Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 ... 7 8 9 10

#201 25-05-2020 o 00h44

Straż Cienia
Airi
Akolita Sylfy
Airi
...
Wiadomości: 1 157

----------------------------------------------https://www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-vanja.jpg

     Filmowy uśmiech Tony’ego był tym, co spodziewała się zobaczyć. Wiedziała, że nie będzie go żałował, prezentując go z nutą żartu idącego w stronę ironii. Patrzyła w niego zmęczonym wzrokiem, którego prawdziwe cechy starannie zostały ukryte pod makijażem – wpatrywała się długo, bez odwzajemnienia, nieco pusto – zupełnie, jakby oglądała po raz kolejny ten sam, nużący film, który równocześnie zachęcał do dalszego oglądania, ale i usypiał, zawsze w tym samym momencie. Na szczęście, Amanda wyrwała Vanję z chwilowego zamyślenia, podczas którego jej twarz była skupiona tak, jakby kobieta zajmowała się raportem pisemnym – od których zdążyła już trochę odwyknąć.
     Później tylko przysłuchiwała się rozmowom innych, jakby ładowała siły.
     - Właściwie, znalazłeś lukę w regulaminie. Więc jeżeli Amanda zechce, możesz zamówić dla niej te trufle – uśmiechnęła się minimalnie, oderwawszy wzrok od komunikatora.
     Corell wiedział o wszystkim, ale nie interweniował. I dobrze, myślała Vanja. Bo ona zrobiłaby w tej sytuacji tak samo. Widzenie Amandy było jej na rękę. Widząc ją miała pewność, że nic jej nie grozi. Najchętniej zabrałaby ją na bankiet, ale decyzja ta należała do Nataniela.
     W ciszy obserwowała kolejno znikające wieszaki i pokrowce, ruchy Tony’ego, który siedział najbliżej, Amandę i Agafię, również przebywającą niedaleko.
     - To dosyć ciekawe – przyznała Vanja, kiedy Agafia wspomniała coś o przerabianiu bankietowej, długiej sukni. – Zdążysz? – zapytała. – Do bankietu pozostało już naprawdę niewiele czasu.
     W ustach Vanji brzmiało to nieco zabawnie. Wcale nie wyglądała, jakby w najbliższym czasie chciała ruszać się z miejsca po to, aby choćby się przebrać. |
     - W granatowej byłoby ci do twarzy – powiedziała do Rosjanki, chociaż miała się nie wtrącać. – W każdym razie, powiedz Yennie, żeby dopasował krawat do tej, która ostatecznie wybierzesz.
     Kolejny talerz zniknął jej sprzed nosa. Tony zabrał go tak zwinnie, że niemal uderzyła go w poranioną rękę, ale powstrzymała się w porę. Była z siebie nawet dumna – była to już druga taka sytuacja w tym dniu. Trzymała wszystkie ciosy na moment, w którym ktoś naprawdę ją wystraszy.
     - Na bankiet, owszem. Bawić się w przebieranki, nie wydaje mi się – odpowiedziała cicho. – Jesteście oddziałem, ja nadzorem. Macie budować więzi, nie sądzę, żebym była tam potrzebna – przyznała służbowym tonem.
     - Nie jedz tyle, bo nie dopniesz koszuli. Anthony, doprawdy, wiesz, że na bankiecie też będziesz miał nieco czasu na to, żeby coś zgarnąć ze szwedzkiego stołu? – Jego zachowanie nawet ją bawiło, ale dalej zachowywała się tak, jakby na coś się obraziła.
      Ciszę wypełniły ciche mlaśnięcia i dźwięki sztućców. Minęło trochę czasu, nim Vanja wstała z miejsca i oparła się o barek. Zerknęła na uchyloną szafkę na alkohol, po czym zmrużyła oczy, jakby wiedziała dokładnie, co z niej ubyło.
     - Cieszę się, że przyprowadziłeś tu Amandę – powiedziała cicho, ale słyszalnie. – To jest postępowanie i nastawienie, które chciałabym oglądać zawsze. Ale nie zaprzyjaźniaj się z nią zbyt mocno. Pamiętaj, że Amanda zostanie w amerykańskim oddziale i mam nadzieję, że to tam znajdzie sobie przyjaciół. Nie chcę, żeby było jej przykro, że ją tam zostawiamy. Chcę, żeby zaczęła nowe życie.
     Mówiąc to, wpatrywała się w całą przestrzeń – w eleganckie, nowoczesne meble, szklane ściany i przymknięte drzwi od pokoi.
     Dosyć obojętnie odepchnęła się od blatu i stanęła za wieszakiem. Odsunęła pierwszy pokrowiec i zajrzała do środka. Następnie skrzyżowała ręce i złapała materiał podkoszulka po obu stronach, jakby zamierzała pociągnąć go z do góry i zdjąć, ale zatrzymała ten ruch w połowie, z dosyć obojętną miną myśląc, ze nawet, jeżeli wysoki wieszak zasłaniał jej ciało, a pod spodem nie była naga, nie wypadało. Westchnęła, chwytając wszystkie pokrowce. Nie były ciężkie, ale walka z Ruscowem dalej dawała jej o sobie znać.
     Zniknęła za drzwiami jednej z łazienek, w której postanowiła się przebrać. Na szczęście, apartament posiadał ich niemal tyle, ile w środku było miejsc do spania. Musiała przebierać się dwa lub trzy razy, ponieważ nie wychodziła przez jakiś czas. Kiedy w końcu się pojawiła, miała na sobie długą suknię w kolorze ciemnego fioletu. Połyskujący materiał przylegał do jej ciała, a ona poprawiała go od niechcenia, denerwując się na to, że będzie musiała zrezygnować z komunikatora na nadgarstku.
     Suwak znajdował się na plecach i nie był dosunięty do końca, odkrywając nagie plecy. Zamierzała poprosić kogoś o tę drobną pomoc – ewentualnie pójść tak na bankiet i obserwować różnego rodzaju spojrzenia nieznajomych mężczyzn i kobiet.


https://64.media.tumblr.com/7f661055ba2a00f462ee511771163249/tumblr_oe7bofxTHQ1uqslyuo8_400.gifv https://64.media.tumblr.com/5a3cbd2b39ab5691ea66d08fbf163f39/tumblr_oe7bofxTHQ1uqslyuo3_400.gifv

Offline

#202 25-05-2020 o 23h52

Straż Absyntu
Ardentia
Akolita Jednorożców
Ardentia
...
Wiadomości: 270

–––––-----------------------–––––---------––https://images-ext-2.discordapp.net/external/WBzsjC4HQ2PbOYq2gknAbHYeY0aLc0GUcHY8IbnnAac/http/www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-ames_2.jpg

          Uwielbiała rywalizować. Uwielbiała to, od kiedy tylko po raz pierwszy poczuła tę słodką satysfakcję, gdy zajęła najwyższe miejsce na teście i zagrała na nosie rodzicom, nauczycielom, innym uczniom... no, wszystkim. Kiedy życie daje ci cytryny, ty rozkwaś je mu na twarzy.
          Dogrywka? Ktokolwiek śmiał w nich jeszcze wątpić? Dobre sobie! Zmiotą konkurencję. Gdy Zach zapewniał ją o trafnym wyborze piosenki, postanowiła mu zaufać. Wkrótce dała się słyszeć piosenka. Ame dopasowała się do ruchów Zacha, ale dopiero gdy padły pierwsze słowa, skojarzyła, że skądś ten utwór znała. Może jej rodzice tego słuchali?
          Wynik jej nie zaskoczył. Musiała jednak przyznać, że trzymanie w rękach pucharu było bardzo przyjemnym uczuciem. Nie zdążyła się jednak na niego napatrzeć, bo nim się obejrzała, jej stopy rozstały się z ziemią, a ona sama zmieniła trochę perspektywę. Zach biegł, a ona patrzyła na przechodniów, którzy obdarzali ich całą gamą spojrzeń: od "Ale fajni wariaci!" do "Cóż za prostactwo...".
- My mamy puchar, a wy nie! – krzyknęła do nich, choć pewnie nawet jej nie zrozumieli. Zach był za szybki i nim skończyła swoje przechwałki, ci przypadkowi widzowie ledwo dawali się zobaczyć.
          Nim się obejrzała (nie, żeby obecnie było to technicznie możliwe), znaleźli się na miejscu, a Zach przekazywał radosną wiadomość... co prawda bez ładu i składu, ale i tak. Jej rola ograniczała się do pokazywania na lewo i prawo hologramu, tak by wszyscy go mogli sobie obejrzeć z każdej strony.
          Otworzyła drzwi i została wniesiona do środka. Za gratulacje podziękowała, na pytanie Agafii o konkursy odparła twierdząco i niezwykle entuzjastycznie,
a gdy w pewnym momencie znalazła się jeszcze wyżej niż wcześniej, tylko się zaśmiała.
          Jej ciało przeprosiło się z ziemią. Znowu miała grunt pod nogami. Dłuższą chwilę szukała odpowiedniego, bezpiecznego miejsca dla pucharu. Potem zerknęła na komórkę, by upewnić się, że nie przegapiła niczego ważnego... Chociaż nie, kogo ona chciała oszukać? Na bank przegapiła, inaczej wiedziałaby, co tu robiła osoba, która powinna siedzieć w swojej kajucie pilnowana przez strażników.
          Jej wzrok powędrował w stronę strojów. Czas minął błyskawicznie i wkrótce miała zacząć się zabawa. Powinna doprowadzić się do porządku, po berku i tańcu nie wyglądała i nie pachniała najlepiej.
          Orientując się, że Yen jest obok, uśmiechnęła się lekko.
- Dzięki, że pytasz. Całkiem nieźle. Co prawda przez chwilę myślałam, że coś się kroi, ale to tylko chodziło o grę w berka Zacha i Hunta... Spotkaliśmy go w barze. Ale i tak najważniejszym punktem dnia był "konkurs pucharów". - Kąciki ust Ame powędrowały do góry, by chwilę później ponownie opaść, gdy dostrzegła Zacha. Jej wzrok także powędrował w stronę łazienki. - Oby. To byłaby strata, gdyby nie mógł w pełni skorzystać z balu.
Rzuciła okiem na Amandę. Jeśli nikt nie miał żadnych "ale", widocznie za jej obecnością tutaj stał jakiś dobry powód.
- Wszędzie jest mniej lub bardziej niebezpiecznie. Jeśli tylko o nią wszyscy zadbają, powinno być dobrze. Grunt to się nie zapomnieć.
          Jakiś czas potem i ona zniknęła na chwilę w łazience, by doprowadzić się do porządku w tempie ekspresowym. Wyszła z niej wyperfumowana i z makijażem. Skierowała swe kroki w stronę pokrowców, w duchu mając nadzieję, że znajdzie coś w jej kolorach.


T U           M N I E           Z N A J D Z I E S Z :           W A T T P A D           P I N T E R E S T           M Y A N I M E L I S T           I N S T A G R A M
https://i.imgur.com/AEYxFyr.gif

Offline

#203 26-05-2020 o 15h25

Straż Absyntu
Okinkow
Straż na szkoleniu
Okinkow
...
Wiadomości: 170

..........................................................................................https://images-ext-1.discordapp.net/external/7WSfnKTNX2VLE813Q921yFmBB8sBpbNnYgSRgTmqUk0/http/www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-nate_1.jpg

   Po wyjściu z łazienki wzięli swoje wieszaki i każdy skierował się w swoją stronę. Nate uznał, że weźmie jeszcze prysznic, więc poszedł do łazienki wcześniej jeszcze tylko przypominając wszystkim o ogarnianiu się. Gdy skończył się myć, uczesał włosy, wysuszył i założył garnitur, opuścił łazienkę po drodze zakładając czarne rękawiczki. Idealnie zasłaniały bandaż i rany od szklanki.
   Poczekał aż wszyscy się zbiorą, gotowi do bankietu. Właściwie nie patrzył im w oczy. Po prostu przywołał mapę statku i wyjaśnił co, gdzie się znajduje, tak samo jak wcześniej Yennie, Agafii i Neyi. Tym razem dodał też pomysł Yena z licytacją i zaznaczył, że należy zwrócić szczególną uwagę na to wydarzenie. Przez cały bankiet mogli robić co chcieli, byleby byli ostrożni i obserwowali otoczenie, ale w tym momencie musieli wykazać się pełnym skupieniem.
   Gdy skończył omawiać plan, przez chwilę zastanowił się nad słowami Lizy. Westchnął przejechał palcami po grzywce i wyprostował się, tym razem patrząc w twarz każdemu z nich.
   - Przed naszym zebraniem tutaj miało miejsce jeszcze jedno zdarzenie, o którym powinniście wiedzieć - Opowiedział o całym zajściu z Ruscowem, jednak tym razem bez jakichkolwiek emocji, ale nie pominął żadnego szczegółu, poza tym, że w jego obrączce był podsłuch. - Tak to wyglądało z mojej perspektywy, jeśli chcecie znać szczegóły akcji musicie porozmawiać z Yelizavietą, Tonym lub Vanją.
   - Jest jeszcze jedno. Chcę z wami grać w otwarte karty. Wczorajsze zniknięcie magicoptera i włamanie do systemu zostało odebrane jako atak. W tej chwili prawie wszyscy jesteśmy podejrzewani o współpracę z magiterrorystami i mogą nas z tego powodu spotkać przykre konsekwencje. Ja jako wasz kapitan najpewniej zostanę osądzony jako zdrajca i skończę w więzieniu. Reszta z was najpewniej będzie lżej potraktowana. Dlatego… - dlatego uznałeś, że to koniec? Że spróbujesz się zmierzyć z Corellem i spróbujesz być lepszym od niego? Że go przechytrzysz? - Dlatego proszę, uważajcie na siebie dzisiaj i skończmy tę misję bezpiecznie.
   Pochylił się jeszcze nad stołem. Za chwilę być może cała misja miała mieć kulminacyjny moment. Zastanawiał się nad przemową. Wcześniej obiecał sobie, że jeśli poprzednia nie zadziała, to sobie je na dobre odpuści. Wyprostował się. Powinien wygłosić przemowę, tak jak to robią kapitanowie, dowódcy czy cokolwiek. Coś co podniesie morale i zachęci do działania. Cokolwiek. Otworzył już usta, ale po chwili je zamknął. Przemowy są bez sensu, zostało tylko działanie. A potem dwa dni i tyle, nikomu już nic nie będzie winien.
   - Chodźmy i powodzenia.
   Narzucił marynarkę na ramiona i podszedł do drzwi aby dopilnować tego, że wszyscy idą.

   Na sali było stosunkowo tłoczno. Do tego była drobna kolejka do kontroli, jednak nikt na to nie narzekał. Wszyscy wiedzieli, że takie coś musi się odbyć jeśli ma być bezpiecznie. Po sprawdzeniu ich skierował się w stronę stolika prowadząc za sobą grupę. Rozglądał się szukając jakichkolwiek nieścisłości czy odchyleń od planu. Zauważył jedno, bardzo duże gdy tylko zobaczył ich miejsce, stanął jak wryty.
   Naprzeciw niego, u szczytu stołu siedział, jak gdyby nigdy nic i pił jakiegoś drinka sam Pardon Corell. Ręce Nate’a automatycznie złożyły się w pięści. Ruszyłby w stronę szefa, gdyby nie fakt, że ich spojrzenia się spotkały, a jemu w tym momencie nogi zaczęły ciążyć, jakby były z kamienia. Ręka automatycznie podniosła się do salutu.
   - Nate! I cały Gungnir! Och… jest też moja kochana Vandzia, fufu ~ - chyba miał słabą głowę, albo wypił za dużo, albo po prostu strugał idiotę, jak to miał w zwyczaju. Podszedł do kapitana, kładąc mu rękę na ramieniu i szukając czegoś po kieszeniach. - Z tego co mi doniesiono, to coś zgubiłeś, a ja bym bardzo chciał, abyś to jednak miał.
   W jego ręce znalazła się przecięta przez Yennę obrączka. Ta sama, która w dużej mierze spowodowała u niego taki nastrój. Wtedy nie wytrzymał i jego ręka wystrzeliła w kierunku szefa MAAMT. Nim jednak zdążyła przebyć choćby połowę dystansu dzielącego ją od gardła przełożonego, zastygła i grzecznie sięgnęła po obrączkę, którą następnie schowała bo brustaszy.
   - No, cieszę się, że się cieszysz. Chociaż mógłbyś podziękować, taka zguba. Wiesz ile ona dla mnie znaczy, prawda Nate? - Corell sięgnął jeszcze do kieszeni pod marynarką i wyciągnął z niej złożony w prostokąt papier. Prawdziwy papier. - A to odpowiedź na Twoją prośbę. Do tego przywiozłem sprzęt do treningu. Nie ma za co, rozliczymy się po skończeniu zadania.
    Z poważnego tonu znów przeszedł w głupkowaty i wyminął go witając się z resztą oddziału i zagadując do nich. Kapitan spoglądał na kartkę, powinien gdzieś usiąść i ją otworzyć, przeczytać. W MAAMT na prawdziwym papierze przekazywano tylko informacje najwyższej wagi oraz decyzje w sprawie poszczególnych, wyższych stopniem ludzi. Nate nie miał wątpliwości, którego z tych dotyczy ta kartka.
    Korzystając z tego, że Corell właśnie rozmawiał z całym oddziałem na raz, a jemu się niecierpliwiło, zerwał pieczęć z kartki i szybko przejrzał, szukając informacji, która była mu najbardziej potrzebna. Gdy już ją znalazł delikatnie się uśmiechnął. Mimo iż treść listu nie przekazywała, ani nie popierała tego, co chciał osiągnąć, to czynności jakie musiałby wykonać aby nagiąć wolę Corella do własnej były prostsze niż namówienie Agafię na alkohol. Właściwe już je w dużej części wykonał. Spojrzał na swój oddział i na Corella, obaj wiedzieli to samo, jednak zdecydowanie to Nate był na wygranej pozycji. Właściwie szef MAAMT odmawiając mu, zgodził się na jego warunki. Ich spojrzenia się spotkały i Pardon puścił mu oczko, wtedy Nate’a przeszedł dreszcz, przecież nie było możliwe, by ten stary lis nie przejrzał jego planu, co więc planował wiedząc, jakie są warunki?
    Podszedł do niego Zach i zajrzał mu przez ramię. Wydawał się niespokojny i zdenerwowany, co nasiliło się gdy przeczytał treść listu.
   - Schowaj to, a najlepiej spal. Nic takiego się nie zdarzy, dopilnuję tego osobiście Nate. - westchnął i spróbował przywrócić uśmiech na twarz. - W końcu, gdzie ja tam i Ty prawda?
    Orkiestra wyszła na swój podest i zaczęła grać. Nadszedł czas aby rozpocząć bankiet.

Ostatnio zmieniony przez Okinkow (05-06-2020 o 12h08)


Tańczyłem Koi no Disco Queen w Yakuzie 2,5 godziny nim pokonałem bossa ;_;
https://media.giphy.com/media/LpdlqTkgO2Lwwixwv7/giphy.gif

Offline

#204 29-05-2020 o 00h17

Straż Obsydianu
Morenn
Żołnierz Straży
Morenn
...
Wiadomości: 517

–––––-----------------------–––––---------––http://www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-neya_1.jpg

          W pomieszczeniu panowało spore zamieszanie - aż nie wiedziała, na czym powinna skupić uwagę, co jakiś czas błądząc spojrzeniem gdzieś za Lizą, uwieszając je na chwilę na wszystkich obecnych w apartamencie - a przynajmniej do chwili, gdy zajęła się podetkniętą jej pod nos sukienką, którą wyszukała dla niej Yelizavieta tuż po tym, jak przyjęła czerwoną, którą podała jej Neya - długą, błękitną i połyskującą, z całą wierzchnią warstwą szyfonu usianą drobnymi kamyczkami, niczym odpryskami drogich kamieni. Nie była ani specjalnie wydekoltowana, ani obcisła, a po długości mogła stwierdzić na oko, że powinna zasłonić kostki, od razu więc skinęła głową zerkając na koleżankę z lekkim uśmiechem, zadowolona z dziwnego, niewerbalnego porozumienia, jakie udało im się uzyskać. Neya wiedziała, że nie będzie czuła się na bankiecie swobodnie czy szczególnie komfortowo i myśl, że ściąga na siebie spojrzenia tylko dołożyłaby jej zmartwień. Już wystarczająco niepokoiła ją cała ta konspiracja i myśl o wpadkach, które mogłaby zaliczyć. Im mniejszą będzie miała przy tym widownię, tym lepiej.
Przesunęła palcami po materiale i w tej samej chwili pojawił się przy nich Tony. Nie sam - i o ile samo towarzystwo jakiejś dziewczyny w przypadku blondyna nie dziwiło w ogóle, to już towarzystwo tej konkretnej, specyficznej, będącej ich świadkiem już jak najbardziej tak. Neya nie rozpoznała Amandy w kamuflażu od razu, ale gdy już do niej dotarło, że to ona, przyjrzała się jej, zaraz przenosząc wzrok na Tony'ego. Pojawienie się ich informatora pomiędzy oddziałem nie wywołało jednak poruszania i nawet Nate zajął się pozieleniałym nie tylko na głowie Zachem, który najwyraźniej musiał się źle poczuć, bo kapitan postanowi zabrać go do łazienki. Neya zdała sobie sprawę, że jej spojrzenie uwieszone na Erlingenie było praktycznie odruchowo oskarżycielskie, więc zamrugała zaraz, usiłując pozbyć się grymasu z twarzy. Nie mogła zawsze zakładać najgorszego, nawet jeśli to był Tony, obecnie radośnie czyniący jej przytyki, w pierwszej chwili zbyła je jednak wywróceniem oczu, nawet jeśli narastająca irytacja miała się wkrótce odbić na jej policzkach pomidorową czerwienią. A sam stanął pomiędzy nimi krzywo zapiętą koszulą, swoją drogą. Pan perfekcyjny się znalazł. Dalej słuchała go nieco oszołomiona, skacząc spojrzeniem pomiędzy nim a wyraźnie niepewną Amandą, która ewidentnie zakłopotana starała się jakoś odnaleźć w całej tej sytuacji. Ostatnio widziała ją, kiedy pochylona biegła do magicoptera pomiędzy Agafią a Erlingenem, równie drobna co zdeterminowana - teraz ledwo przypominała jej tamtą osobę. Wreszcie nie wytrzymała i parsknęła krótko śmiechem, kiedy miała wrażenie że jej brew nie może podjechać już wyżej pod linię włosów i że jeśli tak dalej pójdzie w końcu wejdzie na orbitę okołoziemską i nigdy jej nie odzyska.
- Tylko koszulę prosto zapnij. Potrafisz? - fuknęła jeszcze w ślad za oddalającym się Erlingenem, który z właściwą sobie nonszalancją porwał ze stojaka swój wieszak i oddalił się, natychmiast tracąc zainteresowanie dziewczyną, którą zostawił pod ich opieką. Pilotka uśmiechnęła się do niej blado.
- Jestem Neya. Chodź, wybierzemy coś też dla ciebie. Jaki kolor lubisz? Bo wątpię by była to złowieszcza czerń...
Zerknęła na Lizę, przekonana że ta lepiej sobie poradzi z doborem kreacji dla Amandy, która niemrawo zaoponowała, że przecież stroje nie są dla niej - nie mogła jednak ukryć pewnego błysku w oku na widok sukien, które spoczywały w rozsuniętych do połowy pokrowcach.
- Nie musisz się przejmować. I tak jest ich więcej, niż osób w oddziale. Śmiało.
Z zapraszającym uśmiechem zachęciła Amandę do zajęcia swojego miejsca przy wieszakach, sama zaś złapała błękitny pokrowiec i przerzuciła sobie przez przedramię, stając nieco z boku i pozwalając, by Liza przejęła pałeczkę. Amanda dość szybko pozbyła się zakłopotania i rozluźniła wyraźnie, z przyjemnością oglądając kolejne suknie wieczorowe i rozmyślając nad odpowiadającym jej fasonem. Neya próbowała odnaleźć spojrzeniem Yena, co jakiś czas powracając myślami do ich rozmowy na tarasie, jednak akurat nigdzie go nie wypatrzyła. Trochę ją męczyło, że w końcu nie powiedziała mu nic na temat wysłanego wszystkim obrazu mężczyzny w piżamie, nie znalazła jednak w sobie odwagi w tamtym momencie, by to zrobić. Innym razem.
          Jeszcze zanim odeszły by udać się do apartamentu Kowalskych, gdzie Neya wpuściła dziewczyny zapewniając, że Nate na pewno nie będzie miał nic przeciwko, z łazienki wyłoniła się gotowa już Ames i również skierowała do wieszaków. Pilotka uśmiechnęła się do niej ciepło. Gryzło ją, że ostatnio spędza tak mało czasu z przyjaciółmi. Z nią też powinna umówić się na jakiś wieczór, kiedy sytuacja trochę się ustabilizuje. Brakowało jej czasem tej odrobiny szaleństwa, którą wprowadzała Sasaki - spontanicznych, gwałtownych zwrotów akcji, testowania mocy klonowania na różnych sprzętach i sprawdzania co się stanie; nawet wymykania się po nocy z kwatery, by poszukać w kuchni soku, na którym akurat naszła ją ochota.
- Gratuluję zdobycia pucharu. Och, chyba widziałam gdzieś fioletową suknię z czarnymi wstawkami, jak na ciebie. Przyjdziesz się pośmiać jak będziemy się szykować? Liza chyba będzie miała sporo roboty. Sprawdź, ale prawie na pewno fioletowy pokrowiec.
Uśmiechnęła się jeszcze, zanim zniknęła z Lizą i Amandą w pokoju, by dać Amayi chwilę na zastanowienie. Tam kompletnie już powierzyła swój wygląd w ręce długonogiej Ukrainki, która przy pomocy swojej kosmetyczki i jakichś najwyraźniej ukrytych pokładów cierpliwości zajęła się makijażem i fryzurą dziewczyny, zamykając jej niesforne włosy w zręcznym, eleganckim upięciu, skrapiając jej szyję, dekolt i nadgarstki lekko waniliową w zapachu mieszanką perfum, razem z Sasaki pomagając z dopięciem sukni i podrzucając jej pasujące, lekkie czółenka w srebrnoszarym kolorze, ozdabiane gdzieniegdzie jakimś połyskującymi pierdółkami i szeroki szal, który całkiem sprytnie mógł ukryć w razie potrzeby coś w dłoni Neyi. Na przykład broń. Podziękowała wylewnie zdając sobie sprawę, że sama w życiu by tego nie zrobiła. Starała się przydać gdy przychodziło do fryzur czy makijażu pozostałych dziewcząt, usłużnie podsuwając kosmetyczki czy akcesoria do modelowania włosów, często niepewna co właściwie konkretnie trzyma. Cała trójka wyglądała cudnie i Neya nie szczędziła im komplementów, kiedy już przyszło co do czego.
          Na odprawę dotarły sprawnie, Neya z rosnącym niepokojem wysłuchała informacji o tym, co działo się wcześniej, kiedy ona beztrosko zażywała przyjemności w pokładowym SPA. Zatrzymała na dłużej spojrzenie na trójce uczestników zajścia. Wcześniej zamierzała delikatnie zapytać Lizę o jej lekko pokiereszowaną twarz, dała sobie jednak spokój z podobnymi kwestiami ze względu na obecność Amandy. Teraz żałowała - bardzo chciała się dowiedzieć więcej - ale nie było na to czasu. Musieli się skupić. Zwłaszcza, że informacja o ciążących na oddziale zarzutach sprawiła, że na chwilę jej serce zamarło, a po plecach przebiegł lodowaty dreszcz grozy.
Jak mogła dopuścić do czegoś podobnego? Jak mogła dać się w taki sposób podejść?
Nie znajdowała w sobie żadnej sensownej odpowiedzi. Gdyby jej tam nie było, nic by się nie stało - nie porwali by przecież coptera bez pilota. Nie powinna była w ogóle tam być.
          Sala bankietowa była jasnym, bogatym pomieszczeniem. Neya z trudem powstrzymywała się przed wodzeniem wzrokiem po ścianach i sufitach, zawieszając spojrzenie na stołach, przy których w znacznej części miejsca były już zajęte. Zorientowała się, że odruchowo szuka towarzystwa Yena, jego silnego ramienia, w które mogłaby się wczepić z obawy przed upadkiem i skręceniem kostki na obcasie, do którego rozmiaru nijak nie była przyzwyczajona. Zdała sobie sprawę ze swojego błędu szybko i mniej więcej w tym samym momencie zorientowała się również, że Nate jest już nieco dalej i w towarzystwie osoby, której absolutnie nie spodziewała się zastać. Pardona Corella. Przyglądała im się przez chwilę, kontemplując dziwne napięcie w postawie i zachowaniu kapitana zanim wyczuła obok siebie ruch. Odruchowo obejrzała się w tamtą stronę i dostrzegła łagodne rysy twarzy Amandy, która towarzyszyła jej już od wyjścia z apartamentu. Widząc mężczyznę zmarszczyła lekko brwi.
- Och, znam go. - powiedziała, jednak pomimo zaległej ciszy nie dodała nic więcej, a Neya przytaknęła jedynie. Coś w postawie obu mężczyzn zafrapowało ją tak bardzo, że podeszła jeszcze trochę bliżej i udało jej się dostrzec metaliczny, złoty połysk. Zamarła w pół ruchu, dostrzegłszy przecięty na pół okrąg obrączki i odruchowo musnęła palcami własną, bez większego zrozumienia dla tego, co się działo. Nate miał rękawice na dłoniach, ciężko jej było stwierdzić czy ma na palcu obrączkę, czy ta do niego właśnie wróciła i to z jakiegoś powodu zniszczona. Odruchowo chwyciła palcami krawędzie pierścionka i szarpnęła, chcąc upewnić się że zejdzie, nie zdążyła jednak się do tego przyłożyć, bo zbliżył się do niej Corell. Mężczyzna spojrzał na nią swoimi przenikliwymi oczyma, aż dziewczyna poczuła się nieco dziwnie pod ciężarem jego wzroku i szybko uciekła nim w bok, trafiając na Nate'a. Niemalże odruchowo zwróciła się w tamtą stronę - był w końcu ich kapitanem. A teraz dodatkowo w imię konspiracji był jej mężem. Neya Egerton nigdy nie sprzeciwiła by się Corellowi. Helen Kowalsky niezbyt to interesowało.
Zostań z Amayą, Amando. Trzymaj się jej przez jakiś czas, dobrze?
Przytaknęła, gdy zaczął się z nią witać.
- Najmocniej przepraszam. - powiedziała, nie rejestrując części powitania. Dygnęła lekko, tylko na moment patrząc mu w oczy - Powinnam dołączyć do swojego męża.
Trochę sztywno odeszła w stronę Nate'a. Pójdzie z nim do więzienia? Może. Przynajmniej nikt jej nie zarzuci, że wyszła z roli.
Podeszła do mężczyzny. W pamięci miała wciąż to, co wydarzyło się, gdy Nate nałożył jej obrączkę. I to, co mówił wcześniej o tym, że teoretycznie możnaby je naszpikować elektroniką. Huczało jej to wręcz w głowie, gdy zbliżyła się do kapitana, któremu jak do tej pory towarzyszył jedynie jego brat.
- Bob, tutaj jesteś. - powiedziała, przysuwając się nieco bliżej. Czuła, jak wali jej serce. Spojrzała na Nate'a kątem oka, posyłając mu dociekliwe, przeszywające spojrzenie.
Jeśli jest coś z nimi nie tak, uszczypnij mnie w ramię. - powiedziała wprost do jego myśli, niby od niechcenia muskając dłonią pierścionek na swoim palcu.

