Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1

#1 20-04-2020 o 17h25

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 200

Cerys Braithwaite i Adrian McAvoy. Drażliwy kujon i wiecznie gadatliwe stworzenie, które zdecydowanie kujonem nie jest. Jak ta dwójka Krukonów zdołała się w ogóle dogadać? Czy ich jeż odzyskał wszystkie kolce? Jak minął ich szósty rok w Hogwarcie? Pytania nasuwają się same - zwłaszcza najważniejsze: Czy Adrian oddał jeża? - ale odpowiedzi już niekoniecznie...


Postaci: Adrian McAvoy [Methrylis]
Cerys Braithwaite [Doc]

1. Regulamin
2. KP: takie jak z congratulation, you're a wizard lub nowe

Ostatnio zmieniony przez Doc (20-04-2020 o 17h27)


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#2 20-04-2020 o 20h22

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 861

https://i.imgur.com/P7iFiX8.png

https://i.imgur.com/6VxvVHW.png

https://i.imgur.com/cNvRDC8.png

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (21-04-2020 o 13h43)





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#3 21-04-2020 o 00h40

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 200

Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)



Cerys Braithwaite || 16 lat || VI rok || Ravenclaw || orientacja: hetero || czysta krew || historia magii i zaklęcia || nie radzi sobie z transmutacją i zielarstwem || kibic Quidditcha - Strzały z Appleby || młodsza siostra Creagh

Cerys ubóstwia - podkreślmy - u b ó s t w i a artykuły Rity Skeeter, w ślady której pragnie pójść. Często można znaleźć ją spacerującą po szkole - w tym błoniach - lub szpiegującą w dyniach Hagrida. Gdy Cerys jest w pobliżu, nikt nie jest bezpieczny - ani przystojni panowie, dokonujący między sobą jakichś interakcji, ani piękne dziewczęta. Z natury spokojna i dyskretna, uchodzi też za dość złośliwą. Jej częstym atrybutem jest samopiszące pióro - kiedy widzisz obok siebie Cerys i jej pióro, notujące coś zawzięcie, możesz być pewien, że właśnie powstaje zjadliwy artykuł na twój temat. Okraszony krępującymi zdjęciami, które dziewczyna wytrzasnęła nie wiadomo skąd...

Pracowita || ambitna || marzy o karierze w Proroku Codziennym || opanowana || dobre oceny || wszędzie wściubia swój nos || wydaje się pojawiać znikąd || kapryśna || często zmienia zdanie || kocha plotki i ploteczki || częste szlabany

NAUKA
Jak na Krukonkę, całkiem nieźle się uczy - nie zawsze jednak obraca na dobre to, czego się nauczyła...

INNE
Ma żuczka o imieniu Żuczek, który często zaplątuje się w jej włosach lub siedzi na jej ramieniu || bogin: wyjec z Proroka Codziennego || patronus: żuk || różdżka: 8 i 3/4 cala, drzewo sandałowe, giętka, włos z głowy wili || chętnie naśladuje makijaż i modę mugolską w eleganckim, staromodnym stylu

Ostatnio zmieniony przez Doc (21-04-2020 o 00h44)


