182

Cornelius, widząc wyraz twarzy Fitza, jedynie uniósł brew w lekkim uśmiechu satysfakcji. No czyż nie miał racji? W takich momentach czuł się prawie jak wyrocznia. Sybilla albo Kasandra jakaś.
Tylko nie Trelawney.
I miał rację. Fitz dałby się na to złapać, mimo wszystko. Na swój sposób ta naiwność była w nim urocza.
- Właściwie to znajomy z Komisji Eksperymentalnych Stworzeń opowiadał mi o przypadku, gdzie jakiś czarodziej wyhodował zionącego ogniem niuchacza, który jednocześnie rzucał się na biżuterię sąsiadów i jednocześnie odstraszał wszystkich zainteresowanych, próbujących odzyskać swoją własność - odparł z powagą McLaggen. - Skończyło się na tym, że jakiś prezes mugolskiego banku się wkurzył, zgłosił zionącego ogniem szczura, nikt mu nie uwierzył oczywiście... trzeba było wzywać Amnezjatorów i kilku ludzi z Wydziału Zwierząt. Po tym nikt nie chciał wsiąść z tym facetem do windy, bo oczywiście niuchacza trzeba było przewieźć do Ministerstwa... - nie dokończył niestety, gdyż goblin postanowił wkroczyć do akcji. Jego wyraz twarzy i stanowczość w obchodzeniu się z rubinem i szalką wskazywały, że nachętniej by im to zrzucił na głowę. Właściwie to McLaggen mu się nie dziwił. Gobliny zawsze były drażliwymi stworzeniami, stanowiąc mieszankę Argusa Filcha z panią Pince. Przynajmniej pod kątem charakteru. McLaggen byłby gotów się założyć, że ich dzieci - gdyby takowe mieli - z całą pewnością przypominałyby gobliny.

- Możemy iść razem do księgarni i na Nokturna - zgodził się McLaggen, obserwując wysiłki Fitza. W tej chwili zastanawiał się, czy przyznać się do tego, że siostry w dzieciństwie zaplatały mu warkoczyki; z jednej strony były to tylko dziecięce zabawy, a z drugiej... a z drugiej jakoś wstyd było się do tego przyznać, ot co. Widział ktoś kiedyś dorosłego faceta, zaplatającego drugiemu facetowi warkocze? Zwłaszcza w banku?
Otóż nie. I zdaniem McLaggena coś podobnego było ujmą na honorze - a przez głowę Corneliusowi nie przemknęła nawet myśl, że mógłby wytłumaczyć się dwoma prostymi słowami - "mam córkę".
Ale taka myśl mu nie przyszła do głowy - natomiast rozejrzał się wokoło, czy nikt na nich nie patrzy. Rozmyślnie przy tym olał spojrzenia goblinów. Na szczęście żaden czarodziej się w niego nie wpatrywał, nikt im się nie przyglądał... najwyżej mogli uchodzić za ekscentrycznych dziwaków, którzy przez całe lata zbijali swój majątek i nie zamierzali przepisać go w testamencie swoim żądnym bogactw krewnym, a ślub wzięli tylko dla niższych podatków.
- Wiem, że jest nielegalny, ale gdybyś tylko słyszał narzekania mojej żony, to byś już był gotów kupić ten dywan nawet u Borgina i Burkesa. - mruknął niechętnie, zachodząc Fitza od tyłu. - Wyprostuj się.
Tuż po tym ujął długie włosy Perrota, zamierzając spleść je w warkocz.
- "Corneliusie, ten kolor to jest taki zgniły groszkowy z kapustą - zacytował prześmiewczym tonem głos małżonki, splatając pierwsze kłosy. - Jak możesz uważać, że to szmaragdowy lub nawet pistacjowy? To koło pistacjowego oczywiście nie stało. A to, co pokazujesz, to seledynowy. Mniej więcej to kolor twarzy Colma po twoich obiadach. A przy okazji, jeśli mówimy już o obiadach, to szukam bogato zdobionego dywanu, coś w stylu ruski mieszany z barokiem i rokoko... to, co jak do tej pory znaleźliśmy, przypomina właśnie owsiankę Colma".
Kiwnął tylko do goblina, który się pojawił po chwili; pracownik banku miał tak skwaśniały wyraz twarzy, jakiego McLaggen jeszcze nie widział.
- A wracając do tematu, to im dłużej szukałem tego dywanu, tym bardziej miałem ochotę zawinąć w niego swoją żonę, wsadzić dywan do kominka i wysłać ją gdzieś proszkiem Fiuu jak najdalej. Albo po prostu podłożyć coś na podpałkę i wyjść z domu na jakieś kilka godzin - dodał gderliwym tonem, kończąc zaplatanie warkocza Fitza. Tuż po tym owinął warkocz wokół szyi Perrota, jak wyimaginowaną pętlę. Tuż po tym elegancko przewiesił przez ramię Fitza resztę warkocza.
Cóż, gdyby istniała jakaś bogini o wyraźnie męskich rysach i byłaby patronką niuchaczy i naiwności, z pewnością miałaby twarz Fitza. I stare, wytarte szaty w jego stylu.
- Chyba moje upodobanie do mugolskich i czarodziejskich kryminałów oraz czytanie akt spraw zaginionych do poduszki za bardzo działa na moją wyobraźnię - dodał w lekkim uśmiechu, odsuwając się od Fitza. Tuż po tym poczłapał za goblinem, mimowolnie nieświadomie naśladując jego krok - powolne, leniwe człapanie.

Człap.
Człap.
Człap.

Wózek, którym Cornelius i Fitzroy mieli wybrać się w podróż w podziemia Gringotta, okazał się jeszcze mniejszy niż McLaggen zapamiętał z dawnych lat. A może to on był taki mały? Pamiętał jeszcze te czasy, kiedy mógł się bez problemu zmieścić z ojcem w wózku i nikt nie robił z tego powodu problemów...
Tak czy owak okazało się, że obaj - po wejściu do wózka - mieli kolana gdzieś pod samymi uszami. A żeby się nie stykać ze sobą większą powierzchnią ciała niż tylko ramionami (co było wręcz wybitnie trudnym zadaniem), obaj musieli się w sobie skurczyć, stać się wręcz mężczyznami kompaktowymi, facetami kieszonkowymi. Do tego wszystkiego jeszcze w wózku trzeba było upchnąć goblina.
- Jest tu może jakiś Wodospad Złodzieja? - zapytał z nadzieją McLaggen, zwracając się do Marudy. Otóż może i włosy Fitza przestały rosnąć jakąś chwilę temu, wciąż jednak nadal były długie. Bardzo długie. Mimo warkocza.
A to oznaczało, że trudno było je upchnąć w miniaturowym wózku, zaś jeszcze trudniej było ich czymś nie przydeptać. Najwygodniej byłoby całego warkocza chyba wyrzucić poza przestrzeń wózka, by furkotał sobie swobodnie na wietrze - McLaggen jednak nie chciał wyobrażać sobie sceny, w której warkocz wplątałby się w kółka wózka, szyny, tory czy cokolwiek innego.
- Swoją drogą te wózki przypominają mi sprawę takiej mugolskiej aktorki, Isadory Duncan... - zaczął swobodnym tonem, wpychając głębiej warkocza pod siedzenie.
Tak, dla McLaggena ostatnimi czasy najbardziej chodliwym tematem były zniknięcia i zgony. Jeśli miały dziwaczny motyw, tym lepiej.
- Mamy - odparł niechętnym tonem goblin, przypatrując im się krytycznie. Zapewne miał ochotę dodać "i założę się, że obaj wypłyniecie z tego wózka na samo dno banku, gdzie nikt nie będzie was szukać", na szczęście się powstrzymał. Zamiast tego uruchomił wózek, który wystartował z miejsca jak gumochłon na wyścigu po sałatę.
Obu czarodziejom niemal dosłownie zafurkotały policzki, zaś włosy McLaggena zaczęły ciągnąć i rwać się do tyłu, jakby chcialy oderwać się żywcem od skalpu; dobrze przynajmniej, że w Gringotcie nie było much, bo zaraz pewnie by wylądowały rozpłaszczone na ich zębach.
- Trz... yyyyyy... maj szatyyy - wysapał McLaggen, usilnie odwracając wzrok od jakiejś starszej czarownicy po lewej stronie piętro wyżej - pęd powietrza podwiewał jej szatę... to nie było coś, co Cornelius chciał zobaczyć.
- I nieeeeee... rozglądaj....... sie - dodał, próbując wypluć z siebie resztę słów.


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#11 14-09-2019 o 17h15

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 497

………………………………………...…………………………… https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617146350710161409/ozdobnik.png

       To nie tak, że nie słuchał McLaggena. Naprawdę się starał, ale… Gdzieś podczas tej całej przydługiej wypowiedzi zwyczajnie się pogubił. Cornelius zawsze miał pewną skłonność do rozgadywania się, a ilość informacji, którymi w jednej krótkiej chwili zarzucił Fitza najzwyczajniej w świecie go przerosła. Nie tylko nie wiedział już, czy młodszy z Puchonów narzeka na swą żonę, Luka, małżonkę ich obojga, czy w końcu tego całego Colma będącego najpewniej jakimś jego dalekim wujkiem lub pradziadkiem. Został również zmuszony do grzecznego stania w bezruchu, podczas gdy drugi z blondynów starając się mu pomóc, zaplatał jego przydługie włosy w warkocz, który czemuś postanowił owinąć mu wokół szyi. Niczym jakąś pętlę.
       A może, jednak się pomyliłem i Corn się zmienił… dość niepokojąco? – pomyślał, przełykając głośno ślinę, gdy mężczyzna wspomniał o swoich nietypowych upodobaniach. I żonie budzącej w nim ochotę zostania piromanem.
       Nie, nie, to niemożliwe. Raz spotkałeś szyszymorę Fitz i ci wyraźnie odbiło. Corn tylko tak sobie żartuje, na pewno tak nie myśli. Inaczej po co brałby jakiś ślub?
       – Czyli szukasz pistacjowego, bogato zdobionego dywanu w stylu ruskim zmieszanym z barokiem i rokoko? – podsumował cicho wypowiedź Corneliusa, powoli kierując się za nim w stronę podstawionego im wózka. I zupełnie nie mając pojęcia, co znaczą kluczowe cztery wypowiedziane przez siebie słowa. Pistacjowy, styl ruski, barok i rokoko. Dla Perrota równie dobrze mogły być to określenia barw, co nazwiska jakiś światowej klasy producentów dywanów.
       O ile w ogóle takowi istnieli...
       – Dzień dobry – przywitał się jeszcze – i nieco zbyt późno – z Marudą, kłaniając mu się nisko, nim spojrzał na mający zawieźć ich do skrytek środek transportu. Wyraźnie o jakimś dziecięcym rozmiarze, chyba najmniejszy w całym banku, gdyż swobodne usadowienie się w nim i jednego dorosłego mężczyzny graniczyło raczej z cudem. A mieli znaleźć się w środku obaj i to w dodatku z goblinem.
       I właśnie dlatego nie należy podpadać tutejszym bankierom ani odwiedzać Gringotta w roboczych ciuchach – przemknęło mu przez myśl, gdy ładując się do wózka, kątem oka zerknął na swą szatę, niegdyś białą koszulę i ciemne spodnie. Wszystkie w identycznym stanie znoszenia i niemożliwe już do naprawy żadnym czarodziejskim, czy mugolskim sposobem. A przez to idealne do pracy przy magicznych stworzeniach, czy – do czego Fitzroy stosował je od momentu swojego powrotu do Anglii – skrupulatnej nauki tworzenia różdżek. Podczas której nie trudno było o wypadki, gdyż niektóre rdzenie potrafiły mieć swoje humory i niekoniecznie w danym momencie miały ochotę dać się połączyć z jakimkolwiek drewnem. Albo po prostu z jednym konkretnym, doprowadzając w niedoświadczonych rękach przyszłego wytwórcy do drobnego wybuchu.
       Na westchnięcie ulgi spowodowane obecnością Wodospadu Złodzieja na planowanej trasie ich podróży Fitz nie miał już za bardzo czasu. Goblin bowiem w coś stuknął i pociągnął jakąś wajchę, tym samym uruchamiając wózek, w którym cisnęli się już panowie. I zostawiając Perrota z nowymi, niepokojącymi myślami.
       Kimkolwiek Isadora Duncan była, nie miał ochoty podzielić jej losu. A to skłaniało go do stoczenia walki z ogromnym pędem i jeszcze mocniejszego skurczenia się w sobie, by zabierać w pojeździe, jak najmniej miejsca i praktycznie nie dotykać McLaggena (co skutecznie przypominało mu o nabitym mu przez różdżkę sińcu i nieco go powiększało). Oraz do kurczowego trzymania nie swej szaty, lecz przydługich włosów. Bardzo chcących wyrwać się na wolność i powiewać sobie za nimi radośnie niczym jakaś ozdobna wstęga, co przy jego parszywym szczęściu z pewnością nie skończyłoby się dobrze.
       Niestety pomimo jego prób, wskutek licznych podskoków i nagłych zakrętów pędzącego wózka (Fitz był gotów uwierzyć, że celowo starającego się pozbyć swoich pasażerów), warkocz blondyna w końcu wyrwał się swemu właścicielowi z rąk. I łopocząc na wywołanym prędkością wietrze, pomknął do tyłu, urozmaicając tę dziwaczną podróż Perrotowi jego lekkim przyduszeniem. Zmuszając tym samym go do wywołanej paniką próby wyplatania swej szyi z rozplątującego się warkocza i wciągnięcia go do środka. A to omal nie skończyło się wywrotką pojazdu, gdyż przez wywołujący łzy w oczach pęd, dwudziestotrzylatek musiał wykonywać tę całą akcję na ślepo.
       – Pze… pasz-am – wydyszał z trudem, starając się przeprosić Corneliusa, któremu miał wrażenie, że przy okazji stanął chyba na stopie lub też wbił się gdzieś łokciem.
       I z pewnością spróbowałby wyrazić swoją skruchę nie tylko słowami, lecz i miną, gdyby nie fakt, że przy wywołującej mdłości prędkości, która sunęli coraz to bardziej w głąb podziemi Gringotta, było to zwyczajnie niemożliwe.
       Niedługo potem wózek wykonał kolejny gwałtowny skręt, prawie o sto osiemdziesiąt stopni, który ukazałby panom – gdyby ci byli w stanie cokolwiek dostrzec – ogromny wodospad. Będący jednocześnie ich wybawicielem i oprawcą, gdyż choć jego magiczna moc skutecznego zmywania wszelkich zaklęć, zmusiła włosy Fitza do powolnego powrotu do pierwotnej długości, jednocześnie zmusiła mężczyzn do zmierzenia się z siłą żywiołu. Przemaczając ich całych i zalewając skutecznie ich usta i oczy, do tego stopnia, że przekroczywszy wodospad Fitzroy zaczął się krztusić.
       Nie będąc niemal w stanie złapać oddechu, raz za razem głośno kaszlał, co z jakiegoś powodu wywoływało ciche parsknięcia goblina. Wyraźnie niekontentego, iż nie wykrywszy oszustwa, wodospad ich przepuścił miast wykoleić wózek i zmusić do krótkiego lotu w dół ku jednej ze ścian lub skalistemu dnu korytarza.
       Nastrój goblina pogorszył się jeszcze bardziej, gdy Fitz w końcu odzyskawszy oddech, poprawił się nieco w wózku, dając Cornowi lekki znak machnięciem dłoni, iż nie odejdzie tak łatwo z tego świata, nawet jeśli od tego całego kaszlu bolało go całe gardło i brzuch.
       Chyba muszę zainwestować w jakiś „Poradnik uzdrawiacza” – pomyślał i nagle pobladł, przypominając sobie o zakupionych wcześniej tomach. W tamtym momencie najpewniej posiadających już nowego, bogatszego właściciela. I choć sama świadomość utraty wydanych galeonów nie sprawiła blondynowi zbytniej przyjemności, tym co najbardziej go przerażało była konieczność ponownego wysłuchania sprzedawcy, zachwalającego te całe „Sekretne podróże”.
       Zgubił pan? Tak nie może być! Przecież to doskonała autobiografia, naprawdę. Tyle przydatnych informacji, a jaka doskonała narracja! I każdy z tych zaskakujących zwrotów akcji… Nie może pan przegapić ich wszystkich z powodu chwili nieuwagi! Zwłaszcza gdy „Sekretne Podróże” można tu dostać w tak przystępnej cenie. Jedynie trzynaście galeonów! Może od razu spakuję dwa egzemplarze? To idealny materiał na prezent, a widzę, że przyszedł pan w tak wytwornym towarzystwie… – już słyszał w myślach głos sprzedawcy, doskonale zdając sobie sprawę, że byłby w stanie i wykupić mu cały nakład tych książek, byleby tylko ten dał mu spokój.
       Jednocześnie wózek wykonywał ostatnie skręty, by w końcu runąć w dół po ustawionych na niemal pionowym zboczu torach i znów osiągnąwszy poziom, gwałtownie zahamować. Na tyle niespodziewanie, że aż katapultując w powietrze Perrota, który nie zdążył się niczego złapać. I z głośnym plaśnięciem upadł na kamienne dno małej jaskini, gdzie w ścianie pod skalistym łukiem znajdowała się para owalnych drzwiczek.
       – Zdecydowanie potrzebuję tego poradnika – mruknął, podnosząc się z wyraźnym trudem.
       I kilku fiolek esencji dyptamu – dodał w myślach, spoglądając na całe pokryte brudem dłonie, na których wskutek upadku przybyło kilka kolejnych, niewielkich, piekących ranek.