Ostatnio zmieniony przez Morenn (29-05-2020 o 09h13)

Offline

#205 30-05-2020 o 12h07

Straż Obsydianu
Rosaviel
Piechur Straży
Rosaviel
...
Wiadomości: 1 789

======================================http://www.pomniejszacz.pl/files/liza-wklejka_3.png

      W miarę tego, jak  pomieszczeniu przybywało osób i Liza robiła się coraz spokojniejsza. Nawet mimo tego, że słowa Vanji złowrogo kołatały w jej głowie cichym głosem za każdym razem, gdy spoglądała na nią, na Nate’a, na każdego, kto brał udział w - jak się okazało - pozornie przemyślanym, a mającym im najpewniej dać odetchnąć po niełatwej i bolesnej w skutkach misji. Otrząsnąć się z tragedii towarzyszki, utraty towarzysza, który choć nie umarł, przecież na długo - o ile nie na zawsze - zniknął z ich żyć. Mieli się rozluźnić, zrelaksować… Kto by pomyślał, że niewinna zabawa w niedługiej przyszłości ściągnie na nich takie konsekwencje? Nie ona… a może powinna była?
      Do chwili obecnej wróciła natychmiast, gdy tylko Neya odezwała się, przywołując nijako do obwieszonego pokrowcami kryjącymi piękne, drogie kreacje wieszaka także i ich świadka. Yeliza puściła lekko - choć widocznie - speszonej dziewczynie oczko i zachęcając ją śladem pilotki zaprosiła, by i ona wybrała się na bankiet. Skoro oni wszyscy tam będą… nietaktem z ich strony - agentów MAAMT odpowiedzialnych za jej bezpieczeństwo i transport do miejsca przekazania - byłoby pozostawienie jej tu bez jakiejkolwiek ochrony. I z tą myślą brnęła dalej w pomyśle - skoro był tu Ruscow, jaką mogli mieć pewność, że nie było i innych osób związanych z magiterroryzmem? Niekoniecznie musieli być to przecież sami magiterroryści, by zaważyć na bezpieczeństwie świadka, gości, całej załogi… Wróciła wzrokiem i myślami do teraźniejszości, uśmiechnęła się lekko do trójki przy wieszaku, po czym zaczęła wraz ze świadkiem przesuwać i oglądać kolejne suknie, komentując ich kolor, krój; niektóre też wyciągały, sprawdzały… I tak póki nie dobrały czegoś i dla Amandy - w kolorze, oczywiście, jasnego i dziewczęcego, co ładnie zgrywało się z przykrywką i jasną peruką. Wzięła jeszcze i przełożyła przez ramię pokrowiec z suknią wskazaną jej przez młodszą z sióstr Egerton i jej śladem, próbując podtrzymać lekką pogawędkę z Amandą ruszyła jej śladem.
      Wyszykowanie się także nie zajęło im wiele czasu, przynajmniej w odczuciu Lizy - z chęcią wróciła myślami do jej własnych, pierwszych podobnych misji, gdy to ona siadała zestresowana na obrotowym krześle i oddawała się całkowicie pod ręce Arabelli. A potem przy każdej nadarzającej się sposobności sama ćwiczyła się w sztuce szeroko pojętego kamuflażu i zmian wyglądu; makijaż także wchodził w grę, a ona w końcu nabrała wprawy na zadowalającym ją poziomie. Z tego też powodu w lekkim zamyśleniu i z delikatnym uśmiechem podeszła do makijażu i fryzury zarówno Neyi, jak i Amandy, choć w przypadku tej drugiej ograniczyła się do makijażu i zarysowaniu choć lekkiej zmiany na jej buźce. Ona sama była w o tyle dobrej sytuacji, że makijaż miała za sobą - musiała jedynie się ubrać i znaleźć coś, co mogłoby dla pewności ukryć jej nadgarstki; idealnie sprawdziły się jej czarne, wykończone koronką rękawiczki sięgające jej nieco ponad łokcie, pięknie komponowały się z głęboką, winną czerwienią jej sukni.
      Następnym punktem, nim mogli powoli udać się w kierunku sali bankietowej była odprawa i tu już Liza nie miała niebieskiemu Cielo kompletnie nic do zarzucenia. Przymknęła tylko lekko oczy, gdy zdała sobie sprawę, że nawet jeśli jej imię zostało z zarzutów teoretycznie oczyszczone, tak była jedną z tych, którzy przyłożyli przecież rękę do całego przedsięwzięcia i było jej z tego powodu po prostu głupio. To też przebiegło im sprawnie - kapitan nie bawił się w ukwiecanie wypowiedzi i całość postawił jasno, a kilka chwil później całym Oddziałem Gungnir podążali już w stronę, która obecnie zajmowała umysły wielu gości.
      Wielka sala bankietowa. Wystawny bankiet. Najznamienitsi goście. I oni, pod przykrywką.
      I jedna osoba, której nie spodziewało się tu zastać chyba żadne z nich - Pardon Corell.
      — Wszyscy znamy, Amando… — dorzuciła, utrzymując się jeszcze chwilowo w bezpiecznej odległości. Zmrużyła jednak oczy, bo w świetle niedawnych słów Nataniela pojawienie się Corella mogło okazać się… złe. Bardzo złe. Tragiczne wręcz w skutkach. — Ale nie jestem pewna, czy to… dobrze. — dorzuciła szeptem, nim zrobiła dwa kroki w przód.
      I wcale nie chodziło tu o jego dziwaczne zachowanie, choć… nie, chodziło…  Dużo bardziej, niż trochę. Corell sam zlecił im misję pod przykrywką, byłby skończonym kretynem, gdyby teraz na siłę próbował im wszystkim ją roztrzaskać na kawałki, a na to właśnie się zanosiło. Nim się jednak zdążyła do tego jakkolwiek ustosunkować - próbując przy tym nie wyjść z roli - poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Skrzywiła się na widok kobiety, której ostre spojrzenie i zaciśnięte w wąską linię usta jasno mówiły, by dała sobie spokój. Skrzywiła się, demonstracyjnie zasłaniając nos. Śmierdział papierosami.
      Chwilę później, w tle zarysowała się jej znajoma sylwetka i jasna czupryna. Drake w dopasowanym garniturze i z włosami zaczesanymi do tyłu wyglądał dobrze. Po prostu… dobrze - ale przystojni ponoć tak mieli, dobrze im we wszystkim - a to było ważne w jego pracy. Jej dawnej pracy.
      Zmrużyła lekko oczy, gdy ją minął. Bez słowa, bez spojrzenia.
      — O, dobrze się składa, myślałem dziś o Panu… — rzucił luźno, wciskając się przed kolejną osobę, z którą Corell widocznie zamierzał się przywitać. — Tak z trzy minuty temu, gdy poszedłem sprawdzić, jak się miewa moja myszka… moja przypieczona lekko myszka. — uścisnął rękę. — I byłbym wdzięczny, gdyby trzymał Pan swojego ochroniarza z dala od mojej zdobyczy. Byśmy mieli jasność… Tyrfing zgodnie z procedurami nie ma póki co do niego żadnego prawa póki nie zostanie przesłuchany… a jeśli nagle zacznie wymagać pomocy lekarza nie nastąpi to za szybko...
      Zmarszczył lekko brwi, zaraz jednak uśmiechnął się półgębkiem.



https://i.imgur.com/K63JwVO.gif

Offline

#206 31-05-2020 o 12h40

Straż Cienia
Ghoul
Oficer Straży
Ghoul
...
Wiadomości: 1 737

https://images-ext-2.discordapp.net/external/_owPrgmjNgB1NzH1tA9hRg0uEn8zpI6HOJCiwKeXPEw/http/www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-tony_1.png


  Tony Erlingen przyjrzał się Vanji Holmes, zajętej swoimi sprawami, ozięble odrzucającej myśl o integrowaniu się z zespołem. Jego natura nie pozwalała mu przejść obojętnie obok tak upartej, wyrobionej beznamiętności. Miał dziką potrzebę nagięcia podobnej sztywności, jak gnie się kartkę papieru z niewygodnym, urzędowym pismem. Z pewnością rzutowało to również na jego relację z kapitanem Cielo. Zawsze brała go na to ochota, a dziś, po wspólnej improwizowanej misji, cóż, nie dała się zignorować. Mimo ogarniającego go zmęczenia znów uśmiechnął się zjadliwie, odkładając jeden z talerzy na bok, by odciążyć zranione ramię.
   - Nie chciałbym przekłuwać twojej bańki mydlanej, Sherlocku, ale właśnie podczas budowania więzi narobiliśmy najwięcej szkód – zwrócił jej uwagę, wyraźnie jednak zupełnie nie zajęty wagą ich przewinienia. - Jeśli kiedykolwiek powinnaś mieć nas na oku, to właśnie wtedy, kiedy mamy popuszczone wodze. Kto wie, co te szalone kobiety wymyślą i co ukryją pod ubraniem, bez twojego nadzoru. Chcesz wskazówki? Mała Egerton jest z nas najgorsza, diabeł wcielony, prowokator najdzikszych scen. Może się wydawać, że to ktoś inny wpadł na szalony pomysł, ale to tak naprawdę ona umieszcza je w naszych głowach – wygłosił to przemówienie z całkowitym spokojem i przekonaniem, a efekt niszczyły tylko przerwy na rzucie w milczeniu.
   Na uwagę o koszuli uśmiechnął się jedynie radośnie do swojej uczty. Błogosławieństwo szybkiego metabolizmu, połączone z morderczymi treningami Akademii, sprawiło, że nigdy nie musiał martwić się podobnymi problemami. Gdyby zaś musiał, po prostu zostałby ludzką kulką, nie potrafił odmówić sobie jedzenia, jak zresztą kilku innych przyjemności. Dobierał z pasją kolejne przekąski i uwagę przerzucił na Vanję dopiero, gdy wspomniała o Amandzie. Spojrzał na nią spod oka, uważnie, czujnie nawet, z nutą podejrzliwości, jakby oczekiwał kąśliwej, przewrotnej pointy. Nie spodziewał się pochwały ze strony Holmes, czy też na dobrą sprawę ze strony któregokolwiek z członków oddziału. Nie za tak spontaniczny zryw serca, który skutkował z pewnością utrudnieniami dla gryzipiórków za biurkiem. Brak ukłucia, na które był gotów, chyba wytrącił go z równowagi, bo sam zapomniał jakby o swoich zwyczajowych, żartobliwych odzywkach, przynajmniej na chwilę.
   - Masz rację. Też tego bym dla niej chciał – przyznał, starając się nie gapić na świadka, a nadmierną uwagę przekierować na wciąż trzymane jedzenie. - Ale nie będzie miała łatwego startu. Chcę, żeby wiedziała, że ludzie mogą być w porządku, że może komuś choć trochę zaufać... - rozmoczył frytkę w sosie, aż stała się wiotka i nieapetyczna. Łykając ją prawie bez gryzienia, wyrwał się gwałtownie z ckliwego zamyślenia i wrócił do swojego zwykłego figlarnego cynizmu. - Zresztą, nie będzie tęsknić długo, to jeszcze dzieciak. Ty i ja wiemy, ile warte są przyjaźnie zawarte, gdy miało się siedemnaście lat, prawda Sherlocku?
   To pytanie miało jednak tylko na chwilę zawisnąć w powietrzu i opaść ściągnięte w dół ciężarem zwodniczej ironii. Tuż po wypowiedzeniu go, Tony odepchnął się od blatu i ruszył w końcu do siebie, nie czekając na odpowiedź.
   Połowę czasu, który przeznaczył sobie na ożywczą drzemkę, zajęło mu ustawienie w komunikatorze alarmu, który obudziłby go o odpowiedniej porze. W trakcie usilnych prób przynajmniej dwa razy połączył się z centralą i raz był bliski przypadkowego zgłoszenia alertu o porwaniu dziecka. Rozdrażniony kolejną przegraną potyczką z technologią, ostatecznie praktycznie nie zmrużył oka, kiedy w końcu miał ku temu okazję. Zanim alarm rozbrzmiał, Tony już był w łazience, zaczesując włosy do tyłu i z przyzwyczajenia ćwicząc w lustrze serię uśmiechów.
   Przygotowany dla niego strój był perfekcyjnie Theodorowy, ale Tony'emu wcale to nie przeszkadzało. Gdy miało się niewzruszoną pewność siebie Erlingena, którą ktoś inny mógłby nazwać arogancją, nie sposób było znaleźć stroju dość absurdalnego, by obniżyć morale. Ostatecznie, jeszcze dzisiejszego ranka paradował w falbaniastej kiecy, czymże więc były jaskrawo różowe szelki, muszka do kompletu i spinki do mankietów w kształcie flamingów. Garnitur miał w szarą kratę, koszulę za to klasycznie białą. Tym razem zapiął ją prawidłowo, co z pewnością miało uszczęśliwić Neyę. Corell z jakiegoś powodu nie przewidział widać dodatkowych obrażeń na celu swojej stylizacji, gdyż szelki z jednej strony boleśnie obcierały ranę. Tony dołożył w tym miejscu dodatkową warstwę opatrunku i łyknął jeszcze dwie tabletki przeciwbólowe z podręcznej apteczki, zanim wrócił do pokoju wspólnego.
   W końcu zebrali się wszyscy, już naszykowani na bankiet i piękni jak nigdy. Anthony z chęcią oddałby się podziwianiu widoków i dziwowaniu się nad przemianami niektórych członków oddziału, jednak i tę przyjemność Nataniel musiał mu zrujnować, racząc ich kolejną przemową wraz z planem i sporą porcją czarnowidztwa.
   Spodziewać by się można, że po kolejnej dawce ostrzeżeń i dramatycznych wniosków, młody pan Erlingen w końcu zacznie zastanawiać się nad powagą sytuacji, w której znalazła się jego jednostka. Być może pochyli się nad konsekwencjami swoich własnych, nieodpowiedzialnych działań... Kto by się tego spodziewał, byłby jednak w głębokim błędzie. W jego mniemaniu, Corell nie zadawałby sobie tyle trudu z wysyłaniem im swojej ulubionej zabaweczki i planowaniu dla nich tej dziwnej, pokrętnej misji, gdyby naprawdę miał zamiar rozwiązać oddział, a Nataniela zamknąć w piwniczce Akademii i wyrzucić klucz. Choć to ostatnie z pewnością było kuszącą opcją dla wszystkich, z samym aspołecznym Cielo włącznie. Ponadto, raz już wybroniwszy się z zarzutów dotyczących współpracy z magiterrorystami, z beztroską stereotypowej blondynki podchodził do sprawy. Ostatecznie wiedział przecież, że byli niewinni... z pewnością dałoby się to więc udowodnić, gdyby przyszło co do czego, nieprawdaż? Dziś jednak skłonny był iść ich kapitanowi na rękę i nie prowokować dodatkowych problemów. Był zwyczajnie wykończony. Poza tym, zależało mu jednak na bezpieczeństwie Amandy, a jednego terrorystę upolowali już na pokładzie statku.
   Na bankiet ruszył z odpowiednią sobie dozą nonszalancji, w rzeczywistości jednak był skupiony. Poruszał się o kilka kroków za świadkiem, którego dziewczęta eskortowały do sali. Chronił tyły, jakby spodziewał się, że w każdej chwili ktoś może spróbować ich podejść. W najśmielszych snach jednak nie wyobrażał sobie, że „niebezpieczeństwo” będzie oczekiwało na nich przy stoliku, tyleż zaskakujące co wstawione.
   Można by pomyśleć, że szef MAAMT przyłączył się do żartu Anthony'ego i z premedytacją wspólnie próbowali doprowadzić Nate'a do łez. Jego pojawienie się było z pewnością nieoczekiwane. Ich przykrywka i tak była spalona dzięki akcji z Ruscowem, ale nic chyba tak dobrze nie naznaczało ich jako celu ataków terrorystów, jak towarzystwo samego Pardona Corella. A może właśnie taki był plan? Tony uśmiechnął się w kierunku szefa, na myśl o takim sposobie testowania ich lojalności. Poczuł jednak nieprzyjemny ucisk w żołądku, zdając sobie sprawę z faktu, iż zabierając Clerk z jej schronu, odpowiedzialny był za umieszczenie jej w samym środku jakichkolwiek oddziałowych gierek, jakie prowadził Corell. Wolałby wiedzieć, czy świadek ma ekstra szansę na utratę swojej białowłosej główki,
   Rozejrzał się automatycznie w poszukiwaniu sojuszników. Liza miała towarzystwo. Towarzystwo niewątpliwie wchodzące w skład ich organizacji. Był tu między innymi Dracarys Hunt. To nie były ochroniarskie płotki, a raczej grube ryby. Z lekkim poczuciem winy Tony zostawił Yelizę na pożarcie, starając się jedynie przesłać jej porozumiewawcze spojrzenie i dryfując nieco w głąb sali. Szef wszystkich szefów prowadził coś, co wyglądało jak przemiła, przyjacielska pogawędka z Natem, blondyn skierował więc swe kroki w kierunku drugiego najlepszego źródła wiarygodnych informacji.
   - Czy przypadkiem nie martwiłaś się, że to JA nie dopnę się w ubraniu, Lyndy? - zapytał z pustym śmiechem.
   Chwycił za suwak, przesunął nim jednak najpierw do pół drogi w górę, a następnie znów w dół, czego ostatecznym efektem było pozostawienie go mniej więcej w tym miejscu, gdzie go zastał. Wykorzystując jednak fakt, że stał już za jej plecami, nachylił się, by wyszeptać do jej ucha pytanie dość ciche, by nie usłyszał go nikt inny:
   - Czyżby Papa Corell nie był z ciebie zadowolony, Sherlocku? Musi zbadać sprawę na własną rękę, okazaliśmy się, być zbyt dużym wyzwaniem?


TECHNIK HODOWLI POSTÓW
https://i1.wp.com/www.heymunky.co.uk/wp-content/uploads/2016/06/quicksilver.gif?resize=480%2C198

Offline

#207 05-06-2020 o 11h17

Straż Absyntu
Okinkow
Straż na szkoleniu
Okinkow
...
Wiadomości: 170

........................................................................https://cdn.discordapp.com/attachments/688413570253586484/692779014418333766/unknown.png

    Wzdrygnął się gdy podeszła do nich Neya. No tak, musiała zobaczyć że Corell dawał mu obrączkę. Cholerny staruch, specjalnie zrobił taką szopkę. Po co w ogóle przyjeżdżał? Może Nate zamówił materiały do treningu, ale zazwyczaj przyleciałyby i tyle, były. Nie musiał ich przywozić sam szef, który zresztą rozmawiając z innymi zaczął coś mówić o tym, że wraca, był tylko na chwilę, aby spotkać się z Kapitanem statku i zobaczyć jak tam się prezentuje flota.
    - Och, N… Nie wiem gdzie ja mam głowę - zaśmiał się próbując zamaskować zaskoczenie, przez które prawie zwrócił się do niej prawdziwym imieniem. - Wybacz Hel, że tak biegam w jedną i drugą, ale wszystko jest już w porządku, nie musisz się o nic martwić.
    Próbował namierzyć gdzieś Zacha, lecz ten oddalił się chwilę po przyjściu Neyi i przepadł w tłumie, przez orkiestrę i gwar trudno było mu się na czymś skupić, ale wydawało mu się, że gdzieś widzi podskakującą zieloną czuprynę i słyszy radosny głos brata. Wysłał mu sygnał, aby nie odłączał się od reszty oddziału i czym prędzej wrócił.
    - Jesteśmy tu, aby się bawić, prawda? Powinniśmy wykorzystać ten wspólny czas aby nacieszyć się sobą i naszymi przyjaciółmi. Kto wie czy po rejsie nie przyjdzie nam rzucić się w wir pracy, wielu innych obowiązków, lub wszelakiej maści problemów - położył jej rękę na ramieniu i pogłaskał delikatnie patrząc głęboko w oczy. - Naciesz się tą chwilą nim przeminie stając się jedynie wspomnieniem, które prędko może się nie powtórzyć. Nie wahaj się, ale uważaj na siebie, jesteś bardzo ważną częścią naszej grupy i nigdy o tym nie zapominaj.
    Orkiestra przerwała grę i na scenę wyszedł Kapitan statku, ubrany w swój galowy mundur, ogłosił, że niezmiernie mu miło widzieć wszystkich gości i ma nadzieję, że rejs przebiega pomyślnie dla wszystkich. Dziękuje za przybycie i branie udziału, po krótkiej przerwie na brawa rozłożył ręce i życzył miłej zabawy podczas bankietu, a orkiestra wróciła do gry.
    Nate pomachał ręką próbując zwrócić na siebie uwagę oddziału, czy raczej, jeśli wciąż dostosowali się do ról, swoich przyjaciół.
    - Drodzy! Więc tak jak mówił kapitan, bawcie się dobrze, tutaj jest nasz stolik, w razie czego spotkamy się przy nim!
    Z tłumu wyłonił się Zach, Nate chyba jeszcze nigdy nie widział go tak szczęśliwego. To oznaczało tylko jedno.
    - Och, to znaczy, że spotkałeś...
    - Tak! Jest niesamowity, cudowny. Ten człowiek to chodzący cud świata, nie wierzę, moje największe marzenie się spełniło! - Zach prawie płakał ze szczęścia. Spojrzał na Neyę. - Nawet przymknę oko na Twoje zachowanie Nate, niech ja Cię uścisnę szwagierko, chodź do mnie.
    Podniósł pilotkę i odszedł z nią gdzieś w tłum.