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#4 26-04-2020 o 23h58

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 861

...........................................................https://i.imgur.com/P7iFiX8.png
...........................................................●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●
     To będzie rok, w którym zrobię wszystko to, co już dawno powinienem zrobić!
     Odziany w szkolny mundurek, ulubione granatowe tenisówki, pozytywne nastawienie i ostrą jak brzytwę i równie nieodłączną złośliwość, Adrian McAvoy był gotów na rozpoczęcie nowego roku szkolnego w Hogwarcie. Rześki i pełen energii, z uwagą oglądał doskonale sobie znane mury, śmiał się z głupich min, jakie robiły obrazy na ścianach i uprzejmie zgadzał się na pomoc zgubionym pierwszoroczniakom, wskazując im kompletnie niewłaściwą drogę. Z największą przyjemnością wsłuchiwał się w radosny, szkolny gwar, do którego się tak mocno przyzwyczajał i do którego uwielbiał się włączać.
     Ten dzień zapowiadał się wspaniale i Adrian miał ogromną nadzieję, że to zwiastun równie udanego dnia. Ściskając w dłoni swój cenny plan lekcji, raz jeszcze rzucił na niego okiem, upewniając się, że o niczym nie zapomniał. Rozkład dnia prezentował się naprawdę fantastycznie: rozpoczynał transmutacją z nowym nauczycielem Averym, a kończył alchemią z tym samym wykładowcą. Tego ostatniego przedmiotu najbardziej nie mógł się doczekać; zabiegał o dostanie się na jego listy odkąd tylko McAvoy usłyszał o takiej możliwości. Łatwo nie było, a Adrian aż do dziś rana nie wiedział, czy się udało: na alchemię dostawali się tylko uczniowie z bardzo wysoką średnią z piątego roku, więc to nie przedmiot dla byle idioty. Adrian, ma się rozumieć, idiotą nie był, dlatego — choć teoretycznie nie był tym zaskoczony — bardzo się ucieszył z dostania na alchemię. Pewien sukcesu, jeszcze w wakacje kupił wymagane podręczniki, choć te potrzebne będą dopiero w kolejnych tygodniach nauki.
     Średnio trzy razy tygodniowo ktoś mu tłumaczy, że arogancja poprowadzi go kiedyś do zguby, ale Adrian póki co nie znajdował wad tej nadmiernej pewności siebie.
     Dotarłszy pod salę zajęć zauważył, że pod drzwiami siedziała już niemała grupa uczniów. Przywitał się ze swoimi dawno niewidzianymi znajomymi, co znacznie poprawiło mu humor. Najbardziej jednak cieszył się z faktu, że nigdzie wokół nie widać był tej blondwariatki, jak często nazywał Cerys. Nawet nie marzył, że ta wścieklizna spóźni się na zajęcia, ale może nie przyczepi się do niego od samego rana, zwłaszcza że najwyraźniej obraziła się do niego podczas śniadania. Wszystko przez to, że McAvoy porównał swój plan lekcji z rozpiską Cerys, z przerażeniem dochodząc do wniosku, że większość zajęć będą mieli razem. Adrian miał bowiem naiwne nadzieje, że skoro na szóstym roku uczniowie sami sobie wybierali przedmioty, oboje będą się widywać znacznie rzadziej. Niestety nic z tego, ale wyszło z tego tyle dobrego, że Cerys była na niego śmiertelnie obrażona. I oby ten błogosławiony stan trwał jak najdłużej, myślał, uśmiechając się głupkowato pod nosem.
     Drzwi do sali transmutacji otworzyły się nagle, skupiając na sobie całą uwagę uczniów. Ze środka nie słychać było żadnego zaproszenia, nikt też nie wyjrzał zza framugi. Była to jednak szkoła czarów, więc poza zmarszczeniem brwi i uznaniem, że ktoś albo nie miał manier, albo bawił się w Snape’a, cała banda uczniaków posłusznie weszła do sali.
     McAvoy nie od razu dojrzał swojego nowego nauczyciela. Stał w lekko zaciemnionym rogu sali, z delikatnym uśmieszkiem obserwując napływającą falę młodzieży. Jegomość wyglądał jak wyrwany ze średniowiecznych bajek o królewskich magach: odziany był w ciężką, czerwoną szatę ze złotymi zdobieniami i w wysokie, skórzane buty. Ciemne włosy sięgające ramion okalały opaloną twarz, której najjaśniejszymi punktami były ciepłe, roześmiane brązowe oczy oraz wybudzający zaufanie uśmiech. Adrian był tylko ciekaw, czy jego zachowanie i metody nauczania będą równie ciekawe i przyjazne co sam wygląd nauczyciela, jednak momentalnie poczuł do niego sympatię.
     Gdy Adrian zajął jedną z ławek, rozejrzał się dookoła, upewniwszy się, że Cerys nie ma. Wciąż nie było jej w sali, co szczęśliwie zmniejszało szansę, że się go uczepi. Aby zachować sto dziesięć procent pewności, McAvoy ułożył książki na swojej stronie stolika, a na wolnej przestrzeni zbudował istną fortecę z zeszytów i podręczników. Aby dokonać dzieła, ułożył torbę na krześle, wyraźnie dając tym samym znać, że nie życzy sobie niczyjej obecności. Zdawał sobie sprawę, że było to niegrzeczne i mocno się to kłóciło z dobrym wychowaniem, które wyniósł z domu, jednak bardzo mu zależało na choćby jednym poranku bez tej blondwariatki.
     — Dzień dobry, młodzieży — odezwał się profesor, wychodząc na środek niskiego podestu, na którym stało nauczycielskie biurko. — Miło mi was wszystkich przywitać na naszej drugiej lekcji z transmutacji zaawansowanej. Dzisiaj też nie będziemy się nudzić, to wam mogę obiecać. I nie martwcie się, nie będziemy męczyć zwierząt tak jak ostatnio.
     Adrian zauważył, jak profesor rzuca rozbawione spojrzenie w kierunku osób, którym eksperyment z jeżem nie wyszedł najlepiej. Sam nie drgnął nawet, gdy poczuł na sobie wzrok profesora Averego, a to dlatego, że złość w nim zawrzała na myśl o straconym jeżu. Zdążył się przywiązać do tego małego, bezkolczastego zwierzątka, jednak Cerys słynęła z psucia Adrianowi humoru, więc i tym razem musiała wszystko zepsuć.
     Jego ponure rozważania zostały przerwane trzaskiem drzwi, wymamrotaniem przeprosin, lekkim dyszeniem. I jeszcze zanim McAvoy zdążył się przestraszyć, kto był powodem tego zamieszania, Cerys jak gdyby nigdy nic zsunęła książkową fortecę oraz torbę na podłogę i zajęła wolne miejsce. Nie zaszczyciwszy wściekłego Adriana choćby spojrzeniem, skupiła się na wyjmowaniu potrzebnych książek. Mając nadzieję, że tak pozostanie aż do końca zajęć — a najlepiej aż do końca dnia — McAvoy udał, że całą uwagę skupia wyłącznie na profesorze Averym.
     — Dzisiaj nie będziemy przeprowadzać testów na zwierzętach, ale… na nas samych — ogłosił profesor, a w jego brązowych oczach aż tańczyły ogniki rozbawienia i ciekawości. Ciekawiła go zapewne reakcja uczniów, ci zaś nie zawiedli: poruszeni tym oryginalnym pomysłem pochylili się do przodu nad swoimi ławkami, zamieniając się w słuch. — Tak myślałem, że was to zainteresuje — zaśmiał się profesor. — Macie jakieś pomysły, o co może chodzić?
     — W zamienianie ludzi w jeże? — rzucił ktoś z tyłu, co wywołało kilka cichych chichotów.
     To takiego jeża nie chcę, pomyślał ponuro McAvoy.
     — Na razie zaczniemy od czegoś prostszego — odparł profesor z szerokim uśmiechem na twarzy. — Nie trzymając was dłużej w napięciu, dzisiaj nauczymy się kilku prostych zaklęć modyfikujących wygląd. Zaznaczę jednak — dodał na widok ekscytacji kilku dziewcząt — że będą to nieznaczne zmiany i, co najważniejsze, krótkotrwałe. Jak już zapewne wiecie od profesor McGonagall, transmutacja jest niezwykle złożoną dziedziną magii, a w dodatku szeroko rozgałęzioną. Przemienialiście już jedne przedmioty w inne, przedmioty w zwierzęta, zwierzęta w przedmioty. Zmienialiście im kształt i kolor, a więc modyfikowaliście w taki sposób, jaki sobie tylko wymyśliliście. Właśnie na tym polega potęga transmutacji, ale także jej niebezpieczeństwo: poza zaklęciami i siłą czarodzieja, co jest oczywiste, jedyną granicą transmutacji jest wyobraźnia. A czasami, wychodząc poza granice wyobraźni, można przekroczyć nawet granice moralności…
     Ton profesora delikatnie spochmurniał i każdy dojrzał tę zmianę. Profesor Avery sprawiał wrażenie, jakby przez przypadek odpłynął myślami do własnych wspomnień. Szybko się jednak ocknął, a jego opaloną twarz momentalnie rozjaśnił promienny uśmiech.
     — Dziś zajmiemy się czymś prostym. Wszyscy jesteście dobrani w pary? Wspaniale. Zabawimy się więc w zmienianie koloru włosów swoim partnerom z ławki…
     Słysząc to ogłoszenie i zerkając kątem oka w stronę Cerys, Adrian przeląkł się nie na żarty. W wyniku szoku nie był nawet pewien, czy cerysowy chichot był prawdziwy, czy to już wyobraźnia postanowiła go całkiem zastraszyć i dobić. Tego jednego był pewien, że jeśli chodziło o eksperymentowanie na ludziach, Braithwaite nie miała litości, zwłaszcza gdy tym ludziem miał być Adrian.
     Profesor Avery zaczął notować na tablicy odpowiednie zaklęcie i recytować zasady, których wszyscy mieli się trzymać. Żadnych innych modyfikacji, tylko zmiana kolorów włosów. Kolor mógł być dowolny, a efekt sam z siebie powinien się utrzymywać maksymalnie do końca dnia. Jeśli ktoś jednak będzie niezadowolony ze swojego koloru, na koniec ma podejść do profesora w celu odczarowania. Pozostali, jeśli tylko zechcą, będą mogli sobie swobodnie hasać ze swoją nową, szaloną fryzurą.
     Był skończony. Adrian już wtedy to wiedział.
     — Przepraszam, panie profesorze — zawołał McAvoy, machając ręką. — A co z opcją łysiny?
     — Tylko zmiana koloru. Przykro mi.
     — To byłaby piękna zemsta za zabranie mi jeża — wysyczał przez zaciśnięte zęby, łypiąc groźnie na Cerys.
     Zastanawiał się, jak mógł ją skrzywdzić, lecz obawiał się, że to niemożliwe. Wprawdzie Cerys bardzo dbała o swoją fikuśną blond fryzurę, dlatego zemstą byłoby jej zniszczenie. Ale Adrian obawiał się, że zmiana koloru jakoś specjalnie jej nie zdenerwuje. Nie miał pojęcia, jakiego koloru nie lubiła najbardziej, mimo że znał ją tyle lat. Niby tak podstawowa wiedza, a teraz tak bardzo by mu się przydała!
     Aczkolwiek pamiętał, że nie lubiła oliwek. A oliwkowy nie był zbyt pięknym kolorem.
     — Dobra, wal we mnie tym zaklęciem — mruknął ponuro McAvoy, mordując Cerys wzrokiem.
     Zamykając oczy, spodziewał się najgorszego. A gdy poczuł charakterystyczne mrowienie rozchodzące się po głowie, aż bał się otworzyć oczy, a jeszcze bardziej spojrzeć w lustro, które leżało na każdym stoliku.
     A wtedy spojrzał, dostrzegając kilka pasemek na głowie. I szlag jasny go trafił, a krew zalała.
     — Powiedzieć, że cię nienawidzę, to nic nie powiedzieć! — wrzasnął Adrian, zupełnie nie przejmując się tym, że zwrócił na siebie uwagę całej klasy.
     No, McAvoy, udowodnij, że masz jakąś godność i zemścij się!
     Motywacja i ambicja Adriana były wyszczekane i z pewnością zdziałałyby znacznie więcej niż sam McAvoy, który jak ta ostatnia sierota wpatrywał się w lusterko.
     W lusterku, w którym odbijała się przefarbowana godność Adriana.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (26-04-2020 o 23h58)





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#5 27-04-2020 o 14h39

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 200

To będzie rok, w którym McAvoy dostanie szału albo nie nazywam się Cerys Braithwaite.