.

Ostatnio zmieniony przez Sofja (25-10-2019 o 19h44)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#12 29-09-2019 o 14h03

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 182

McLaggen, widząc głębokie przemyślenia Fitza, wymalowane na jego twarzy, nic nie powiedział - zdecydował się jednak przezornie nie wspomnieć nic na temat innych nowo nabytych zainteresowań, jak ogrodnictwo czy plecenie sznurków. A wszystko wynikło ze zwykłego stresu - stresu "jak poradzić sobie z pracą", "co zrobić z wiecznie wściekłą żoną" po "czy dorosłość może już się skończyć".
Zdziwił się jednak, gdy Fitz krótko i treściwie podsumował całą przemowę Alicji; najwyraźniej Perrot posiadał jakiś ukryty talent, magię, która pomagała zrozumieć kobiety, a przynajmniej ich oczekiwania. Tak jakby. Tak jakby, bo niczego więcej Cornelius się nie spodziewał - a na pewno nie pani Perrotowej, mimo że z przyjemnością by ją zobaczył.
Czekaj tylko, Fitz, aż cię przedstawię swojej żonie. Zaraz zacznie cię swatać i może coś nam się uda... na pewno zaplusujesz tym dywanem. A może to jeszcze pogodzi nasze małżeństwo?
- Dokładnie. - podsumował, jednocześnie usilnie się zastanawiając, co to jest to jakieś "baroko". - A w ogóle, tego... - zniżył trochę głos, rozglądając się wokoło.
- Wiesz jak to baroko wygląda? I pistacjowy? Ja myślałem, że ten pistacjowy to jakieś takie włochate stworzenie, podobne do pufka pigmejskiego, ale to chyba nie to... - dodał nieco zagubionym tonem, zanim wózek porwał ich w swoją podróż. W końcu wylądowali, po zdobyciu kolekcji sińców na kolanach, brzuchu i boku, nie mówiąc o stopach; jeden przyduszony własnymi włosami, drugi z najprawdopodobniej złamanym nosem po spotkaniu z kamienną podłogą. Jeden kaszlący i krztuszący się i dławiący wodą, drugi z głową wytkniętą poza wózek i kapiący z nosa, włosów i ubrań na smoki w dole. Obaj przemoczeni do szczętu, wyziębieni, dygoczący niczym ich galaretowate nóżki...
- O kant zadka takie umiejscowienie krypty rozbić... trzymam tam galeony, nie jakieś mityczne skarby od pokoleń - mruknął Cornelius, odrywając ostrożnie obolałą twarz od ziemi. To nic, że zobaczył gwiazdki i tę mityczną galaktykę Andromedy, Biedy czy Niewiedzy, o której tak gadali ostatnio czarodzieje; w chwili obecnej bolało go wszystko, od stóp po głowę i godność osobistą.
W następnym momencie zogniskował wzrok na Fitzu, który pobladł niczym duch i coś mamrotał do siebie o jakimś poradniku.
- Jaki poradnik? - wymamrotał tylko, przecierając twarz. O, coś kapało. Po chwili przyjrzał się swojej dłoni dość tępym wzrokiem - no tak, krew. No przecież.
- Przypominam, że zaklęcia tu nie działają - dodał z dziką uciechą goblin, przypatrując im się ze złośliwym zadowoleniem.
- Taaa... - mruknął McLaggen, niejasno przypominając sobie mecz Hufflepuffu przeciwko Ravenclawowi; wtedy tak oberwał z zaskoczenia tłuczkiem, że pani Pomfrey musiała zaktualizować sobie kompendium medyczne w sekcji "wbicie nosa prawie do mózgu". A i tak przegrali 150 do 400.
W tym momencie czuł się dosłownie tak samo, miał jednak nadzieję, że wygląda jak człowiek. Może prawie jak Fitz, który w tej chwili był zdecydowanie bardziej elegancki niż Cornelius.
W następnej chwili McLaggen przyłożył swój rękaw kiedyś-eleganckiego-płaszcza do nosa, chcąc nie kapać na pozostałe części ciała ani podłogę. Pewnie gobliny wystawiłyby mu niezły rachunek za czyszczenie. Galeon od każdej upuszczonej kropli krwi czy coś.
Właściwie gobliny to takie finansowe wampiry. Pieniężne.
Nie zdążył podzielić się z Fitzem tą głęboką myślą - goblin, zniecierpliwiony brakiem reakcji obu mężczyzn, szybko zanurkował im w kieszeniach, wyciągając kluczyki niczym wytrawny złodziej.
- Do czego to doszło... - wymamrotał do siebie, wyraźnie zirytowany, zanim wepchnął pospiesznie kluczyki do dziurek. - Proszę się pospieszyć! - dodał, najwyraźniej zdecydowany porzucić wszelakie standard traktowania klienta.
Właściwie McLaggen mu się nie dziwił. Sam najchętniej by teraz stąd wyszedł, mimo że dopiero co dotarł do skarbca. Miał dość.
- Po tym od razu idziemy na Pokątną i się napić czegoś normalnego - stwierdził ochrypłym głosem McLaggen, ciężko podnosząc się z ziemi. Wokół niego wzbił się obłoczek kurzu, drapiący w nos i gardło; rozkichany czarodziej z nowo nabytym katarem popełzł przed siebie, starając się nie wpaść ani na Fitza, ani na goblina. Wnętrze krypty nie prezentowało się szczególnie zachęcająco - kapiące z góry krople wody tworzyły już niezłe jeziorko, wokół którego skupione były kupki galeonów i sykli. Gdzieś w kątach brzęczały porzucone knuty. Generalnie stan krypty można było określić jako "bogaty bajzel na kółkach". 
Chwila, chwila. Jezioro?
McLaggen przeczesał w pamięci pierwszą wizytę w banku, razem ze swoim ojcem; Cormac oczywiście rzucał jakieś głupie dowcipy na temat goblinów pokroju "wchodzi goblin, szyszymora i krasnal ogrodowy do baru", podrywał jakąś młodą czarownicę z wydziału Kontaktowania się z Goblinami w Ministerstwie i zdążył wydać gdzieś na zakupach połowę kwoty, przeznaczonej na szaty, książki i kociołek małego Corneliusa.
Więc musieli wracać znowu do banku i znowu wybierać pieniądze.
Ale jeziorka wtedy nie było.
Po ślubie, kiedy Alicia lokowała swoje pieniądze w krypcie McLaggenów, też nie... chyba... a może to były łzy teściowej, że ubyło im z rodzinnego konta około 10 tysięcy galeonów?
- Tylko inferiusa tu brakuje. Planują panowie oczyścić kryptę z wody? - zapytał z kwaśną miną Cornelius, zgarniając najbliżej leżące galeony. Tuż po tym spojrzał na goblina z wyrazem twarzy mówiącym "lepiej, żeby tak było". Ku jego rozczarowaniu pracownik Gringotta uśmiechnął się z wredną satysfakcją:
- Nie. Za stan krypt odpowiadają ich właściciele.
Trzy, dwa, jeden... McLaggen, odliczając w myślach do dziesięciu, nie wziął pod uwagę pary, która niemal puszczała mu z uszu. Chwila, że ON odpowiadał za to, że sąsiad z góry kapie mu na dół!?
- To absurd! Czy to moja wina, że facet z góry ma jakiś basen w swojej krypcie? Czy to w ogóle jest dozwolone regulaminem banku!? - zaprotestował, czując jednocześnie rozsadzającą go agresję, frustrację i rezygnację. Sam nie wiedział, co było gorszym uczuciem. Jednocześnie miał ochotę rozsmarować goblina na ścianie krypty, utopić go w bajorku i zepchnąć z wózka na sam dół, prosto w smocze leże.
- Nie. Ale za stan krypt odpowiadają ich właściciele - odparł uparcie goblin, zakładając ręce na piersi. Czarne oczy stworzenia błysnęły złośliwie, zaś zęby obnażyły się w uśmiechu.
- Nie ma żadnej możliwości wyłączenia niemożności używania czarów na chwilę? - zrezygnowany McLaggen miał już dość. Upór jednak nakazywał pytać dalej.
- Nie.
- Dopuszczalne jest użycie smoka do wysuszenia krypty?
- Nie.
- Jakiś ognisty artefakt?
- Jeśli tylko jakiś pan znajdzie. - oczy goblina znów zalśniły niepokojącymi iskierkami; uśmiech stał się nieco bardziej szerszy. - Proszę tylko pamiętać, że takie przedmioty wytwarzały tylko gobliny, czarodzieje zaś używali zapożyczonej technologii, więc...
- ...tak jakby są wasze, tak, wiem - burknął McLaggen, przypominając sobie stare wiadomości od siostry Rachel. Rachel, pracując jako łamaczka zaklęć dla Gringotta, często opisywała mu gobliny; przydawało się to do pisania wypracowań w szkole. Już nie mówiąc o tym, kto dostał PO z wypracowania na temat wojen goblinów.

Zdecydowawszy, że do osuszania krypty i walki z goblinami wyśle swoją małżonkę, skądinąd istotę znacznie bardziej bojowo nastawioną, zamknął drzwi do krypty i odebrał od goblina kluczyk. Tuż po tym zajrzał do krypty Perrota; prawdę mówiąc, zazdrościł Fitzowi, którego goblin przynajmniej nie niepokoił.
Poza wpatrywaniem się w jego plecy i cichym życzeniem Fitzowi śmierci, chyba.
Wnętrze krypty sprawiło, że z gardła McLaggena wyrwał się jęk zazdrości; na ścianie wisiało kilka tych ostrych skał, stalaktytów, stalagmitów czy czegoś tam, ale przynajmniej było sucho i nie było żadnego idiotycznego bajorka. Najwyraźniej Perrot miał normalnych sąsiadów.
Sucho, czysto i schludnie - państwo Perrotowie wyraźnie przykładali dużą wagę do porządku w finansach. Wzrok przykuwały eleganckie skrzynki, starannie poukładane między sobą. Gdzieniegdzie połyskiwały klejnoty, kusząc i przyciągając oko i lepkie rączki; nawet McLaggen, mimo że nie miał zapędów do kleptomanii, zapragnął przyjrzeć się bliżej niektórym z tych kamieni.
Zamiast tego odwrócił się do Marudy, jakby wstydliwie, ignorując z rozmysłem pełen satysfakcji wzrok goblina. Ba, nawet wzruszył wymownie ramionami (Cornelius, nie goblin), po czym pomaszerował do wózka, wciskając się w taki sposób, żeby wbijać się kolanami w plecy Marudy.
A dobrze mu tak.