    Zach, mimo iż nie nałożył opaski na bal, bo nie pasowała mu do stroju i tak widział tylko jednym okiem. Od rozmowy z bratem trochę podupadł na humorze, a to co zobaczył na liście od Corella tylko pogorszyło humor. Gdy podeszła do nich Neya chwilę przysłuchiwał się ich rozmowie, a potem uznał, że się przejdzie.
    Nie uszedł kilku kroków, a zobaczył bardzo znajomą twarz. W pierwszym momencie nogi się pod nim ugięły i prawie upadł, ale złapał się ramienia jakiegoś człowieka. Gdy już się wyprostował ruszył chwiejnym krokiem przed siebie, czując jak narasta jego stres. Wyciągnął telefon i odpalił aparat.
    - P...P...p-p-przeee-ee-eprasza-aa-am. Czy, czy, czy mógłbym ja-ja-ja zrooo-oo-bić sobie z Paaan-ee-e-em zdjęcccccie? - czuł jak się trzęsie, spojrzał na telefon, który trzymał dwiema rękami, właściwie to go nie widział, tak się trząsł, że telefon był rozmazaną plamą.
   Mężczyzna się odwrócił i w tej samej chwili oświetliło go światło. Wyglądał jakby miał aureolę, jakby zstąpił właśnie co z nieba by nieść miłość i dobro. Widział swoje odbicie w brązowych oczach, wyglądało to tak, jakby sam Mesjasz zstąpił na ziemię. Wyciągnął powoli swoją gładką i delikatną dłoń, kładąc ją na dłoniach Zacha, które w ciągu kilku sekund się uspokoiły.
    - Spokojnie młodzieńcze, nie ma się czym denerwować. To Ja - powiedział Keanu Reeves a Zach poczuł się zbawiony i o wiele lżejszy. - Chodź, zrobimy sobie kilka zdjęć.
    Zbawiciel ludzkości poprosił swoją partnerkę o zrobienie kilku zdjęć, zabierając telefon Zachowi i przekazując kobiecie. Zach stał jakby miał kij w tyłku i nie wiedział co robić, jednak gdy tylko Keanu objął go ramieniem od razu się wyluzował i uśmiechnął, cały stres odszedł, a on z bóstwem dobra i wholesome’u przybrał kilka poz śmiejąc się za każdym razem gdy wymyślali coraz to nowszą.
    Gdy Zach otrzymał swój telefon przytulił mocno króla aktorów.
    - Kocham Pana - poczuł delikatne klepanie na plecach. Po chwili odsunął się powoli, Keanu promieniował własnym światłem, gdyby teraz się uniósł i odleciał Zach ani trochę by się nie zdziwił. - Ja jestem ogromnym Pana fanem i widziałem wszystko w czym Pan grał! W ogóle ta akcja ze słomką w Johnie Wicku 12, to było niesamowite! Czy jest coś, czego nie potrafi Pan zrobić?
    Najwspanialsza istota na ziemi zamyślił się i po chwili odpowiedział.
    - Tak, nakręcić końca tej serii.
    Obaj się śmiali, gdy dostał powiadomienie od Nate’a.
    - Przepraszam Pana, ale muszę wracać do pracy, mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy! Jestem Zach! - przytulił jeszcze raz swojego największego idola i odszedł cały w skowronkach.
    Gdy wyłonił się z tłumu Nate coś mówił do reszty oddziału, po czym przeniósł wzrok na Zacha.
        - Och, to znaczy, że spotkałeś...
    - Tak! Jest niesamowity, cudowny. Ten człowiek to chodzący cud świata, nie wierzę, moje największe marzenie się spełniło! - Zach prawie płakał ze szczęścia. Spojrzał na Neyę. - Nawet przymknę oko na Twoje zachowanie Nate, niech ja Cię uścisnę szwagierko, chodź do mnie.
    Uścisnął pilotkę i podniósł ją. Zamknął oboje oczu, przez chwilę wyobrażał sobie jeszcze, że jest w objęciach Keanu. Gdy podniósł powieki, okazało się, że jest w zupełnie innym miejscu. Właściwie to stali przy podeście dla orkiestry, przy której tańczyło kilka par, w tym jakiś wielki facet wyglądający na kogoś wysokiego stopniem na tym statku.
    Postawił dziewczynę na ziemi. I rozejrzał się, wszędzie tańczące pary, nigdzie w obrębie żywego członka oddziału.
    - No cóż… chyba grają walca, umiesz? - objął delikatnie Neyę kładąc rękę na jej plecach, drugą złapał dłoń rudej i uniósł na wysokość ramienia tworząc ramę, po czym ruszył prawą nogą. - Spotkałem Keanu Reevesa wiesz? Znasz go? Jest niesamowity. To bardzo cudowny człowiek, wspaniały aktor i niesamowicie przytula. Do tego jest super miły! Jak go spotkamy to Ci go przedstawię, naprawdę super warto! Mam też z nim zdjęcia wiesz? Robiła nam jego partnerka, też jest niesamowita. Przypomina mi trochę Ciebie, tylko Ty jesteś młodsza, ale jest równie miła. A co tam u Ciebie w ogóle?
    Starał się patrzeć w oczy Neyi, ale zazwyczaj denerwował się w takich sytuacjach sam na sam z kobietami, zwłaszcza w tańcu klasycznym, bo wygibasy z Ame to co innego.

    W tym samym czasie Nate zamówił drinka i usiadł przy stoliku obserwując otoczenie. Corell chyba sobie już poszedł, albo po prostu zniknął mu z oczu. Próbował wyłapać jakieś odstające zachowanie, problemy, albo chociaż trochę znajome twarze. Nie musiał długo czekać, jakiś gość wywrócił tace kelnera i zaczął się awanturować. Szybko został złapany przez ochronę i wyprowadzony. Wydawało się, że incydent nie zakłócił w żaden sposób przebiegu bankietu, jednak jeśli Nate dobrze wyłapał, to agresor użył słowa “spalę”. Nie wiedział w jakim kontekście, ale przezorny…
    Wysłał notkę do osoby od ochrony aby prześwietlili wszelakimi sposobami napastnika i ustalili czy może mieć coś wspólnego z ewentualnym zamachem.
    Puknął delikatnie palcem przy uchu uruchamiając komunikator.
    - Czy ktoś jeszcze widział faceta, którego właśnie wyprowadzili? Słyszeliście dokładnie co krzyczał? - spytał się reszty oddziału.

Ostatnio zmieniony przez Okinkow (05-06-2020 o 11h27)


Tańczyłem Koi no Disco Queen w Yakuzie 2,5 godziny nim pokonałem bossa ;_;
https://media.giphy.com/media/LpdlqTkgO2Lwwixwv7/giphy.gif

Offline

#208 10-06-2020 o 22h02

Straż Cienia
Airi
Akolita Sylfy
Airi
...
Wiadomości: 1 157

----------------------------------------------https://www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-yen_1.png

     Ames miała rację i wcale nie utorowała tym Yenowi drogi na nowy tor myślenia – wręcz przeciwnie. Koleżanka z zespołu trwale utwierdziła go w fakcie, że wolałby mieć Amandę na oku i miał nadzieję, że nie jest jedynym, który o tym pomyślał. Był pewny, że dziewczyna nie sprawiałaby im problemów na bankiecie. Mimo tego, że zdążył się z nią zaledwie przywitać, wierzył innym na słowo, że jest spokojna i małomówna.
     - Nie zapomnieć – powtórzył cicho. – Jak ostatnio – mruknął niemal tak ponuro, że jego twarz zaczęła pasować do tego zbolałego tonu. No tak, ostatnio nieźle się zapomnieli, w tym on, kompletnie zawalił sprawę. Nie sądził, żeby Ame przypomniała mu o tym z premedytacją, ale udało jej się.
     - Tym razem nie będzie źle – rzucił optymistycznie. – Co niby może się wydarzyć? Statek zatonie? – zaśmiał się.
     Po niedługiej rozmowie dołączył się do ogólnego krzątania. Zabrał swoje pokrowce i ruszył do sypialni, aby móc w spokoju położyć je na przykrytym narzutą łóżku. Miał do wyboru kilka zestawów eleganckich ubrań, ale ostatecznie zdecydował się na czarną koszulę i proste, ciemne spodnie z szelkami. Muszkę dopasował pod kolor sukienki Agafii, jak przystało na Rayana Makotę, który lubił chwalić się swoją piękną Rusałeczką. Niestety, po tym, jak opuścił pomieszczenie, atmosfera w środku apartamentu ponownie stała się ciężka, a depresyjna przemowa ich kapitana podcięła skrzydła tej fali optymizmu, która ledwie co się zebrała.
     Najgorsze w tym wszystkim było to, że Nataniel mówił prawdę – jak bardzo Yenna nie pakowałby w siebie i w niego pozytywnych uczuć, balansując nad skrajnościach typów swoich zachowań, Nate nadal miał słuszność w swoich słowach. Był zaniepokojony – może to ten dziwny znajomy Agafii manipulował wszystkim, a w MAAMT naprawdę były wrogie wtyczki? Mimo że Yenna miał ojca na wysokim stanowisku w organizacji i wychowywany był z myślą, że w przyszłości zostanie jej czynnym członkiem, mimo że wahał się już wielokrotnie, czy nie powinien po prostu dołączyć do straży granicznej, myśl o tym, że Nate miałby trafić do więzienia, przeszywała go bezlitośnie jak strzała z zatrutym grotem. Od tamtej chwili nie mógł przestać o tym myśleć.
     Vanja spokojnie słuchała tego, co Cielo miał do powiedzenia – Yen nie zauważył, aby mimika kobiety zmieniała się, co było dla niego tylko kolejnym dowodem na to, że Nate wcale niczego nie wyolbrzymiał.
     
     Na bankiecie było tłoczniej, niż przypuszczał. Ich oddział szybko rozproszył się i choć jaskrawe kolory fryzur braci Cielo i blond Anthony’ego wybijały się z tłumu, tak inne barwy powtarzały się w tłumie. Xi musiał rozpoznawać swoje znajome po sukienkach – miał z tym problem, kiedy patrzył na postacie w oddali, ale nie pozwolił, aby nerwy wzięły nad nim górę.
     Nie potrzebował też wiele czasu na to, aby rozpoznać Pardona Corella, na którego widok panna Holmes niemal wytrąciła tacę z rąk mijającego ją kelnera. Yenna wstrzymał oddech. Wiedział, że powinien się wycofać, nie dać się wkręcić w żadną rozmowę. Nie chciał zawieźć Nate’a; nie chciał go nawet na to narażać. Rozmowa z Corellem była ryzykiem – Yen nie potrafił kłamać.
     - Mal, Ruslano, zapraszam na wspólny obchód – oznajmił. – Zobaczmy, czy mają fontannę z czekoladą. – Przełknął cicho ślinę.
     – Och, czy to nie Keanu Reeves?

----------------------------------------------https://www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-vanja.jpg

     Komunikator milczał od dłuższego czasu, jakby cos się kroiło. Z niepokojem stukała o blat stołu, kiedy inni przygotowywali się jeszcze do bankietu. Ona tylko zerkała na swoją rękę i nogę, jakby chciała upewnić się, że makijaż zakrywający siniaki był na swoim miejscu, czy materiał sukni na pewno zakrywał tę ranę, która nie została pokryta farbką i pudrem. Słowa Tony’ego dały jej do myślenia – mężczyzna z resztą, całkowicie w swoim stylu zakończył przemowę puentą godną cyrku, do którego Vanja wcale nie chciała wchodzić. Mówił ze spokojem i przekonaniem, które bardzo ją u niego denerwowało – a może frustrowało; w każdym razie wpędzało w uczucia niezbyt pozytywne. Pociągnął za wrażliwą strunę, a Vanja nie chciała mu okazać, że tak się właśnie stało. Ich rozmowa nie miała zejść na tor prywatny i najpewniej tak się nie stało – sądziła, że to ona wyolbrzymia, ona jest zbyt wrażliwa , ale na wspomnienie nastoletnich lat zacisnęła zęby. Chciała wierzyć, że Tony wcale tak nie myśli – w końcu oboje mieli swoje żale do Anette. Ale mężczyzna powiedział, co powiedział – po co miałby okłamywać ją, Vanję? Przecież nie miał żadnych powodów.
     ”Prawda, Sherlocku?”
     Spuściła głowę i wlepiła wzrok w zegarek, udając, że przegląda nowe wiadomości na poczcie elektronicznej – jednak zarówno Corell jak i jego wszyscy „ludzie od pierdół” milczeli.
     Podczas przemówienie Nataniela, nie weszła mu w słowo ani razu. Uważała, że robi dobrze względem swojego oddziału – przedstawił im otwarcie scenariusz, który był bardzo prawdopodobny. Miała nadzieję, że inni będą mieli wyrzuty sumienia – widziała zmartwienia na twarzach Neyi i Yenny, ale inni, tak jak Zach, albo maskowali się dobrze, albo nie obchodził ich los pana Cielo.  Nie sądziła, że przyjdzie jej później rozmawiać jeszcze z Tonym – przynajmniej nie tak szybko. Niemal opuścili apartamenty, a blondyn wybrał ją sobie jako obiekt zaczepek. I wybrał sobie kolejny idealny moment.
     Corell krzątał się po sali bankietowej jak po własnym gabinecie, mężczyzna swobodnie i lekko sunął po parkiecie, a Vanja musiała zdusić w sobie chęć potraktowania go paralizatorem. Zauważył, że jej dłoń niebezpiecznie zsunęła tam, gdzie była ukryta broń.
     - No patrz, co za paradoks – odpowiedziała dźwięcznie. Musiała trzymać się gry aktorskiej, zachować postać Lyndy przy życiu. Odgarnęła włosy z pleców tak, jak Lyndy pozwoliłaby Theodorowi na to, aby pomógł jej dosunąć sukienkę do końca.
     I jeszcze on – Tony, próbował sprawić, aby zaczęła okazywać swoje rozwścieczenie i nienawiść do całego bożego i mniej bożego świata.
     - Theo, tu jest chłodno. – Oznajmiła uroczo. - Wyrwę mu serce – wyszeptała.
     - Dosuń proszę, do końca… - ciągnęła przedstawienie. – Zabiję – dodała cicho i wściekle.
     - A flirty zostaw na później – spojrzała na niego kątem oka. –A ciebie gołą ręką wypatroszę.
     Zaczęła wachlować się ręką tak, jakby miała zaraz zemdleć. Niemal wytrąciwszy tacę z rąk kelnera, chwyciła kieliszek szampana i wypiła go na raz. Jak na zawołanie, policzki zaróżowiły jej się wyraźnie.
     - Theo, jak tutaj gorąco! – Postać Lyndy nagle zmieniła zdanie. – Och, jak paskudnie gorąco, nie dotykaj już tego suwaka, po prostu mnie wyprowadź, Theo.
     Ściskając mocno jego rękę, z udawaną słabością pchnęła główne drzwi, do których szybko podbiegł jeden z pracowników statku. Kobieta szybko stanęła w korytarzu obok okna.
     - Widziałeś tego knypka, który się wydzierał? – zapytała swoim głosem. – Gdzie go wyprowadzili? Cholera, teraz to i tak trzeba będzie wrócić. – Mówiąc to, wściekle próbowała sięgnąć do suwaka, ale dała radę podsunąć go do góry tylko odrobinę. Nieważne, pomyślała, a długie, kasztanowe włosy ponownie wylądowały na plecach i zasłoniły ich nagość.

Ostatnio zmieniony przez Airi (11-06-2020 o 01h01)


https://64.media.tumblr.com/7f661055ba2a00f462ee511771163249/tumblr_oe7bofxTHQ1uqslyuo8_400.gifv https://64.media.tumblr.com/5a3cbd2b39ab5691ea66d08fbf163f39/tumblr_oe7bofxTHQ1uqslyuo3_400.gifv

Offline

#209 18-06-2020 o 23h24

Straż Absyntu
Ardentia
Akolita Jednorożców
Ardentia
...
Wiadomości: 270

–––––-----------------------–––––---------––https://images-ext-2.discordapp.net/external/WBzsjC4HQ2PbOYq2gknAbHYeY0aLc0GUcHY8IbnnAac/http/www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-ames_2.jpg

          Widząc, jak wyraz twarzy Yenny się zmienia, powstrzymała się przed wymienianiem czarnych scenariuszy, których – wbrew pozorom – była w pełni świadoma. Zamiast tego uśmiechnęła się od ucha do ucha.
- Wiesz, zawsze jest opcja, że statek zatonie przez nas. To byłoby na swój sposób zabawne, nie sądzisz? Miny wszystkich byłyby bezcenne! – powiedziała z błyskiem w oku i rozemocjonowanym tonem, do którego dołożyła przerysowaną gestykulację, chcąc rozśmieszyć Xi, ale też dodać pewności samej sobie. To był jej sposób na radzenie sobie z problemami: bagatelizowanie ich, ucieczka.
          Gdy Neya do niej zagadała, Sasaki uśmiechnęła się łobuzersko.
- Dzięki! To była dobra zabawa. O, mówisz? Idealnie!
Cieszyła się, że ktokolwiek wybierał i pakował stroje, zadbał o to, by nie były one przypadkowymi kreacjami albo wszystkie pod jeden gust. Neya miała rację, kolory idealnie wpasowywały się w to, co lubiła Ame. Ponadto przód sukni był krótszy niż tył. Odsłaniała nogi, ale przede wszystkim gwarantowała swobodę ruchów, co mogło się okazać bardzo ważne. Po przebraniu się, zgodnie z sugestią Junior, dołączyła do dziewczyn, gdzie, w akompaniamencie śmiechów, dokończyły przygotowania. Sasaki założyła czarne sandały na stosunkowo niskich koturnach i ostatni raz upewniła się, że jej makijaż i fryzura są w porządku.
- Nieskromnie powiem, że mogłybyśmy założyć się o to, która przyciągnie więcej spojrzeń... W sumie to by chyba nawet pasowało do charakterów postaci.
          Po zebraniu się razem atmosfera zgęstniała... albo Amaya tylko miała takie wrażenie, bo sama poczuła powagę sytuacji? Oczywiście znała ją już wcześniej, ale berek, konkurs i przygotowywanie się skutecznie zajmowały jej myśli. Przez cały czas, gdy Nate mówił, mina i poza Ame były niezmienne. Japonka sprawiała wrażenie wręcz wyluzowanej, choć tak naprawdę było jej jednocześnie zimno i duszno, a po plecach spłynęła pojedyncza strużka potu. Od lat nie pokazywała po sobie strachu ani innych silnych negatywnych emocji. Tłumiła je w sobie, a gdy nie mogła tego dłużej robić, to ukrywała się przed światem – dokładnie tak samo jak po ich pierwszej misji. Wróciła na moment myślami do Phosa i Itou, ale zaraz wyrzuciła ich z głowy. Tyle że przez to przed oczami stanął jej Nate za kratkami, który może i miał kij w czterech literach, ale nijak nie zawinił. No i inni, przecież chociażby Ney i Yen o niczym nie wiedzieli... Ją mogli wyrzucić, miała to gdzieś, ale inni?
          Gdy ruszyli, odczekała chwilę, udając, że poprawia sukienkę. Gotowało się w niej, jednak wiedziała, że nie może zrobić nic, co zauważyłaby reszta ani tym bardziej rzecz, która mogłaby zaważyć na powodzeniu misji. Powstrzymała pokusę wbicia paznokci w skórę, ograniczając się do zaciśnięcia pięści i mruknięcia pod nosem jednego, pełnego frustracji słowa:
- Kuso.
          Po kilku sekundach zrównała krok z resztą.
- Nie wiem jak wy, ale ja zamierzam napchać się żarciem dla bogatych ludzi – oświadczyła lekkim tonem.
          Jakby już teraz nie czuli presji, na miejscu stawił się Corell we własnej osobie. Musiała przyznać, że gość ma klasę... ale kto zjawia się na miejscu pełnym szych i, prawdopodobnie, niebezpiecznych gości? On, jedna z najbardziej znanych i ważnych osób w tym kraju? Nie ogarniała go. Uwielbiała jego nieprzewidywalność, ale w tym wypadku wydała jej się dziwnie irytująca. Czuła, że może nie wytrzymać i będzie uszczypliwa, a tak bardzo nie chciała, by jakiś głupi Pardon przelał szalę goryczy i zniszczył jej maskę. Nosiła ją tak długo, jeśli już ktoś ma ją Japonce zdjąć, to na pewno nie Corell.
- Bardzo chętnie, Ryan. Mam nadzieję, że mają, inaczej nie świadczy to o nich za dobrze. Na przyjęciach tatusia zawsze są fontanny z kilkoma smakami czekolady, to norma. – Położyła rękę na biodrze, w myślach dziękując Yenowi za wyrwanie ją z tego bagna. – Och, nie zdziwiłabym się, Keanu to klasa sama w sobie. Jego obecność tutaj podnosi prestiż statku. Chodź, Amando, kochana.
         Uśmiechnęła się do dziewczyny. Zauważyła, jak tak trzyma się w jej pobliżu. Zrozumiała, że to był ten moment, kiedy powinna nie spuszczać jej z oka i zagwarantować bezpieczeństwo i trochę dobrej zabawy. W sumie im krócej była w jednym miejscu, tym lepiej.
         Wcielanie się w Malie przychodziło Amayi zaskakująco łatwo. Podeszła do Xi i Agafii, krokiem i postawą sprawiając wrażenie tutejszej królowej. Po drodze założyła kosmyk włosów za ucho, włączając na chwilę komunikator i odpowiadając, dla formalności, na pytanie Cielo.
- Nie za wiele. Proponuję sprawdzić, czy z kimś był.
         Zbliżyła się do udawanej pary.
- Teraz to naprawdę mam ochotę na czekoladę.