Początek roku nie wyróżniał się niczym szczególnym - wszystko było takie samo, jak zwykle. Jeszcze w pociągu zdążyła złapać koleżanki z roku, podokuczała trochę Irinie, pokręciła się po sąsiednich wagonach w poszukiwaniu najnowszych ploteczek; zastała obrażonego na cały świat McLaggena, ściśniętego jak przecinek pomiędzy oparciem a siedzeniem (ponieważ tam właśnie ulokowali go jego towarzysze przedziału, docisnęli go siedzeniem i jeszcze rzucili na niego Silencio), dostrzegła jak zawsze smutnego Fitza gapiącego się przez okno, ominęła także grupkę Gryfonów, z zapałem dyskutującym o najnowszym szkolnym sezonie quidditcha. Najwyraźniej wszyscy mieli motywację do rozpoczęcia nowego roku szkolnego - także McAvoy, którego słyszała z daleka.
Ale nie przyszła tym razem do jego przedziału, o nie. We wszystkich horrorach główny bohater nigdy nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia, przynajmniej nie na początku. Nigdy. Starał się żyć swoim własnym życiem, nie dostrzegając oznak nadchodzącego kataklizmu. Na przykład mieszkańcy terenów podmokłych, jak opowiadał Hagrid, jakoś nigdy nie zauważali gęstniejącego mroku gdzieś pod szafą, w piwnicy, w cieniu świec. A w nocy przychodziła Śmierciotula.
Może właśnie dlatego nie rzucała się AŻ tak McAvoyowi w oczy, jak zwykle. Najwyraźniej ten kujon pomimo całej swojej inteligencji nawet nie zdał sobie sprawy, że to tak naprawdę tylko cisza przed burzą.
A przy okazji, czy ktoś wspominał, że w horrorach kujony giną jako pierwsze? Pomijając śmiesznego murzyna.
Prawdę mówiąc, osobiście bardzo korciło ją, by napisać w wakacje jakiś podrabiany list z Hogwartu do Adriana. List, informujący, że nie dostał się na alchemię, bo już nie ma miejsc. Albo inny list, na przykład informujący że na zakończenie szóstego roku odbędzie się bal w stylu mugolskiego półmetka. O jak by umarła ze śmiechu, widząc McAvoya w odświętnym wdzianku na rozpoczęcie roku. Prawdę mówiąc, zaczynała żałować, że nie napisała mu żadnego listu w tym stylu - nawet jeśli podrabianie pism z Hogwartu miało skończyć się szlabanem.
Przynajmniej ten dziwak z wrażliwością rannego buchorożca może czegoś by się nauczył, na przykład nie wkurzać dziewczyn.
Bo naprawdę, kto normalny porównuje swój plan zajęć z cudzym, wyrażając przy tym serdeczną nadzieję, że wcale się nie zobaczą?
Phi. A jak ona naprawdę mu kiedyś zniknie, to dopiero McAvoy się przekona, że trzeba uważać na swoje życzenia. Że jednak lepiej, aby w życiu nic się nie sprawdzało.