Pokrótce czarodzieje wyszli z banku na zewnątrz, mrużąc oczy w promieniach słońca; obaj prezentowali się jak z katalogu "najnowsze trendy modowe dla nastolatków - dziury, łaty i eleganckie plamy wszędzie".
- Czy można pozwać Gringotta za uszczerbki na godności osobistej i zdrowiu psychicznym? - burknął McLaggen, przetrzepując swoje kieszenie. Po chwili wyciągnął z nich wymięte, połamane eleganckie czarne okulary, kupione kiedyś w mugolskim sklepie po jakiejś kłótni z żoną.
Ech, dyskutowaliśmy wtedy o imieniu dla dziecka... na szczęście byłem stanowczy, mimo lima pod okiem.
Tuż po tym, ignorując popękany plastik i krzywo ułożony zausznik, wepchnął okulary na opuchnięty nos. Zaraz po tym pożałował, że nie zrobił tego delikatniej. Łzy same nabiegły do oczu.
OŻEŻKURRRRRRR... Dobrze, że jeszcze mam te okulary! Boli! BOLI!!
- I chodźmy na Nokturna, tam przynajmniej nie będziemy rzucać się w oczy... - stwierdził markotnym tonem, ignorując wymownie zdziwione spojrzenia czarownic i czarodziejów. Zwłaszcza, że widział już kilku dziennikarzy Proroka, który szeptali między sobą i oglądali się na nich.
- Oni chyba myślą, że próbowaliśmy okraść bank, nie? - dodał szeptem, szturchając lekko Fitzroya w bok. - Patrz, jak na nas patrzą... o nie, czy on wyjmuje mikrofon? Czy raczej jakiś aparat? - po tym McLaggen zaczął wycofywać się rakiem w stronę jednego z zaułków. Niestety, osoba o jego gabarytach raczej wzbudzała zainteresowanie i uwagę innych - nie był niestety personą o budowie zapałki, Fitzroy też nie.
Jak dwóch zwalistych chłopa mogło szybko i dyskretnie zniknąć? Chyba tylko schować się w księgarni... mała, zacieniona i schowana gdzieś za nimi, wciśnięta między bank i sklep ze składnikami do eliksirów, wydawała się całkiem niezłym schronieniem.
Oby tylko sprzedawca nie próbował nam wcisnąć pięćdziesięciu egzemplarzy Mojego Magicznego Ja w zamian za ochronę, pomyślał.


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#13 29-09-2019 o 23h07

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 497

………………………………………...…………………………… https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617146350710161409/ozdobnik.png

       Jedno spojrzenie na Corneliusa wystarczyło mu, by stwierdzić, iż jest ktoś, komu zdecydowanie bardziej wspomniany poradnik, by się przydał. A także dojść do wniosku, że jak najszybciej musi takowy nabyć. Najlepiej o jakimś zacnym tytule w stylu „Uzdrawianie dla opornych: magiczna pierwsza pomoc” lub „Od siniaków do złamań: dla tych, których Szpital Świętego Munga automatycznie wpisuje codziennie w kolejkę”, chociaż ten drugi zdaniem Perrota, mogłoby mieć drobny problem zmieścić się na okładce.
       – Poradnik uzdrawiacza – wyjaśnił, ze współczuciem przyglądając się, stosującemu zamiast chusteczki rękaw płaszcza McLaggenowi. I choć w pierwszej chwili zareagował na to próbą odnalezienia jakiejś w kieszeni swojej szaty, ostatecznie, pomimo odszukania jednej, płóciennej, nie podał jej Cornowi. Głównie dlatego, że wskutek przemoczenia i kontaktu z jego brudnymi dłońmi, ta skutecznie zmieniła swój kolor z beżowego na grafitowo-brązowy. I tym samym zupełnie przestała nadawać się do przyłożenia do jakiejkolwiek rany.
       Niedługo potem goblin postanowił okazać im swe zniecierpliwienie i równe niezadowolenie, co czarodzieje tym całym dziwacznym zbiegiem magicznych porażek i wypadków, wyciągając z ich kieszeni klucze, a niekontent z takiego pogwałcenia swej przestrzeni osobistej Fitz, zniknął we wnętrzu swojej kryty. O wiele lepiej ułożonym od całego jego życia, prawdopodobnie dlatego, że poza opróżnieniem jej z części funduszy i zdeponowaniem w niej kilku przedmiotów – w tym pięciu piór gromoptaka, które uważał za jeden ze swych najcenniejszych skarbów – nic w niej nie zmienił. Swój wygląd i ochronę zawdzięczała jego rodzicom (tak jak i niemal całe wyposażenie), wskutek czego Perrot był niemal pewien, iż wiszące mu nad głową i groźnie połyskujące swymi ostrymi czubkami stalaktyty nie są jedynie jakimś elementem dość ponurego wystroju. A raczej zabezpieczeniem przed ewentualnym włamywaczem mającym upaść takiemu z impetem na głowę.
       Przynajmniej nie ustawili mi przed drzwiami jakiegoś smoka – pomyślał, słysząc dobiegający gdzieś z głębi podziemi ryk, który odbił się echem od ścian ciągnących się pod bankiem jaskiń.
       A także zadbali o odpowiednią ochronę przed wilgocią – dodał, niechcący podsłuchując urywek rozmowy Corneliusa z goblinem. I choć Fitz współczuł byłemu przyjacielowi, że ten musi zmagać się z tak patową sytuacją i bardzo chciał mu w jakiś sposób pomóc, zdawał sobie, iż bez użycia czarów nie jest w stanie tego zrobić. Nie dysponował również żadnych osuszających, magicznym artefaktem. A przez to czuł okropne wyrzuty sumienia, wrzucając pospiesznie każdego kolejnego, suchego galeona do sakiewki. Czy też kierując się, po zamknięciu kryty, w akompaniamencie cichego pobrzękiwania do małego wózka.
       To moralne zakłopotanie nie opuściło go, nawet gdy w końcu poturbowani panowie znów znaleźli się w głównej sali banku. Ani też, kiedy jedno spojrzenie na długi kontuar podpowiedziało mu, że jego przewidywania się sprawdziły i po zagubionych tomach nie pozostał nawet ślad.
       Dopiero przekroczenie progu tego przybytku klęsk i rozpaczy i znalezienie się z daleka od oczu goblinów, wyraźnie urażonych ich aktualną aparycją, dało radę stłumić odrobinę wyrzuty sumienia Fitzroya. A wszystko za sprawą tłumu wścibskich dziennikarzy, którymi z jakiegoś powodu wyraźnie przejmował się McLaggen i którzy czemuś postanowili zainteresować się nim. Tym samym zmuszając obdartych dżentelmenów do wycofania się na z góry upatrzoną przez Corna pozycję. Do małej, położonej na rogu księgarni, w której ich pojawienie się, obwieścił właścicielowi niewielki, wiszący przy drzwiach dzwoneczek.
       – Dzień dobry! – zawołał tamten tenorem, gdzieś zza stosu opasłych tomów o wróżbiarstwie. Najwyraźniej świeżo dostarczonych i oczekujących na ustawienie ich na odpowiednich półkach, zręcznym machnięciem różdżki.
       A skoro już mowa o wymachiwaniu pewnymi rzeczami – stwierdził w myślach Fitz i ignorując wywołane zgięciem dłoni, lekkie szczypanie, sięgnął po swą różdżkę. Tak, by móc wycelować jej koniec wprost w Corneliusa i dając mu dłonią znak, by się nie ruszał, kilkoma ruchami doprowadzić go do porządku. Wyczyścić i osuszyć ubranie, załatać kilka dziur, a także naprawić te dziwaczne, zdobiące jego twarz okulary o czarnych szkłach.
       Jak on w ogóle coś przez to widzi?
       – Dzień dobry – przywitał się zaraz potem cicho, całkiem dumny ze swego dzieła, nim przystąpił do poprawy swojego wyglądu. Opierającej się głównie na oczyszczeniu dłoni, twarzy i odzienia z wody i brudu, gdyż nic więcej nie mógł na kiepski stan znoszonych ubrań poradzić.
       Udało się mu za to ocalić płócienną chusteczkę, dzięki czemu ta mogła radośnie – wskutek kolejnego machnięcia różdżką – polecieć w stronę Corna trzepocząc różkami, niczym skrzydełkami. I ostrożnie osiąść pod jego nosem.
       – Przepraszam. Czy nie ma pan… – zaczął, wciąż nie podnosząc głosu i natychmiast urwał, dostrzegając, wychylającą się zza tomów głowę. O burzy kruczoczarnych, kręconych włosów, kilku sporych kurzajkach i nie gorszym od wychowanego przez młodszego z blondynów wąsie. A mimo to wyraźnie należącej nie do mężczyzny (zwłaszcza nie tego, którego spotkał przed wizytą w banku), lecz kobiety.
       – Pani. Czy nie ma PANI, jakichś książek o uzdrawianiu? – poprawił się szybko. A potem wbił wzrok w ziemię, czując znajome, napływające mu do policzków ciepło, świadczące o lekkim rumieńcu wstydu, goszczącym po raz kolejny tego dnia na jego twarzy.
       – Pan sprawdzi tam z tyłu – poleciła sprzedawczyni, wskazując mu dłonią na wyraźnie uginającą się pod ciężarem utrzymywanej wiedzy biblioteczkę. Zapewne magicznie wzmacnianą, inaczej już dawno, by się rozpadła.
       Ale na szczęście mogącej zawierać to, co nam teraz najbardziej potrzebne – przemknęło przez myśl czarodzieja, gdy stanąwszy przed meblem, pobieżnie zerknął na kilka tytułów. W tym jeden o zachęcająco brzmiącej nazwie „Zrób to sam, czyli domowe sposoby na popularne dolegliwości i choroby”.
       – Bierzemy wszystko, czy szukamy czegoś konkretnego? – spytał z absolutną powagą, sięgając po intrygujące go dzieło, niefartem znajdujące się na jednej z najwyższych i zarazem najmniej stabilnie wyglądających półek.
       I choć Fitz starał się wydobyć je z jak największym skupieniem i ostrożnością, po kawałeczku, niczym skradziony, pogryziony notes odbierany śpiącemu bystroduchowi, biblioteczka i tak zaskrzypiała i zachybotała się groźnie, zwiastując swój rychły upadek.

.

Ostatnio zmieniony przez Sofja (25-10-2019 o 19h44)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#14 01-10-2019 o 17h32

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 182

McLaggen sam nie był pewien, co takiego w nim i Fitzroyu było szczególnego, że obaj przyciągali do siebie magiczne klęski i wypadki niczym wielki magnes. Zwłaszcza, jeśli byli bezpośrednio w swoim sąsiedztwie. Osobno jakoś nic im się nie działo (może pomijając małżeństwo i małżeńskie kłótnie)...
- Aha. - mruknął tylko. - Musimy kupić.
Dzięki bogu Maruda nie komentował już niczego więcej - co najwyżej wyrzucił ich ze swojego wózka, a potępiające spojrzenia goblinów niemal wykopały ich obu z banku. Na szczęście w księgarni nikt nie taksował ich spojrzeniem - żaden dziennikarz ani goblin. Właściwie wydawało się wątpliwe, że w ogóle zdawali sobie sprawę z istnienia takiego miejsca.
A w tej chwili ten budynek wydawał się spełnieniem marzeń McLaggena, mimo że niemal wpadł na stosik książek tuż przy drzwiach. Niemal. Wchodzenie do zaciemnionej, mrocznej księgarni w czarnych okularach na nosie nie było najlepszym pomysłem.
Przynajmniej mogli tu chwilę posiedzieć, powdychać zapach siarki sączący się z sąsiedniej apteki... cóż, lepsza taka alternatywa niż na przykład brak powietrza, pomyślał McLaggen, rozglądając się ciekawie.
Wokoło leżało pełno tomów o wróżbiarstwie. "Żywoty Kasandry", "Ty czy twój sobowtór? Przepowiedz przyszłość swojego sobowtóra w alternatywnym świecie", "Ścieżka Umarłych: wróżenie z czaszek i kości", "Tarot Bogów". "Umrzesz dziś czy jutro? Przepowiedz sobie przyszłość już dziś!". "To ponurak!".. Wszystko to brzmiało tak, jakby część z tych podręczników pisała profesor Trelawney. Prawdę mówiąc, McLaggen nie byłby tym zdziwiony. Pensja nauczyciela w Hogwarcie raczej na pewno nie była zbyt wysoka, zwłaszcza przy jej wydatkach na sherry.
Przez te wszystkie wydarzenia nawet nie zauważył, że Fitz znów przy jego wyglądzie majstruje, niemniej jednak niezmiernie doceniał - zwłaszcza że okulary naprawiły się same.
A myślałem, że kiedy Alicja na nich usiadła, nic już nie będzie w stanie ich naprawić.
- Dzięki - mruknął z wdzięcznością, ściągając je ze swojego nosa. Nawet nos właściwie bolał już trochę mniej. Błogości dodała jeszcze chusteczka Fitza, która delikatnie usiadła mu na nosie, kojąc ten ból. Mniejszy, bo mniejszy, ale jednak nadal ból.
- Ja bym wziął cokolwiek, co może zawierać jakieś zaklęcia na uzdrowienie takiej pary pechowców jak my - mruknął McLaggen, idąc za Fitzem. Musiał co prawda bardzo uważać, żeby nie przewrócić przy tym czegokolwiek - od stosiku niewidzialnych książek (które materializowały się na ułamek sekundy i zaraz znowu znikały), po Potworną Księgę Potworów, tom 2193.
- I sądząc po tej biblioteczce, za chwilę będziemy potrzebowali zestawu zaklęć do wyleczenia poważnych złamań i potłuczeń - dodał, odwracając szybko głowę na dźwięk skrzypienia. O, nie. O, nie. O nie. Nie, nie, nie.
- Akurat teraz, jak zaczynało być całkiem spokojnie... - jęknął tonem, jakby miał zaraz się rozpłakać. Zupełnie jak wtedy, kiedy Rachel ogoliła go na łyso, żeby wyglądał "bardziej groźnie" podczas swoich pierwszych lekcji w Hogwarcie. Na dzień przed rozpoczęciem zajęć.
Chwilę po tym, ledwie Fitz wyjął książkę, gruchnęła na nich biblioteczka - z całym swoim naporem. Ale przynajmniej nie mogli powiedzieć, że bez ostrzeżenia. W końcu trzeszczała dość ostrzegawczo.
McLaggen nawet nie zdążył odciągnąć Perrota, może dlatego, że w tej samej chwili najbliżej leżący tom Potwornej Księgi Potworów postanowił go z głośnym kłapnięciem ugryźć w prawy pośladek. Jednocześnie zlatujący z biblioteczki tom Księgi Muchomorów podbił McLaggenowi oko, zaś chwilę po tym kartki z książki "Lataj i siej burzę! Poradnik quidditcha" zaczęły na nich pikować.
Po tym wszystko się posypało na ich głowy: od potwornie ciężkich, kilkukilogramowych tomów "Bądź zdrów! Zioła na każdą okazję" po ulotki najnowszych produktów ogrodniczych i leczniczych. Fitza i McLaggena otoczył kurz, trzepot kartek, dziobiących się między sobą, po głośne, coraz głośniejsze kłapanie.
Chwilę po tym nos zapiekł bólem, jak gdyby ktoś rzucił na niego Piekielną Pożogę. Przed oczyma McLaggena wybuchła supernowa, zaś świat pogrążył się w mroku, gdy dopełniły się długie sekundy Corneliusowego cierpienia.