Ostatnio zmieniony przez Ardentia (18-06-2020 o 23h25)


T U           M N I E           Z N A J D Z I E S Z :           W A T T P A D           P I N T E R E S T           M Y A N I M E L I S T           I N S T A G R A M
https://i.imgur.com/AEYxFyr.gif

Offline

#210 20-06-2020 o 16h04

Straż Absyntu
Okinkow
Straż na szkoleniu
Okinkow
...
Wiadomości: 170

........................................................................https://cdn.discordapp.com/attachments/688413570253586484/692779014418333766/unknown.png

    Pomysł Sasaki ze znalezieniem towarzyszy tamtego człowieka wydawał się całkiem dobry. Wyglądało na to, że Corell już się zmył i zostali “bez opieki”. Nawet wysłał wiadomość w swoim stylu “Bella ciao” i gif z jego osobą, salutującą na pożegnanie. Nie wiedział czy ma się z tego powodu cieszyć czy denerwować jeszcze bardziej, ale przynajmniej czuł mniejszą presję związaną z całą sytuacją. Wszyscy rozeszli się gdzieś po sali, Zach tańczył z Neyą, Vanja i Tony gdzieś zniknęli, Sasaki, Agafia i Yen, a z nimi jeszcze Amanda chodzili po sali. Widział też gdzieś białą czuprynę Hunta ale nie był w nastroju aby się z nim widzieć. Drake pewnie próbowałby go doprowadzić do porządku swoimi sposobami, które zapewne by zadziałały, ale to raczej nie był dobry moment. Mógł na spokojnie oddać się obserwowaniu sali. Uznał, że powinien się trochę przespacerować, może by dało mu to lepszy ogląd sytuacji. Może znalazłby jakieś “znajome” twarze.
    Ktoś z ochrony wysłał mu wiadomość, że wyprowadzony facet jest unieszkodliwiony i właśnie sprawdzana jest jego tożsamość. Jednak wygląda na to, jakby był pasażerem na gapę, więc szukają go też w innych zasobach. Nate mógł nic z tym na ten moment zrobić, powinien zaufać ludziom i liczyć, że doskonale sobie z tym poradzą.
    Właśnie wstawał gdy naprzeciw niego usiadła Amanda. Kiedy zdążyła się odłączyć od reszty? Miał nadzieję, że powiedziała im, że idzie usiąść. Na pewno powiedziała, w innym wypadku przecież nie puściliby jej samej. Uznał, że zaufa reszcie mając nadzieję, że tym razem tego nie pożałuje.
    - Możemy porozmawiać? - był w połowie wstawania, więc jego powrót na miejsce spowodował u dziewczyny mały uśmiech. Domyślił się, że to nie ze względu na jego grację w wykonywaniu tego manewru. Dziewczyna zniżyła głos do szeptu - Kapitan Nataniel Cielo, tak?
    - Wystarczy Nate, Amando - odpowiedział jej równie cicho, nachylając się nad stołem. Zauważył, że “Nataniel” przestało mu aż tak przeszkadzać. Czy naprawdę w ciągu jednego dnia mogła zajść w nim taka przemiana?
    Skinęła głową. Usiadła swobodniej, oparła łokcie na stole i twarz oparła na swojej otwartej dłoni. Również jej wyraz twarzy delikatnie się zmienił.
    - Muszę przyznać, że cała operacja jest niesamowicie dobrze zaplanowana. Strzeżony statek, uważnie dobrana załoga i goście, pełno agentów MAAMT, a wszystko to aby przetransportować jedną osobę, która nie dość że bardzo ważną ogólnie to jeszcze z magią wykraczającą poza wszelkie pojęcie - to o czym mówiła delikatnie zaniepokoiło Nate’a, pod stołem zaczął już wpisywać na zegarku powiadomienie, aby wszyscy podeszli do stolika i byli przygotowani. - Kto według Ciebie może być na tym statku najlepszy? Czy sądzisz, że wasz oddział byłby w stanie mnie zatrzymać, gdybym miała atak? Ty pewnie uważasz, że tak, że jesteś super mądry i masz rację, a do tego Twój brat przecież od dziecka uczestniczy w jakichś bójkach i ma silną magię. Pewnie miałbyś jakąś taktykę, Agafia mnie porazi i zamrozi, Tony ogłuszy, Vanja włoży we mnie rękę grożąc śmiercią, Ame zajmie moją uwagę, Neya spróbuje uspokoić, Liza w tym czasie spróbuje wszystkich przetransportować w bezpieczniejsze miejsce, Hunt, Yen i Zach w tym czasie będą próbowali jakoś ze mną walczyć. A Ty jak generał otoczysz wszystkich barierą i będziesz chronił. To smutne jak bardzo się mylisz.
    Na tym etapie Nate nie miał już wątpliwości, Amanda jawnie mu groziła. Wysłał do wszystkich powiadomienie o tym, że dziewczyna może stanowić zagrożenie, wiadomość do kapitana statku że potrzebna jest natychmiastowa ewakuacja oraz impuls aby otworzyły się szafki z bronią.
    - Ten statek też nie wydaje się zbyt trwały. Niszczyłam mocniejsze rzeczy.
    - Amando, nie jestem pewien na ile teraz mówisz szczerze a na ile przemawiają przez Ciebie lata w bazie Avarganis, ale jeśli się nie uspokoisz, będziemy musieli Cię…
    - Co? Opanować? - dziewczyna wybuchła śmiechem. - Błagam Cię. Cóż… przynajmniej umrzecie naprawdę dobrze ubrani.
    Nim Nate zdążył postawić barierę i zabrać swoją broń rozległ się wybuch. Spod sceny dla orkiestry wystrzelił słup ognia. Teoretycznie w tamtym miejscu kilka pięter niżej był areszt… areszt… awanturnika sprzed chwili zabrali do aresztu, który powiedział, że wszystkich spali. Spojrzał z przerażeniem na Amandę, z sali z krzykiem wybiegali ludzie.
    Chciał złapać dziewczynę nawet nie wiedząc co mógłby jej zrobić, ale ona jakby od niechcenia machnęła ręką. Przez ułamek sekundy poczuł jak leci aby potem zatrzymać się na ścianie. Przez chwilę nic nie widział, słyszał tylko głos Zacha, który wykrzykiwał jego imię. Gdy mgła zeszła widział, jak jego brat trzyma swoją kosę, która w powietrzu się rozkłada.
    Jego oko płonęło zielonym płomieniem i ruszył w kierunku białowłosej dziewczyny. Nate wiedział, że zły Zach jest maszyną nie do powstrzymania. A teraz wyglądał na bardzo złego. Gdy znalazł się przy Amandzie i zrobił trzy wymachy kosą, których Nate nie był w stanie nawet odnotować, były po prostu dla niego za szybkie. Jednak dziewczyna nic sobie z tego nie zrobiła pierwsze dwa ominęła, a trzeci złapała i złamała ostrze broni na pół. Zach jeszcze próbował wyprowadzić kilka uderzeń, które były zadziwiająco wolne w stosunku do poprzednich, a potem jakby zatrzymał się. Dziewczyna  powoli podeszła do zielonego i dała mu pstryczka w nos, pojawił się błysk i Zach wyleciał przez ścianę.
    Próbował się podnieść szukając wzrokiem innych członków oddziału, jednak zdrajczyni zobaczyła go i nim cokolwiek zrobił, znów znalazł się w powietrzu, najpierw mijając drzwi… pokład… burtę. Ostatnie co zobaczył to jak Amanda stoi otoczona płomieniami, a statek powoli zaczyna tonąć. Potem zderzył się z zimną taflą wody i światło zgasło.

    Zach zignorował by wiadomość gdyby nie fakt, że miał rękę z zegarkiem tuż naprzeciw swoich oczu, mając ją podniesioną podczas tańca. Powiedział o tym Neyi i od razu ruszyli w kierunku Nate’a. Po zrobieniu kilku kroków podest na którym stała orkiestra wybuchł. Obrócił się i zobaczył Keanu Reevesa leżącego pod ścianą. Kątem oka zobaczył jakiś ruch. Nate przeleciał fragment sali, kończąc podobnie jak aktor. Wtedy Zach pękł.
    Płomień przy jego oku pojawił się znikąd, automatycznie przydzielając mu odpowiedniego ducha. Zapominając o Neyi ruszył w kierunku brata. Jakiś facet zastąpił mu drogę, więc nie zastanawiając się wiele złapał go za głowę i wgniótł w podłogę. Podbiegło jeszcze dwóch szukając czegoś po kieszeniach. Spotkał ich podobny los.
    - NATE! NAAATE! NATE, WSTAWAJ! - próbował przekrzyczeć ludzi uciekających z sali. W obrębie jego wzroku pojawiła się dziewczyna którą mieli chronić. Połączenie faktów nie zajęło mu długo i domyślił się, że to ona sprawiła u jego brata taki stan. I u Keanu też. - Nie daruję Ci s…
    Wystawił rękę, w zegarku miał mechanizm, który przyciągał Dhaliiiiiię gdy tylko tego chciał. Szafka na broń była otwarta więc broń miała prostą drogę do pokonania. Spiął wszystkie mięśnie, znacznie wzmocnione duchem mitycznego półboga i skoczył. W locie złapał kosę i rozłożył ją. Wykonał dwa ruchy. Zrobił je za szybko i poczuł ogromny ból w ramionach.
    Gdy po trzecim uderzeniu wylądował na posadzce zorientował się, że z jego broni, którą dostał na urodziny, została tylko rękojeść. Ostrze trzymała dziewczyna lekko nim potrząsając jakby chciała powiedzieć, że dla niej to zwykła zabawka. Spiął mięśnie ponownie i ruszył na białowłosą. Mimo całej swej mocy nie był w stanie jej trafić, stawy odmawiały mu posłuszeństwa. Z każdym ruchem jego zdenerwowanie wzrastało. Był w stanie stawić czoła Ornowi i sprawić mu nawet chwilowe wyzwanie, a nie potrafi pokonać dziewczynki, która całe życie była zamknięta w jakiejś bazie?
    Chwila wahania przed kolejnym uderzeniem dała Amandzie czas na użycie swojej magii, jej oczy zaświeciły się na biało i znieruchomiał. Próbował wydostać się z uścisku z całej siły, jednak to było na marne, był za słaby. Dziewczyna spokojnym krokiem podeszła do niego i wystawiła rękę ułożoną w pstryczek. Kolejny błysk z jej oczu i Zach odleciał, przebił się przez ścianę i trafił w stelaż z łodziami ratunkowymi, które właśnie załoga próbowała jak najszybciej zdjąć.
    Chciał tak zostać. Bał się. Bardzo się bał. Wiedział, że jak tam wróci to znów zostanie pokonany. Poczuł, że otwiera mu się dosłownie każda rana jaką nabył w ciągu ostatniego treningu z katapultą. Przypomniało mu się jak siedział tam z rodziną, jak Tony mówił, że on tak naprawdę nie umie strzelać, jak z Vanją ją wybierali. Na chwilę przed jego oczami pojawił się ojciec walczący sam z młodym wtedy oddziałem Mjolnir. Zdusił krzyk i otarł łzy z policzków. Zacisnął zęby i uderzył w metalową ramę. Łodzie wysypały się ułatwiając marynarzom rozładunek.
    Wstał chwiejąc się. Uderzenie dziewczyny było mocniejsze niż myślał. Upadłby gdyby jakiś człowiek go nie podtrzymał. Uśmiechnął się i podziękował. Rzucił do marynarzy że zatrzyma dalsze szkody a oni niech uratują jak największą ilość osób. Bohaterzył mimo iż musiał zmuszać się do każdego kroku, w środku słyszał tylko krzyk rozsądku aby uciekać.
    Ruszył w kierunku wyrwy w ścianie, którą stworzył własnym ciałem. Jedyne co zobaczył to jak Amanda za pomocą magii podnosi Nate’a i wyrzuca za burtę. Wtedy poczuł przypływ nowej siły, której nigdy do tej pory nie poczuł, zaczął krzyczeć i ruszył w kierunku “świadka”, czując, że w tym stanie byłby w stanie zatrzymać gołymi rękami w pełni rozpędzony pociąg towarowy.
    Kilka chwil później klęczał krwawiąc. Nie wiedział ile uderzeń otrzymał, wiedział, że jego pięść dotarła do celu tylko jeden raz. Amanda złapała go za włosy i podniosła jego głowę. Uśmiechała się, nie miała dwóch zębów. Coś powiedziała, ale on nie słyszał nic.
     - Pokonałaś mnie, upokorzyłaś Nate’a, Gungnir, a może i całe MAAMT... - też się uśmiechnął. - ... ale nawet nie wiesz jak skończysz gdy Cię znajdę.
    Mimo iż zdrowe oko mu się zamykało zauważył że dziewczyna się śmieje. Podniosła go i rzuciła w ślad brata. Zachował jeszcze tyle zdrowego rozsądku, że ułożył się odpowiednio gdy wpadał do wody. Pierwsze co poczuł to okrutne pieczenie na całym ciele. Wynurzył głowę na powierzchnię, po statku biegali różni ludzie, uzbrojeni i atakujący cywilów. Czy na statku było aż tylu zakamuflowanych magiterrorystów? Niektórzy nawet próbowali z nimi walczyć, ale nie to było priorytetem. Pokład stał w ogniu, widział, że Amanda jest czymś zajęta, ale nie widział czym. Rozejrzał się. Wszystkie łodzie były wodowane po drugiej stronie, dopłynięcie tam graniczyło z cudem.
    Nie wiedział gdzie są wszyscy, nie widział nikogo z oddziału. Czy są jeszcze na pokładzie i próbują naprawić błędy Cielów? Czy w ogóle żyją? Poczuł puknięcie w plecy i obrócił się, zobaczył za sobą ogromnego niedźwiedzia. Jego futro parowało, w pysku trzymał Nate’a, a na plecach wydawało się, że ma ludzi. Złapał się ucha Ogniomisia i odkrył, że nie ma siły aby się podnieść, usłyszał niesamowicie głośny trzask i mógł tylko patrzeć, jak kadłub statku pęka i zaczyna tonąć jeszcze szybciej.

           30 kwietnia 2070 roku
    Gdy otworzył oczy znajdował się na kamieniu. Wciąż była noc. Obok niego, na piasku leżał Nate. Trochę dalej Ogniomiś, wciąż wielkości domku jednorodzinnego. Był już suchy, ale chyba wciąż wydzielał ciepło aby ogrzać resztę oddziału. Wciąż słabo widząc na zdrowe oko nie był w stanie doliczyć się, czy byli tam wszyscy, czy też ktoś już wstał i gdzieś chodził, albo… albo gorzej.
    Czując ból całego ciała podniósł się powoli. Chwiejąc się dotarł do skraju lasu. W gąszczu znalazł dużo kokosów. Musiały spaść z drzew. Zebrał kilka w koszulę i wrócił na kamień, a potem wycieńczony, znów zasnął. Nie wiedział ile spał, ale gdy się obudził widział łunę zwiastującą wschód. Patrząc bezpośrednio na nią sięgnął po kokosa. Nikt ich nie zaatakował. Jeszcze żyli, więc wyspa mogła być bezludna. Jego zegarek miał pęknięty ekran, nie mógł odczytać godziny, ale widział, że pokazuje ‘brak sygnału’. Uderzył kokosem o kamień otwierając go.
   
    Nate obudził się kaszląc słoną wodą. Podniósł się powoli, próbując złapać oddech. Był przemoczony i cały w piasku. Mimo iż wciąż była noc, to na horyzoncie było widać malutką łunę zapowiadającą nastanie nowego dnia. Usłyszał stuknięcie. Obrócił głowę w kierunku dźwięku i zobaczył, że tuż obok niego, na kamieniu siedzi Zach, który rozłupał kokos i właśnie przybierał się do wypicia jego wody. Gdy zobaczył, że Nate się podniósł, bez słowa podał mu owoc, a sam sięgnął po następny.
    Nate rozejrzał się, trochę dalej, za kamieniem chrapał ogromnych rozmiarów Ogniomiś, a o niego oparta była grupka ludzi, wydawało mu się, że wszystkie sylwetki należały do jego towarzyszy z oddziału. Nie potrafił stwierdzić czy wciąż śpią, czy już nie. Domyślił się, że to chowaniec ich wszystkich wyłapał i wprowadził na suchy ląd. Chyba nie chciał wiedzieć jakim sposobem.
    Przyjrzał się bratu. Nie miał opaski, włosy w nieładzie, siniaki na szyi i torsie, a jego koszula była właściwie czerwona. Podwinął rękawy, bandaże wokół jego rąk przybrały kolor różu. Musiał czuć naprawdę duży ból gdy wpadł do wody pełnej soli.
    Sześć dni, sześć dni był kapitanem oddziału. W tym czasie zdążył stracić dwójkę ludzi, nawiązać negatywne relacje z oddziałem, zostać oskarżonym o współpracę z magiterrorystami, pozwolić na samodzielną akcję trójce ludzi przez co jego relacje jeszcze bardziej się pogorszyły, wejść na ścieżkę wojenną ze swoim szefem i wziąć udział w zapewne największym ataku magiterrorystycznym w dziejach.
    - To nie Twoja wina Nate, nikt nie wiedział, że Amanda od początku udawała. To w pełni wina Corella, nie Twoja, rozumiesz? - młodszy Cielo wzruszył ramionami i wstał tylko po to aby się potknąć o własne nogi. Upadłby i uderzył głową w kamień, gdyby nie Zach, który złapał go i posadził obok siebie. - Napij się. Wyspa wydaje się bezludna i nie ma na niej żadnego zasięgu, ale przynajmniej jest dużo jedzenia.
    Nate sprawdził zegarek, rzeczywiście nie miał zasięgu. Przecież żyli w drugiej połowie XXI wieku, zasięg był w każdym możliwym miejscu… I właśnie to zaniepokoiło go najbardziej.


Tańczyłem Koi no Disco Queen w Yakuzie 2,5 godziny nim pokonałem bossa ;_;
https://media.giphy.com/media/LpdlqTkgO2Lwwixwv7/giphy.gif

Offline

#211 21-06-2020 o 18h16

Straż Absyntu
Ardentia
Akolita Jednorożców
Ardentia
...
Wiadomości: 270

–––––-----------------------–––––---------––https://images-ext-2.discordapp.net/external/WBzsjC4HQ2PbOYq2gknAbHYeY0aLc0GUcHY8IbnnAac/http/www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-ames_2.jpg

          Muzyka grała, ludzie tańczyli, śmiali się, chodzili. Ame niemal się odprężyła. Niemal. Mimo że była z Yenem i Agafią, nie mogła zapomnieć, co tu robiła. Miała zadanie. Prowadziła luźną rozmowę z udawanym małżeństwem. Starała się też zagadać do Amandy, ta jednak nie wyglądała na chętną na konwersację. Wymamrotała za to coś o stole i poszła tam, gdzie siedział Nate. Amaya odprowadziła ją wzrokiem.
- Może coś jej zaszkodziło? – zastanowiła się na głos, ale nie drążyła tematu.
          Niedługo potem otrzymała komunikat Nataniela, zobaczyła otwarte skrytki i zrozumiała, że zawaliła. Jej celem na tę wyprawę było sprawienie, że oddziałowi nikt nic nie będzie mógł zarzucić. Całym sercem pragnęła powodzenia misji, ale nie dostrzegła nic podejrzanego. Nie zapobiegła atakowi.
- Szlag – zaklęła głośniej niż zamierzała. Spojrzała znacząco na Agafię i Yennę. Uniosła długi tył sukni i zawiązała go wokół pasa, by strój aż tak nie ograniczał jej ruchów. – Trzymajcie się – rzuciła, po czym pobiegła w stronę broni.
           Usłyszała wybuch, a impet powalił ją na ziemię. Instynktownie osłoniła głowę dłońmi. Zlokalizowała słup ognia. Nabierając pewności, że jest poza jego zasięgiem, stworzyła swojego klona. Przez adrenalinę nawet nie czuła tego specyficznego rodzaju bólu, który jej zazwyczaj przy tym towarzyszył. Była wściekła. Dlaczego tego nie przewidziała? Dlaczego klonowanie musiało jej zajmować tyle czasu? Dlaczego nie mogła tego zrobić w biegu? W takich sytuacjach liczyły się sekundy! Nie była dość dobra, nigdy nie była.
          Obie Amaye dopadły do broni w tym samym czasie. Każda z nich z wprawą przymocowała pochwę z kataną oraz wzięła pistolet. Wkrótce w stronę magiterrorystów posłane zostały dwie wiązki niebieskiego lasera.
- Ty zajmujesz się płotkami. Jeśli wszystko się spieprzy, zrób wszystko, by jak najdłużej z nimi pozostać. Śledź, podsłuchaj, wleź do ich środka ucieczki, cokolwiek. Pewnie nic z tego nie wyjdzie, ale nie mamy nic do stracenia, i tak zginę... zginiesz – mówiła do klona bez większych emocji w głosie, plącząc się jedynie na końcu. Obie szły obok siebie, bez chwili namysłu ani wyrzutów sumienia strzelają we wrogów. Czuły mściwą satysfakcję, ilekroć trafiły.
          Nie musiała mówić, co zamierza zrobić ona. Każda z nich to wiedziała, każda z nich tego chciała. Jedynie musiały rozwiać wszelkie wątpliwości co do tego, która z nich będzie mogła zakosztować zemsty. Klon wkrótce pobiegł zająć się rzezią, a prawdziwa Amaya ruszyła w stronę Amandy. Czuła, że resztki chłodnego profesjonalizmu, na które się zdobyła, właśnie ustępowały gniewowi, jakiego nie zaznała od dawna. Furii przemieszanej z szaleństwem i dziwną radością, jakby nie z tego świata. Co za niespodziewany zwrot akcji! Cóż za perfekcyjny chaos! Szkarłat mieszający się z wodą, płacz dziecka wtórujący wrzaskowi dziadka, agonalne krzyki... To było takie nagłe, takie przerażające i nierealne. Tak musiał wyglądać początek świata. Świata zrodzonego z chaosu i chaosem już zawsze będącego. Równowaga, porządek... Sztuczne wynalazki, słabe i błędne u samych podstaw.
          Wśród krzyków, kroków i strzałów dało się słyszeć śmiech.
- Interesujący zwrot akcji, kochana. – Uśmiechnęła się, przekrzywiając lekko głowę. Utkwiła wzrok w białowłosej piękności, której niewinność umarła. A może nigdy jej nie było? – Interesujący, ale obrzydliwy. Z****** cię, p********* s***.
          Widziała, co Amanda zrobiła z braćmi Cielo. Żądza mordu nasiliła się w Amayi, była jednak za daleko, a uciekający ludzie i zastępujący jej drogę terroryści nie ułatwiali zadania. Wycelowała w dziewczynę, jednak spudłowała. Ta zauważyła ją. Uśmiechnęła się lekko. Chwilę potem jakaś siła wyrwała Sasaki broń z ręki, a ją samą posłała poza pomieszczenie. Zrobiła w powietrzu salto i wylądowała, klęcząc na jednym kolanie. Jedną ręką się podpierała, a drugą przytrzymała pochwę katany. Impet sprawił, że w tej pozycji przejechała po podłodze dobry metr, cudem się nie wywracając. Podniosła pochyloną dotychczas głowę. Na jej twarzy nadal malowała się determinacja. Bez chwili namysłu wróciła do środka, wyjmując katanę. Siekała wrogów. Napędzana adrenaliną, nie czuła bólu, gdy to ją dosięgło ostrze któregoś z nich. W amoku nie słyszała wszystkich głosów.
          W pewnym momencie rozejrzała się, szukając wzrokiem znajomych twarzy. Chwila jasności umysłu okazała się jej zgubą. Jeden z magiterrorystów o nadnaturalnej sile przypadł do niej i – najzwyczajniej w świecie – wyrzucił za burtę. Przez kilka dziwnie długich i cichych sekund patrzyła na płomienie. Kolejny przebłysk rozumu – wzięła głęboki oddech i zamknęła oczy na moment przed zetknięciem się z zimną taflą wody. Wypuściła katanę z ręki i wypłynęła na powierzchnię. Położyła się na plecach, rozłożyła ręce i nogi. Musiała utrzymać się na powierzchni. Miała urywany oddech. Każdy jeden wdech brała łapczywie. Zerknęła w prawo, zerknęła w lewo. Wśród ciał, oddalających się łodzi i wyrzuconych za burtę rzeczy dostrzegła coś znajomego. Adrenalina ustępowała, wyczerpanie dawało się coraz bardziej we znaki. Płynęła. Każdy jeden ruch ręki i nogi przychodził jej z coraz większą trudnością, a ruch wody sprawiał, że Sasaki zbaczała z celu. Złapała się czyjejś walizki. Popatrzyła jeszcze raz. Dostrzegła zieloną czuprynę.
Zach. Żyją.
          Uspokoiła się. Opuściły ją resztki woli walki. Zamknęła oczy. Trzymała się walizki coraz mniej kurczowo, aż w końcu ją puściła. Zniknęła pod powierzchnią.
         Coś ją chwyciło i szarpnęło. Ponownie mogła oddychać powietrzem, nie miała jednak dość siły, by otworzyć oczy. Dolną partię ciała nadal miała w wodzie, lecz częściowo na czymś leżała. Rękoma czuła mokre futro.
          Mózg lubi czasem płatać figle. Nim Amaya straciła przytomność, w głowie zagrała jej piosenka, którą niegdyś słyszała.
What you gon' do
When there's blood in the water?
When there's blood in the-


          Następne, co pamiętała, to mokre, rozpuszczone włosy, które wchodziły jej do ust i kleiły się do ciała – podobnie sprawa miała się z jeszcze mokrą sukienką. Przez piasek i sól rany paliły, a mięśnie, przez wysiłek, na jaki Amaya wystawiła je ostatniego dnia, bolały. Japonka otworzyła oczy i spróbowała się podnieść, opierając się na prawej ręce, ale upadła. Syknęła. Udało jej się ułożyć w pozycji półleżącej za drugim razem. W wodzie dostrzegła kogoś, kto chyba był Yenną. Stał i czasami zanurzał ręce w wodzie. Sasaki nie wiedziała, co robi. Rozejrzała się. Jej wzrok spoczął na braciach Cielo, nie była jednak w stanie nic powiedzieć.