I z tą myślą Cerys ruszyła na zajęcia - co prawda trochę się spóźniła, gdyż przebywając w toalecie dla dziewczyn podsłuchała nader interesującą konwersację Jęczącej Marty z jakimś prefektem. Zadziwiające, że Marta - jako duch nawiedzający szkolne toalety - wyjątkowo łatwo zapominała o tym, że dźwięk niósł się rurami.
A to oznaczało, że gdyby wybrać odpowiednią kabinę, można było podsłuchać rozmowy w łazience prefektów. Chociaż Braithwaite sama nie wiedziała, jak to może w ogóle działać (zwłaszcza że łazienka ligi przystojniaków była na kompletnie innym piętrze i chyba w innej części zamku), ale działało. A to najważniejsze.
To nic, że dziś słyszała raczej jakieś dziwne jęki, jakby prosto z Komnaty Tajemnic... najwyraźniej ktoś uwolnił swojego bazyliszka na wolność. Pewnie Finley. To byłoby w jego stylu.
Kiedy dobiegła do klasy transmutacji, od razu władowała się do środka licząc, że profesor nie zauważy. Słyszała jednak jego głos - coś gadał o zwierzętach...
Samego profesora nietrudno było dostrzec w tłumie - ciężka czerwona szata wyglądała, jakby zdjął ze ściany swojego domu jakąś pierwszą lepszą zasłonę, nakleił kiczowate alchemiczne symbole i włożył buty z pirackich bajek. Całe to wdzianko krzyczało "tutaj jestem!". Nawet jego kruk wydawał się być mocno... zdegustowany.
- Typ wygląda jak klasyczny czarny charakter z baśni Barda Beedle'a - szepnęła do Iriny, zanim wspięła się wyżej, w strone ławki McAvoya. Zazwyczaj siedziała obok niego na lekcjach tylko dlatego, że ten kujon mógł sobie spokojnie ćwiczyć. W ten sposób sprawiał wrażenie, że oboje cokolwiek robią, nawet jeśli robił cokolwiek tylko on, a Braithwaite oddawała się plotkowaniu z koleżankami.
Najważniejsze, że działało.
- Przepraszam za spóźnienie - wymamrotała, czując na sobie roześmiane, ciepłe spojrzenie profesora; wydawało się koić duszę. Braithwaite poczuła, jak wypełnia ją przyjemne ciepło, ledwie tylko spojrzenie profesora spoczęło na niej - czuła się, jak gdyby wyciągnęła się na letniej łące, poddając się ciepłym promieniom słońca. Najwyraźniej profesor miał jakieś swoje tajne metody na sprawianie, by student poczuł się lepiej.
To jakieś czary.
Braithwaite przyspieszyła kroku, przepychając się między ławkami; Adrian chyba nawet się nie domyślił, że to właśnie ta forteca z książek zwróciła jej uwagę. Tylko jedna jedyna osoba byłaby w stanie zabunkrować się tak przed światem, mając nadzieję, że absolutnie nie zwróci niczyjej uwagi.
- Dzisiaj nie będziemy przeprowadzać testów na zwierzętach... - kontynuował mężczyzna.
Braithwaite puściła profesorowi oko, widząc jak starszy czarodziej rzuca jej wymowne, rozbawione spojrzenie. W końcu to ona przecież pozbawiła jeża kolców i bezskutecznie próbowała mu je przyprawić z powrotem. Osobiście uważała to jednak za duży sukces - w końcu utrata kolców była niczym w porównaniu do jeża sprintera z ludzkimi uszami, wytwór McLaggena.
Jeża sprintera, którego nadal nie udało się nikomu złapać. Podczas każdych zajęć transmutacji ta mała złośliwa bestia, podobna do szczuroszczeta, chrobotała pod szafkami. Osobiście uważała, że Avery uznał jeża z uszami za świetny dowcip i właśnie dlatego nawet nie starał się go złapać.
Po słowach Avery'ego w całej klasie zapanowało niezdrowe podniecenie; przede wszystkim to dziewczyny zaczęły rozmawiać z koleżankami, uzgadniać między sobą kolory najnowszych fryzur... sama Braithwaite jednak olała temat, głównie po to, żeby pozbyć się książek McAvoya z ławki. Oczywiście Adrian wymownie ją olewał - wobec czego ona równie wymownie olewała jego, specjalnie jak najwolniej ściągając mu książki. Powoli. Pomału. Powolutku.
Uniosła jedynie głowę, słysząc coś o granicach moralności.
Czyżby słyszał, co działo się w łazience prefektów?
— Dziś zajmiemy się czymś prostym. Wszyscy jesteście dobrani w pary? Wspaniale. Zabawimy się więc w zmienianie koloru włosów swoim partnerom z ławki…
Na twarzy Cerys pojawił się bardzo, ale to wręcz bardzo promienny uśmiech. Dziewczyna rozmarzyła się momentalnie, zastanawiając się, jaki kolor powinna Adrianowi wyczarować. Może wściekłą arbuzową czerwień? Dorobić mu pestki, a dookoła głowy namalować zieloną obwódkę, że niby to już koniec arbuza? Albo nie, nie. Wpadła na coś lepszego.
Może właśnie dlatego nie zauważyła przerażenia na twarzy Adriana.
Wyrwała się z przemyśleń dopiero, kiedy usłyszała coś o opcji łysiny.
- Chyba żartujesz? - wyrwało jej się z oburzeniem. - Łysina? Chociaż... PANIE PROFESORZE, A BĘDZIEMY NIEDŁUGO ĆWICZYĆ TRANSMUTACJĘ ŁYSINY? - zawołała ze swojej ławki. - CZUJĘ POWOŁANIE JAKO MAGICZNY FRYZJER!
Odpowiedział jej tylko śmiech Avery'ego; profesor jak zawsze nie udzielał odpowiedzi na pytania. Niektóre zbywał uśmiechem, machnięciem ręki, na niektóre odpowiadał wymijająco. Czasami bywało, że udzielał odpowiedzi - głównie jednak jeśli dotyczyło to bezpośrednio przedmiotu, którego nauczał. Jakoś nigdy nie był zbyt skłonny opowiadać o swojej żonie, albo na przykład, czy woli kudłonie czy kuguchary...
- Dobra, wal we mnie tym zaklęciem - wycedził Adrian. Kruk profesora aż specjalnie zleciał ze swojej balustradki, by usiąść na jednym z podręczników Adriana; w czarnych oczkach błyszczała nieludzka wręcz złośliwość. Cerys zachichotała cicho; zawtórowało jej wredne, szydercze krakanie, jakby kruk wiedział już, czego się spodziewać.
- Wiesz co? Już cię lubię - rzuciła do ptaszyska, zanim uniosła różdżkę. Chwilę po tym zobaczyła, jak włosy McAvoya zaczyna pokrywać stopniowo siatka, później puste czworokąty wypełniają się jadowitym żółtym kolorem, zaś kogucik z tyłu głowy zamienia się w zielony...
Tak jest - Braithwaite zmieniła Adrianowi kolor włosów we fryzurę "na ananasa".
- Powiedzieć, że cię nienawidzę, to nic nie powiedzieć! - wrzasnął na całą klasę McAvoy, ściągając w ten sposób na siebie uwagę kolegów; na twarzach części z nich pojawiły się szerokie uśmiechy, ktoś się zaśmiał... zaś sama Cerys uśmiechnęła się szeroko, widząc bulwers na Adrianowej twarzy.
- Powinniśmy teraz owinąć cię żółtą wstążeczką i iść z tobą do profesora Slughorna, postawić cię pod jego gabinetem, zapukać i uciec - zaśmiała się, zanim spoważniała. - No dalej. Spróbuj. Osobiście jestem bardzo ciekawa, jak wyglądałabym we włosach o wzorku i kolorze cukrowych lasek...
- Nie wiem, czy to powinno podpadać pod kolor - rzucił profesor Avery, pojawiając się obok nich; końcówki jego brązowych włosów przekształciły się w ciepły rudy. Najwyraźniej ktoś z uczniów omyłkowo trafił zaklęciem wykładowcę, nie zaś swojego kolegę. Sam Avery wyraźnie się tym nie przejmował.
- No jak nie? Przecież jest kolor jak byk - zaoponowała Cerys. - Ma zielono-żółte włosy, to się liczy. A to że wygląda jak gigantyczny ananas, to już inna sprawa. Mogłam zawsze wymyślić coś gorszego, dynię na przykład. Przy okazji, czemu pan profesor nosi te swoje czerwone szaty? Tamten zestaw z zeszłego tygodnia wyglądał całkiem gustownie.
- Trudno się nie zgodzić z taką logiką. Jeśli chodzi o ubrania, przegrałem zakład z profesorem obrony przed czarną magią - odparł Avery, zanim poszedł dalej.
Tuż po tym uśmieszek pojawił się na ustach Cerys. Zakład? Jaki zakład?
- Ciekawe, o co się założyli? - rzuciła w przestrzeń, zanim spojrzała na Adriana, nie kryjąc uśmiechu. Ten ananas był majstersztykiem.
- No nie obrażaj się tak, skarbie. Możesz zrobić dziś ze mną cokolwiek tylko zechcesz. A raczej z moimi włosami, bo nie dla psa kiełbasa - dodała, puszczając mu oko i wysyłając całusa. Wiedziała, że celowym olewaniem całej sprawy wkurzy go jeszcze bardziej - a przynajmniej na to liczyła.


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#6 03-05-2020 o 23h35

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 861

...........................................................https://i.imgur.com/P7iFiX8.png
...........................................................●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●