Do rzeczywistości McLaggen wrócił dopiero po chwili. Krew pokrywała niektóre książki i podręczniki. Potworne Księgi Potworów aktualnie żuły buty Fitza, zaś McLaggenowi dobierały się do palców. 
- Chyba sobie coś złamałem... - jęknął McLaggen, próbując się podnieść. Ból był jednak zbyt wielki. - Wiesz co? Weźmiemy jednak wszystko. Dosłownie wszystko. - dodał, podnosząc się i próbując zatamować krew. Chociaż znał Episkey całkiem nieźle, w tej chwili nie miał ochoty machać do siebie samego różdżką. Znając swoje szczęście, zaraz by sobie wpakował różdżkę do nosa. Rozejrzał się wokoło, zastanawiając się czy jakaś ulotka opowiadała o zestawie zaklęć Pierwszej Pomocy.
Jednocześnie szturchnął Fitza - Perrot jednak nie dawał żadnego znaku życia.
- No dalej, żyjesz? Fitz! Nie umierasz chyba jeszcze? - zapytał spanikowany Cornelius, sięgając jednak po różdżkę. Oby się nie złamała, oby się nie złamała, oby się nie złamała... lepsze byłyby złamania kości niż różdżki. Kość nie kosztowała 800 galeonów.
- Proszę się nie ruszać, wezwę magimedyków... - zaczęła wyraźnie wystraszona właścicielka księgarni. - A czy ten pan... żyje? - dodała, wpatrując się w Fitza wielkimi oczami.
- Nie wiem - odparł zgodnie z prawdą McLaggen. Księgi Potworów przestały żuć buty Fitza - prawdę mówiąc, zaczynały dobierać się już do skarpetek.
A widząc minę kobiety, mężczyzna doszedł do wniosku, że najlepiej będzie już chyba kupić wszystko, co było w tej biblioteczce. Co i tak zresztą mieli w planie.
- Te uszkodzenia... te książki proszę wpisać na mój koszt - dodał ze zrezygnowaniem, rozcierając obolałą głowę. Nawet nie wiedział, kiedy się nieco podniósł. Wiedział tylko tyle, że znowu kapał krwią na jakiś podręcznik pod tytułem "Magia Krwi". W międzyczasie kobieta wybiegła z księgarni, najwyraźniej chcąc skierować się do Munga.

Ostatnio zmieniony przez Doc (01-10-2019 o 17h33)


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#15 09-10-2019 o 21h03

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 497

………………………………………...…………………………… https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617146350710161409/ozdobnik.png

       To wszystko stało się zbyt szybko. Nim zdążył się obejrzeć, odsunąć, czy choćby pomyśleć o rzuceniu jakiegoś obronnego zaklęcia, ciche skrzypnięcia zbyt obciążonych półek zmieniły się w głośny huk opadających tomów. A on, oberwawszy jednym z nich prosto w głowę, dojrzał przed oczami nie gwiazdy, lecz nieprzeniknioną ciemność i legł na posadzce, jak długi. Nie doczekawszy finału, w którym przywalił go wyraźnie urażony mebel. I ginąć wszystkim z oczu, gdzieś wśród tumanów wzbitego kurzu.
       Nie bardzo miał pojęcie, co działo się dalej. Ile czasu minęło, nim w końcu zaczął odzyskiwać przytomność. Czuć przeszywający całe jego ciało ból, promieniujący zwłaszcza od głowy i lewego barku. I słyszeć dobiegające gdzieś z oddali i mocno przytłumione głosy. Brzmiące zupełnie tak, jakby znajdował się na samym dnie jakiegoś głębokiego jeziora, a ktoś coś krzyczał do niego z powierzchni.
       Najbardziej niepokojące w tym wszystkim było jednak światło. Białe i czyste, którego oślepiający blask dostrzegł, gdy próbując zignorować uniemożliwiający mu praktycznie każdy ruch ból, zmusił się do otwarcia powiek. Poza tą wszechobecną jasnością nie był w stanie bowiem dojrzeć nic więcej.
       Czy ja umarłem? – pomyślał i natychmiast poczuł w żołądku nieprzyjemny skurcz.
       Dlaczego wszystko mnie w takim razie boli? O nie, nie, nie! Czy tak właśnie czują się duchy? Skazane przez wieczność przeżywać katusze swej śmierci? Jedną nogą po tej, a drugą po tamtej stronie – kontynuował, mimowolnie poddając się powoli ogarniającej go panice.
      Czy będę zmuszony nawiedzać tę księgarnię aż po kres dni?
      Tę wizję wieczności mógłby uznać nawet za całkiem przyjemną, gdyby nie fakt, iż w rzeczywistości była ona zwyczajnym ciągiem niekończących się tortur. Czym bowiem innym było towarzystwo ukochanych książek, których chciałby bliżej poznać tak wiele, gdy przez przezroczyste, przenikające przez wszystko dłonie nie mógłby nawet sięgnąć po jedną? Zamiast tego zmuszony byłby podziwiać, jak jeden z drugim nicponiem zaginają dla zabawy strony, obijają grzbiety lub brudzą atramentem okładki. Tolerować cisnące się między regałami tłumy, czy też – o zgrozo – zostałby zmuszony przez tutejszą sprzedawczynię do zostania jej podręczną informacją. I odpowiadania na pytania każdego z zaginionych klientów!
      Może stałbym się wówczas tak zgorzkniały, jak Filch lub pani Prince i…
       – Wygląda na to, że nie ma żadnych trwałych uszkodzeń, a nasz pacjent powoli odzyskuje przytomność. – Niespodziewanie do uszu Fitza dobiegł jakiś męski i wyraźnie rozbawiony głos, tym samym skutecznie na moment przerywając jego rozważania.
       Czyli nie umarłem… Jeszcze. Czym w takim wypadku jest ta światłość? I co z Cornem? Żyje tak? Nie uśmierciłem go, prawda? Prawda?!
       – Och widzi pan, pana znajomemu nic nie jest! – stwierdziła tenorem jakaś druga osoba, odpowiadając na pytanie jasnookiego. I dając mu odczuć powoli wypełniającą go falę ulgi. Najwyraźniej bowiem McLaggen był cały i przynajmniej względnie zdrowy.
       – Proszę usiąść jeszcze na chwilę. Nie zdążył pan przecież opowiedzieć mi wiele o sobie. A ja, bardzo chętnie poznałabym kilka szczegółów bliżej – dodała, w bardzo charakterystyczny sposób akcentując ostatnie zdanie. I tym samym przywołując czemuś Perrotowi na myśl Jęczącą Martę. Usilnie proszącą, aby pozwolił zostać jej w łazience prefektów nieco dłużej. Przez tę jedną, krótką chwilę…
       – Tak. Wszystko wskazuje na to, że wystarczy kilka uzdrawiających zaklęć i odrobina Szkiele-Wzro, a po wypadku nie będzie żadnych śladów – wznowił swą wypowiedź pierwszy z rozmówców, zdaniem Fitzroya bardziej kierując swoje słowa do siebie niż którejkolwiek z pozostałych, przebywających w księgarni osób.
       Jednocześnie też zgasił ten nieprzenikniony blask, który okazał się światłem jego różdżki. I ukazał tym samym Fitzowi, rozmazaną przez kolorowe plamy i zgromadzone w oczach łzy stronicę jakiejś księgi. W kilku miejscach ubrudzoną czymś brunatno-szkarłatnym i najwyraźniej robiącą mu za poduszkę. Lub podstawkę na podbródek, gdyż właśnie ta część jego ciała się o dzieło opierała.
       – To ja przyjdę za chwilę ze stosownymi lekami i rachunkiem – dodał najwyraźniej magomedyk i śmiejąc się cicho pod nosem, w akompaniamencie skrzypienia podłogowych desek, oddalił się w stronę drzwi. Tak, by krótkim brzdęknięciem wiszącego przy nich dzwoneczka, już po chwili obwieścić swoje wyjście.
       – Och, czyżbyśmy zostali sami? – zapytała wyraźnie rozanielona tym sprzedawczyni. Tylko po to, by zaraz zacząć się do kogoś – najpewniej Corneliusa – zbliżać, do czego Perrot doszedł po kolejnych, błagających o litość protestach desek oraz cichym szeleście szat, ślizgających się po kolejnych stronicach czemuś otwartych tomów.
       I z jakiegoś powodu czując, że powinien nie dopuścić do rozwoju tej akcji, wydobył z siebie jedyny dźwięk, na jaki było go stać. Głośny jęk bólu, który został powstrzymać kobietę przed dokończeniem, akurat padającej z jej ust propozycji:
       – Być może część z tych… Zakupów dałoby się uregulować...

.

Ostatnio zmieniony przez Sofja (25-10-2019 o 19h45)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#16 13-10-2019 o 20h23

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 182

Pewnie, że to wszystko stało się nagle - zapewne tom Księgi Muchomorów był tego samego zdania. McLaggen spojrzał na niego z cichą nienawiścią - o tak, doskonale wiedział, kim był główny winowajca jego obecnego stanu zdrowia. To te znienawidzone muchomory. Ze zrezygnowaniem rozejrzał się też po sklepie, próbując policzyć w myślach, ile powinien zapłacić za to galeonów. Czy można te książki wziąć na czek Banku Twagapigi w Republice Południowej Afryki? O tak, podpisałby wtedy ten ich elegancki blankiet, ozdobiony w złote słoneczka, i złożyłby zamaszysty, najbardziej zaplątany podpis informujący, że jest Wielkim Sułtanem Północnej Mezopotamii... może właścicielka zorientowałaby się, że takowy bank nie istnieje, gdyby poszła do Gringotta, ale w końcu byliby daleko, daleko stąd.
A na zakupy z Colmem wysyłałbym Alicię. Gorzej, gdyby Colm okazał się być do mnie bardziej podobny... czy potomek może płacić za ojca? Zwłaszcza nieletni? Nie no, chyba nie, bądźmy normalni...
Odetchnął z ulgą, kiedy przyszedł w końcu magomedyk - i jakby do mrocznej księgarni weszło małe słońce. Facet był nie dość, że rozbawiony (czy można na magomedyka napisać skargę?), to jeszcze sobie robił z nich niewybredne żarty.
- Aaaa, panu też ten Tom Muchomorów podbił oko? - zapytał na wstępie, zanim zajął się Fitzem. - Pięknie biedaczka zmasakrowały. Na przyszłość nie radziłbym temu panu zbliżać się do biblioteki, nie mówiąc już nawet o zakładaniu karty bibliotecznej. Ale tak, żyje - pospieszył z wyjaśnieniem, widząc spojrzenie Corneliusa. W oczach mężczyzny zatańczyły wesołe ogniki, gdy walczył ze swoją wesołością.
- Wygląda na to, że nie ma żadnych trwałych uszkodzeń, a nasz pacjent powoli odzyskuje przytomność.
Chwilę po tym właścicielka księgarni poczuła najwyraźniej zew zezowatego lub ślepego Amora; a może ten głupi Kupidyn był po mocnej dawce alkoholu? Tak czy inaczej w głowie McLaggena zapaliła się czerwona lampka - już nawet nie na słowa "a ja bardzo chętnie poznałabym kilka szczegółów bliżej", ale ton głosu i zdecydowane naruszenie przestrzeni osobistej.
I Cornelius byłby się przesunął, gdyby nie to, że nie miał gdzie: za sobą miał magomedyka i Fitza, a przed sobą właścicielkę. Mimowolnie poczuł, jak na skroni perlą mu się iskry potu, a twarz tężeje w wymuszonym uśmiechu...
Nigdy nie sądziłem, że wolałbym, aby Alicia była obok...
- Tak, oczywiście, proszę przyjść jak najszybciej - zwrócił się do medyka, słysząc jego informację o rachunku. Może zabrzmiał trochę niegrzecznie, jednak w chwili obecnej byłby ucieszył się z jakiejkolwiek przytomnej osoby obok, która mogłaby zahamować zapędy właścicielki.
Karma wraca, albo natura uznała, że nie znosi próżni i jednak zesłała mi kogoś do flirtu... na Boga, wolałbym nie...
Wkrótce cichy brzęk dzwoneczka i szybkie spojrzenie na twarz Fitza uświadomiły mu, że na placu boju został sam. Ciężkie westchnienie McLaggena przeszyło ciszę; mężczyzna podniósł się ze swojego miejsca, dość ciężko, podtrzymując się jednego ze stolików, na którym wcześniej leżały książki.
- Najwyraźniej - odburknął, próbując zignorować kręcenie się w głowie. - Chodźmy poszukać czegoś, w czym możemy przetransportować te książki, dobrze?
Już gotów byłby się oddalić od kobiety na bezpieczną odległość, gdy Fitz (chwała mu!) postanowił interweniować. Ciche chrząknięcie, czy też raczej jęk, powstrzymało właścicielkę przed dokończeniem akurat TEJ propozycji, której McLaggen NIE chciał usłyszeć.
- Dzięki bogu, żyjesz! - McLaggen znów wylądował przy Fitzu. - Nic ci nie będzie, zaraz przyjdzie magomedyk z lekami i będzie ci lepiej...
Teraz Perrot stanowił naturalną barierę pomiędzy Corneliusem i właścicielką księgarni; kobieta, najwyraźniej niezadowolona z takiego obrotu spraw, zacisnęła usta i zaczęła rozglądać się po księgarni. McLaggen miał tylko nadzieję, że nie szukała jakiejś odpowiednio grubej książki, którą mogłaby znokautować i jego, i Fitza, bo w chwili obecnej przewaga sił obu panów wynosiła mniej niż zero. Byli jak drużyna paralityków na konkursie breakdance'a.
- A pani poszuka jakiegoś wózka - ton McLaggena wyraźnie wskazywał, że lada chwila mężczyźnie skończy się cierpliwość. Ton, który stał się nagle władczy, zdecydowany i bardzo, bardzo męski.
Ton, który niemal dosłownie ociekał testosteronem.
- Nie pożałuje tego pani - dodał, znów skupiając się na Fitzu. Gdy kroki kobiety ucichły, McLaggen obniżył głos.
- Jezu, dzięki stary, ona chyba mieszkała w jakiejś chatce z piernika, tak się na nas patrzyła - szepnął, zanim się odsunął, robiąc miejsce magomedykowi który, najwyraźniej wiedziony męską solidarnością lub wizją zdobycia premii, wrócił jak najszybciej.
- Ja w międzyczasie pójdę do banku. Czy mógłby pan zostać z moim kolegą, dopóki nie wrócę? - dodał, podnosząc się znów z miejsca. Tym razem już mu się nie kręciło w głowie - miał tylko nadzieję, że gobliny, wiedzione jakimś niezwykłym i rzadkim odruchem serca, zdecydują się pojechać tym przeklętym wózkiem do jego krypty, nie zabierając go ze sobą. Nie był pewien, czy tym razem przeżyłby tę tragiczną przygodę, zwłaszcza że zęby nadal wydawały się nieco chwiać po tamtym spotkaniu z podłogą.