Ostatnio zmieniony przez Ardentia (21-06-2020 o 23h06)


T U           M N I E           Z N A J D Z I E S Z :           W A T T P A D           P I N T E R E S T           M Y A N I M E L I S T           I N S T A G R A M
https://i.imgur.com/AEYxFyr.gif

Offline

#212 21-06-2020 o 20h40

Straż Cienia
Airi
Akolita Sylfy
Airi
...
Wiadomości: 1 157

----------------------------------https://www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-yen_1.pnghttps://www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-vanja.jpg


     Przyzwyczaił się już do zimna wody. Dla bezpieczeństwa zakopywał stopy w piasku – w ten sposób łatwiej było stawić czoła nadchodzącym falom, które co jakiś czas przykrywały jego ciało. Mężnie posuwał się do przodu, oddalając się od brzegu o kolejne metry. Co jakiś czas unosił rękę do nieba, aby obserwująca go z plaży Vanja mogła łatwiej go zauważyć. Choć, odkąd się obudziła, okazywała głównie zawód tym, że jeszcze żyje, w trybie rozkazującym oznajmiła Yennie, że jeżeli chce iść łowić ryby, ma przy tym nie stać się dla nich pokarmem. Niemal zgrzytała przy tym zębami, wściekle marszcząc brwi, więc Yenna kiwnął głową i po zrzuceniu z siebie tej części garderoby, która mogłaby mu wadzić w wodzie, bez odwracania się ruszył w stronę wodnego bezkresu. Ryby łapać miał w sukienkę panny Holmes, która rozdarła się jeszcze zanim w Amandę na dobre wstąpiło jej drugie „ja”. Kiedy dotarli na wyspę na magicznym niedźwiedziu, wizytowa suknia warta tyle, co wszystkie wypłaty w życiu Yenny, stała się najdroższą szmatą na świecie. Sama Vanja siedziała dumnie na plaży w beżowej bieliźnie i albo gromiła innych wzrokiem, albo ignorowała całkowicie. Była zajęta rozpalaniem ogniska i obserwowaniem innych, w tym Lizy, która najgorzej przeżyła morską podróż.
     Yenny nie było już około godziny. Poranne promienie zaczęły parzyć mu ramiona, a prowizoryczna sieć nie mieściła zbyt dużo ryb, które było trudno złapać. Ognisko już od jakiegoś czasu istniało, a Vanja jedynie dorzucała do niego suchej trawy i gałązek, które znalazła na granicy plaży i lasku.
     - Yen! – wołała, machając do niego widocznie. Stała blisko brzegu, musiała zmoczyć sobie stopy. Widocznie zachęcała go do tego, aby już wrócił, ale w fioletowy materiał nie była wplatana taka liczba ryb, aby pożywić nimi cały oddział. Zwijając go ostrożnie, aby żadna z ryb nie uciekła, niechętnie ruszył do brzegu, myśląc o wyginiętych już gatunkach wodnych drapieżników.
     Bo, o czym innym miał myśleć, jak nie o rzeczach błahych, nieważnych?
     W ciągu kilku godzin stał się nikim. Stracił rodzinę, pozycję i pracę. Vanja nie chciała słyszeć o załamywaniu się, choć sama nieświadomie to robiła – koniec końców, przy każdym zwątpieniu Yenny, kobieta powtarzała, że Corellowi odnalezienie ich zajmie góra dwa dni. Komunikatory dosłownie świrowały – ten jej uległ zniszczeniu, a model Yenny został wyrzucony z sieci.
     Wyszła mu naprzeciw, kiedy przyniósł nadal trzepoczące ogonami wodne stwory.
     - Cholera – mruknęła na widok trzech par małych, czarnych oczek.
     Nie wiedział, czy chodziło o to, że ryb jest mało, czy może o to, że nie potrafiła ich wypatroszyć. Wpierw trzeba było pozbawić je życia, a ona zachowywała się, jakby to też był problem, choć zabiła przecież masę terrorystów – Yen o tym tylko słyszał, ale we wszystko wierzył.
     - Niech pan tak na mnie nie patrzy, Xi. – Splotła ramiona na klatce piersiowej.
     Kilka godzin temu, morska woda całkiem zmyła makijaż, który ukrywał paskudne siniaki od jej ramienia, idące przez talię, biodro i całe udo.
     - Poradzę sobie. Może to nie będzie zbyt syty posiłek, ale Zach pozbierał kokosy i może coś z tego będzie.
     A później poszła gdzieś na bok, wracając z rybami bez głów, nabitymi na smukłe kijki. Bez słowa zaczęła opiekać je nad ogniem, co jakiś czas tylko zerkając na Nataniela, który jeszcze się nie obudził i na Lizę, która nabrała w usta zbyt dużo morskiej wody.
     Ogniomiś zaryczał głośno.
     - Wybacz, kolego, ale dzielimy się na równe porcje – zawtórowała mu smutno, a później ponownie wbiła gniewny wzrok w trzaskające płomienie.
     Kiedy jednak dostrzegła, że kapitan oddziału zbudził się, wcisnęła dwa kijki między kamienie, aby do żywności nie dostał się piach. Zach opiekuńczo oddał Nate’owi część tego, co znalazł, ale Vanja nie miała czasu na rozczulanie się. Przykucnęła przy braciach Cielo i z neutralnym wyrazem twarzy, w końcu się odezwała.
     - Fajnie, że się trzymasz, ale będę wdzięczna, jak szybko weźmiesz się też w garść. Nie chcę nikogo spisywać na stratę, tym bardziej kapitana. Nadal nim jesteś, Natanielu, więc pożyw się a później rzuć im jakąś motywującą przemowę, która sprawi, że nikt nie popełni seppuku. – Klasnęła delikatnie w dłonie. – Itadakimasu. – Wręczyła kijek z upieczoną rybą Zachowi, wierząc, że ten zajmie się swoim niebieskowłosym bratem. Wstała i ruszyła dalej.
     - Amaya, jak samopoczucie? Mów szybko, jakbyś zdawała raport. – Tym razem przykucnęła przy drobnej kobiecie. Kiedy zrozumiała, że trudno jej cokolwiek powiedzieć, zabrała jeden z kokosów Zacha i za pomocą mocy zniszczyła jego część, aby dostać się do płynu.
     - To nie smakuje jak kokos, który prawdopodobnie znasz, ale pomoże ci – powiedziała, pomagając jej.
     W tym czasie, Yen przyglądał się wszystkiemu z pewnej odległości. Ogniomiś, który opiekował się osłabionymi, był rozmiarów dużej furgonetki.
     Przysiadł obok panny Egerton.
     - Neya – rzucił słowo na wiatr. – Myślisz, że będzie tak, jak mówi Vanja? Na pewno nas znajdą? Czy oni w ogóle nas szukają po tym, co stało się z Amandą?
     Vanja mogła wyznaczyć go jako nieczułego faceta od misji siłowych, ale przy Neyi nie musiał taki być. Z nią mógł podzielić się wątpliwościami.

Ostatnio zmieniony przez Airi (21-06-2020 o 20h41)


https://64.media.tumblr.com/7f661055ba2a00f462ee511771163249/tumblr_oe7bofxTHQ1uqslyuo8_400.gifv https://64.media.tumblr.com/5a3cbd2b39ab5691ea66d08fbf163f39/tumblr_oe7bofxTHQ1uqslyuo3_400.gifv

Offline

#213 21-06-2020 o 21h10

Straż Obsydianu
Rosaviel
Piechur Straży
Rosaviel
...
Wiadomości: 1 789

===========================A TEN O KOSZMAREK NIŻEJ SPONSOROWANY PRZEZ TRAMADOL I IBUPROFEN

===========================http://www.pomniejszacz.pl/files/liza-wklejka_3.png http://www.pomniejszacz.pl/files/drake-wklejka.jpg

      Początkowo wszystko przecież szło dobrze, a przynajmniej tak jej się wydawało. Koniec końców pojmali przecież Ruscowa, prawdopodobnie tym samym udaremniając kolejny z szeroko zakrojonych ataków magiterrorystycznych. Przynajmniej na jakiś czas. I wtedy jeszcze Liza z ręką na sercu mogłaby przyznać, że czuła się z tym dobrze, bardzo dobrze. Już nawet wizja rozmówienia się z Huntem nie zaciskała się na jej żołądku silną ręką stresu.
      Za to bankiet zbliżał się wielkimi krokami, a wraz z nim - kolejne zadanie. Tym razem już to oficjalne, to przeznaczone dla Gungnir. Przygotowania poszły im podejrzanie sprawnie, podobnie dobrze zespół przyjął wyznanie Nataniela tuż przed wyruszeniem na salę. Potem przecież jeszcze chwilowo na sali widziała Pardona Corella, mignął jej też ktoś - prawdopodobnie - z Tyrfing. rzadko kto samym swym pojawieniem się wzbudzał w niej tak mieszane uczucia, rzadko również kiedy przeważały wśród całej tej mieszaniny te negatywne. Tamci jednak stosunkowo szybko się zmyli - wraz z nimi zmył się i jej poprzedni partner zbrodni. Bez słowa wyjaśnienia, pożegnania, czy… czegokolwiek. A był przecież im coś winny. To oni możliwie nie dopuścili do kolejnego przelania krwi i Liza wiedziała doskonale, jak bardzo służbiście, jakim Hunt szybko się okazał było to bardzo nie w smak.
      Ponownie więc zostali sami w swym towarzystwie - nie licząc dziesiątek innych gości - mogąc skupić się na zadaniu. na przypilnowaniu i zapewnieniu bezpieczeństwa Amandzie. Świadkowi mogącemu swą wiedzą położyć kres rozlewowi krwi. Dosłownie i w przenośni. Sprawa? Niewątpliwie wielka i piękna - coś o co przecież wszyscy tu w mniejszym i większym stopniu zabiegali. Coś, co przyświecało jej ojcu, gdy podejmował decyzję o możliwie bezpiecznym przeprowadzeniu rodziny do Japonii, o rozpoczęciu nowego życia. Całkowicie wolnego od wszystkich przeszłych wpływów.
      Kiedy więc wszystko się sypnęło, a ich wystawiło na zmierzenie się ze sromotną klęską?
      Nie, nie wówczas, gdy jej komunikator rozbrzmiał dźwiękiem nowej wiadomości… dali plamę już wcześniej, sporo wcześniej. W chwili, w której zaufali dzieciakowi. W chwili, w której dali się jej omotac i uwierzyli w jej jasne i kryształowe - można by przecież rzec - intencje. W jej ckliwą bajeczkę o ciężkim dzieciństwie, o okropnościach, jakich dopuszczał się jej ojciec, a jakich ona znieść już dłużej nie mogła. W tym wszystkim… na co ona powinna być wyczulona! Na co zawsze, za każdym jednym razem wszyscy w Neglfarze zwracali przecież jej uwagę. Nie ufać świadom. Nie ufać podstawionym. Nie ufać tym, którzy idą na układ. Wszystkie dane sprawdzać samemu. Zawsze mieć plan do D gdyby coś nie wyszło; jeśli zaś sytuacja tego wymaga, choćby z M. A tymczasem? Nie miała nawet planu zaszczytnie nazywanego tym B. Za to cała sytuacja była do D - do dupy tak czarnej i głębokiej, że wątpiła, czy jeszcze ujrzy światło.
      Mimo tego nie panikowała, a przynajmniej takie wrażenie starała się sprawiać. Chłodny profesjonalizm wyciekł na jej twarz i choć w duchu modliła się, by wśród gości okazał się być ktoś zdolny opanować sytuację, wiedziała, że tu i tak zdani będą na siebie tylko i wyłącznie. Ich misja, jeśli cokolwiek wymknie się spod kontroli to tylko i wyłącznie oni zawalą.
      Z plątaniny myśli wyrwał ją nagle śmiech. Dźwięczny i dziewczęcy, a jednak mający w sobie coś, co skutecznie przyprawiło ją o paskudnie lodowaty dreszcz. Zaraz potem - o ironio - spod sceny buchnął formujący się w słup ognia płomień. Zaklęła. Czy coś jeszcze mogło pójść gorzej? Otóż… mogło. Wszystko mogło i wszystko poszło. Zaklęła raz jeszcze, formując na przestrzeni sali - i lekko poza jej zasięgiem - pierwszą ze swych sfer. Wymiotła pomieszczenie z tych ludzi, którzy zachowaniem wyraźnie odbiegali od agentów, którzy przecież tłumnie pojawili się zarówno na statku, jak i teraz sali bankietowej. Tak, by cywalie nie plątali się im pod nogami, a i mieli dość czasu by udać się na miejsce ewakuacji. Uciec byle dalej i uratować życie.
      Dalej wszystko zadziało się szybko. Widziała, jak z łatwością dziewczyna rozprawia się z dwójką Cielo, posyłając ich za burtę, widziała też Ame w dziwacznym amoku żądającym krwi - wrogów, każdego, kto podejdzie pod ostrze, komu życie niemiłe. Amandy. Zwłaszcza jej. A ona… powoli zaczynała czuć podobnie, choć przecież zawsze stroniła od bezpośredniego starcia. Zawsze trzymała się drugiej linii, pilnując, by towarzyszom nie działa się większa krzywda, niż ta, jaką byli w stanie znieść. Niedługo potem między zmieszanym w krwawej jatce tłumem mignęła jej blond czupryna jedynej osoby, z którą na chwilę obecną mogłaby rzeczywiście skutecznie współpracować. Drake… on zresztą chyba też to poczuł, bo już po tym, gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, wystrzelił pierwszy pocisk, niby na oślep, niby w kompletnie innym, niż wcześniej kierunku… Starczyło jednak dodać do tego umiejętność Lizy, by fragmenty zaczęły składać się w całość.
      Wymienił się miejscami z pociskiem, korzystając z wytracanego leniwie pędu, który go jeszcze niósł wymierzył kilka kolejnych strzałów. Pierwszy - ten na oślep - utkwił w czaszce jednego ze stojących nieopodal mężczyzn, samego zaś Hunta Liza zawróciła po chwili do siebie. Podrzucony na wymianę kamień wbił się w ścianę, blondyn oparł się o jej ramię, odstrzeliwując zamierzającego się na plecy Ukrainki terrorystę.
      Drake spojrzał na nią krzywo.
      — Odsłoniłaś się. Ledwie dzień i już takie rozleniwienie? Zawodzisz mnie… — rzucił z szelmowskim uśmiechem na twarzy.
      — Wezmę to pod uwagę następnym razem, gdy znów będziesz gnał na spotkanie ściany swoim zakutym łbem. — prychnęła, zrzucając zirytowanym gestem ramię mężczyzny z własnego. I ruszyli dalej próbować ratować jeszcze to, co mogli…
      Czyli… w sumie to niewiele ponad własny honor.
      Tego zresztą też niezbyt udało im się uchronić przed zbrukaniem. Przegrali. Okręciła ich wokół palca i przechytrzyła nastolatka. I to z taką łatwością, jakby robiła to codziennie, w przerwie na lunch. Jeszcze jedno machnięcie ręką białowłosej posłało kolejne osoby na spotkanie z taflą bezkresnego błękitu. Oni dwoje… nie byli tu wyjątkiem.
      Chwilowy ból uderzenia, ucisk w klatce piersiowej, panika. I ciemność.

      Ile czasu minęło? Nie był w stanie powiedzieć. Zupełnie pewnych był jedynie dwóch rzeczy - największej klęski w całej swej dotychczasowej karierze i tego, że przez zmutowanego miśka udało się mu przeżyć. Jemu, Oddziałowi Gungnir, Lizie, choć tej ostatniej nie był pewien. Trupia bladość jej nie pasowała, ale jak na złość - dziewczyna nie chciała się ocknąć nawet mimo próby jej docucenia. Zastanowiło go chwilowo jedno - ślady przypalenia na nadgarstkach. Nie kojarzył, by widział je wcześniej, a był pewny, że się przecież spotkali… Vanja i Tony również nie wyglądali najlepiej, gdy słona woda zmyła ich makijaże. Oto przed oczami Gungnir pojawiła się cena pojmania terrorysty.
      Reszta oddziału trzymała się dość dobrze; ba, część z nich zaczęła organizować sobie zajęcie - jak Zach rozłupującu napotkane kokosy, czy Yenna, który ruszył walczyć z morską tonią o obiad. On też nie umiał siedzieć bezczynnie - po naklnięciu się nad komunikatorem i przeklęciu wszystkich jego prototypów zabrał się za działanie zdecydowanie bardziej pożyteczne. Zebrał chrust, dostarczył go siedzącej nieopodal ogniska Vanji i chwilowo zapuścił się nieco dalej, w zielone zarośla. Jeśli mieli tu zostać dłużej - a na to się właśnie zanosiło - musieli zapewnić sobie jakieś schronienie., dostęp do wody zdatnej do picia.
      Raz jeszcze prześlizgnął się wzrokiem po przytomnych.
      — Mamy ognisko, żarcie… przydałoby się jeszcze coś w razie deszczu i woda zdatna do picia. Na morskiej nie pociągniemy… — rzucił, zasiadając przy ogniu w miejscu, które pozostawiła po sobie Vanja. Dorzucił kolejną gałązkę.
      Najpewniej chciał dodać jeszcze coś dalej, jednak przerwała mu Liza. Z szeroko otwartymi oczami, panicznie biorąc pierwszy - głęboki - haust powietrza. W pierwszej jednak chwili przewróciła się na bok, pozbyła resztek słonej wody z ust.
      — Мати Божа, я думала, що помру там. — wymamrotała, czując, jak do jej szeroko otwartych oczu nabiegają łzy.
      — Tak, ja Ciebie też, ale wróć do normalnego języka. — rzucił, podrzucając kolejną gałązkę. Koszuli i marynarki pozbył się już dawno - leżały zmięte i ciśnięte gdzieś na piasku. — Ale witamy wśród żywych, Yelizo, witamy…

Ostatnio zmieniony przez Rosaviel (21-06-2020 o 21h16)



https://i.imgur.com/K63JwVO.gif

Offline

#214 22-06-2020 o 23h28

Straż Absyntu
Okinkow
Straż na szkoleniu
Okinkow
...
Wiadomości: 170

........................................................................https://cdn.discordapp.com/attachments/688413570253586484/692779014418333766/unknown.png

   Nie miał ochoty aby jeść czy pić. Ogólnie nie miał zbytnio na nic ochoty. Chciał zostać w tej pozycji jak najdłużej, może póki nie przyleci MAAMT, skuje go w kajdanki i zabierze w miejsce, gdzie jedynym problemem będzie aby współwięźniowie dali mu spokój. Niestety jego przemyślenia musiały zostać przerwane przez nikogo innego jak Vanję, która przyniosła Zachowi rybę.
    Zielony podziękował ładnie z całym optymizmem jaki tylko mógł z siebie wykrzesać w obecnej sytuacji. Jednak nie jadł, najwyraźniej cała sytuacja nawet na nim się jakoś odbiła i odebrała mu apetyt. Z drugiej strony znał treść listu do Nate’a od Corella i wiedział jak wygląda cała sytuacja. Do tego nie wiedział co zrobi jego brat, właściwie mógł zrobić całe mnóstwo rzeczy, Zach po prostu miał nadzieję, że podejmie odpowiednią decyzję, która pozwoli im tu przeżyć.
    Nate spojrzał w znikające przez słońce gwiazdy, co tylko utwierdziło go w jego negatywnych myślach. Pozwolił Vanji odejść i jeszcze przez chwilę siedział w milczeniu.  W głowie kotłowało mu się setki, jeśli nie tysiące myśli goniących jedna za drugą, połowa z nich dawała jakieś nadzieje na pozytywne wyjście z tej sytuacji. Druga połowa już nie była taka optymistyczna.
    - Prawdę mówiąc nie do końca mogę sobie wyobrazić co teraz czujesz Nate… ale wiem, że podejmiesz słuszną decyzję, a ja Ci w tym pomogę niezależnie od tego co zrobisz. W końcu wiesz… jesteśmy Cielo! - Zach zamachnął się patykiem w zwycięskim geście.
   Westchnął. Zach miał rację. Vanja miała rację. Zapewne każdy w tej sytuacji miałby rację, tylko on najbardziej na świecie pragnął się mylić. Miał nadzieję, że to co zaraz zrobi okaże się beznadziejnym wygłupem, a dalsze badania po prostu potwierdzą jego paranoję, problemy przez ostatnie wydarzenia i po prostu głupotę.
    Podszedł do każdego, sprawdził co kto robi, spytał jak się czuje. Większość względnie sama się ogarnęła, bez jakiejkolwiek jego interwencji, co było niesamowicie dobrą oznaką, skupili się na tym co trzeba zrobić a nie rozmyślaniu nad tym, co się stało. Mieli podejście wielokrotnie lepsze niż jego. Przywitał się w końcu z Huntem tak jak należy, aczkolwiek poza klepnięciem w plecy raczej nie był w nastroju na jakieś żarty czy śmiechy. Pochwalił Yena za inicjatywę z rybami, przystanął przy Sasaki pytając się czy aby na pewno wszystko jest w porządku. Spędził też chwilę zagadując do Lizy i sprawdził czy wszystko jest względnie dobrze. Zagadał też do Neyi, która zapewne musiała przeżyć sporą traumę, zresztą, kto nie przeżył. Nie pominął też Agafii, właściwie gdzieś z tyłu głowy martwiąc się jak ona poradzi sobie bez alkoholu. O Tony’ego się w sumie nie martwił, chociaż widać na nim było spotkanie z Ruscowem, do tego to blondyn wziął Amandę z pokoju, nie podejrzewając, że zapewne stał się tylko jej marionetką. Poklepał go po ramieniu i powiedział, że będzie dobrze.
    Gdy już zagadał do każdego, pogłaskał Ogniomisia za uchem chwaląc, że zachował się bardzo dobrze i gdy tylko wrócą do domu, to postara się, aby chowaniec dostał najlepsze przysmaki jakimi będą dysponować. Na końcu podszedł do Vanji i odciągnął ją trochę na stronę.
    - Mamy dużo poważnych rzeczy do obgadania. I oboje będziemy mieć p******** - po czym stanął na środku ich małego obozu i przetarł twarz. Podczas całej tej podróży od osoby do osoby powoli układał sobie w głowie całą przemowę jaką właściwie bardziej Vanja wymogła niż chciał ją wygłosić.
    - Słuchajcie. Mogę tylko się domyślać, jak się teraz czujecie. Zapewniam was, że macie prawo do jakichkolwiek negatywnych myśli. Jednak cieszę się i gratuluję wam, że daliście sobie radę tutaj, gdy tylko się obudziliście, to naprawdę niesamowite i naprawdę świadczy o tym jak bardzo wyjątkowymi ludźmi jesteście. Wiedzcie też jedną ważną rzecz: to co się stało, w żaden sposób nie jest waszą winą. Owszem jako Gungnir byliśmy odpowiedzialni za Amandę, ale to Corell i Rada przydzielili nam więc odpowiedzialność spada na nich, a nie na was - co nie zmieniało faktu, że on i Vanja będą się grubo z tego wszystkiego tłumaczyć. Pewnie głównie on, Vanja jako pupil Corella będzie pewnie trochę inaczej potraktowana. - Ogólnie patrząc na umiejscowienie wyspy, to MAAMT powinno nas znaleźć maksymalnie w ciagu dwóch dni przy ich obecnej technologii i ewentualnych relacjach świadków. Może nawet delikatnie szybciej, bo raczej bardzo im zależy aby nas odnaleźć. Cóż… aby wykorzystać te dwa dni możemy zrobić trzy rzeczy: mieć wszystko gdzieś i siedzieć nic nie robiąc, uczynić Tony’ego królem i stworzyć tu własną cywilizację pod jego reżimem, lub… Jak zapewne zauważyliście, na tej wyspie nie ma zasięgu, do tego nasze komunikatory są połączone z satelitami MAAMT, która ma zasięg w każdym możliwym miejscu, jakie można sobie wyobrazić. Założę się też, że tej wyspy nie ma na żadnej mapie. Aby zasłużyć sygnał, albo trzeba magii, albo bardzo nowoczesnej technologii… naszą trzecią opcją jest zebranie się, wykonanie zwiadu i zaatakowanie komórki magiterrorystycznej zanim oni zaatakują nas.
    Wiedział jak to zabrzmiało. Wiedział, że wszyscy są zmęczeni a on im mówi o ataku na bazę magiterrorystyczną bez broni i w strojach wieczorowych. Zdawał sobie z tego sprawę, ale według planu, który układał mu się w głowie, wszystko miało wcale nie małe szanse powodzenia. Zwłaszcza, że jeśli się wedrą szybko ogarną broń, a później będą mogli wezwać pomoc i zająć się własnymi ranami. 
    - Tak, wiem jak to brzmi. Wiem, że jesteście zmęczeni i nie mamy broni… k**** sam mam nadzieję, że moje wnioski się znacząco mylą, ale innych wyjaśnień obecnie nie widzę. Zostawiam to pod waszą i Vanji decyzję - wziął głęboki wdech. Czuł, że z każdym zdaniem coraz bardziej pogarszał swoją sytuację.