     Początkowo bardzo się cieszył na zajęcia z transmutacji zaawansowanej, zwłaszcza z nowym nauczycielem. Szybko się jednak okazało, że transmutowanie czegokolwiek w towarzystwie Cerys było fatalnym pomysłem. Zaczęło się już na pierwszych zajęciach, podczas których on jak zwykle harował jak wół nad transmutacja jeża, podczas gdy ta blondwariatka zajmowała się ploteczkami. A jak już mogła się do czegoś przydać, to odkolczyła biednego języczka, do którego Adrian zdążył się już jako tako przywiązać. Cały kolejny wieczór McAvoy był potwornie zły na przyjaciółkę i wszem i wobec okazywał swój gniewem, co — jakże by inaczej — tylko Cerys bawiło. To z kolei jeszcze bardziej wyprowadzało Adriana z równowagi i tak właśnie kręciła się ta cyrkowa karuzela.
     Jednak jeż to jedno, a teraz chodziło o zmiany w jego wyglądzie. A jeśli to Cerys miała za to odpowiadać, jasnym było, że to nie mogło się skończyć dobrze.
     — Magiczny fryzjer? — zakpił z pomysłu przyjaciółki. Zaraz jednak aż dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie, wyobrażając sobie, jak Cerys niszczy włosy klientki tylko dlatego, że śmiała ubrać takie same buty. — Proszę, nie — szepnął słabo. — Świat czarodziejek nie jest jeszcze gotowy na takie poświęcenie.
     Następne wydarzenia tylko potwierdziły Adriana w przekonaniu, że czas jak najszybciej zakończyć przyjaźń z Braithwaite.
     McAvoy z łatwością wyczuł działanie zaklęcia na swojej głowie: najpierw coś go załaskotało, potem zamrowiło, a następnie miał wrażenie, jakby coś delikatnie szarpało go za i tak wiecznie poczochrane włosy. Przez moment nawet coś lekko zapiekło go w skórę głowy. Oczekując nerwowo na działanie zaklęcia, zerkał to na Cerys, której bladą twarz wykrzywiał złośliwy uśmieszek — co akurat nie było niczym nadzwyczajnym — to na kruczysko profesora, które przycupnęło na stosie adrianowych podręczników. Efekt końcowy najwyraźniej rozbawił nawet kruka, ponieważ McAvoy dałby sobie uciąć rękę, że w czarnych ślepiach ptaszyska błysnęła drwina. Również Braithwaite wyglądała na bardzo z siebie zadowoloną, a gdy z niemałym lękiem obejrzał się w lustrze, jęknął głośno.
     Wyglądał jak totalny kretyn. Jak desperat i nachalny śmieszek, który uznał, że wszyscy w szkole go polubią, jeśli zrobi sobie śmieszną fryzurę. Adrian przypomniał sobie, że któregoś lata jego ojciec oglądał w telewizji jakąś wyjątkowo głupią komedię, w której gruby dzieciak, którego nikt nie lubił, postanowił przebrać się za jakąś znaną gwiazdę muzyki rockowej. Wciśnięte w obcisłe lateksy i ćwieki wyglądał co najmniej groteskowo.
     Adrian czuł się mniej więcej tak samo. Spoglądając na żółto-zielone włosy idealnie układające się na kształt ananasa, zazgrzytał zębami, zastanawiając się, jak mógł się zemścić na tej wściekliźnie. Najgorsze było to, że zupełnie nie miał na to pomysłu! W tym duecie dość naturalnie powstał pewien podział na role: Cerys odpowiadała za kreatywność i dowodzenie, a Adrian był mózgiem operacji — jak na prawdziwego kujona przystało. Odpowiadał też oczywiście za kwestie typowo szkolne jak chociażby prace domowe, którymi Cerys nie zawsze zawracała sobie głowę.
     Krótko mówiąc, był pod pantoflem, perfidnie wykorzystywany przez tę blondwariatkę.
     — Żebyś ty czasem zaraz nie wylądowała u Slughorna na jakiejś detoksykacji — warknął pod nosem.
     Nie pocieszył go nawet widok brązowo-rudych włosów profesora Averego. Zastanawiał się, kto był tak ślepy i głupi, by tak mocno zboczyć z celu. Normalnie natychmiast oskarżyłby o to Cerys, ale ta niestety miała inny cel.
     — TO NIE POWINNO PODPADAĆ POD KOLOR — zaprotestował Adrian, korzystając z tego, że nauczyciel stanął po jej stronie. Gdyby byli w innych domach, zaproponowałby odjęcie punktów, lecz jako że oboje należeli do Ravenclawu, nie był to najlepszy plan. — Pan profesor wyraźnie powiedział o kolorze. KOLORZE, Cerys, w liczbie pojedynczej! Czy ty w ogóle znasz podstawy jeżyczka, którym mówisz? Albo umiesz liczyć do dwóch? Bo TO — wskazał na głowę — są dwa kolory! Panie profesorze — zwrócił się do Averego najspokojniej jak umiał — uważam, że uczennica Braithwaite nie wywiązała się ze swojego zadania i należy jej za to obniżyć ocenę. Bo oceny w parze nie są sumowane, prawda? — dodał nieco lękliwie, w obawie, że sam wpadnie w wykopany przez siebie dołek.
     Jeszcze raz zerknął w lusterku na przerażającego ananasa, w duchu użalając się nad swoim biednym losem.
     — Nie mów do mnie skarbie — warknął, mordując ją spojrzeniem. — Czy ty masz, wariatko, jakiś kompleks, że cały czas do mnie gadasz, jakbyśmy byli parą? Przestań robić mi wstyd przed ludźmi — syknął. — I oddawaj jeża!
     Z tymi słowami uniósł swoją różdżkę, wycelował ją w Cerys i, złowróżbnie odchylając się do tyłu, jakby to jakimś cudem miało wzmocnić zaklęcie, zrealizował zadanie lekcyjne.
Z obrażoną miną obserwował, jak jaśniutkie, zadbane i wymodelowane włosy Cerys ciemnieją coraz bardziej, aż wreszcie zatrzymują się na ciemnym brązie sprawiającym wrażenie czymś zabrudzonego. Jednak to nie był koniec i McAvoy, wciąż śmiertelnie obrażony machnął raz jeszcze delikatnie różdżką, wypowiadając szeptem dodatkowe zaklęcia. Widok był całkiem zabawny: pojedyncze, cieniutkie kosmyki jakby „odklejały” się od wymodelowanej fryzury Cerys, zwijając się i zlepiając w cieniutkie, krótkie szpikulce sterczące na czubku głowy. I choć włosy Braithwaite były bezpieczne, ponieważ kosmyki zostały tylko zwinięte, wyglądało to tak, jakby McAvoy uciął jej zaklęciem większość włosia.
     Trochę szkoda, że jestem taki z######## i nie ma mowy, bym się pomylił, pomyślał, patrząc na jeżyczkową fryzurę Cerys.
     — To za jeża — burknął.
     Zupełnie nie miał pomysłu, co wyczarować na tym wściekłym łbie Cerys, ale grunt, że kolor był wyrazisty, więc profesor Avery powinien być zadowolony. A że rok szkolny zaczął się od skandalu związanego z jeżem, to małe kolczaste stworzenie było jedynym, o czym ostatnio myślał McAvoy. Przez te dwie godziny zajęć zdążył polubić zwierza, tymczasem Braithwaite — jak zwykle — musiała wszystko popsuć. Już wiele lat temu zauważył, że Cerys sprawiało nadzwyczajną przyjemność dręczenie go i kruszenie, miażdżenie oraz rozdeptywanie jego marzeń i aspiracji. Cerys była jak jakaś nieznana odmiana wampira energetycznego — żywiła się adrianowymi niepowodzeniami, rosnąc tym samym w siłę i nabierając energii na jeszcze więcej torturowania.
     Adrian już dawno temu zauważył, że w ich znajomości nie ma żadnych, absolutnie żadnych podstaw do zawierania przyjaźni. Coś więc mocno musiało pójść nie tak.
     Zastanawiał się nawet, czy nie powinien wzmocnić tego zaklęcia. Adrian znał jeden sposób i był dość ryzykowny, ponieważ czar był tak silny, że mógłby porządnie zniszczyć Cerys włosy. Jednak widok Braithwaite podchodzącej swobodnie ze swoją jeżą główką do profesora w celu zdjęcia czaru oraz jej panika na wieść, że nie da się, tego zrobić, wynagrodziłaby Adrianowi wiele cierpień. Oczywiście liczył się z tym, że zarobiłby za to półroczny szlaban, ale byłoby warto. Powstrzymywała go tylko myśl, że za takie przewinienie przegapiłby mnóstwo meczów, a może nawet zostałby wywalony z drużyny, czego by nie przeżył. W związku z tym decyzja była teoretycznie prosta: odpuścić Cerys i skupić się na nadchodzącym sezonie quidditcha, na który czekał z takim utęsknieniem. Niekoniecznie zaś chodziło o to, że Braithwaite śmiertelnie by się na niego obraziła. Za to akurat by się nie pogniewał; mały odpoczynek od tej wariatki mocno by mu się przydał. Przerażający więc był fakt, że McAvoy chwilę po wakacjach był już zmęczony jej obecnością.
     Jeśli tak to będzie wyglądało też po Hogwarcie, to ja składam rezygnację z tego świata, pomyślał ponuro.
     Nagle humor jeszcze bardziej mu się pogorszył, gdy przypomniał sobie, że tak niedawno zaprosił Cerys na spotkanie Klubu Ślimaka. Chociaż „zaproszenie” to było zbyt duże słowo, ponieważ oni na wszystkie tego typu okazje chodzili razem i to nigdy nie wymagało oficjalnego zaproszenia.
     — A, właśnie — mruknął, tym samym podnosząc rękę, by dać znać profesorowi o wykonanym zadaniu. — Mamy jeszcze robotę z gazetą. Skoro już wiadomo, że Slughorn nie rezygnuje z tego swojego Klubu Ślimaka, to trzeba wybadać, kto jeszcze został zaproszony i o tym napisać. Irina zajmie się opisaniem rozpoczęcia roku, bo to nas najmniej interesuje, ale my musimy zająć się Klubem. Z tej jednej strony dobrze, że tam idziemy — mruknął posępnie — bo przynajmniej będziemy mieli informacje z pierwszej ręki.
     Czego to się nie robi dla sztuki, pomyślał z cichym westchnieniem, zastanawiając się, w jakich sklepach w Hogsmeade są do kupienia jeże.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (03-05-2020 o 23h40)