- Klucz proszę. Gryfek!
- Czy Gryfek mógłby pojechać sam?
- To niezgodne z naszymi procedurami bezpieczeństwa - odrzekł stanowczo goblin, ujmując w długie, pająkowate palce kluczyk do krypty. Oprawka okularów zalśniła w blasku żyrandoli. - Musiałby być pan w bardzo poważnym stanie, żeby...
- Posłuchaj mnie, człowieku. - Cornelius poczuł, że znów wypełnia go buzująca agresja. Agresja i czysta nienawiść. Zignorował nawet błysk urazy w oku goblina, gdy ten został nazwany człowiekiem.
- Wsiadłem do waszego przeklętego wózka, zostałem prawie utopiony, złamałem sobie nos i wyplułem prawie cały garnitur zębów, a mojego przyjaciela prawie zabił ten wózek - i pana zdaniem ja jestem w całkiem dobrym stanie? Ma pan dobre te okulary? Bo gdzieś chyba zgubił pan po drodze parę dioptrii. To NIE jest żaden makijaż artystyczny na mojej twarzy ani nic w tym stylu, w takim stanie byłem po tej waszej drodze do mojej własnej krypty! - McLaggen prawie już krzyczał. To nic, że właściwie mijał się z prawdą i tak go urządziły księgarnia włącznie z Gringottem.
Goblin zmarszczył brwi, otwierając usta, jednak nie zdążył nic powiedzieć.
- Tylko niech mi pan teraz nie mówi, że mam się uspokoić, bo inaczej wezwie pan ochronę, inaczej pójdę do odpowiedniego wydziału w Ministerstwie i zgłoszę, że bankowi potrzebny jest odpowiedni audyt na podstawie tych nieprawidłowości, których byłem dziś świadkiem - Cornelius nie dbał już o to, czy go gobliny wyrzucą z banku, czy nie.
- Chcę wypłacić z tego przeklętego banku czterysta galeonów i NIE chcę wybierać się do krypty osobiście, biorąc pod uwagę stan, w którym obecnie się znajduję, chyba że chcecie się tłumaczyć z trupa klienta i mieć połowę Ministerstwa na głowie - dokończył, wpatrując się w pracownika banku z czystą nienawiścią. Goblin zacisnął usta i wręczył nieszczęsnemu Gryfkowi kluczyk.
- Wypłać panu czterysta galeonów - warknął, nie patrząc w jego stronę. - Następny!
McLaggen, ignorując spojrzenia innych czarodziejów, przewędrował na ubocze, czekając na Gryfka. Miał wrażenie, że gdyby tylko gobliny mogły, to by na niego zaraz zesłały co najmniej cały zastęp swoich smoków, a później wysłały je do poszukiwania Fitza, jako niewygodnego świadka. 
Mam nadzieję, że ten magomedyk okaże się człowiekiem honoru...
Myśli mimowolnie same powędrowały w stronę nieszczęsnego przyjaciela - czy Fitz czuł się już lepiej? Czy magomedyk mu pomógł? Czy właścicielka nie zrobiła mu nic niewłaściwego?
Na szczęście Gryfek nie próżnował - wrócił dość szybko, wciskając mu w ręce ciężką sakiewkę bez słowa. Tuż po tym McLaggen zdecydował się zawrócić jak najszybciej - ostatecznie im szybciej wróci, tym prędzej będą mogli uciec z tej księgarni...

Miał wrażenie, że pobrzękująca sakiewka była niczym dzwoneczek trędowatego; dzwonił i brzęczał, idąc ulicą, dopóki nie zdecydował się rzucić Silencio. Nie oznaczało to jednak końca kłopotów, o nie. Najwyraźniej czarodzieje z Nokturna zainteresowali się źródłem dźwięku i wpatrywali się w niego oczyma, nieprzyjemnie przypominającymi mu oczy zdechłych karpi, które co roku pływały w wannie Anabelli.
Są tak samo okrągłe, blade i lśniące w półmroku. Mam tylko nadzieję, że nie zostaniemy napadnięci po drodze do tego sklepu z dywanami... to byłaby głupia śmierć, nie?
Oczyma wyobraźni już widział te nagłówki w Proroku i McAvoya, płaczącego ze śmiechu nad maszyną do pisania. "Axminsterski strzyżony powodem ich śmierci". "Szukali barokowego pistacjowego dywanu, znaleśli śmierć". "Krótkowłosy szkocki czy rosyjski pleciony? Dziesięć śmiercionośnych dywanów, które zapisały się w historii".
- Jestem! - oświadczył, wchodząc do księgarni. - To ile płacę?
- Trzy galeony i pięć sykli - oznajmił magomedyk, podnosząc się z miejsca. Fitz wyglądał już o niebo lepiej - bez siniaków, stłuczeń, już nie tak blady jak śmierć albo duch jakiś, i bez plam krwi wszędzie. Całe szczęście, bo mógłby z powodzeniem robić za sobowtóra Krwawego Barona, o ile Baron nosiłby takie ubrania.
McLaggen zapłacił bez słowa sprzeciwu; właścicielka księgarni, widząc wypchaną sakiewkę, zatrzepotała zalotnie rzęsami - nie wiedzieć, czy do wizji kasy, wypchanej pieniędzmi, czy na samą myśl, że będą znów sam na sam, gdyż magomedyk, po otrzymaniu zapłaty, wyszedł.
- Dwieście galeonów mi wystarczy za cały ten regał i wózek - oświadczyła. - Gratis mogę dorzucić kilka egzemplarzy "Sekretnych Podróży", a nawet "Moje Magiczne Ja"! Nigdy nie wychodzi z mody, proszę mi uwierzyć, ludzie wciąż o te biografie pytają, pan Lockhart jest doprawdy czarujący... - kontynuowała, zaklęciami przenosząc kupki ułożonych już książek. McLaggen zerknął tylko na Fitza, nie kryjąc swojego zadowolenia. I ulgi.
O tak, czuł się, jakby na świat znów wróciło słońce i szczęście i w ogóle jakby mu lżej się zrobiło na duchu. Wcześniej miał dość spore wyrzuty sumienia, że doprowadził przyjaciela do takiego stanu - niewiele lepszego niż ten, do którego doprowadzał go w Hogwarcie - i to jeszcze podczas spotkania po latach. Miał tylko nadzieję, że Fitz nie ucieknie od niego od razu po tym...
Ale najwyraźniej Fitz był już zaprawiony w boju lub uznał, że ucieczka niewiele mu da, gdyż się nie ruszał. Z drugiej strony ten brak ruchu też był nieco niepokojący. To znaczy... czy Fitz nie powinien się ruszać... trochę bardziej?
- Widzę, że już dużo lepiej się czujesz - stwierdził w uśmiechu. - Miałem co prawda iść po ten dywan, ale nie jestem pewien, czy w obliczu naszego dzisiejszego pecha to najlepszy pomysł... no wiesz, mam pewne niedobre przeczucia, myślę że jednak lepiej będzie, jak wyślemy Alicię - dodał, również przenosząc zaklęciem książki. Wolał nie myśleć, co powie jego żona, gdy zobaczy całą tę bibliotekę na czterech kółkach...
...i właśnie w tej chwili w jego głowie zalągł mu się pomysł chwilowej emigracji do czyjegoś innego mieszkania. Może do Anabelli?
- A jeśli będzie pan dla mnie miły, to z przyjemnością dołożę panu "Miłosne wróżby i czary", które będzie mógł pan przetestować na płci pięknej - dodała niskim, niemal mruczącym głosem, niebezpiecznie się do niego przysuwając - niby to po to, żeby przecisnąć się między McLaggenem a stolikiem. - Chociaż serce aż mnie boli, gdy muszę rozstawać się z taką ilością książek... - dodała, chcąc romantycznie osunąć się w ramiona McLaggena. Niestety zrobiła to na tyle niefortunnie, że stuknęła się głową w sąsiedni stolik. 
I co ja mam teraz zrobić?
- Proszę mi wybaczyć... nie interesują mnie śmierciotule - mruknął Cornelius, kładąc ją na najbliższym pustym stoliku. - Fitz, wskakuj. - dodał, wskazując mu wózek. - Ty będziesz patrzyć z góry i mówił, czy ktoś jest na naszej drodze i czy mam skręcać, czy nie. Ja będę pchać.

Chwilę po tym drzwi księgarni otworzyły się z głośnym trzaskiem, uderzając jakiegoś przechodnia w twarz; ze środka wytoczył się z głośnym hurkotem wózek, popychany przez sapiącego jak lokomotywa parowa McLaggena. Stuk kółek był coraz głośniejszy - od cichego hur, hur, hur, HUR - zaś Pokątna, jak się okazało, była trochę stroma, czego normalnie na co dzień nie zauważali.
Przynajmniej ulica magicznie opustoszała...
- Nigdy... nie... myślałem... hyyyy... że... to będzie... takie wyczerpujące - wysapał McLaggen, przyspieszając kroku. - W ogóle... hyyy... ja zapłaciłem? - dodał z przerażeniem w głosie, uświadamiając sobie ten porażający fakt - sakiewka nadal była odpowiednio ciężka...
Jednocześnie w księgarni rozległ się głośny łomot i coś zaczęło się palić... nawet jeśli McLaggen był zdecydowany zapłacić, to w chwili obecnej zdecydował się jeszcze bardziej przyspieszyć kroku.
- Gdzie idziemy... do Kotła... czy na Nokturna? - wysapał.