Tańczyłem Koi no Disco Queen w Yakuzie 2,5 godziny nim pokonałem bossa ;_;
https://media.giphy.com/media/LpdlqTkgO2Lwwixwv7/giphy.gif

Offline

#215 23-06-2020 o 00h01

Straż Cienia
Sladka
Szeregowiec
Sladka
...
Wiadomości: 80

----------------------------------------------www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-agrafka_1.png

Nikt nie zainteresował się suknią, którą trzymała, więc zdecydowała się właśnie jej nadać nowe życie. Słysząc pytanie Vanji tylko uśmiechnęła się tajemniczo. - Kochaniutka, ja mam tę moc. Zobaczysz, jeszcze zdążę się zdrzemnąć – powiedziała tak pewnym tonem, jakby nie miała żadnych wątpliwości. - Nie wiem, czy jego krawatu też nie będę musiała przerobić, ale dziękuję za wskazówkę – puściła kobiecie oczko, nim wzięła się za przeróbki. Planowała stworzyć strój godny Pani Zimy, Królowej Śniegu, ogólnie nawiązującą do jej lodowej natury i odbijającą światło. Tylko w jednym miejscu przecięła materiał, aby dość ołówkowy krój przerobić na taki odsłaniający nogę aż do połowy uda. Czerń przestała być widoczna, choć dzięki niej lód rzeczywiście wyglądał dość granatowo. Do tego przystosowała krawat Yenny i swoje obcasy. Potem pomalowała paznokcie na pastelowy błękit (nie powstrzymując się od dodania trzech białych pasków na obu kciukach) i poszła w kimę. Nie spała długo, bo przeglądała tutoriale makijażowe, by sposobem ubioru za szybko się nie zdradzić. Jeśli jej kuzynka się zjawi za szybko by ją rozpoznała. Nic dziwnego, że odprądowiła swoje włosy, dzięki czemu nie musiała męczyć ich prostownicą i zaplotła je w prostą, acz pasującą na bal fryzurę. Prócz tego nie szalała z kosmetykami – z pomocą granatowych cieni pomalowała oczy zgodnie z trendami w kwestii makijażu wieczorowego, usta po wahaniu maznęła jagodową szminką, a na policzki dała bardzo mało różu. Westchnęła, czując że będzie wyglądać jak jedna z wielu, ale może sukienka odciągnie uwagę od poprawnego jej wyglądu.
Całej afery z magikopterem za to nie łapała. No bo co takiego w sumie się stało? Nikt nie zginął, ba! Chyba nawet nie został ranny, wszyscy prócz ich Pana Kierownika dobrze się bawili (prócz właśnie jego, ale on chyba dobrze się bawił tylko jedząc), a tu słyszała o groźbie więzienia i tym podobnych. Pokręciła tylko głową uznając, że tu jednak jest gorzej niż w Rosji.
- Tak, chyba on. O, widzę fontannę! – pociągnęła Yenna za sobą, jeśli tylko się dał i napotkała problem – czym nabrać tej czekolady, by nie wzbudzić podejrzeń? Wreszcie wzięła kubeczek i pozornie swobodnie go napełniła uznając, że jeśli Yen ją poprawi może wyjdzie nawet bardziej naturalnie. Potem uznając, że Rusałka musiała jakoś ująć swojego Misiaczka zaproponowała ją Amandzie i Ames oraz Xi, jeśli chcieli, powoli nabierając wprawy w korzystaniu z tego zabawnego urządzenia. - Ej, widzieliście Amandę? – spytała zdziwiona zauważając jej zniknięcie. Po chwili dostała jak wszyscy powiadomienie o zagrożeniu z jej strony. Agafia nie powstrzymała mimo swojej roli otworzenia ust w zaskoczeniu niby typowa, hiszpańska Carmen. - A to z... – nie zdążyła dokończyć. Widząc ogień, tak sprzeczny z jej magiczną naturą, a dziewczynkę, która rzucała ludźmi o ściany postanowiła zająć się pierwszym z zagrożeń, tym bardziej widząc, jak szybko jej towarzysze na tej misji reagują. Amanda na pewno nie zamierzała poprzestać na rzucaniu ludzi o ściany, ale powstrzymanie roznoszenia się ognia dawało w jej mniemaniu trochę czasu ludziom. Żeby sobie pomóc przyciągała do siebie zamrożone ciecze z sali wiedząc, że pod wpływem ciepła i tak się rozpuszczą. Czego by nie powiedzieć, nie umiała sterować zwykłą wodą, jedynie jej stałą formą. Dym ją dusił i sama już nie wiedziała czy miała omamy, czy jej kuzynka – może z chęci poprawienia rodzinnych więzi, może z litości, a może z egoistycznej chęci popisania się mocami odgoniła wiatrem dym i wspomogła ją swoją lodową magią. Zaraz jednak znikła. Pomyślała, że może powinna potworzyć prowizoryczne łodzie ratunkowe z lodu, ale wtedy coś jej spadło na łeb z rozpadającego się statku i ostatnie, co zobaczyła, to Ogniomiś.

Obudziła się i jak nagle padła, nagle wstała jakby budziła się z koszmaru. Rozejrzała się wokół nie rozumiejąc, gdzie się znajduje i dopiero po chwili przypomniała sobie mniej więcej przebieg zdarzeń. I to nie byłoby takie złe, gdyby nie doszło do niej, że jej flaszki zatonęły wraz z okrętem...
- NIEEEEEEEEEE! – krzyknęła nagle wpadając w płacz. Nie miała nawet bluzy z adidasa tylko suknie balową. To była tra-ge-dia, i to przez duże T. Na pytanie Nate'a tylko zaprzeczyła. Nic nie było dobrze. Niemrawo zjadła swój przydział prowiantu próbując się uspokoić i właściwie nie słuchając przemowy kapitana oddziału. Mogliby ją nawet zamknąć w Alcatraz, z niego jakoś by uciekła, ale pływać takiego kawału oceanu w nie wiadomo którym kierunku nie umiała. Wstała ostrożnie, nie wiedząc czy nie zakręci jej się w głowie. - Walić to. Zróbmy zapasy, sprawdźmy czy nie ma ludzi, zrobię tratwę z lodu i spływajmy stąd. Nie wytrzymam tu dwóch dni – podeszła przytulić się do Ogniomisia. Poważnie rozważała czy powinna Marysię narażać na cokolwiek. - Mogę ją wziąć? Idę zrobić ten p******** zwiad – poinformowała, po czym zależnie od odpowiedzi wzięła ze sobą chowańca (lub nie) i ruszyła w głąb wyspy. Jeśli ktoś tu również się rozbił pewnie szybko na niego trafi albo znajdzie miejsce z wodą pitną, w każdym razie szukanie czegokolwiek i próba ucieczki z tego nie-alkoholowego piekła była lepsza niż czekanie na ratunek jak damulki w opałach.

Offline

#216 23-06-2020 o 01h55

Straż Obsydianu
Morenn
Żołnierz Straży
Morenn
...
Wiadomości: 517

_____________________________http://www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-neya_1.jpg

 
          Neya czuła się niepewnie. Przez tę chwilę od wysłania Nate'owi telepatycznej wiadomości była wyczulona na każdy jego ruch, drgnięcie powieki, pozornie mały gest. Gdy położył jej dłoń na ramieniu i spojrzał głęboko w oczy starała się wyczytać w tym jakąś informację, przekaz, niczego takiego jednak nie znalazła. Był miły, jak zwykle kiedy rozmawiali na osobności. W takich chwilach żałowała, że jeszcze nie rozwinęła swojej mocy na tyle, by móc również odbierać komunikaty. Jak wiele by to ułatwiło!
Patrzyła na Nate'a chwilę, zanim skinęła kapitanowi niepewnie głową i zaraz przez salę przetoczyła się burza oklasków sprawiając, że dziewczyna odruchowo poszukała wzrokiem źródła zamieszania i bezwiednie dołączyła do braw. Nie słuchała jednak tego, co się działo na scenie, zbyt zdezorientowana pojawianiem się Corella, by skupić się na czymś innym. Nawet nie zauważyła, kiedy z tłumu wyłonił się Zach, cały rozpromieniony i zachwalający kogoś najwyraźniej cudownego. Szybko zwrócił się do niej, wziął na ręce i poniósł w tłum zanim zdążyła zaprotestować i rzuciła tylko zaskoczone spojrzenie Nate'owi, zanim zniknął im z oczu.
Zach postawił ją na ziemi dopiero na parkiecie przed podwyższeniem dla orkiestry. W tłumie wyłapała sylwetkę kapitana statku, który mimo przecież rosłej postury w tańcu radził sobie nadzwyczajnie lekko. Obawiała się że nie może tego powiedzieć o sobie, zwłaszcza patrząc na wirujące dookoła nich pary, nie powiedziała jednak na głos, że ma poważne wątpliwości. Zach objął ją, a Neya ułożyła dłoń na jego ramieniu, a drugą wsunęła w jego rękę i pozwoliła mu się poprowadzić. Przynajmniej miała nadzieję, że to wystarczy.
Starszy Cielo nie dał jej się jednak skupić na krokach, bo już po chwili zaczął mówić - a właściwie to zalał ją potokiem informacji na temat swojego idola i dodatkowo sprawił jej komplement od którego poczuła, że lekko się rumieni. To wyjaśniało jego wcześniejszą ekscytację, ale dziewczyna pomyliła kroki i zamiast w parkiet, trafiła w jego but.
- Przepraszam... - mruknęła zawstydzona, starając się odzyskać zgubiony rytm - Słyszałam o tym aktorze, grał w wielu starych filmach. Widziałam z nim jakieś komedie... Naprawdę myślisz, że będzie zainteresowany? - dopiero nad ostatnim pytaniem się zastanowiła - Chyba... chyba dobrze. Dzięki.
W następnej chwili aż drgnęła, gdy jej komunikator cicho piknął i w słuchawce usłyszała głos Nate'a. Rozejrzała się odruchowo, nie miała jednak pojęcia o co pytał - w tłumie tancerzy, blisko podestu z orkiestrą niczego nie słyszała. Za to znowu niefortunnie, wytrącona z równowagi, przydeptała buta Zachowi i poczuła, jak robi jej się nieprzyjemnie gorąco.
- Przepraszam... Ames jest dużo lepszą partnerką. Ze mną nie byłoby mowy o pucharze, a wam świetnie poszło.
Kilka kolejnych taktów upłynęło w spokoju. Kobieta rozglądała się po sali gdy tylko miała taką sposobność i udało jej się dostrzec poruszenie przy drzwiach. Ktoś opuszczał salę - Corell, rozpoznałby go w tym pretensjonalnym smokingu na drugim końcu świata. Zmrużyła oczy, ale trwało to mniej niż sekundę, bo ktoś zaraz zasłonił jej pole widzenia. Neya zaczęła już liczyć kroki w nadziei na rychły koniec walca, gdy zwróciła uwagę na komunikator Zacha. Chłopak odczytał wiadomość i przerwał taniec chwilę przed tym, jak muzyka ucichła. Neya skinęła mu i ruszyła jego śladem, a chwilę później potworny huk wstrząsnął salą. Aż się skuliła, odruchowo przykucając, od eksplozji dzwoniło jej w uszach. Podniosła się po chwili, gdy ktoś na nią wpadł, dookoła niej zapanował chaos - ludzie krzyczeli i uciekali w popłochu, tratując się nawzajem, wpadając na innych i nie myśląc o niczym poza ratowaniem siebie.
Neya wyprostowała się, starając się z chaosu wyłowić znajomą sylwetkę, jednak Zach rozpłynął się gdzieś w tłumie, a przez wrzaski trudno jej było usłyszeć cokolwiek. Nie widziała nikogo z oddziału i pomyślała, że powinna dostać się do szafek z bronią, które pokazywał im Nate na planach. Ruszyła w tamtą stronę, pod prąd, co chwila na kogoś wpadając i przedzierając się przez tłum. Zatrzymała się wreszcie po kilkunastu z trudem przebytych metrach, ściągnęła szpilki i rzuciła gdzieś na podłogę. Udało jej się dotrzeć do szafek, już wyciągała rękę gdy poczuła szarpnięcie i wpadła na metalowe drzwiczki, uderzając w nie skronią. Napastnik nie dał jej szansy wyjść z szoku, bo poprawił jej silnym uderzeniem i odwrócił, zaciskając ręce na jej szyi. Szarpnęła się, odruchowo zaparła i spróbowała kopnąć, ale trafiła na twardy pancerz, który tamten nosił pod eleganckimi garniturem. Jeszcze raz spróbowała odepchnąć go siłą, kończył jej się tlen gdy dotarło do niej, że powinna użyć magii. Znalezienie jego umysłu było banalne. Miał błękitne oczy, które w chwilę później utkwił w pustce, gdy wysłała mu do umysłu nieprzebraną czerń i wodę, mnóstwo wody, która zaczęła go pochłaniać. Tonął, brakowało mu tlenu i dopiero wtedy poluzował uścisk. Neya wyswobodziła się, gwałtownie nabrała powietrza i zakaszlała, masując obolałą szyję. Odruchowo przerwała połączenie, ale jej dłoń już znalazła najbliższą broń palną i złapała lekki karabin. Magiterrorysta dalej był obok, chociaż wciąż w szoku; nie pozwoliła mu się otrząsnąć. Z tej odległości wystarczył jeden strzał.
Nie widziała nigdzie nikogo z oddziału, chociaż sala bankietowa coraz bardziej pustoszała - widziała przez moment jedynie fragment mrożącej krew w żyłach walki Amandy z Amayą, potem jednak obie znikły jej z oczu. Miała nadzieję, że Gungnir gdzieś tutaj jest, ale rozglądając się nie mogła nikogo dostrzec; w chaosie walki działała niemalże automatycznie kierując cywili do wyjść, odpowiadając ogniem na ogień, a potem usłyszała ogłuszający jęk stalowej konstrukcji i jakiś przerażający trzask gdzieś głęboko w trzewiach statku. Metal wydał z siebie upiorny jęk, a potem poczuła, że traci grunt pod nogami. Wszystko przechyliło się gwałtownie, kobieta w ostatniej chwili uniknęła spotkania z sunącym w jej stronę stolikiem i ślizgając się pognała do wyjścia na pokład. Wypadła z sali na korytarz, a stamtąd, brodząc po kostki w wodzie która już zdążyła wedrzeć się na statek, na główny pokład. Statkiem zarzucało, przez co przewracała się co chwila, traciła równowagę i podnosiła się, ciągnąc za sobą przemoczoną, płaczącą się dookoła kostek sukienkę. Na schodach ktoś ją zaatakował, nie spojrzała nawet mu w twarz - uchyliła się i wykorzystała jego siłę, by przerzucić go przez barierkę. Dopadła wreszcie wyjścia, rozejrzała się gorączkowo po gasnących z wolna światłach statku. Słychać było wrzaski, jęki stalowego kolosa i koszmarną symfonię strzałów oddawanych przez magiterrorystów. Zaczęła szukać umysłów oddziału, ale trafiała w pustkę - było to uczucie podobne do chwilowego spadania, jakby schodząc po schodach była pewna, że stopień jest niższy, a okazał się wysokim progiem i zmusił ją do prób odzyskania równowagi. Biegła wzdłuż barierek, przeciskając się między ludźmi próbującymi dopchnąć się do szalup, nikogo jednak nie widziała. Gdzie oni się podziali?
- Nate! Amaya! - wiedziała, że to nie ma większego sensu - Yen! Yenna!!! - jej krzyk utonął w chaosie, ktoś chwycił ją za ramię i przez chwilę, krótki moment, sądziła że zobaczy jego twarz, że jej wzrok padnie na ciemne, łagodne oczy jej przyjaciela. Mężczyzna był jednak obcy, a ona nie zdążyła usłyszeć co ma jej do powiedzenia, bo cały statek gwałtownie się przechylił. Trzask był porównywalny do eksplozji, przeraźliwy i ogłuszający, a cała konstrukcja zaczęła się poddawać. Pokład zaczął się podnosić, Neya przytrzymała się kurczowo barierki, kiedy kadłub stanął na sztorc, celując w niebo jakby rzucał mu wyzwanie i zaczął iść na dno niczym dziecięca zabawka.
Pociągnie mnie za sobą, pomyślała, a jej umysł czepiał się czegokolwiek, szukał rozwiązania. Tylko jednego członka oddziału nie próbowała odnaleźć dotąd umysłem.
Woda była ciemna, najpewniej lodowata i odbijały się w niej całe konstelacje sprawiając, że skrzyła się w tym zimnym bezkresie, w przeważającej pustce.
Jestem tutaj. - wyszeptała zaciskając zęby odnajdując umysł Ogniomisia i skoczyła.

          Przebudzenie na plaży było gwałtowne i niezbyt przyjemne. Zaczerpnęła gwałtownie powietrza wciągając do ust drobinki piasku, zakaszlała i splunęła, czując na języku posmak soli i krwi. Podniosła się, mrużąc oczy w jaskrawym słońcu. Dookoła był piasek, wody oceanu, bezkres błękitu, ale nie to było najważniejsze. Byli tutaj, żyli.
Rozejrzała się gorączkowo, szukając wzrokiem członków oddziału i dopiero gdy odnalazła wszystkich była w stanie odetchnąć z ulgą, nawet jeśli nie miała pojęcia gdzie są, a odzyskanie orientacji zajęło jej dłuższą chwilę. Wyglądało na to, że część z nich jest niewiele ranna, bo zaczynali już się organizować. Sama czuła się obolała, ale szybko zebrała się z ziemi, żeby pomóc.
I tak przydługą sukienkę skróciła i rozerwała materiał powyżej kolan - krzywo bo krzywo - ale otrzymany kawałek podzieliła na węższe paski. Miała nadzieję że nadadzą się na prowizoryczne opatrunki dla bardziej rannych, a obwiązane dookoła gałęzi i podpalone mogłyby służyć za pochodnie.
Kręciła się pomiędzy członkami oddziału, z przejęciem zajmując się tymi, którzy byli ranni najbardziej, pochylając się na dłużej nad nieprzytomną Lizą i Tonym. W międzyczasie podszedł do niej Nate, zapewniła jednak, że nic jej nie jest. Przez chwilę nawet wahała się czy z nim nie porozmawiać, ale chwilowo zostawiła swoje przemyślenia dla siebie i tylko podziękowała kapitanowi za troskę. Zgadzała się z Drake'iem, nawet jeśli peszył ją brak jego koszuli - potrzebowali pitnej wody i schronienia - bez tego mogli nie przetrwać nocy.
- Może ktoś mógłby wejść na drzewo rozejrzeć się po okolicy? - rzuciła do nikogo w szczególności, zastanawiając się nad ich opcjami. Po chwili jednak usłyszała coś, co szybko przykuło jej uwagę - kilka słów po ukraińsku wypowiedzianych chrapliwym głosem. Przyklękła obok Lizy patrząc na nią z troską.
- Liza, nareszcie. Jak się czujesz?
Tak znalazł ją Yen, który zajmował się pilnowaniem, żeby mieli co jeść i łowił ryby do sukienki Vanyi. Drgnęła dopiero gdy do niej dołączył i poruszone przez niego kwestie sprawiły, że zamyśliła się jeszcze głębiej nad tym, czego była świadkiem. Spojrzała na niego kątem oka, zanim przysunęła się bliżej. Jemu mogła przecież zaufać. Jeśli mogła podzielić się z kimś obawami, to właśnie z Yenem.
- Mogłabym nawet się z nimi skontaktować. Ale, Yen, zastanawiam się czy powinnam. - powiedziała cicho, rozglądając się chwilowo, jakby chciała się upewnić, że nikt nie usłyszy - To może brzmieć jak szaleństwo, ale... Corell wziął się znikąd na statku, Nate dziwnie się zachowywał, a chwilę po zniknięciu Pardona Amandzie odbiło i zaatakowali magiterroryści. To dużo jak na zbieg okoliczności, moim zdaniem. - było jej lżej, że może komuś to powiedzieć, podzielić się obawiami i upewnić, że brzmi lub nie brzmi to jak wariactwo zanim pójdzie z tym do kapitana. Zerknęła mu uważnie w oczy - Mogę skontaktować się z twoim tatą, poinformować że żyjemy.  Nie powinnam mieć z tym problemu, rozmawiałam z nim w przychodni. Ale Corell... Nie mam pojęcia co się stało na statku, ale to mi się wydaje być bardzo mocno podejrzane. Może lepiej by mu było... nie mówić.
Ledwie skończyła, głos zabrał ich kapitan. I takich wniosków nie spodziewała się w ogóle. Zastanowiła się przez moment, zerkając na Yena.
- Jest jeszcze opcja, żeby się schować przed MAAMT. - mruknęła, a głośniej, po chwili ciszy, dodała tylko - Nie mamy broni, ale jeśli uważasz że powinniśmy to zrobić, to nie jest to duży problem. Wciąż mamy naszą magię.

Ostatnio zmieniony przez Morenn (23-06-2020 o 08h48)

Offline

#217 28-06-2020 o 15h49

Straż Cienia
Airi
Akolita Sylfy
Airi
...
Wiadomości: 1 157

----------------------------------------------https://www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-yen_1.png

     Zapach soli wydawał się na dobre przylec do jego skóry, która, podniszczona przez nagłą zmianę warunków, wyschła już całkowicie. Miał wrażenie, że wszędzie ma piasek – we włosach i za paskiem zniszczonych już, bankietowych spodni, które zdecydował się założyć po wyjściu z wody. Zdążyły wyschnąć, a on miał pewne opory do paradowania w samych slipkach. Blizny na klatce piersiowej i rękach były odkryte, wystawione na światło słońca i oczy innych. Piekły tak, jakby niektóre z nich były świeżymi ranami. Czuł, jak przez ogólne osłabienie, magia w jego krwi słabnie. Mięśnie bolały, kąciki ust ciągnęły ku ziemi. Było źle.
     Kiedy Neya przysunęła się bliżej, potulnie zrobił jej miejsce, starając się nie rzucać Lizie zbyt bardzo zaniepokojonego spojrzenia.  Kiedy rudowłosa się odezwała, skupił całą uwagę na niej, przestając zwracać ją nawet na Vanję, która rozmawiała z braćmi Cielo. Yenna zacisnął popękane usta i słuchał – a z każdym słowem nie mógł uwierzyć, że słyszy to naprawdę.
     - Co ty mówisz – szepnął chrypliwie, nie podkreśliwszy znaku zapytania. – Sugerujesz, że on…
     Yenna nie wierzył w to, że Corell mógłby współpracować z magiterrorystami. Pardon Corell był nieprzewidywalny, był kapryśny i dokuczliwy. Lubił wtrącać się w nie swoje sprawy, humor zmieniał częściej niż ktokolwiek inny, kogo znał Yen, czasami wykazywał objawy rozchwiania psychicznego. Ale mimo tego, był również słowny i lojalny wobec MAAMT.
     - Neya, to niemożliwe – powiedział.
     Procedury mówiły jasno, kogo powinni informować. Generał Xi był jego ojcem adopcyjnym i na po stokroć wolałby widzieć jego, niż Corella, ale regulaminy były przejrzyste. Fred Xi nie był ich przełożonym. Jeżeli mogli, powinni poinformować Corella, nikogo innego.
     - Wybacz, ale nie potrafię sobie tego wyobrazić. Dlaczego miałby? Przecież poświęcił MAAMT całe życie. Gdyby chciał zrobić coś takiego, nie wysyłałby nowo utworzonego…
     Umilkł, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że znalazł kolejne „przeciw” Corellowi. Z czasem zaczął rozumieć wątpliwości Neyi. Rzeczy, na które zwróciła uwagę, nie były wcale błahe, a wręcz przeciwnie – najistotniejszy mógłby okazać się jakiś szczegół.
      - Jeżeli dostałby od nas położenie i nie wysłał magicoptera, twoje uwagi byłyby słuszne. Jeżeli naprawdę współpracuje z organizacjami przestępczymi, nie odpowie na wiadomość. Myślisz, że mógłby próbować nas wyeliminować? - Mimo, że tylko rozmawiali, dialog zaczął robić się coraz bardziej emocjonujący.
    - Ach, właśnie, magię – zawahał się. – Bo widzisz… z moją nie jest zbyt dobrze. Leki, które powinienem brać, zostały na statku i powoli zaczynam odczuwać żałość ku temu, że nie nosiłem ich przy sobie – uśmiechnął się smutno.
     Ona mogła wiedzieć. Czuł, że jest jej winny najsilniejszą szczerość, największe pośrednictwo. Wiedział, że będzie się martwić – ale nie chciał, żeby cierpiała, gdyby po raz kolejny pominął przy niej coś, co może nie wiedzieć powinna, ale na pewno zasługiwała. Im dłużej by zwlekał, tym bardziej męczyłoby to jego; tym bardziej byłby niesprawiedliwy w stosunku do panny Egerton. Kiedy wyrzucił tę informację szybko, nie układając tego wyznania godzinami, od razu zrobiło mu się lżej na sercu.
     Przyszedł czas na przemówienie kapitana, który w pierwszej połowie wypowiedzi, szczerością podniósł Yennę na duchu. Ufał Nate’owi. Chciał wierzyć w to, że wszyscy opuszczą wyspę cało i wszystko skończy się dobrze. Kiedy jednak przeszedł do sedna…
     - Ja chcę iść – wypalił Yenna donośnie. - Moglibyśmy podzielić się na grupy. Nate ma rację, jeżeli ktoś się tutaj ukrywa, w takim położeniu to ten „ktoś” znajdzie nas, a my nie możemy się na to zgodzić.
     Przybrał ten swój pół-służbowy ton, którego używał w salach konferencyjnych, kiedy kogoś obchodziło jego zdanie.


https://64.media.tumblr.com/7f661055ba2a00f462ee511771163249/tumblr_oe7bofxTHQ1uqslyuo8_400.gifv https://64.media.tumblr.com/5a3cbd2b39ab5691ea66d08fbf163f39/tumblr_oe7bofxTHQ1uqslyuo3_400.gifv

Offline

#218 28-06-2020 o 22h55

Straż Absyntu
Ardentia
Akolita Jednorożców
Ardentia
...
Wiadomości: 270

–––––-----------------------–––––---------––https://images-ext-2.discordapp.net/external/WBzsjC4HQ2PbOYq2gknAbHYeY0aLc0GUcHY8IbnnAac/http/www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-ames_2.jpg

          Z otępienia wyrwał ją znajomy głos. Przeniosła wzrok na Vanję, ale już otworzenie ust okazało się zbyt wielkim wysiłkiem.
Słaba.
Przyjęła kokos i wypiła mleko, dając sobie tym samym kilka sekund, by wziąć się w garść. Oderwała kawałek białego miąższu.
- Dziękuję. Obolała. Płytkie rany cięte. – Wystawiła do przodu ręce, pokazując kilka czerwonych linii, z których nie płynęła już krew. – Nic poważnego.
          Gdy w pełni wróciła do rzeczywistości, ponownie popatrzyła na wszystkich wkoło, jednak tym razem zwróciła większą uwagę na stan każdego z nich. Żyli i nie wyglądało na to, by ktokolwiek został trwale... uszkodzony. Ulga. Czuła niewypowiedzianą ulgę. Tak wielką, że musiała jej dać upust. Zrobiła to przy pomocy krótkiego, szczerego śmiechu, tak bardzo innego od tego na statku. Wiedziała, że to nie na miejscu... ale musiała, tak po prostu.
          Trochę czasu później, z prowizorycznymi bandażami na rękach, wstała i przysiadła się do reszty. Jej sukienka nadal była wilgotna, ale schła całkiem szybko dzięki słońcu.
          Nadal nie była w pełni sił, lecz czuła się lepiej. Na tyle dobrze, by zacząć jasno myśleć. Teraz, z perspektywy czasu (nie, żeby go nie wiadomo ile minęło) widziała, jak bardzo lekkomyślnie postąpiła. Nie miała mocy ofensywnej i w walce była nikim więcej niż zwykłym człowiekiem – wyszkolonym, ale zdecydowanie nie dość silnym, by walczyć z kimś o potężnej mocy o szerokim zastosowaniu. Jeśli Zach nie dał rady Amandzie, to tym bardziej ona nie powinna się do tego mieszać. Teraz, gdy wściekłość nadal była w niej obecna, ale nie przykrywała zdrowego rozsądku, wiedziała, że powinna postąpić inaczej. Opanować się. Zachowała się skrajnie nieprofesjonalnie, dając upust swoim emocjom, ale też koncertowo oblała test z pracy zespołowej i przyjaźni. Mimowolnie popatrzyła na Neyę. Amaya zastanawiała się, co by było, gdyby zginęli tam, na tamtym statku. Swoje ostatnie chwile spędziłaby w amoku, nie wiedząc, co z oddziałem i Drakiem. Umarłaby bez żadnego pożegnania.
          Przymknęła oczy. Miała nadzieję, że zobaczy coś ciekawego oczami swojego klona. Chwilę jej zajęło, nim oddzieliła jego wspomnienia od swoich, zwłaszcza że były w wielu miejscach podobne. Ot, walka z szeregowymi terrorystami. Już myślała, że to koniec, że nie zrobiła nic pożytecznego, lecz oto klon wybiegł na zewnątrz, tam, gdzie jej samej nie było. Chaotyczne rozglądanie się... och, zaraz! Jeszcze raz. Tak, bez wątpienia, to był magicopter. Dziwne... Dobra, dalej. Nic szczególnego, walka, ciach, bang, bang, ała, bang, bang. Straciła równowagę. Gdy jakiś mężczyzna stał nad nią, celując w jej głowę, wydało jej się jeszcze, że widzi coś na niebie. Coś... kogoś? Nie była pewna, nie widziała wyraźnie. Potem był jeszcze odgłos wystrzału i ciemność.
          Wróciła do świata żywych. Wysłuchała mowy Nataniela, w duchu gratulując mu, że potrafił ułożyć coś takiego w takiej sytuacji. Może i był sztywny jak najsztywniejszy kij na tym świecie i celował gorzej niż ona po imprezie, ale nie mogła mu odmówić, że umiał dobierać słowa. Końcówka sprawiła jednak, że otworzyła szeroko oczy.
- Ich baza tak blisko nas? – Nie dowierzała. – Powiedziałabym, że ogniomiś to absolutne minimum, nie możesz iść sama – wyraziła swoje zdanie po usłyszeniu słów Agafii, mimo że to nie ona tu podejmowała decyzje. Martwiła się jednak o Rosjankę. Wiedziała, że była silna, ale nie wyobrażała sobie, by ktokolwiek w obecnej sytuacji miał działać w pojedynkę.
          Zamilkła. Słuchała opinii innych, analizując sytuację. Mieli przekichane, ale wyglądało na to, że zawsze może być gorzej. Grunt to spróbować zapobiec ziszczeniu się tego "gorzej".
- Mam tylko jedno pytanie: kiedy? Kiedy zamierzamy tam iść? – zabrała głos. Choć nie powiedziała tego wprost, ona także zamierzała spróbować. – Chciałabym też coś powiedzieć. Nie wiem, na ile to ważne, ale Corell nie odleciał. Magicopter nadal był na statku. Myślę, że to teleportacja. Wydaje mi się też, że widziałam coś na niebie, choć to już mogły  być omamy.
          Te kwestie mogły nie być istotne, ale powzięła postanowienie, że prez najbliższy czas będzie jak najbardziej przykładowym przedstawicielem MAAMT. A taki raportuje coś, co może mieć jakieś znaczenie.