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#7 14-05-2020 o 14h50

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 200

Sama Cerys niewiele się przejmowała faktem, że Adrian najprawdopodobniej – po raz któryś w tym roku – żywił do niej urazę o nie wiadomo co. Zdążyła się już do tego przyzwyczaić, podobnie jak Adrian zdążył się już przyzwyczaić do tego, że Cerys zwykła to olewać i zachowywała się tak, jakby nic poważnego się nie stało.
Bo to wszystko to nie były poważne rzeczy i poważne sprawy, więc czemu niby miała się przejmować? Kogo tak naprawdę obchodził jeż, który w rzeczywistości był jakimś kieliszkiem? Prawda była taka, że w transmutacji trzeba było nauczyć się odróżniać rzeczywistość od fałszu, przedmiot od żywego stworzenia – co zawsze podkreślał profesor Avery. To, że coś stało się żywym stworzeniem, nie oznaczało, że nie było tak naprawdę martwym przedmiotem, odtransmutowanym po zajęciach i schowanym do szafy. Adrian nadmiernie przywiązywał się do różnych rzeczy, zapominając, jaka była ich prawdziwa natura. Z nich dwojga to on wydawał się bardziej uczuciowy, nawet jeśli pozory wskazywały inaczej.
Jednocześnie Braithwaite nie pozwalała sobie na pokazywanie innych emocji, niż śmiech – wiedziała, że to irytowało Adriana jeszcze bardziej. Tak samo nie potrafiła wyobrazić sobie, co by się wydarzyło, gdyby pokazała mu się od zupełnie innej strony. Od strony smutnej, zamyślonej, poważnej Cerys, którą nawiedzały czasami poważniejsze problemy niż ten, jaki kolor lakieru do paznokci wybrać. Być może właśnie dlatego, że ukrywanie wszystkiego za uśmiechem było znacznie łatwiejsze, niż pokazanie prawdziwej siebie – nie tylko wobec Adriana, ale także innych. Ludzie, widząc głębsze uczucia i emocje, zazwyczaj bali się rozmawiać.
Dziennikarze byli jednymi z lepszych aktorów w teatrze życia.
Dlatego znów tylko się uśmiechnęła, słysząc o magicznym fryzjerze i tym, że świat czarodziejów nie jest gotowy „na takie poświęcenie”.
- Żebyś ty czasem nie wylądowała u Slughorna na jakiejś detoksykacji! – dosłyszała jeszcze jadowity syk McAvoya. Nie skomentowała tego, chociaż bardzo ją to kusiło. – TO NIE POWINNO PODPADAĆ POD KOLOR!

Chwilę później Cerys się wyłączyła, nastawiając swoje anteny uszne na najnowsze ploteczki; zawsze podczas takich zajęć uczniowie oddawali się leniwym dyskusjom, podczas gdy ich partnerzy z ławki podziwiali efekty zaklęć lub pospiesznie zmierzali w stronę biurka profesora, zamierzając się odczarować. Ciekawskim spojrzeniem wodziła po twarzach koleżanek i kolegów, obserwując ich przemiany. Pastelowe jasnoróżowe włosy Iriny całkiem nieźle jej pasowały, czego nie można było na przykład powiedzieć o Abercrombiem, ich koledze z roku – kolor błotnego brązu tylko jeszcze bardziej upodabniał go do ropuchy. W tle brzęczał Adrian, próbując wymusić na profesorze odjęcie jej punktów.
- Panie McAvoy, bardzo nie lubię, kiedy ktoś narzuca mi swoje sugestie w taki sposób. – stalowy błysk pojawił się w oczach profesora. Chwilę po tym zamaszyście machnął swoją szatą, zanim dystyngowanie oddalił się do swojego biurka, wokół którego zaczęła się formować kolejka jak do Miodowego Królestwa.
Właśnie, Miodowe Królestwo. Ciekawe, kiedy będzie można wybrać się do Hogsmeade? Myśli Cerys podążyły w tym kierunku – i może właśnie dlatego nie przejęła się zbytnio, słysząc „to za jeża!”. Przyjemne mrowienie skóry głowy przypominało na swój sposób całkiem niezły masaż – tak więc zrelaksowana Braithwaite zajrzała do lusterka, świadoma, że obrażony Adrian będzie starał się jej dokopać ze wszystkich swoich sił.
Niestety, ananas wciąż był lepszą opcją w jej odczuciu.
- Masz całkiem niezłe pokłady kreatywności – stwierdziła w zamyśleniu, ciągnąc się za jednego ze szpikulców. Z zainteresowaniem przyjrzała się samej sobie, okręcając się niczym modelka; spojrzała na siebie przez jedno ramię, drugie, zanim puściła samej sobie oczko do lusterka. Chwilę po tym pyknęła odkręcana szminka – Braithwaite jak zawsze nie mogła przepuścić okazji, by o siebie zadbać. Przynajmniej była jedną z najładniejszych dziewczyn w szkole, sądząc po ilości walentynek przysyłanych jej co roku, począwszy od czwartej klasy.

Zaraz po tym Adrian podjął temat Klubu Ślimaka. Ach, no tak, przecież jak zwykle co roku profesor Slughorn grasował po całym pociągu, poszukując nowych ofiar. Tym razem też nie mogło być inaczej – nauczyciel wtarabanił się pomiędzy nią, wózek z pasztecikami i Reynę, przyciskając obie dziewczyny do ścian korytarza. Wydawałoby się, że profesor zrobił się jeszcze bardziej gruby przez całe te wakacje.
A wózek z pasztecikami odjechał, dudniąc kółkami do wtóru „KAAAAAAAAAAAAAWA, HERBAAAAAAAAAAAAATA, NAPOOOOOOOOOOJE!”, zostawiając obie dziewczyny na pastwę podemocjonowanego profesora, który właśnie wręczał im zaproszenia.
- Zabawne – mruknęła, przeglądając się w lustrze. – Patrząc na to, jak zachowujesz się od początku roku, to pomyślałam że niezbyt chcesz ze mną iść na to spotkanie do Klubu Ślimaka – dodała, nie odrywając wzroku od lusterka. Makijaż był perfekcyjny, pomijając oczywiście włosy.
- Sądziłam, że coś cię ugryzło. A może zainteresowałeś się kimś innym? Wiesz, nie obraziłabym się, gdybyś to powiedział. No wiesz, „Cerys, tym razem wolałbym pójść z kimś innym” – zerknęła na niego znad lusterka, uśmiechając się lekko. Przecież prędzej czy później tak musiałoby być, prawda?
Pewnego dnia ta przyjaźń się skończy, o ile kiedykolwiek nią była. Każde z nas pójdzie w swoją stronę. Zapomnimy o sobie, a nasze imiona przeminą jak liście na wietrze. Staniemy się dla siebie tylko wspomnieniem… być może któregoś dnia zapomnę o Adrianie McAvoyu, tak jak on zapomni o mnie. To nie byłoby niczym dziwnym, prawda? Zwykle szczenięce miłości szybko przemijają i stają się jedynie przebłyskiem zażenowanego uśmiechu, gdy tylko ktoś wróci pamięcią do tych czasów.
Prawdę mówiąc, Cerys nie potrafiła sobie tego wyobrazić. A jednak powoli trzeba było zacząć się do tej myśli przyzwyczajać. Bo jakoś nie łudziła się, że Adrian będzie zabiegał o kontakt, wręcz przeciwnie – sądząc po tym, co reprezentował, była nawet bardziej niż pewna, że z radością skończy szkołę i pójdzie dalej, naprzód, zostawiając wszystko za sobą.
- Irina powinna być niezłą kandydatką na twoją towarzyszkę, no wiesz… co do zaproszeń, wybadam temat przy kolacji. Słyszałam, że ten Perrot z Hufflepuffu podobno też dostał, nie wiem tylko za co, jak on się nawet prawie nie odzywa na zajęciach, nie mówiąc nawet o jego podejściu do dziewczyn. Przecież on się rumieni, jak tylko ktoś go minie! Mam na myśli to, że nigdy w życiu nie spotkałam kogoś tak nieśmiałego – ciągnęła swobodnym tonem, wrzucając pomadkę do torby. Profesor Avery minął ich, jedynie kiwając głową bez słowa; w jego przypadku oznaczało to, że zaliczyli zadanie.
- McLaggen za to lata wszędzie jak idiota i próbuje się wcisnąć na tę kolację. – dodała, lekko kręcąc do siebie głową, zanim podniosła się ze swojego miejsca. – Idziesz do biurka? Jeśli chodzi o informacje z pierwszej ręki, to jasne, zawsze lepiej wiedzieć. A ty co tak burczysz, humor ci się jeszcze bardziej pogorszył?