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#17 25-10-2019 o 19h41

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 497

………………………………………...…………………………… https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617146350710161409/ozdobnik.png

       Mieszkała w chatce z piernika. Chatce z PIERNIKA.
       Te kilka słów, które Fitzowi zdawało się, że padło z ust McLaggena, wystarczyło mu, by zrozumieć, że musiał oberwać w głowę, znacznie mocniej niż przypuszczał. I najwyraźniej tym samym uszkodzić sobie słuch, gdyż przecież jego dawny przyjaciel nie mógłby rzec czegoś tak niedorzecznego. A także, jego zdaniem, zupełnie niepasującego do kontekstu.
       No, bo niby jak posiadanie domu z ciasta miałoby skutkować jakimś specyficznym sposobem spoglądania na klientów? – spytał sam siebie, jednocześnie starając się przekazać Corneliusowi kolejnym jękiem, że dotarły do niego jego słowa. I choć nie wie, jak magomedyk, ale on, wyraźnie czarna owca dumnego rodu Perrot, raczej nigdzie się z księgarni do powrotu czarodzieja nie ruszy. A przynajmniej nie o własnych siłach.
       – O to może być pan spokojny – odparł zaraz potem znający ze dwa tuziny leczniczych zaklęć mężczyzna (a przynajmniej Fitzroy miał nadzieję, że tak było), na moment przerywając wyciąganie jakiś kolejnych buteleczek i słoiczków z niewielkiej walizki. Wszystko po to, by móc zbliżyć się o krok w kierunku McLaggena i nachylić konspiracyjnie w jego stronę.
       – Radzę się jednak pospieszyć. Taki dżentelmen, jak pan nie powinien kazać zbyt długo damie czekać – dodał teatralnym szeptem, wskazując głową na coś lub – co było bardziej prawdopodobne – na KOGOŚ głową.
       Niedługo potem cichy dźwięk dzwoneczka znów rozbrzmiał w księgarni, obwieszczając wszem wobec, iż w jej wnętrzu pozostały jedynie trzy osoby. Wyraźnie niekontenta z odejścia Corneliusa sprzedawczyni, która swój zawód podkreślała głośnym, ponaglającym chrząkaniem i sapaniem. Rozbawiony magomedyk, który radośnie, raz za razem powtarzał pod nosem coś na kształt „nie uwierzą, jak im o tym odpowiem, no nie uwierzą”. Oraz obolały Fitz, na którego rany już po chwili zaczęły spływać kolejne lecznicze zaklęcia.
       – Tyle uszkodzeń. Tyle! Naprawdę, dla własnego dobra radzę panu więcej się do książek nie zbliżać lub przynajmniej stosować zaklęcie poduszkujące podczas każdej wizyty w bibliotece, czy księgarni – stwierdził niespodziewanie mężczyzna, chowając różdżkę do kieszeni. I skrzyżowawszy ręce na piersi, najwyraźniej uznając tę część swej pracy za zakończoną, przyjrzał się krytycznie Fitzowi.
       – A teraz proszę usiąść i to wypić – dodał, przywołując szklankę z jakimś parującym płynem machnięciem tak krótkim, że Fitzroy nie zauważył nawet, czy magomedyk wyciągnął swoją różdżkę.
       Napój ten okazał się w smaku jeszcze gorszy niż z wyglądu. Nie tylko palił w gardło i dusił, wywołując potworny kaszel i zmuszając Perrota do wdzięczności za wcześniejsze pozbawienie go większości odczuwanego bólu, gdyż przy tym dławieniu się byłby on nie do wytrzymania, ale i w smaku przypominał coś, co zeskrobano z dna kociołka blondyna. A miało być zwykłym makaronem z serem.
       Już po chwili żołądek Fitza zaczął czuć się zresztą wcale nie lepiej niż po kontakcie z jego kuchnią, kurcząc się boleśnie i fundując mu przydługi koncert burknięć i plaśnięć. I choć wraz z nim powoli, powodując lekkie swędzenie leczonych kości, zaczął znikać do reszty i ból głowy oraz barku, towarzyszące ozdrowieniu otępienie, czy słabość, skutecznie powstrzymywały czarodzieja przed wykonaniem jakiegokolwiek ruchu. Skłaniając go do rozważań na temat umiejętności magomedyka oraz rozpoczęcia długiego wpatrywania się w jeden, niewielki punkt najbliższej ściany, gdyż tylko w ten sposób był w stanie powstrzymać mdłości, czy niepokojące kołysanie się posadzki.
       W takim właśnie stanie zastał go Corn, który powrócił zwycięsko z kolejnej tegoż dnia wizyty w banku. Pokonawszy przeszkody w postaci biurokracji i procedur goblinów, wkroczył do księgarni z pobrzdąkującą głośno sakiewką galeonów, na którą sprzedawczyni zdawała się spoglądać niczym wysiadują smoczyca na skrywające zagadkę złote jajo. Ewentualnie wpatrywała się tak po prostu w samego McLaggena, dosłownie pochłaniając każdy cal jego ciała wzrokiem.
       Perrotowi trudno było ocenić, która z tych wersji jest prawdziwą. Jedyne krótkie oderwanie spojrzenia od ściany, na które sobie pozwolił, by zerknąć na kobietę i dawnego przyjaciela, skutecznie wzmocniło bowiem męczące go mdłości. Pozbawiając zdolności wypowiedzenia, choćby jednego słowa. Zaprotestowania, iż to on zapłaci za pomoc uzdrowiciela, czy regał z niewinnymi książkami, który sam przecież zawalił. Zupełnie tak, jak przed laty to jego pomysł zbytniego zbliżenia się do młodego jednorożca, zdenerwował matkę tegoż. Doprowadził do tego, że zostawiwszy drugiego z Puchonów, pognała za Fitzroyem na oślep, wprost w diabelskie sidła. A zbyt długie przyglądanie się jej wystarczyło, by skutecznie zaprzepaścić tę nić porozumienia, która nawiązała się między nimi, gdy ryzykując przebicie jej rogiem, jasnooki wyciągnął ją z pułapki.
       I doprowadzić do tego, że skończyłem na drzewie... Nawet nie wiedziałem, że potrafię się tak szybko wspinać – pomyślał, wspominając jedną z licznych, niekoniecznie chwalebnych przygód, którą wraz z Corneliusem mieli okazję w Hogwarcie przeżyć.
       A mimo to nigdy nie przestałem podziwiać magicznych stworzeń. Nie nabrałem awersji do jednorożców. I jedna biblioteczka nie powstrzyma raczej mej miłości do książek. Choć zdecydowanie warto bardziej uważać…
       Skierowane do niego słowa McLaggena, przywołały Perrota do rzeczywistości. I zmusiły go do udzielenia czarodziejowi jedynej odpowiedzi, na którą w obecnym stanie było go stać. Do krótkiego skinięcia głową, mającego potwierdzić, iż przynajmniej po odniesionych od biblioteczki i medycznych dzieł obrażeniach nie pozostał mu praktycznie żaden ślad. A także, iż i on nie jest pewny, czy w ich obecnym stanie wyprawa na Nokturna byłaby nie tyle dobrym, gdyż tym nigdy się Fitzroyowi nie wydawała, ile akceptowalnym pomysłem.
       Dalej wszystko potoczyło się zaskakująco szybko, zupełnie tak jakby czas przyspieszył, a wraz z nim i ruchy wykonywane przez wszystkie pozostałe w księgarni osoby. Lub też zwyczajnie Fitz w swym obecnym stanie nie mógł nadążyć za jego biegiem. Nim się obejrzał liczne poradniki uzdrawiania, czy atlasy magicznych ziół i grzybów, z których część była zapewne bardziej zabójcza niż lecznicza, skończyły w wózku (a wraz z nimi i chyba kilka kawałków zawalonego regału). Sprzedawczyni pod wpływem nagłego zasłabnięcia, zapewne spowodowanego nadmiarem wywołanych ich wypadkiem wrażeń, osunęła się w objęcia Corna. On zaś bezwiednie wykonując słowa blondyna, wygramolił się na szczyt wózka.
       I dałby mu się nie tylko z tego sklepu ot tak wyprowadzić, ale i nieświadomie zawieść choćby do najpodlejszej speluny, gdyby nie ból spowodowany oparciem jednej ze stóp o kant jakiegoś wyjątkowo grubego tomu. Zaskakująco ostry, biorąc pod uwagę podeszwy butów, które tego dnia miał na sobie. A przynajmniej mieć powinien, gdyż jedno spojrzenie na nie, wystarczyło przyszłemu wytwórcy różdżek, by zrozumieć, iż z jakiegoś powodu jego obuwie podeszew praktycznie nie posiada. Podobnie do jasnych skarpetek, których spód był w tamtym momencie jedynie jedną, wielką dziurą.
       A tym, co się stało? – spytał sam siebie, odruchowo zaczynając się rozglądać po ulicy. Tak jakby gdzieś w jej rogu mógł czaić się jakiś nieznany mu – i całemu czarodziejskiemu światu – stwór wyjątkowo lubujący się w obuwiu i używanych skarpetach.
       Niestety niezależnie od swych starań, nigdzie takowego dostrzec nie mógł, w przeciwieństwie do kroczącej ku nim z determinacją godną chcącej zdobyć partnera samicy buchorożca – i przypominającej w tamtym momencie nieco takową z wyglądu – sprzedawczyni.
       I już miał otworzyć usta, już się zbierał, by coś krzyknąć, aby ostrzec Corneliusa przed wyraźnie nadciągającymi kolejnymi kłopotami, gdy ten sam przyspieszył. Widząc lub zwyczajnie wyczuwając zbliżającą się sprzedawczynię, pomimo wyraźnych trudności, które sprawiało mu pchanie wypełnionego książkami (i Perrotem) wózka, zaparł się mocniej nogami. I głośno sapiąc, zaczął przeć przed siebie zupełnie tak, jakby od tego zależało jego życie.
       Bo i może zależy – przemknęło mu przez myśl, gdy ponownie przeniósł spojrzenie z ciągnącej się przed nimi ulicy na sprzedawczynię. Coraz to mocniej przypominającą mu to jedno, konkretne magiczne stworzenie, którego róg, gdyby kobieta w rzeczywistości nim była, z pewnością skierowany byłby groźnie w ich stronę. Gotów w każdej chwili przebić ich ciała lub dowolną pobliską powierzchnię, doprowadzając do powstrzymującego ich dalszą ucieczkę wybuchu.
       – Pa.. pan za-aczeka! – wysapała głośno. – No... powiedziałam... by p-pan za-aczekał!
       I wypowiedziawszy te zdania, w dziwaczny sposób machnęła swą różdżką. Na tyle jednak skuteczny, by rzucany przez nią czar zadziałał. Niebezpiecznie spowalniając wózek, którego kółka przestały się kręcić, a jego przesuwanie zaczęło przypominać walkę z wielkim głazem, który na wzór niejakiego Sekstantu, czy Scyzoryka, postanowiło się wtoczyć na sam szczyt stromej góry.
       Tym samym już po minucie nie dzieliło już dawnych przyjaciół od kobiety ponad czterdzieści stóp, a jedynie trzydzieści sześć i ta odległość cały czas malała, sprawiając, że po plecach byłego prefekta zaczął spływać zimny pot. I choć jego ciało, wiedzione tą odrobiną instynktu samozachowawczego, która posiadał, zadziałało odruchowo, ignorując męczące go mdłości, by zaskakująco zręcznie zeskoczyć z wózka i odszukać różdżkę, umysł nie pozwolił mu rzucić żadnego zaklęcia.
       – Czy coś się stało? B-bardzo przepraszam, ale... trochę się nam spieszy – wypalił zamiast tego, zaskakując swą reakcją zapewne nie tylko samego siebie, ale i kobietę. A może nawet i samego Corneliusa.
       – N-no i gdzie… gdzie pa-panowie tak… pędzą – rzuciła sprzedawczyni, zatrzymując się gwałtownie jakieś osiem stóp za nimi i zaraz zgięła się wpół, opierając swe potężne dłonie na kolanach.
       – J-jakby… sa..sama śmierć… czy… Śmierciożerca j-jakiś ich g-gonił – dodała, wyraźnie próbując złapać oddech.
       – P-po dywan dla jego żony… W-wszystko w porządku? – odparł cicho Fitz, starając się nie dać po sobie poznać wywołanego bliskością kobiety niepokoju. A jednocześnie czując się winnym jej obecnego stanu.
       Przecież wcale pomimo mało przyjaznego wyglądu, nie musi mieć wrogich zamiarów. Buchorożce potrafią byc w końcu bardzo miłe – pomyślał, tym samym pogłębiając odczuwane wyrzuty sumienia.
       – Dywan... d-dla ŻONY? – spytała, wyraźnie podkreślając ostatnie słowo, a krótkie kiwnięcie, do którego zmusił się Fitzroy, wyraźnie wystarczyło kobiecie za odpowiedź.
       – Ach tak – rzekła bardziej do siebie niż do któregokolwiek z panów, w końcu prostując się i – ku zdziwieniu Perrota – łapiąc się pod boki.
       – N-na pewno wszystko w porządku? – spytał cicho jeszcze, jednak ciemnowłosa zdawała się już tego zupełnie nie zauważyć, zaczynając dokładnie w tym samym momencie własną, wyraźnie pełną złości wypowiedź.
       – Tak?! Żonaty?! A mimo to…! Ja pana zapamiętam! Zapamiętam! – oznajmiła, celując złowrogo palcem w McLaggena. – Masz pan tu swą resztę, którejś zapomniał, jak o swej żonie! I  NIE  WRACAJ!
       To rzekłszy, rzuciła niepokojąco znajomą jasnookiemu sakiewką wprost Corna i już zdawała się mieć odwrócić na pięcie i wrócić do swego sklepu, gdy wyraźnie postanowiła zmienić zdanie. Przenieść wzrok na Fitzroya i przyjrzawszy mu się uważnie, uśmiechnąć się dziwacznie.
       – Ale ty kochaneczku będziesz zawsze mile widziany w moim sklepie – oznajmiła przesłodzonym tonem, dziwacznie trzepocząc przy tym rzęsami. I puściwszy mu oko, w końcu odeszła.
       – Do… widzenia? – rzekł za nią cały skołowany tym obrotem spraw blondyn, nim zerknąwszy na młodszego czarodzieja, poczuł kolejną falę wyrzutów sumienia. Przecież nim nie zajął się żaden uzdrowiciel!
       Nawet jeśli ten konkretny miał dość specyficzne techniki – pomyślał, czując wyraźnie wywołany wspomnieniem mężczyzny – albo raczej jego eliksirów – skurcz żołądka.
       I gdy zakrywszy usta dłonią, by powstrzymać odruch wymiotny, przeniósł wzrok na ciągnące się po obu stronach budynki, zdał sobie sprawę, że wie dokładnie, w które miejsce Pokątnej dobrnęli. A prostokątny szyld, pod którego błękitnymi literami określającymi asortyment tegoż sklepu, została wygrawerowana srebrna, tryskająca iskrami różdżka, tylko to potwierdził.
       – Chodź. Mam trochę dyptamu. Możemy też poszukać czegoś w którejś z tych książek – stwierdził cicho i nie będąc w stanie dodać nic więcej, gdyż poczuł, jak po raz kolejny mu się odbija, wskazał nieporadnie różdżką na szyld zakładu swego ojca.
       Locomotor wózek z książkami – dodał w myślach zaraz po tym, sprawiając, iż wskutek interwencji magii ten będący źródłem licznych problemów pojazd, radośnie zaczął bez niczyjej pomocy kierować się w stronę sklepu.