T U           M N I E           Z N A J D Z I E S Z :           W A T T P A D           P I N T E R E S T           M Y A N I M E L I S T           I N S T A G R A M
https://i.imgur.com/AEYxFyr.gif

Offline

#219 02-07-2020 o 13h01

Straż Cienia
Ghoul
Oficer Straży
Ghoul
...
Wiadomości: 1 737

https://images-ext-2.discordapp.net/external/_owPrgmjNgB1NzH1tA9hRg0uEn8zpI6HOJCiwKeXPEw/http/www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-tony_1.png


   - Obiecanki-cacanki, a głupiemu radość – wymruczał, próbując przy tym utrzymać maskę idealnego zmartwienia nad facecjami Holmes.
   Podobne granie na dwa fronty okazywało się bardziej skomplikowane, niż to sobie wyobrażał. Kiedy Tony chciał próbować skupić się pytaniu kapitana, Theodor musiał równocześnie otaczać swoją najlepszą przyjaciółkę czułą troską.
   - Trzymaj się Lindy, już cię stąd zabieram... klimatyzacja na tym statku to naprawdę jakiś żart, czy za to właśnie zapłaciliśmy? Jeśli się przegrzejesz, przysięgam, że ci durnie popamiętają mojego prawnika...! - perorował z całą rycerskością rozkapryszonego bumelanta.
   Z uwieszoną na swoim ramieniu Vanją, przeprawił się pospiesznie do drzwi, fukając na Bogu ducha winną obsługę. Przychodziło mu to o tyle łatwo, że automatycznie spiął się, gdy stracił możliwość monitorowania Amandy. Oczywiście, pozostawała pod opieką reszty zespołu... jednak nadużyciem byłoby powiedzieć, że Tony zespołowi temu ślepo ufał, choć może sam nie był tego do końca świadom.
   Wypadli na korytarz, gdzie w bezpiecznym otoczeniu porzucili fasadę i zajęli się pilnym zadaniem. To jest, prawie od razu się nim zajęli... Potyczka Holmes z sukienką była chyba bardziej dramatyczna niż ta z Ruscowem. Tony przez chwilę w milczeniu obserwował spod uniesionych brwi, jak kobieta, która bez trudu wzbudza postrach w agentach MAAMT, przegrywa z kretesem w starciu ze zwykłym zasuwakiem.
   - Na każdego Holmesa znajdzie się jego Moriarty, co? - zauważył uszczypliwie.
   Odgarnął jej włosy na ramię prawą ręką, jednocześnie przytrzymując lewą w pasie, by nie szarpnęła się gwałtownie do przodu, pozostawiając mu w dłoni wyrwane pukle. Następnie bez dalszej zwłoki, wprawnym ruchem dosunął zamek do góry.
   - Byłoby niefortunnie, gdyby kreacja ześlizgnęła ci się podczas pościgu... a chyba jakiś może nas czekać. Byłaby to jakaś dywersja, ale chyba ściągnęliśmy już na siebie dość uwagi.
   Drobne błękitne litery rozkwitły w powietrzu, gdy wybrał odpowiednią kombinację przycisków na komunikatorze. Zebrane dane o mężczyźnie, który przyciągnął ich uwagę nie były porywające, dopóki Tony nie dotarł do jego działalności zawodowej, a konkretnie puli obsługiwanych klientów, która wznosiła czerwone flagi.
   - Informacje o nim są szczątkowe, ale spójrz na jego powiązania... Facet widuje się z miłymi chłopakami z Avarganis częściej, niż z własną matką. Na jego liście kontaktów jest kilka całkiem ciekawych nazwisk... - z pstryknięciem palca przerzucił podświetlony fragment tekstu, by powiększony wyświetlił się z boku jej komunikatora. - Mam wrażenie, że jego kumple doceniliby, gdyby Amanda nie dotarła do celu. A czego się nie robi dla kumpli, co? Ochrona zabrała go do aresztu, może też powinniśmy się tam przejść i spróbować z nim zakumplować?
   Musieli znów przejść uczęszczaną częścią pokładu, Theodore, wachlował więc Lindy, przeprawiając się niewinnie korytarzami, schodząc stopniowo w dół i nie przyciągając wiele zbędnej uwagi. Zeszli z pola widzenia dopiero, kiedy komunikator poinformował, że dodatkowe skany systemu, o które wniósł Nate, zostały zakończone. Pochylili się nad ich wynikami i choć Tony nie miał nadziei na znalezienie czegokolwiek ciekawego, informacje sprawiły, że jego brwi zbiegły się razem.
   - Czekaj, to nie ma sensu... - wymruczał.
   Rozpoznawanie twarzy połączone z odpowiednim algorytmem postarzającym wykryło zgodność ich podejrzanego z byłym celem, magiterrorystą powiązanym z Avarganis. Jego komórka związana była z głównie z działaniami dywersyjnymi. Byli odpowiedzialni za głośny zamach bombowy, którego MAAMT nie było w stanie w porę udaremnić, a w którego rezultacie zginęło między innymi kilku agentów. Atak nastąpił sześć lat temu, a większość zaangażowanych w niego terrorystów udało się już schwytać lub unieszkodliwić... nie było to jednak problemem w wypadku mężczyzny, z którym system wskazywał zgodność. Facet zginął w tej samej eksplozji, był w samym centrum wydarzeń, odpowiedzialny za doprowadzenie sprawy do końca. To dlatego pierwszy skan nie wykrył go w bazie - szukał tylko żywych.
   Tony nabrał powietrza, kiedy elementy układanki zaczęły do siebie pasować. Czuł się jakby łączył kropki w dziecięcej kolorowance i nagle odkrył, że powstały obrazek będzie sprośny. Zaklął wyjątkowo paskudnie i natychmiast odruchowo przeprosił za to Holmes, po czym przyspieszył, poganiając ją za sobą. Miała dostęp do tych samych danych, więc najpewniej nie musiał jej niczego tłumaczyć... Komunikator zabrzęczał kolejnym powiadomieniem od Nate'a, ale Tony nie zwolnił kroku, próbując jednocześnie przekazać wiadomość zwrotną. Jeśli miał rację, jeśli...
   Nie było jednak czasu na żadne „jeśli”. Kiedy nadszedł wybuch, razem z Vanją byli stosunkowo daleko od Amandy, a blisko serca eksplozji, a więc ich „walka” nie trwała długo. Fala gorąca, odrzut, krzyki, szkło, woda w ustach i migocząca odblaskami czerń... ten kolorowy kalejdoskop zawirował mu przed oczami, zanim w końcu zgasło wszystko.

***


   Obudził się na brzegu, za policzkiem zapadniętym w wygrzany piach, niczym w miękką, znajomą poduszkę. Nie poderwał się od razu, ogłupiony bólem i niespodziewanym bodźcami. W końcu jednak obrócił się na plecy, usiadł niepewnie i nawet podniósł, kiedy Neya podeszła by sprawdzić, co z nim. Prychając, plując i wytrzepując zniszczoną odzież, Tony wyłapywał informacje o ataku i stanie zdrowia towarzyszy, by poskładać wszystko do kupy. Niestety, im więcej wiedział i rozumiał, tym gorzej wywracał mu się żołądek.
   Częstując się rozłupanym kokosem, by choć na chwilę odpędzić nieznośne mdłości i suchość warg, uważnie przyjrzał się innym członkom oddziału. Wszyscy byli cali. Żywi. To było chyba najważniejsze, prawda? Ocknęła się w końcu również Liza, co obserwował z daleka, z ogromną ulgą. Nie podszedł do niej jednak, stroniąc w ogóle od bliskości towarzyszy.
   Niektórzy z nich zaczęli już zajmować się produktywnymi zajęciami, co oczywiście było fantastycznym świadectwem siły ich woli i służyło całej grupie. Przewrotnie jednak, Tony poczuł do nich rodzaj dziwnej urazy. Sam był zbyt wycieńczony i przygnębiony, by na coś się przydać. Zadaniowe podejście innych członków oddziału, choć tak potrzebne, zakłócało aurę jego bezowocnej żałoby. Przez szok i zaprzeczenie przebrnął zaskakująco szybko, żal i złość gorzały w nim jednak w najlepsze. Był wściekły na Amandę, która z nimi pogrywała. Był wściekły na MAAMT, które kazało im ją „ratować”, narażając życie. Najbardziej jednak wściekły był na siebie. W końcu z jego winy pojawiła się na balu. On też wyprowadził ją z hangaru. On poległ w starciu przeciwko smutnej mince i wielkim, niewinnym oczom. Był cholernym idiotą.
   Nie unikał więc bólu wywoływanego przez obrażenia, sprawiał mu on bowiem perwersyjną satysfakcję. Był oczywiście porządnie poturbowany. Amanda ukończyła dzieło Ruscowa, tworząc tym samym prawdziwe arcydzieło.  Zranione wcześniej ramię było praktycznie bezużyteczne. Leki przeciwbólowe przestały już działać, a świeże rany podrażnione morską wodą paliły żywym ogniem przy każdym poruszeniu. Wykorzystał szelki i strzęp koszuli, aby usztywnić je w prowizorycznym temblaku, ale było to dzieło zaprawdę żałosne. Materiały nadawały się do celu zaledwie średnio, a wykorzystanie ich jedną, sprawną ręką okazało się przewyższać jego możliwości.
   Gdy Nate poklepał go wspierająco po plecach, była to już praktycznie ostatnia kropla przelewająca czarę goryczy. Jeśli otrzymywał dobre słowo od kapitana Cielo, to, na wszystkich świętych, musiało być już naprawdę bardzo źle. Osiągnął nowe dno. Miał ochotę odejść od tych ludzi, świadków jego żałosnego zachowania. Wszystko czego chciał to długi, żmudny marsz wzdłuż brzegu, bez obracania się za siebie, tak długo, ach iż maleńkie sylwetki rozmyją się na piasku i nie pozwolą odróżnić od dzikiej roślinności... a potem jeszcze dalej. Chciał obrócić się w stronę oceanu i krzyczeć, krzyczeć najgłośniej jak mógł, ten raz nie przejmując się szkodami, jakie może wyrządzić sobie i innym swoją mocą. Krzyczeć, torując tunele w falach energią swojego głosu, rozdzierając na dwoje białe kołtuny morskiej wody. Krzyczeć dopóki nie straci głosu i nie opadnie wycieńczony na mokry piach.
   Oczywiście jednak, nie mógł tego zrobić. Nate miał rację, w swojej przemowie. Ich życie zależało teraz od ułożenia planu i dostosowaniu się do niego. Może gdyby usłyszał wcześniejsze wątpliwości Neyi, pomyślałby dwa razy o tym, co zamierzają zrobić, szczególnie w świetle nowych zeznać Sasaki...  Teraz jednak przeniósł tylko wzrok na Yennę, deklarującego żywo gotowość do wykonania zadania i po prostu skinął głową, akceptując to stanowisko. Najchętniej dołączyłby natychmiast do Agafii, ale czekał na polecenia. Dostatecznie wiele razy naraził już przyjaciół na niebezpieczeństwo, teraz, choć raz, pozostawało mu zamknąć się i płynąć z prądem.

Ostatnio zmieniony przez Ghoul (02-07-2020 o 13h40)


TECHNIK HODOWLI POSTÓW
https://i1.wp.com/www.heymunky.co.uk/wp-content/uploads/2016/06/quicksilver.gif?resize=480%2C198

Offline

#220 07-07-2020 o 20h11

Straż Obsydianu
Morenn
Żołnierz Straży
Morenn
...
Wiadomości: 517

_____________________________http://www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-neya_1.jpg

          Sama nie wiedziała, skąd wzięły się u niej te podejrzenia. Była przecież zawsze lojalna wobec przełożonych, pokorna wobec rozkazów, nie miała problemów z dyscypliną. Teraz jednak ziarno niepokoju, które zasiał swoim pojawieniem się Pardon Corell wydało w końcu plon w postaci wyklarowanych, konkretnych podejrzeń - wręcz oskarżeń! - na tyle składnych, by móc je oblec w słowa i powiedzieć na głos. Co prawda osobie bliskiej i zaufanej, ale jednak. To co mówiła nigdy nie powinno przejść jej przez myśl, a co dopiero paść na głos w rozmowie - a im dłużej mówiła, im bardziej niepewny wyraz twarzy miał Yenna, tym lepiej rozumiała, że to prawda. Co jej odbiło tak pomyśleć?
Yen powiedział wreszcie to, co było oczywiste - że to niemożliwe - a jej natychmiast zrobiło się głupio. Oczywiście że było. Przecież nie po to Corell stworzył oddział, żeby spisać go na straty w katastrofie statku kosztującego MAAMT grube miliardy. Bo przecież podejrzenia które na nich padły, że współpracują z magiterrorystami, nie mogłyby być wystarczające, żeby chcieć w podobny sposób się ich pozbyć? Zwłaszcza że były podszyte absurdem.  Zachowali się jak banda nieodpowiedzialnych dzieciaków, nie jak terroryści i równie dobrze MAAMT mogło po prostu chcieć ich nastraszyć na przyszłość. A Corella na statku i jego dziwną minę, zupełnie jakby groził Nate'owi, zachowanie kapitana, wszytko to na pewno dało się jakoś wytłumaczyć. Na pewno.
Yen urwał w połowie zdania wywód mający ją przekonać do tego, że się myli, ale zawahał się wyraźnie. Dziewczyna przyjrzała mu się z uwagą, jakby czekała na jego werdykt. I dostrzegła w jego twarzy to wahanie, to które znała tak dobrze. Nie był pewien. I chociaż wolała, żeby był, żeby wszystko to okazało się jedynie majakami jej zmęczonej głowy, to Yenna zamiast tego zaczął się zastanawiać. A im dłużej myślał, tym bardziej Neya czuła niepokój. Paradoksalnie, zaczęła się bać. Że przyzna jej rację, że wszystko to stanie się bardziej prawdziwe niż gdyby uznali po prostu że to głupstwa i mogli o tym zapomnieć.
Kiedy więc się odezwał, chwilowo ją zmroziło, a jej serce przyspieszyło nerwowo.
- Nie wiem... Ale jeśli mieliśmy zginąć tam na statku, pośrodku oceanu... To przeżywając pokrzyżowaliśmy mu szyki.
Wpatrzyła się w jego oczy, uporczywie jakby starała się z nich wyczytać odpowiedzi. Ciepłe, mądre spojrzenie jej przyjaciela błysnęło w zrozumieniu. Nie miał na sobie koszulki. Mięśnie jego silnych ramion spinały się ledwo zauważalnie, jego proporcjonalnie zbudowana, umięśniona sylwetka zaczęła ją peszyć, im dłużej na niego patrzyła. Nie ze względu na blizny. Te przypominały jej zawsze o ofierze, jaką się ponosi używając magii, o tym jak silny był Yen. Prostolinijny, dobry, a jednak nade wszystko silny. Dużo silniejszy, niż myślał.
Neya spuściła na chwilę głowę, bezwiednie zagrzebując bosą stopę w chłodnym piasku. Na sekundę przeniosła wzrok na Tony'ego, dziwnie przygaszonego, zachowującego się nietypowo cicho. Doszła do wniosku, że wolała gdy jest pewny siebie, głośny i irytujący. Od wybudzenia się nie rzucił ani jedną uszczypliwą uwagą. Gdy padło wyznanie Yena, spojrzała na niego zaraz.
- Och, no tak, nie ma mowy żebyś osłabiony używał mocy. To strasznie ryzykowne. Będzie trzeba to rozegrać tak, żeby szybko zdobyć dla ciebie broń i żebyś nie musiał wytwarzać jej z krwi. Uważam, że to bardzo ryzykowne, lepiej by nam było tutaj zostać, ale jeśli takie są rozkazy, to oczywiście pójdę. Jakoś... Nie mam ochoty tutaj siedzieć. Mam ochotę coś zrobić, cokolwiek.
Zamilkła na chwilę, przenosząc wzrok na Sasaki zwracającą uwagę na to, że Corell nie odleciał. Teleportował się... bo wiedział, że musi szybko znaleźć się poza statkiem? Rzuciła zaniepokojone spojrzenie najpierw Amayi, a potem Yennie. Jeśli MAAMT faktycznie na nich polowało, to po prawdzie byliby teraz pomiędzy terrorystami a organizacją antyterrorystyczną, narażeni z obu stron. Korzystając, że jej przyjaciel był wciąż w pobliżu, zniżyła głos tak, by tylko on mógł ją słyszeć.
- Myślisz, że powinniśmy powiedzieć Nate'owi? Czy to szaleństwo i lepiej o tym zapomnieć? To, na co zwróciła uwagę Sasaki... - urwała, pełna wątpliwości czy dzielić się swoimi przemyśleniami z resztą oddziału. Z jednej strony mógł to być czysty obłęd, z drugiej... informacje na wagę życia.

Offline

#221 08-07-2020 o 17h37

Straż Cienia
Airi
Akolita Sylfy
Airi
...
Wiadomości: 1 157

----------------------------------------------https://www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-vanja.jpg

     Na ustach kobiety rozciągnął się lekki uśmiech. Przymrużyła oczy, wahając się przez chwilę, czy powinna powiedzieć Natanielowi o tym, o czym pomyślała – powstrzymywał ją Zach, chłopak teoretycznie tylko trochę młodszy od niej, a jednak z tym niewinnym, dziecięcym wręcz usposobieniem. Symbol fałszywej beztroski, kameleon skrywający prawdę. Mogła cieszyć się w duchu, że ostatecznie kapitanowi nic się nie stało. Odzyskał nawet dawny styl mowy i to dawało nadzieję na to, że Cielo podniesie się z kolan, że wyjdą z tej sytuacji zdeterminowani, bogatsi o nowe doświadczenia i opowieści.
     - Jak nas nie znajdą to nic nie będziemy mieć – skwitowała. Powtórzyła w myślach jego słowa, dalej nie rozumiejąc jego priorytetowych problemów. Ale zrobił, jak chciała – przemówił do swoich ludzi, kiedy stała obok i słyszała wszystko wyraźnie.
     - Myślisz, że magiterroryści mogliby urządzić sobie tutaj jedną ze swoich baz? Ale heca, może mają jeszcze statek z namalowaną czaszką na żaglu. – Mruknęła do Nate’a, aby nie podważać jego zdania przy innych członkach oddziału. Tym bardziej, że ta teoria mogła okazać się prawdopodobna. W małym stopniu, ale jednak.
     - Dyskretny zwiad to zawsze dobry pomysł – powiedziała głośniej, już tak, aby każdy mógł ją usłyszeć. – Skoro Yen się tak wyrywa, moim zdaniem, proszę bardzo, byleby zrównoważyć siły.
     Osobiście, wolałaby zostać. Bała się, że jeżeli wyruszy na zwiad, reszta sobie bez niej nie poradzi – wiele obowiązków podświadomie przypisała tylko sobie. W końcu jej misją było pilnowanie ich wszystkich. Ufała Yennie i Dracarysowi, wobec czego właśnie tych dwóch wysłałaby w te gęstwiny. Wierzyła, że nie byliby tak głupi, aby się zgubić, a co gorsza, zrobić sobie krzywdę. Niestety, Yenna nie miał dobrej orientacji w terenie, ale z kimś u boku na pewno by sobie poradził. Była jeszcze jedna sprawa, dotycząca wyspy.
     - Nie dam sobie ręki uciąć, ale wydaje mi się, że jesteśmy na jednej z wysp należących do organizacji naukowej, która kiedyś podlegała MAAMT. W latach pięćdziesiątych usypano kilka takich, aby stworzyć na nich sekretne laboratoria. Po ich upadku, roślinność przejęła wyspy, a magia temu sprzyjała. O skandalach można długo opowiadać, więc albo zostawię to dla siebie, albo do wieczornego ogniska.
     Skupiając się na ranach Amayi, żałowała i klęła w myślach, że nie miała sobie niczego, czym mogłaby oczyścić rany dziewczyny. Kiwnęła jej głową, kiedy sama określiła swój stan jako nic poważnego. Wtedy przyszedł jej do głowy pomysł.
     - Jeżeli coś będzie nie tak, idź do Yenny. Nie ma magii leczniczej, ale potrafi oddzielić zanieczyszczenie od krwi – przypomniała. W końcu znała ich kartoteki już niemal na pamięć.
     Kiedy dziewczyna przypomniała o wydarzeniach rozgrywanych na statku, Vanja przygryzła dolną wargę. Nie widziała tej sytuacji – była wtedy z Tonym poza salą bankietową.
     - Stary s#@$#%@# - mruknęła, mając na myśli Corella.
     Nie było jej dane powiedzieć nic więcej – całą jej uwagę zajęła Agafia, która postanowiła od razu ruszyć na poszukiwania.
     - Agafio, poczekaj! – zawołała stanowczo, od razu ruszając za Rosjanką. Złapała ją za ramię. – Nie możesz iść sama, to niebezpieczne. Przecież coś może ci się stać. Wiem, że duży misiek robi wrażenie, ale weź ze sobą jeszcze co najmniej Xi i czekaj na pozwolenie od Nataniela – powiedziała, starając się przybrać łagodny i wyrozumiały ton.
     Dostrzegła, jak Tony patrzy w kierunku swojego przyjaciela i przyłapała się na tym, że znowu obudził w niej współczucie.


https://64.media.tumblr.com/7f661055ba2a00f462ee511771163249/tumblr_oe7bofxTHQ1uqslyuo8_400.gifv https://64.media.tumblr.com/5a3cbd2b39ab5691ea66d08fbf163f39/tumblr_oe7bofxTHQ1uqslyuo3_400.gifv

Offline

#222 08-07-2020 o 18h37

Straż Cienia
Sladka
Szeregowiec
Sladka
...
Wiadomości: 80

----------------------------------------------www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-agrafka_1.png