Ostatnio zmieniony przez Doc (14-05-2020 o 14h56)


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#8 17-05-2020 o 23h17

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 861

...........................................................https://i.imgur.com/P7iFiX8.png
...........................................................●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●
     Adrian już dawno temu zdał sobie sprawę z tego, że jego relacja z Cerys nie była do końca zdrowa. Wszystko przez fakt, że Cerys była po prostu chodzącą wadą: narwana, niecierpliwa, mściwa, złośliwa, wścibska, bezczelna, złośliwa, pamiętliwa, niezrównoważona, pozbawiona jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego, a na dodatek potwornie złośliwa. Znalezienie w tym gąszczu jakiejkolwiek zalety było bardzo trudne; co najwyżej czasami Braithwaite spadała na cztery łapy, z podejrzaną łatwością przekuwając swoje słabe strony w atuty. Zresztą, to było jeszcze gorsze, bo McAvoy nie posiadał tak przydatnej umiejętności, przez co tej blondwariatce zwykle wszystko uchodziło na sucho, ku największemu rozczarowaniu młodego czarodzieja. Prawdą bowiem było, że Adrian we wszystkim życzył Cerys jak najgorzej: gdy dostawała słabą ocenę na egzaminie, nie dawał jej o tym zapomnieć przez cały dzień. Gdy się o coś potknęła, zwykle po prostu ją wyśmiewał, za to gdy dostawała jakiś szlaban — wyjątkowo bez niego w parze — Adrian czuł się tak, jakby nadeszła przedwczesna gwiazdka. Cerys zaś nie pozostawała mu dłużna — w końcu poznali się przez to, że to ucieleśnienie złośliwości zgarnęło mu z pociągowego wózka ostatnie słodycze, na które czaił się od bardzo dawna. Teraz jeszcze zabiła w zarodku jego nowe marzenie o posiadaniu jeża.
     Dlatego też, gdy Adrian czytał w książkach definicję przyjaźni jako bliskie, serdeczne stosunki z kimś oparte na wzajemnej szczerości, życzliwości, zaufaniu, nie za bardzo rozumiał, kim w takim razie była dla niego Cerys.
     Bo na pewno nie przyjaciółką.
     Wzdychając nad swoim nędznym losem, rozejrzał się ze znudzeniem po klasie, obserwując kolejne próby zmian kolorów włosów. Dziwił się, że niektórym ta prosta sztuczka wciąż nie wychodziła — czy oni mieli w sobie jakiekolwiek pokłady magii, skoro nad czymś tak prostym ślęczeli tyle czasu? Ocknął się dopiero w momencie, w którym Cerys zarzuciła mu podejrzane zachowanie od samego początku roku. Zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć, kiedy mógł się odnosić do niej jakoś inaczej niż zwykle, lecz nic nie przychodziło mu do głowy.
     — A jak ja się zachowuję? — spytał, szczerze zbity z tropu. — Serio, w jakim sensie? Przecież zachowuję się normalnie — dodał z nutą oburzenia. — A że jestem dla ciebie wredny, to chyba normalne, nie? Mam ci wyliczyć momenty, w którym ty byłaś dla mnie miła? Już — syknął po krótkiej, symbolicznej przerwie. — Już wyliczyłem.
     Swoją drogą, że nigdy się o to na nią nie gniewał, lecz fakty były takie, że złośliwość była siłą napędową ich relacji — czymkolwiek by ona nie była — dlatego podobna uwaga ze strony Cerys mocno go zdziwiła.
     — I jak mam iść z kimś innym — dopowiedział, coraz bardziej nie rozumiejąc, o co jej chodziło — skoro już cię zaprosiłem? I to jak?! Tak, jak sobie życzyłaś — uroczyście i przed całą szkołą. Zresztą, dotąd żadne zaproszenia nie były potrzebne i to, że szliśmy gdzieś razem, było oczywiste. Sam nie wiem, dlaczego, jakby się tak nad tym zastanowić — dodał ciszej, przez chwilę dumając nad tą dziwnostką.
     Pewnie dopadło ją napięcie przedmiesiączkowe, czy jak to tam się nazywa, pomyślał McAvoy, ale nie był tak odważny, by zarzucić to Cerys na głos.
     — Irina? Coś ty się tak uczepiła tego, że nie chcę z tobą iść? A może sama masz kogoś na oku i chcesz się wyślizgać, co? — spytał podejrzliwym tonem, uważnie się jej przyglądając. — Bo ja nie mam innych zamiarów. I jaki Perrot? — dopytał, zupełnie nie kojarząc nazwiska. — Nie znam typa, a skoro ja go nie znam, to znaczy, że jest nieistotny.
     Ucieszył się za to, gdy usłyszał, że McLaggen nie dostał zaproszenia i na chama próbował się dostać na herbatkę. Nigdy nie przepadał za typem, więc McAvoy serdecznie życzył mu w myślach, ażeby szlag go jasny trafił i pioruny sponiewierały.
     Westchnął raz jeszcze, zastanawiając się nad tym, jak to możliwe, że kobiety z niczego potrafią stworzyć tyle problemów. Dumając nad tym zjawiskiem, niecierpliwie czekał na koniec lekcji — miał serdecznie dość ananasa na głowie. Gdy więc zbliżał się koniec lekcji, a profesor Avery przywołał włosy uczniów do porządku, Adrian niemal z ulgą opuścił salę transmutacji. Wprawdzie lubił tego nauczyciela, ale nieudana próba wymuszenia na nim wlepienia Cerys szlabanu nieco zepsuła mu humor.
     Następna była historia magii, co niosło ze sobą takie plusy, że McAvoy mógł trochę odpocząć. Wszak profesor Binns nie był zbyt porywający i jego wykłady przyprawiały większość uczniów o senność, a poza tym Cerys uwielbiała ten przedmiot i jako jedna z niewielu zawzięcie wszystko notowała, dzięki czemu miał chwilę spokoju. Adrianowi zwykle nie chciało się tego robić i przy egzaminach jakoś spadał na cztery łapy, ale nie chciałby, by kiedykolwiek doszło do sytuacji, w której McAvoy prosi Cerys o dostęp do jej notatek. Nie zniósłby takiego upokorzenia.
     Tak jak się spodziewał, lekcja historii magii była potwornie nudna, a zbierające się za oknem ciemne chmury tylko potęgowało senny nastrój. Uznał więc, że nie będzie się przemęczał i bawił z notatkami, zwłaszcza że dopiero się zaczął rok szkolny i mało który nauczyciel oczekiwał już jakiegoś zapasu materiału — a już tym bardziej profesor Binns.
     Dlatego też poczuł, jak dreszcz grozy spływa mu po kręgosłupie, gdy profesor ogłosił, że dokładnie za tydzień odbędzie się sprawdzian z trzech przerobionych do tego czasu tematów. Ta informacja wzbudziła ogromne poruszenie — nadzwyczajne wręcz jak na te lekcje — i tylko Cerys wyglądała na zadowoloną z takiego obrotu wydarzeń. Przerażony Adrian rozejrzał się po sali i niemal z paniką zdał sobie sprawę, że z całą pewnością jedyną notującą była Cerys. Już sobie wyobrażał kolejki do tej blondwariatki, lecz McAvoy postanowił sobie, że nie zniży się do tego poziomu i już woli dostać F niż prosić o cokolwiek Cerys.
     Miał tylko nadzieję, że starczy mu na to silnej woli.
     Po tej niespodziewanej dawce stresu z ogromną ulgą przyjął godzinną przerwę. Na zewnątrz było bardzo ciepło i wciąż nie padało, dlatego uznał, że dobrze mu zrobi, jak się przewietrzy. Odszukał spojrzeniem wlekącą się gdzieś z tyłu Cerys, po czym chwycił za pasek jej torby i lekko pociągnął za sobą, dając tym samym znak, by poszła za nim — wiedział, że i ona nie miała teraz żadnych zajęć.
     — Co temu Binnsowi odbiło — denerwował się McAvoy, gdy już wyszli z zatłoczonego korytarza i zbliżali się go głównego wejścia — żeby na samym początku roku robić sprawdzian? I to z czego?! Z historii magii! Odkąd się tu uczę, Binns zrobił może z cztery większe sprawdziany — zawsze mu chodziło tylko o to, żeby ukończyć końcowe egzaminy, które zresztą i tak były bardzo łatwe. A teraz co? Ech, zresztą nieważne. Mam nadzieję, że się zaraz nie rozpada — mruknął, spoglądając na ciemnoszare niebo — bo tej zamkowej duchoty nie idzie wytrzymać.
     Od razu poczuł się lepiej, gdy wyszedł na świeże powietrze. Wprawdzie zaduch tam panujący wyraźnie wskazywał na nadchodzącą burzę, jednak póki nie padało, Adrian zamierzał w pełni z tego skorzystać. Idąc po prostu przed siebie, lekko zwolnił kroku, pozwalając Cerys się z nim zrównać. Podobne spacery były w ich przypadku niemal rutyną i czasami zajmowali się wtedy obgadywaniem całego dnia, a czasami szli w ciszy, pogrążeni w swoich własnych myślach. Krępująca cisza nigdy ich nie doświadczała, dlatego nie mieli z tego typu przechadzkami żadnego problemu.
     Jego myśli zaś krążyły wokół wieczornej herbatki, na którą zaprosił go Slughorn. Tego rodzaju wyróżnienie bardzo przyjemnie połechtało jego ego, choć wciąż miał obawy, że to czyjś żart. Mimo to w liście wyraźnie powołano się na jego matkę — nie miał pojęcia, że ona również należała do Klubu Ślimaka. Slughorn musiał ją bardzo lubić i dobrze wspominać, skoro postanowił zaprosić też jej syna. A może chodziło o wyniki w nauce — Adrian bardzo dobrze raził sobie w szkole, co Slughorn podobno także brał pod uwagę. Jednak nie miał pojęcia, czego mógł się spodziewać po takim spotkaniu — kto tam będzie i o czym będą rozmawiać? Jak będzie się zachowywał nauczyciel eliksirów i jak oni będą się zachowywać? Czy będzie to spotkanie pełnie niezręczności i sztywnej etykiety, a może nadzwyczaj luźne i wesołe? Już niedługo miał się o tym przekonać, lecz mimo to i tak wolał snuć swoje własne domysły.
     — Jak myślisz — zagadnął Cerys, gdy wychodzili już na błonia — jak będzie wyglądać ta cała herbatka? Zastanawiam się, czego się po niej spodziewać… a ty? Masz jakieś oczekiwania?