.

Ostatnio zmieniony przez Sofja (11-11-2019 o 18h40)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#18 02-11-2019 o 01h06

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 182

McLaggen przemilczał uwagę medyka odnośnie "zbyt długiego czasu oczekiwania damy", i, patrząc na to z perspektywy czasu, absolutnie nie żałował tej decyzji. Już sama świadomość, że ta kobieta wpatrywała się tak łakomie w niego, jak w jego sakiewkę galeonów, sprawiała, że Cornelius miał ochotę zamknąć się na bardzo, ale to bardzo długo w domu i w ogóle stamtąd nie wychodzić.
I z tego też względu udawał, że nie słyszał pokrzykiwań sprzedawczyni, mimo wrodzonego poczucia przyzwoitości, nakazującego regulowanie rachunków na czas... jednocześnie chwilę po tym stanął jak wryty, gdy Fitz zdecydował się wkroczyć do akcji. To było prawie tak, jakby w tej chwili McLaggen stał przed smokiem albo wywerną - i nagle na scenie by się pojawił święty Jerzy. Albo sir Cadogan. I prawdę mówiąc, Cornelius w tej chwili schował się za Fitzem - zupełnie jakby Perrot stał się jego tarczą.
Cóż, nikt nigdy nie powiedział, że McLaggen cechował się odwagą cywilną, szczególnie jeśli chodziło o kobiety postury buchorożca i aparycji wilkołaka w okresie pełni.
- No... żonaty jestem, chociaż to nie to co bym chciał... - mruknął, właściwie bardziej do siebie, gdyż chyba Fitzroy - jak i sprzedawczyni - go nie usłyszeli.
Może to i lepiej?
Zaraz zrobił obrażoną minę, słysząc "a mimo to...!".
- Chwileczkę, ale mimo to ja co? - zapytał głośno, nie kryjąc urazy w głosie, zanim w ostatniej chwili złapał sakiewkę. Jeszcze by oberwał nią w nos... chwilę po tym musiał sobie nią prawie zatkać usta, żeby nie zacząć się śmiać. Szybko jednak przestał, gdy kobieta rzuciła mu pełne pogardy i chłodu spojrzenie - dokładnie takie, jakie niekiedy rzucała mu jego własna żona.
Powinienem się zastanowić, czy nie są siostrami...
- Pan już doskonale wie co! Jeszcze idiotę udawać teraz będzie, niewiniątko... No szczyt! Szczyt bezczelności! Ja nie wiem, gdzie tacy się rodzą... A wychowują? Chyba w chlewie dla kołkogonków! - z tym okrzykiem kobieta zawróciła, dramatycznie machając rękami. Cóż, bardziej wyglądało to tak, jakby gigantyczny ptak pokroju czarnej kury zamachał skrzydłami, próbując odlecieć.
Sam McLaggen niezbyt się przejął kobietą - chociaż spojrzenie, jakie mu rzuciła, wywarło skuteczny efekt, tekst nie był już tak miażdżący. Nie kopał w osobowość, nie robił z jego mentalnej męskości jajecznicy i nie stanowił słownego ciosu karate.
- Szybko się na ciebie przerzuciła - zauważył, wyraźnie tłumiąc rechot. No... no... - Kobiety... są takie niestałe... łatwo zranić ich uczucia i w ogóle... no nie?

Sam mimowolnie również podążył wzrokiem za wzrokiem Fitza; też był ciekaw, czego Perrot mógł tak szukać spojrzeniem, zanim załapał. Tuż po tym jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu - może dlatego, że dobrze pamiętał ten sklep. Nadal, pomimo upływu lat, darzył go sporym sentymentem.
A biorąc pod uwagę talent McLaggena do ładowania się w niebezpieczne sytuacje jeszcze w czasach Hogwartu, Cornelius często gęsto lądował w sklepie ojca Fitza; niekiedy miał wrażenie, że bawił tym pana Perrota, który na szczęście nigdy mu tego nie wypominał.
I mimo upływu lat, wspomnienie państwa Perrotów w jego myślach nigdy nie wyblakło - do dziś pamiętał ciepłe, życzliwe spojrzenie ojca Fitza, pełne skupienia, gdy pochylał się nad różdżką Corneliusa; jego cichy, spokojny głos, gdy tłumaczył mu, co trzeba będzie naprawić.
I równie dobrze pamiętał drugą wizytę...

Cicho, spokojnie, jedynie śnieg szemrał za oknem... zaś cichy dzwoneczek w sklepie swoim brzękiem dał znać, że przybył nowy gość.
Tym gościem był, oczywiście, ni mniej ni więcej jak nastoletni Cornelius już po kilku latach nauki w Hogwarcie; podczas pierwszej wizyty obsługiwał go pewien starszy pan, w związku z tym mały Cornelius założył, że był to właściciel całego przybytku.
- Dzień dobry... ja do pana, yyy, pana... takiego starszego... - bąknął, widząc Gastona. - Pan to jest chyba starszym bratem Fitza, prawda?
Słysząc zaś odpowiedź Gastona, pomyślał sobie wtedy, że chyba pora, by ktoś wymyślił zaklęcie pomagające zapaść się pod ziemię ze wstydu...

Zresztą McLaggenowi nadal było głupio; jemu przydarzały się niekiedy najbardziej dziwaczne wypadki. Czasem bywało i tak, że przychodził do sklepu i zaczynał wizytę słowami "pewnie mi nie uwierzy pan w to, co się wydarzyło, ale..."
- Ale ma pan różdżkę do naprawienia - kończył w uśmiechu pan Perrot. - To co tym razem?
- A, bo wie pan... usiadł na niej gajowy Hagrid i trochę się zgniotła, zwłaszcza po tym kiedy uznał, że coś go uwiera... 
- Tym razem podpalił mi ją ognisty krab... 
- Jak pan sądzi, czy ugryzienie jadowitej tentakuli mogło zaszkodzić różdżce? Od tego momentu zrobiła się nieco bardziej kapryśna... a jak rzuciłem na swojego kuzyna klątwę ślimaków, to zaczął pluć jadowitymi ślimakami, a miały być gumowe... i proszę mi uwierzyć, rzucanie ślimakowego zaklęcia opanowałem do perfekcji! 

Dopiero po chwili, gdy usłyszał turkot kół wózka, McLaggen ocknął się ze wspomnień - pełnych złotego półmroku, zapachu drewna i spokoju. Bo z tym najbardziej kojarzyła mu się pracownia Gastona Perrota - ze spokojem.
- On się tam zmieści? - zapytał niepewnie Cornelius, widząc poruszający się wózek. Jednocześnie wyjął swoją różdżkę, oglądając ją dokładnie - od czasów Hogwartu nie pojawił się w sklepie ani razu, gdyż po tym jakby przypadkiem przestał pakować się w takie sytuacje. Dla odmiany zaczął wplątywać się w najróżniejsze dramaty miłosne... wliczając w to swoją żonę, która wróciła wówczas z długiego pobytu we Francji.
Już wtedy powinno było mi dać do myślenia to, że znała Marsa i Madeleine.
- Chodźmy - dodał, próbując jednocześnie dyskretnie wyczyścić różdżkę. Zaniechał tego jednak, kiedy obrażona różdżka syknęła cicho i wypaliła mu w rękawie dziurę... ach, jak zwykle.

- Dzieeeeń dooooobryyyyyy, my do pana Gastona... do pana starszego - zaczął McLaggen z uśmiechem, ładując się do sklepu. Żart z panem starszym prawie że wszedł mu w tradycję; niemal wpadł przy tym na wózek z książkami - tuż po tym wpadł na genialny pomysł.
Genialny.
A mianowicie machnął różdżką i zmniejszył wózek do rozmiaru eleganckiej szafki nocnej... to nic, że druk mógłby rozczytać już najwyżej skrzat - przecież jak się zmniejszyło, to można powiększyć z powrotem, prawda?
- Ale tym razem nie na przegląd różdżki - zastrzegł, chowając ją pospiesznie do kieszeni. Na tyle szybko, by Gaston nie zauważył zadrapań ciągnących się przez różdżkę i kilku brudnych plam... to nic, że dopiero po chwili zorientował się, że mówi w pustą przestrzeń.
- Halo, jest tu ktoś? - zagadnął, rozglądając się. Nikogo nie było? Chwilunia, coś tu było chyba nie tak... mimowolnie zerknął na Fitza pytająco.
- Tu są jakieś przerwy? Typu sjesta czy coś? Mamma mia?

Ostatnio zmieniony przez Doc (02-11-2019 o 01h08)


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#19 11-11-2019 o 18h40

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 497

………………………………………...…………………………… https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617146350710161409/ozdobnik.png

       Osobiście Perrot miał szczerą nadzieję, że McLaggen nie miał racji. Albo przynajmniej pomylił się w przypadku tej jednej kobiety, którą Fitzroy wolałby mieć przynajmniej w tym samym mieście, jeśli nie w swych ramionach, miast – jak to było w rzeczywistości – wiele mil dalej. I z tego powodu w żaden sposób nie skomentował słów znajomego. Zwłaszcza że sam na kobietach się nie znał. Czy można bowiem oceniać całą grupę przez pryzmat jednej osoby? Jedynego związku, w którym się było?
       Nie – odpowiedział sam sobie, powstrzymując nawrót mdłości i ruszając za Cornem.
       Zaledwie chwilę później młodszy z blondynów pchnął drewniane drzwi sklepu, oznajmiając cichym brzdęknięciem właścicielowi tegoż przybytku przybycie potencjalnych klientów. I zapewne słysząc ten dźwięk, przywitały on ich ciepłym słowem i gestem, a także odpowiedział na już będące jakąś tradycją przywitanie Corneliusa (które mimo wszystkich przeżytych tego dnia przygód zmusiło Perrota do uśmiechu), gdyby nie fakt, iż nigdzie w pobliżu go nie było.
       Panowie nie usłyszeli szelestu odkładanej na ladę gazety, skrzypnięcia drabiny lub podłogi zdradzającego ukrycie się wytwórcy za jednym z licznych, ustawionych równolegle do drzwi regałów. Nie zobaczyli też jakiegoś potwierdzającego jego obecność w sklepie ruchu. W zasadzie jedyną poszlaką wskazującą Fitzowi na obecność w budynku jego ojca był fakt, iż drzwi były otwarte. A sam doskonale pamiętał, że wychodząc z niego tamtego ranka, zamknął je zaklęciem.
       Dałbym sobie za to rękę uciąć – pomyślał, odruchowo spoglądając na swą prawą dłoń. I nagle zupełnie zapominając o związanych z żołądkiem dolegliwościach. Machinalnie zaciskając za to dłoń mocniej na różdżce, zupełnie jak gdyby ta go zabolała. I odruchowo chowają c ją za plecami, jakby sam jej widok go parzył. A z unikalnych dla niej linii, tak pomagającym wszelkim wróżbitom odczytać przyszłość, każdy mógł wyczytać jego sekret. Choć było to zupełnie nielogiczne.
       – W zasadzie to… zawsze? – odpowiedział dawnemu przyjacielowi, karcąc się w myślach za swoje zachowanie. I zmuszając się nie tylko do schowania różdżki, ale i normalnego odpuszczenia ręki przy nodze, choć zdecydowanie wolałby po prostu ukryć ją w jednej z kieszeni.
       – Pewnie jest w swoim gabinecie – dodał, zerkając na pomniejszony wózek z nadającymi się już idealnie dla skrzatów domowych tomami. A przynajmniej swym rozmiarem.
       Nic więcej zrobić Perrot nie zdołał, gdyż jakby na potwierdzenie jego słów, do uszu dżentelmenów dotarły ciche skrzypienie i odgłos pospiesznie stawianych na schodach kroków.
       – Dzień dobry! Dzień dobry, proszę zaczekać, już schodzę! – oznajmił zaraz potem uprzejmym tonem, wyraźnie spieszący się wytwórca. Gotowy powitać swych klientów równie serdecznie, co członków dawno niewidzianej rodziny, albo nawet bardziej, o czym przekonali się blondyni, gdyby końcu wychynął zza jednego z regałów. I widząc ich dwójkę, stanął, jak wryty na jeden krótki moment pozwalając szerokiemu uśmiechowi zejść ze swojej twarzy.
       – Dzień dobry chł.. panowie – rzekł po kilku niezwykle dłużących się sekundach, wyraźnie uznając, że słowo chłopcy do ich dwójki już nie pasuje. I zdecydowanie lepiej od własnego syna, pomimo upływu czasu i o wiele mniejszej ilości spędzonych z McLaggenem chwil, rozpoznając w jego twarzy tego samego młodzieńca, który nie raz przyszedł do jego sklepu skonsultować stan swojej różdżki.
       – Jak widzę, spotkanie po latach nie przebiegło do końca po waszej myśli. Mam nadzieję, że się nie pobiliście, co? – spytał zaraz potem, nie dając młodszym od siebie czarodziejom czasu na odpowiedź na jego wcześniejsze słowa. I choć jego ton brzmiał niezwykle poważnie, szeroki uśmiech, który powrócił na twarz Gastona jasno sugerował, iż mężczyzna żartuje.
       – No słucham – dodał nadal tym samym tomem, krzyżując ręce na piersi i starając się przybrać pozę rodzica, który przyłapał swojego potomka na gorącym uczynku.
       – Spadł na nas regał z książkami – wyjaśnił cicho Fitzroy, wiedząc, że jego ojciec łatwo nie odpuści. I chociaż chciał go okłamać lub po prostu skierować się na górę bez słowa wyjaśnienia, czy zwyczajnego przywitania, nie potrafił. Bo choć patrząc na swego rodziciela, nie był w stanie zapomnieć, co stało się tuż przed tym, gdy opuścił Londyn, o złożonej ojcu obietnicy, wiedział, iż wymóg tejże nie był jego winą. Na pewno nie w pełni, nawet jeśli Gaston praktycznie nic nie zrobił, aby zapobiec wypowiedzeniu przez Fitza tego jednego, kluczowego słowa: przysięgam.
       Mogłem się w końcu nie zgodzić, nawet jeśli wiedziałem, że wówczas nigdzie bym nie pojechał – pomyślał, znów odruchowo zaciskając w pięść swą prawą dłoń.
       – To wyjaśnia te liczne książki… Fitzroy, dlaczego nie wróciłeś do domu? Widziałem, że znów zarwałeś noc, musisz być zmęczony – odparł z wyraźną troską mężczyzna, przerywając myśli młodszego z Perrotów. I choć zbliżył się o krok w jego stronę, wyraźnie wyciągając rękę, by położyć ją na ramieniu syna, powstrzymał się przed wykonaniem kolejnego. Dla niepoznaki kierując swą dłoń ku własnym włosom, po to, aby je przeczesać palcami.
       – Nie jestem zmęczony tato.
       Ta jedna, wypowiedziana niemal szeptem odpowiedź zaskoczyła nawet samego Fitzroya. I to nie dlatego, że była kłamstwem, gdyż choć widoczne pod jego oczami cienie nieco go paliły, dzięki działaniom uzdrowiciela faktycznego zmęczenia nie odczuwał. A powodem jego zdziwienia własną reakcją był fakt, iż wcale nie planował sobie na takową pozwolić. Tak, jak i na kolejne wypowiedziane przez siebie słowa.
       – A Pokątna potrafi być bardziej niebezpieczna od magicznych stworzeń – dodał i nie bardzo panując nad tym, co robi, czy kotłującymi się w nim uczuciami, bardziej poruszył ustami, niż wyszeptał krótkie „przepraszam”.
       Zaraz potem wyminął starszego z czarodziejów i czując, że musi się uspokoić, szybkim krokiem skierował się ku schodom.
       – Nigdy w to nie wątpiłem… Panie McLaggen, czy pozwoli pan, bym naprawił panu nos? Nie jestem uzdrowicielem, jednak przypomina mi on swym kształtem złamaną różdżkę, a wiem, że z takiej strasznie trudno się korzysta – dosłyszał jeszcze żart ojca, nim zaczął wspinać się na górę. A raczej próbować to robić, gdyż zaledwie zdążył spróbować postawić stopę na ósmym z nich, gdy pozbawiony podeszwy but postanowił się o poprzedni zaczepić. Powodując tym samym, iż Fitz stracił równowagę i pomimo odruchowej próby złapania się grubej, drewnianej poręczy, z głośnym hukiem, koncertowo poległ na stopniach. Dość boleśnie zjeżdżając po kilku z nich. A to zdecydowanie nie pomogło jego żołądkowi...