Słysząc od Ame, że Ogniomiś to minimum wzięła go bez wahania i już miała ruszać w głąb wyspy, ale Vanja ją zatrzymała. - Zanim ktokolwiek na cokolwiek się zdecyduje miną wieki. Nie ma co czekać - rzuciła i ruszyła napędzana głównie chęcią powrotu do cywilizacji, a wraz z nią alkoholu. Na początku sama próbowała torować drogę przez gęstwinę Vladovi, ale tak źle jej to szło bez żadnych narzędzi, że wreszcie błagalnym wzrokiem przekonała chowańca, by się powiększył prawie do rozmiarów jeepa i pazurami tworzył dla nich ścieżkę idącą w miarę w przód. W niektórych miejscach musieli się jednak trochę przekręcać z prostej, planowo wytyczanej trasy, gdy roślinność nie dawała się przeciąć nawet mimo włożonej w cięcie łapą siły.
Szli tak prawie godzinę, głównie przez chaszcze i nawet Borys wyglądał na zmęczonego. Agafia zaczęła się zastanawiać czy dobrze zrobiła. Na upartego mogli żywić się wodą z kokosa i rybami, aczkolwiek zaczynała odczuwać braki innego płynu. Minęła doba, nastrój od kaca się jej pogarszał, ale to jeszcze znaczyło, że jakieś procenty walczyły o pozostanie w organizmie, bardziej martwiące było co ją czeka potem... Ach! Miała nadzieję, że nie wytrzeźwieje całkiem kiedy przybędzie akcja ratunkowa. Albo aż sami nie odpłyną z wyspy. Wszystko było lepsze w tej sytuacji niż bezczynność.
Nagle jednak Ogniomiś ruszył do przodu jak poparzony odsłaniając przed sobą widok na malusią polankę. Smirnoff weszła na nią podejrzliwie, ale znajdując wodę rzuciła się do źródełka i podpiła trochę. Pitna. Znalazła wodę pitną! Zatańczyłaby taniec zwycięstwa, ale miała w sobie za mało wódki i za bardzo się zmęczyła idąc tu, dlatego odpuściła sobie. Maria także poszła się napić, ale Agafia nie reagowała. Wątpiła, by to mogło komukolwiek zaszkodzić, a sam chowaniec nabierze sił i ruszy z nią dalej. Choć to było ważne odkrycie nie chciała jeszcze wracać, chciała się upewnić, że znajdzie też coś więcej.
Nagle w krzakach się coś poruszyło. Agafia spojrzała podejrzliwie w tamtą stronę. Nie chciała marnować wody (kto wie czy by to się nie skończyło zmarnowaniem jej całej), dlatego zaczęła na szybko rozglądać się za dużym kijem do bicia lub lianą licząc, że porazi prądem i zwiąże potencjalnego wroga. Z krzaków wyszedł jednak zapłakany, mały chłopiec, tak na oko w wieku pierwszych klas podstawówki albo zerówkowicz. Smirnoff podeszła zdziwiona. - Zgubiłem się. Płynąłem z babcią, ale... Ale... Potem statek zatonął i nie wiem co się z nią stało i... - dzieciak przytulił się do jej nóg przy okazji wycierając buzię w jej podartą sukienkę, już bez lodowych elementów. Co ona miała z nim zrobić? To było logiczne, że jak oni tu trafili to równie dobrze mogła tu trafić reszta pasażerów, ale jakoś liczyła, że to wszystko symulacja albo coś. - Nic się nie martw młody, pomoc już w drodze. Znajdziemy babcię - zrobiła dobrą minę do złej gry. - Chodź, rozejrzymy się jeszcze trochę i wrócimy do moich przyjaciół - była ciekawa czy dalej siedzą na plaży i rozważają czy czekać na pomoc czy też jednak się za coś wzięli. Jako, że nie chciała wracać jedynie z dobrą wiadomością i problemem wzięła nieletniego obywatela jakiegoś azjatyckiego kraju na plecy i szła utorowaną przez chowańca drogą. I pewnie jeszcze by trochę szła, ale może kwadrans później, może trochę więcej, a może trochę mniej wpadła tropem Borysa na pustą, idealnie kwadratową polanę bez drzew, tylko z niewysoką trawą. Pamiętała ze szkolenia co to oznacza. I przez chwilę tak ją zatkało, że tylko patrzyła się w nią jak bezmyślne cielę.

Ostatnio zmieniony przez Sladka (08-07-2020 o 18h44)

Offline

#223 12-07-2020 o 13h50

Straż Obsydianu
Rosaviel
Piechur Straży
Rosaviel
...
Wiadomości: 1 789

======================================http://www.pomniejszacz.pl/files/liza-wklejka_3.png

      Im dłużej pozostawała po przebudzeniu przytomna i im bardziej rozglądała się po najbliższej okolicy, tym większy czuła niepokój. Bezmiar wód dookoła przerażał, podobnie zresztą jak rozległa zieleń za jej plecami; Liza nigdy nie lubiła się z nieznanym, zwłaszcza gdy nie miała choćby i szczątkowej pewności o tym, że całe owo nieznane nie postanowi dybać na jej życie. Na misjach zawsze ktoś osłaniał. A teraz? Nie dość, że zawalili po całości, to na domiar złego pozostawał jeszcze brak kontaktu, jakiegokolwiek, z kimkolwiek. To z kolei rodziło pierwszy problem - bo jeśli ich szukali (a chciała wierzyć szczerze, że MAAMT nie pozostawi ich na pastwę przewrotnego losu), a ich komunikatory popadały, poszukiwania mogły się rozwlec w czasie. Bardzo. Z drugiej jednak strony poza ich Oddziałem statek był pełen agentów podległych pod najróżniejsze departamenty i sekcje MAAMT; byś może na wyspę dotarł ktoś, kto mógłby ich wspomóc w tej nieciekawej sytuacji.
      W odpowiedzi na zaczepkę Hunta skrzywiła się tylko, marszcząc przy tym nos i brwi, chciała się mu nawet odszczeknąć, ale skutecznie powstrzymały ją przed tym dwie rzeczy - denerwująca suchość w spierzchniętych ustach i plątanina dziesiątek słów, z których nie umiała wybrać tych właściwych, które i tamten by zrozumiał. I tylko to prawdopodobnie uchroniło ich dwoje przed ostrą wymianą zdań.
      Neyi odpowiedziała na pytanie jedynie słabym uśmiechem, woląc nie stawiać poczciwej rudaski w podobnej sytuacji co blondyna. O ile wiedziała doskonale, że on lekki problem komunikacyjny oleje kompletnie, nie miała pewności co do tego, jak odbierze to dziewczyna. Nie znała jej jeszcze na tyle dobrze, by móc z czystym sumieniem i pewnością swych osądów bawić się teraz w określanie wachlarza możliwych jej reakcji w danej sytuacji. Bezpieczny dystans, tego potrzebowała i by dojść do siebie - i móc się normalnie wysłowić - i przeanalizować wszystko to, co się stało. Ewentualności, może nie od razu wszystkie, jakie miała, ale na pewno te, które od razu rzucały się między myśli jako te pewniejsze, bądź właśnie kompletnie nierealne.
      Tym drugim w jej uszach momentalnie wydał się cały spisek klarujący się widocznie w głowie Egerton; pod jej słowami - po kilku chwilach ciszy i prawdopodobnego wahania - także i Yenny. Aż westchnęła ciężko, po czym przetarła rękoma twarz. Morska woda zdecydowanie jej nie służyła.
      — Не сміши мене. — rzuciła, po czym wyraźnie poirytowana, zaklęła pod nosem. Minęła chwila, ona szukała odpowiednich słów, nim spróbowała odezwać się raz jeszcze. Tym razem już w odpowiedniejszym języku. — To znaczy, przepraszam że się wtrącę, ale nie rozśmieszaj mnie. Gdyby rzeczywiście chcieli się pozbyć Gungnir zapewniam, że wybraliby inny sposób, niż wysadzenie w powietrze góry pieniędzy, dodatkowych kilkudziesięciu własnych agentów, i iluś tam cywili, których rodziny mogłyby chcieć dociekać prawdy. W tym cholera wie kogo jak ważnego… Zrobiliby to raczej tak, by wyglądało na wypadek. Jak zwarcie magikoptera w czasie wylotu na akcje. Albo podanie błędnej lokalizacji misji. — powiedziała, ściszając odpowiednio ton; tak by tylko tamci mogli usłyszeć. — I przepraszam znów. Gdy się stresuje nie zawsze umiem znaleźć odpowiednie… słowo.
      Zaraz potem zresztą odezwał się i sam ich Papa Smerf w całej swej niebieskości, a ona zwróciła większość swej uwagi na niego i to, co miał im do przekazania. Cieszyło ją, że ktoś zachowywał tu zimną krew, głowę na karku i… i przynajmniej tak jej się wydawało, póki młodszy z braci Cielo nie rzucił im pod rozwagę swego planu. Światłego i śmiałego, można by rzec, jak przystało na Oddział, który w przyszłości miał stać się legendą. Zmrużyła lekko oczy, przyglądając mu się.
      — Plan śmiały, godny przyszłego Gungnir. Przyszłego, wyposażonego w broń, nie rannego i w strojach dostosowanych do akcji szturmowych. Nie w podartych kieckach i zasolonych frakach. — rzuciła, będąc w tej chwili prawdopodobnym głosem rozsądku. — Nie mniej bezczynność może nas słono kosztować jeśli okaże się, że masz rację. Więc jeśli chcesz znać moje zdanie, wchodzę w to, ale potrzebujemy rozeznania i planu, inaczej mogą nas wystrzelać jak kaczki, bo nie dość, że mają przewagę znania terenu, to jeszcze posiadają broń.
      Nie trwał oto długo, bo okazało się, że w Oddziale Gungnir gorąca, niecierpliwa krew jest przypisana większości jego członków. Agafia poszła pierwsza, biorąc ze sobą Ogniomisia, Sasaki zresztą też rwała się do działania. Jakiekolwiek to nie miałoby być.



https://i.imgur.com/K63JwVO.gif

Offline

#224 17-07-2020 o 22h36

Straż Absyntu
Okinkow
Straż na szkoleniu
Okinkow
...
Wiadomości: 170

........................................................................https://cdn.discordapp.com/attachments/688413570253586484/692779014418333766/unknown.png   

        Właściwie nie zareagował na fakt, że Agafia postanowiła iść sama na zwiad. Jej uzależnienie, które wywołało zapewne potężny… nerwy, na pewno sprawiało, że sama by pokonała dwudziestoosobowy oddział magiterrorystów wyposażony w najnowocześniejszą technologię. Do tego była z Ogniomisiem, który sam w sobie był potężną bronią, gdy akurat nie jadł lub nie miał lenia. Nate nawet przez chwilę się zastanawiał, czy nie powinni go jakoś nazwać z tej okazji. Z drugiej strony, jej pomysł z tratwą nie był najgłupszy, ale morze nie było spokojne o tej porze roku, a ich od stabilnego lądu dzieliło, w zależności czy zatrzymywali by się uzupełniać zapasy, od kilku do kilkunastu tysięcy kilometrów. Z drugiej strony poczuł swego rodzaju satysfakcję, gdy Agafia zupełnie zignorowała Vanję, nie powinien, ale był pewien, że jego wzrok pokazywał przez chwilę coś w rodzaju Witamy w Gungnir hehe.
    Reakcje, jakie otrzymywał na jego plan, balansujący na granicy głupoty i odwagi z jednej strony pocieszały go, a z drugiej nie do końca był pewien, czy powinien tak ryzykować. Jednak z drugiej strony… rozwijaj się albo giń. Bądź myśliwym, albo ofiarą. Nie miał ani trochę wątpliwości, że w tej chwili to oni byli ofiarą, a jego rolą było zrobić z oddziału myśliwych. Przypomniał sobie rozmowę z Lizą, po raz kolejny, obiecał sobie, że zrobi to niezależnie jaką cenę będzie musiał osobiście za to zapłacić. Która, zresztą w tym momencie była dość sceptyczna co do tego planu.
    Zwrócił też uwagę na to, co powiedziała Sasaki. Zaniepokoiło go to, jednak postanowił, że będzie się tym martwił później. To nie był moment, w którym powinien przejmować się takimi rzeczami. Jego zadaniem było uratowanie oddziału i na tym miał się skupić. To nie była sprawa najwyższej wagi w tym momencie.
    - To co powiedziałaś, jest faktycznie podejrzane i niepokojące… - zwrócił się do Sasaki, a następnie do reszty - ]W pełni rozumiem wasze obawy i wszystkie uwagi naprawdę biorę do siebie, cieszy mnie też wasz entuzjazm. Przyrzekam na imię Cielo… - w tym momencie Zach pomachał do wszystkich ręką, że o jego dobre imię też chodzi. - ... że wszyscy wyjdziemy z tego cało. Nie przejmujmy się teraz Corellem, walić go i jego głupie zagrywki, najważniejsze jest abyśmy wyszli z tego cało, potem dostali płatny urlop i nie wiem, wyjechali gdzieś, gdzie MAAMT nie będzie mogło dotrzeć odpowiednio szybko, aby nas powstrzymać przed robieniem wszystkiego na co mamy ochotę.
    Uznał, że zaszczepienie takiego pomysłu bardziej zmotywuje resztę oddziału do działania i przy okazji pozwoli chociaż przez chwilę skupić się na czymś przyjemnym. Wiedział, że za te słowa, jeśli Vanja je przekaże Corellowi, a on radzie, może mieć pewne problemy, ale nie dbał o to, właściwie w tej chwili nie dbał o wiele rzeczy, w głowie powoli kształtował mu się szczegółowy plan.
    Wyglądało na to, że większość oddziału się zgadza na jego pomysł, jednak mieli rację, nie mogli od tak wparować do siedziby magierrotystów i próbować ugrać jak najwięcej. Liza miała rację, wrogowie mieli wszystko, oni - nic. Postanowił, że się do tego ustosunkuje.
    - Liza ma pełną rację, nasi wrogowie mają technologię, broń, przewagę terenu, rozeznanie. Wszystko. A my potrzebujemy rozeznania, broni, zapasów. Nasza sytuacja, jest lekko mówiąc… c******. Ale wiecie co? Jesteście, wszyscy co do jednego najbardziej wyjątkowymi osobowościami, jakie kiedykolwiek dane mi było spotkać. - mówił dalej żywo gestykulując - Błagam was, co przetrwaliśmy przez ten tydzień? Jedną akcję, na którą wysyła się doświadczone oddziały, porwaliśmy magicopter, przejęliśmy klub, Liza, Tony i Vanja złapali magiterrorystę na statku, Neya nauczyła się sterować wycieczkowiec na kilka tysięcy osób, Yen na moich oczach przeciął dzięki magii materiał, który uznawałem za niezniszczalny, a Sasaki i Zach zdobyli nawet trofeum taneczne, czy którykolwiek oddział w MAAMT może się tym samym pochwalić? Gwarantuję wam, że nie. Nawet sam cholerny Pardon Corell się pofatygował do nas na środek oceanu spokojnego, żeby nas spotkać! A teraz? Przetrwaliśmy katastrofę statku i siedzimy na plaży w jednym kawałku. Kilkanaście tysięcy kilometrów stąd siedzi Tom McGrath czy Kyle Stracer śmiejąc się, świeży oddział zawalił misję. W tym lesie! - wskazał ręką na ścianę drzew niedaleko - W tym lesie siedzi banda niedoedukowanych tłuków, która sądzi, że jesteśmy niczym innym jak rozbitkami. Nawet nie wiecie jak się mylą! Jesteśmy najlepszymi z najlepszych, przez ostatnie cztery lata MAAMT nie mogła się pochwalić lepszymi studentami i rekrutami, sama nasza magia prześciga ich technologię pod każdym względem. Owszem, możecie sobie myśleć, że znów mam kij w d… i rzucam żenującymi tekstami, ale sami mi powiedzcie, czy istnieje ktokolwiek poza wami, poza nami, kto podoła temu wyzwaniu w obecnej sytuacji? Ja znam odpowiedź i wiem, że jest ona przecząca. Pokażmy im wszystkim, że nikt ale to nikt, nie może równać się temu, kim jesteśmy! 
    Ostatnie słowa wykrzyczał, nawet sam nie wiedział, czemu to zrobił. Miał nie wygłaszać przemów, nie powinien ich wygłaszać. Na tym etapie poczuł, że się poważnie zbłaźnił. Może Zach, który w tej chwili kiwał się na boki bijąc brawo i powtarzając “to nasz brat” do Drake’a, dał mu jakiś sfermentowany kokos i to uderzyło mu do głowy. Nie był pewien, spojrzał kątem oka na Vanję, rozmowa z nią wydawała się nieunikniona, z wielkim trudem to przyznawał, ale była mu potrzebna do układania planu i potrzebnej krytyki, bez której wszystko może trafić szlag.
    - Vanja i Liza mają sto procent racji, po raz kolejny. Potrzebujemy zwiadu, jednak Yen zostanie tutaj. - rozejrzał się po wszystkich obecnych w głowie miał już wszystko ułożone. - Przede wszystkim, Neyo, czy mogłabyś wziąć Tony’ego i poszukać Agafii i Ogniomisia? Nie powinni chodzić tak sami, a możliwe, że coś już znaleźli, a w razie jeśli coś jej się stało, Neya da mi natychmiast znać, przybędziemy w kilka chwil. Przede wszystkim oszczędzajcie siły, macie znaleźć Agafię a nie uratować całą wyspę. Yelizavieto, wiem, że jesteś niesamowicie zmęczona, ale masz ogromne doświadczenie w tej kwestii, jako jedyna z nas wszystkich, chciałbym, abyś wzięła Zacha i Sasaki, a następnie udała się na prawdziwy zwiad. Taki w Twoim stylu, w razie czego nie bój się powiedzieć Zachowi aby Cię poniósł, oczywiście, jeśli czujesz się źle, to zostań tutaj, a jeśli uważasz, że dasz radę, to pokładam w Tobie zaufanie co do tej części planu. Oczywiście, wszyscy w tej chwili zjedzcie coś, wypocznijcie, a gdy uznacie, że jesteście gotowi do działania, to wyruszcie. W tym czasie ja i Yen zostaniemy tutaj, spróbujemy zrobić chociaż prowizoryczny obóz i coś, gdzie, w razie ataku, będziemy mogli się bronić. Vanjo, Drake, jako, że jesteście z zewnątrz, to proszę was o pomoc w przygotowaniu obozu, w końcu leży to również w waszym interesie, do tego chciałbym z wami najpierw ocenić plan i poddać waszej krytyce, zanim omówię go z resztą oddziału.
    Czuł, że trybiki w jego głowie pracują szybciej, niż przepływ najszybszego internetu na świecie. Powoli rozpracowywał cały plan i dzielił na segmenty, w głowie miał wstępny zarys tego, jak może wyglądać cała wyspa i baza, jeśli takowa naprawdę się tu znajduje, a miał całkiem dużą pewność, że się nie myli. Zach w tym czasie podbiegł do Lizy i zaoferował się, że ją poniesie. Wiedział, że cała sytuacja dla jego brata jest trudna, miał co do niego plan, podobnie jak do Yenny, ale nie mógł mu odpuścić. Zach zapewne wiedział, że tak po prostu musi być i zachował swój optymizm aby polepszyć morale oddziału, oraz pokazać, że ufa kapitanowi. Co nie zmienia faktu, że Nate był zły sam na siebie, chociaż zły to za mało powiedziane.
    Odetchnął czekając aż oddział powoli zacznie egzekwować jego prośby. Teraz zostało przekonać Vanję i Drake’a, że jego plan nie jest samobójstwem, zabezpieczyć choć skrawek terenu i czekać na wyniki pracy oddziału. Do tego został Yen, któremu miał zamiar dać chwilę odpocząć, zanim wykorzysta jego siłę do ogarniania tego wszystkiego, oczywiście nie jego samego, miał zamiar mu we wszystkim pomagać, w końcu Chińczyk był wręcz kluczowy dla całego planu. Spojrzał w niebo i zacisnął pięści, to wszystko musiało się udać, nie brał pod uwagę żadnej innej opcji.


Tańczyłem Koi no Disco Queen w Yakuzie 2,5 godziny nim pokonałem bossa ;_;
https://media.giphy.com/media/LpdlqTkgO2Lwwixwv7/giphy.gif

Offline

#225 19-07-2020 o 20h28

Straż Cienia
Airi
Akolita Sylfy
Airi
...
Wiadomości: 1 157

----------------------------------------------https://www.pomniejszacz.pl/files/wklejka-yen_1.png

     Pamięć Yenny była jak głęboka studia – czasami niektóre wspomnienia biły jeszcze echem po ścianach, ale mężczyzna nie potrafił wywnioskować, z którego dna dochodzą dźwięki. Coś mu mówiło, że Neya już kiedyś doprowadziła go do uczucia fali gorąca, coraz cieplejszego i rozchodzącego się po twarzy. I tym razem stał przed nią zaczerwieniony, jakby powiedziała mu jakąś sprośną rzecz na ucho, tymczasem była to śmiała teoria spiskowa – a nawet nie wiedział, czy to było odpowiednie określenie. Podparł łokieć o rękę, którą owinął nagą klatkę piersiową, w oczekiwaniu i zamyśleniu. Co stanie się dalej? Błądził wzrokiem od jej oczu do piasku, który zatopił ich bose stopy. Obdarzyła go – nie, raczej zaatakowała, troską. Mimowolnie posłał jej uśmiech i wstrzymał chęć rozczochrania rudych włosów.
     - Biorąc pod uwagę okoliczności, nie możesz winić przyrody, która może mnie do tego zmusić. Ale w razie czego będziesz wiedziała. Ty jedna i starczy.
     Ból nie odbierał mu siły. Był bardziej dokuczliwy niż odbierający skupienie, pulsujący, mijający i nawracający. Yenna wiedział, że jeżeli nie użyje swojej mocy, a tym bardziej na swojej własnej krwi, wszystko powinno utrzymać się w stabilnym stanie. Och, jaka szkoda, że nie nosił leków przy sobie. Kilka tabletek na pewno zmieściłoby się do szufladki ukrytej w zegarku – który co prawda nie łapał zasięgu, ale wciąż mógł wysunąć ostrze i wbić właścicielowi w żyłę. Poza tym, co Neya miała na myśli mówiąc, że trzeba będzie znaleźć mu broń? Nie wyobrażał sobie w swojej dłoni innej, wracając do tego, że, no właśnie – jakiej?
     - Może powinienem znaleźć sobie jakiś kij. Jeżeli znajdziesz się w niebezpieczeństwie, osłonię cię z krzykiem „you shall not pass”.
     Tyle, że Nate miał inne plany. Nim Xi się obejrzał, ich kapitan rozbudził się na dobre i skierował w stronę oddziału kolejne słowa, z jednej strony motywujące, z drugiej szokujące. Aż rozchylił usta, kiedy Cielo oznajmił, że ma zostać na plaży. Wielkim nietaktem byłoby wyrzucenie mu, czy sobie żartuje, bo choć nie miałby nic złego na myśli, słowa zrobiłyby swoje. Miał zostać na plaży! On, Yenna Xi, który mógł z łatwością przebić się przez tę dżunglę (ale najlepiej z pomocą kogoś, kto dobrze zapamiętywał drogę), on, który jako jeden z niewielu nawet nie przysnął po masakrze na statku, miał zostać w miejscu, w którym zeskoczył ze grzbietu ich oddziałowego chowańca. Cisza była najszczerszą z odpowiedzi – był wyraźnie zawiedziony, ale nie kłócił się z Nate’m i nie kwestionował jego decyzji, choć wysłanie Tony’ego w gąszcz również nie było czymś, co miało szansę mu się spodobać. Tony był ranny. To on powinien nie ruszać się z miejsca, w jego przypadku dosłownie, nie powinien dygać nawet na metr. Jednak nie wszyscy Nataniela słuchali – Agafia jego słowa potraktowała jedynie jak sugestię kolegi, którego nie lubiła, a może naprawdę zignorowała je całkiem i ruszyła prosto w krzaki. Yenna zorientował się, że jego usta dalej są rozchylone, więc zamknął je czym prędzej.
     - Obóz – powiedział pod nosem cicho, powtarzając po kapitanie. – Mam składać namiot. Z liści.
     Miał nadzieję, że Neya daruje mu tę chwilę słabości. Nie miał w zwyczaju narzekać.
     Wbił spojrzenie w Tony’ego, który również na niego patrzył. Boli cię?, pytało spojrzenie Yena. Obserwując blondyna Yen miał wrażenie, że przyjaciel odpowiada mu niemo czymś w rodzaju: „Nie, tylko łaskocze”, ale później dodaje: „no tak, boli, ale dam radę”. Yen zacisnął pięść. Przynajmniej Tony był daleko od głównego źródła wybuchu. Jego rany po walce z magiterrorystą poszarpało morze.
     - Biorąc pod uwagę jego obecne nastawienie do Corella, ja bym się nie hamował – odezwał się do Neyi. - Twoje uwagi nie są bezpodstawne i to jest w nich najbardziej niepokojące. Uważaj tam na siebie, bo nie zniósłbym… - urwał, kiedy zorientował się, że znów zachowywał się zbyt ckliwie. – Uważaj na siebie. I miej oko na Tony’ego. – Powtórzył skróconą wersję i uśmiechnął się niezręcznie.
     Poszedł w stronę braci Cielo i stojącej obok Vanji.
     - To będzie dopiero egzotyczny nocleg – mruknęła kobieta, zrezygnowanym wzrokiem patrząc na połamane gałązki, które pozostawiła po sobie Agafia.

Ostatnio zmieniony przez Airi (19-07-2020 o 20h30)


https://64.media.tumblr.com/7f661055ba2a00f462ee511771163249/tumblr_oe7bofxTHQ1uqslyuo8_400.gifv https://64.media.tumblr.com/5a3cbd2b39ab5691ea66d08fbf163f39/tumblr_oe7bofxTHQ1uqslyuo3_400.gifv

Offline

Strony : 1 ... 7 8 9 10