.

Ostatnio zmieniony przez Sofja (12-11-2019 o 00h21)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#20 27-11-2019 o 20h30

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 182

Właściwie gdyby omówić temat związków w kontekście McLaggena i Pettota, chyba każdy skład oceniający wystawiłby im wielkie, okrągłe zero - od sędziego w stylu Severusa Snape'a poczynając, po Flitwicka i Hagrida. McLaggen odgonił od siebie te myśli, gdy usłyszał głos Fitza - jedynie pokiwał głową.
- Znaczy się, zawsze tu jest przerwa? - wolał się upewnić. Zerknął jeszcze na stosik książek. - Swoją drogą... nie chcesz wziąć części z nich? Wiesz, jak to jest być żonatym z aurorem... to znaczy nie, nie wiesz, ale tak czy owak wiesz, jak to z babami jest, zwłaszcza jeśli są śledczymi. Non stop gdzieś węszą spiski i podstępy, a jak zobaczy że to księgi na temat zatruć albo sam nie wiem czego, to jeszcze pomyśli, że postanowiłem się pozbyć jej z tego świata... nie żebym tego nie chciał - dodał z wyraźnym żalem. Tęsknie spojrzał na stosik z książkami, zanim dosłyszał ojca Fitza.
I o ile pan Perrot spoważniał na ich widok, tak McLaggen rozjaśnił się w uśmiechu niczym kilkusetwatowa żarówka. Obaj Perrotowie wzbudzali w nim ciepłe uczucia - bądź co bądź Corneliusowi najlepiej wspominało się wakacje u Fitza, choćby nawet to były krótkie odwiedziny.
Ich dom był ciepły i spokojny, czego nie można byłoby powiedzieć o dusznym, wręcz dławiącym domostwie McLaggenów. Młody, nastoletni Cornelius nie potrafił zliczyć godzin, które przeleżał gapiąc się w sufit i zestrzeliwując z niego muchy; nie potrafił zliczyć przechwałek swojego ojca, którego słychać było aż z dołu, ani dokuczliwych uwag starszych sióstr, które niekiedy zaglądały do domu.
Pod tym względem wizyty u Fitza, w porónaniu z jego własnym domem, jawiły się jak niebo a piekło.
- Nie, nie pobiliśmy się, absolutnie - zaprzeczył w lekkim uśmiechu McLaggen. - Jest dokładnie tak, jak mówi Fitz. No te wózki w banku... najwyraźniej gobliny uznały, że mamy za dużo w skrytkach i spróbowały nas zabić, żeby przejąć nasz majątek - dodał żartobliwie, rozglądając się ciekawie po sklepie. Być może właśnie dzięki temu nie zwrócił uwagi na gesty pomiędzy oboma mężczyznami; a może nie chciał po prostu tego widzieć, nie chciał na to patrzeć?
Nigdy nie wiedział, jak zachowywać się w takich sytuacjach; rzadko kiedy był świadkiem dramatów, zarówno rodzinnych, jak i cudzych. Z tego też względu Cornelius zaczął udawać, że skupił się na oglądaniu różdżek na rozlicznych półkach.
- Jeśli chodzi o Pokątną, to z tym się zgodzę. Zwłaszcza ta właścicielka księgarni obok banku, trzeba na nią bardzo uważać. Osobiście podejrzewam, że ma w sobie domieszkę krwi harpii - dodał, zerkając przez ramię na Fitza i Gastona. Tuż po tym się odwrócił - Fitz zdecydował się pójść na górę, w związku z tym Cornelius postanowił zostawić go w spokoju. Niech sobie odpocznie biedak...
Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem dość upierdliwy, więc najwyżej teraz się pożegnam i udam się do domu czy coś w tym stylu...
Tuż po tej myśli McLaggen pokiwał jedynie, zgadzając się niemo na propozycję Gastona; rzeczywiście, zdążył zapomnieć już o swoim nosie.
- Aż tak źle wyglądam? No wie pan? - zaśmiał się tylko, zanim wyczarował sobie lusterko; oczywiście starał się przy tym ukryć, że różdżkę ma już nie pierwszej świeżości, nie mówiąc już o tym, że zostały na niej wypalone plamy podczas jednej z przygód z zaginionymi. Liczył, że Gaston nie zwrócił na to uwagi...
Tuż po tym przejrzał się w lusterku.
No pięknie, McLaggen, no pięknie. Teraz to chyba nawet żona cię nie pozna. Co prawda Fitz zrobił co tylko mógł, ale... jeśli chodzi o twój poziom atrakcyjności, to osiągnąłeś chyba nowy poziom. Z takim wyglądem poderwanie jakiejkolwiek kobiety będzie dla ciebie chyba większym wyzwaniem niż pokonanie górskiego trolla w walce na gołe pięści.
- No, faktycznie, delikatnie pan to ujął z tym nosem... - zdążył dodać, zanim odwrócił głowę, słysząc huk. Aż odruchowo się przeżegnał, widząc jak Fitz spada z kolejnych stopni... z jednego, drugiego, fruuuuuuuuuu...! Bez namysłu rzucił zaklęcie poduszkujące, aczkolwiek nie był pewien, czy zdążył na czas i czy Perrota prędzej spotkało bolesne spotkanie z podłogą...
- Boże, Fitz, nic ci nie jest? - zapytał z wyraźnym zaniepokojeniem.


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#21 28-12-2019 o 18h40

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 497

………………………………………...…………………………… https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/617146350710161409/ozdobnik.png

       Z każdym bolesnym uderzeniem coraz bardziej zbliżał się ku nieuchronnemu spotkaniu z ziemią, lecz gdy to nadeszło, miast poszerzyć swą już rozliczną kolekcję siniaków, opadł na posadzkę powoli i delikatnie, niczym piórko. I nim zdążył zrozumieć dlaczego, co – albo też kto – uchronił go przed kolejnym wypadkiem, do jego uszu dotarł zaniepokojony głos nie jego ojca, lecz Corneliusa. Osoby, która równie wielokrotnie go w życiu przed nieszczęściem ochroniła, co i w niejedne kłopoty wpakowała. Nawet i tego nieszczęsnego przedpołudnia.
       Weźcie mnie, już dobijcie i pochowajcie pod tamtym starym dębem – przemknęło mu przez myśl, gdy próbując się podnieść, w pełni odczuł obecność urazów, przed którymi zaklęcie poduszkujące (będące jedynym logicznym wytłumaczeniem uniknięcia wypadku) nie zdołało go ochronić. A także i nawrót mdłości zmuszający go do wzięcia kilku głębokich oddechów, nim dał radę wydobyć siebie, choćby jedno słowo.
       – T-tak – wykrztusił z trudem, przyciskając, zaciśniętą w pięść dłoń do ust. I próbując skupić swe myśli na czymkolwiek innym niż swoim kiepski samopoczuciu, zaczął przyglądać się trzymanej przez McLaggena różdżce. Nieco już zdezelowanej, zupełnie jakby ktoś testował wytrzymałość jej drewna na ogień, rozgrzane do czerwoności żelazo lub jakiś kwas. I wyraźnie będącej przewodnikiem magii, która ocaliła go przed ostatecznym upadkiem.
       Dobry refleks. Najwyraźniej przydaje się nie w tylko w quidditchu, ale i pracy Niewymownego...
       – Dzięki – wyszeptał, pochylając nieco głowę, po czym wziąwszy kolejny, głęboki oddech, obrócił się w lewo i złapał poręczy. A potem z niemałym trudem, zaczął próbować podnieść się do pionu.
       Niestety pierwsze podejście nie przyniosło mu pożądanego skutku, dlatego też zaciskając mocno zęby, podjął się drugiej próby. Tej już owocnej, pozwalającej mu nawet wspiąć się o dwa stopnie, lecz nie za sprawą jego uporu, a niewidzialnej siły podtrzymującej go jednocześnie pewnie i łagodnie. Nie narzucając się mu, jedynie pomagając wówczas, gdy tego potrzebował. I chociaż podświadomie Fitzroy znał jej źródło, w tamtym momencie starał się o niej nie myśleć. Nawet wówczas, gdy już odeszła, pozwalając mu w pełni samodzielnie zdobyć kolejne stopnie.
       – Ja również dziękuję – dosłyszał jeszcze słowa swego ojca, wyraźnie mającego na myśli rzucone przez młodszego z blondynów zaklęcie poduszkujące. I była to ostatnia z dziejących się na parterze rzeczy, które przyszły wytwórca zarejestrował.
       Nie usłyszał cichego stuknięcia odkładanej na ladę przez starszego z Perrotów różdżki. Nie zobaczył, jak mężczyzna podchodzi do jednej z półek, by zdjąć stamtąd nie ozdobne, podłużne pudełeczko, lecz niewielką ramkę z ruchomym zdjęciem, pochodzącym z pewnego wyjątkowego albumu. Przedstawiającym tego samego czarodzieja, który został z nim na dole, lecz o kilka lat młodszego i trzymającego próbującego wyrwać mu się niuchacza.
       – To była pierwsza rzecz, którą wstawił tutaj po swoim powrocie. A mimo to wygląda na to, że spotkaliście się zupełnie przypadkiem – stwierdził Gaston, podnosząc powoli ramkę, by móc lepiej przyjrzeć się zdjęciu. A potem, z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ostrożnie podejść do lady i postawić na niej zdjęcie.
       – Czasami chciałbym wiedzieć, o czym myśli, ale… – dodał, kierując te słowa bardziej do siebie niż Corneliusa. I niespodziewanie przerwał, jakby przypominając sobie o jego obecności. Lub też o tym, iż najwyraźniej mężczyzna nie był już tak bliskim przyjacielem jego syna, jak niegdyś. I zarówno blondyn mógł nie chcieć słuchać o problemach jasnookiego, jak i ten się nimi z zielonookim dzielić.
       – W każdym razie, wygląda na to, że Fitz postanowił na chwilę nas opuścić, więc wracając do tematu pana nosa: nalegam. To zajmie tylko moment – oznajmił, pośpiesznie zmieniając temat i niespodziewanie zaśmiał się, przypominając sobie ostatnie zimowe wakacje. I to ile razy był zmuszony naprawiać podczas nich nos Angusowi, gdyż ten postanowił nie tyle ćwiczyć już istniejące zagrania, czy taktyki, ile wręcz stworzyć własne, niepowtarzalne. Tak, aby móc ich użyć podczas kolejnego meczu. Niestety każda z takich prób kończyła się w ten sam jeden, możliwy do przewidzenia sposób: z Gastonem z różdżką w ręce, gotowym służyć swemu potomkowi pomocą.
       – I spokojnie, mam praktykę. Trudno mi zliczyć ile to już razy nastawiałem nos Angusowi – wyjaśnił, uśmiechając się ciepło.
       Starał się przy tym nie zwracać uwagi na dobiegające z góry ciche stuknięcia i skrzypnięcia, wyraźnie świadczące o tym, iż Fitzroy z trudem dotarł do niewielkiego pokoju, służącego nie tylko za garderobę, czy składzik na przedmioty pierwszej potrzeby, ale czasem i sypialnię. Do miejsca, w którym zgodnie z obietnicą planował odnaleźć schowany dyptam. A także, korzystając z okazji, przebrać się, uspokoić i nieco pozbierać.


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1