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (17-05-2020 o 23h56)





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#9 20-05-2020 o 09h47

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 200

Jeśli chodziło o całokształt wojny na linii Braithwaite – McAvoy, wszyscy postronni byli skłonni przyznać, że rzeczywiście wszystko zaczęło się od nieszczęsnego wózka ze słodyczami, a zostało ugruntowane obopólnymi modlitwami podczas przydziału „oby ten koszmar nie trafił do mojego domu”. Tak się jednak niestety nie stało – tak więc oboje, skoro nie mogli się ignorować i udawać że nie istnieją, postanowili się „zaprzyjaźnić”. I tak to jakoś działało samo z siebie. Co bardziej starsi i doświadczeni Krukoni żartowali od dawna, że to nie „przyjaźń”, ale coś więcej, jednak zarówno McAvoy, jak i Braithwaite pomijali ich zgodnym, wyniosłym milczeniem. Choć należało przyznać, wszędzie, także na wszystkie większe wydarzenia chodzili zawsze razem, kłócili się jak stare małżeństwo z trzydziestoma latami stażu, w sklepie często sięgali nieświadomie po to samo i wybierali podobne rzeczy… mogłabym się tak zestarzeć z tym idiotą, westchnęła w myślach Cerys, gdyby nie to, że szybko bym osiwiała, a to nie jest warte ani tego, ani zmarszczek.
Ale należało w jednym przyznać Krukonom rację: byli idealnie dopasowaną parą – on z twarzą dziecka, a ona niekiedy nadmiernie dorosła. Czasami zdarzało się, że podczas międzyszkolnych imprez uczniowie innych szkół mylili Adriana z drugo- lub trzecioroczniakiem, sądząc, że ona sama jest z szóstego lub siódmego roku i przyszła z bratem. Zazwyczaj wtedy padały dziwne spojrzenia – no bo dlaczego taka dziewczyna miałaby chodzić z takim dzieckiem, mając do wyboru rozrośniętego byczka z Durmstrangu lub eleganckiego księcia z Beauxbatons? Co było z nimi nie tak? 
Natomiast jeśli chodziło o wady, to oboje rzeczywiście potrafiliby ich w sobie wzajemnie znaleźć szybciej, niż włos pufka na swoim swetrze. Może ona była mściwa, wścibska i tak dalej, ale on był podstępny, zawistny, podły, wiecznie kopał pod nią dołki, starał się przy niej wybić, był lizusem i miał czasami beznadziejne poczucie humoru, nie mówiąc już o tym, że byłby w stanie upodlić się dla lepszej oceny lub nawet na kogoś donieść. Konfident. To nie uchodziło dziennikarzom! No właśnie, Adrian był WSZYSTKIM czym każdy przeciętny, szanujący się dziennikarz nie był.
Cerys uśmiechnęła się tylko, słysząc ten syk jadowitej żmii pospolitej, jaką był Adrian. Na nic innego nie liczyła.
- Jakbym chciała z kimś innym iść, to bym zaprosiła tego Francuza z Beauxbatons, przynajmniej pasowalibyśmy do siebie pod kątem wieku na twarzy – odparła jędzowatym tonem, zanim poklepała go lekko po ramieniu.  – Pomyślałam po prostu, że po takim czasie mógłbyś się mną już znudzić, a do tego nie mogłabym dopuścić. A Perrot? Taki chłopak, czasami możesz go zobaczyć przy stole Hufflepuffu, jeśli akurat się za nikim nie chowa czy coś w tym stylu. W skrócie nieśmiały, uczynny, uprzejmy, najlepszy kumpel McLaggena, typowy rasowy Puchon. Sama się zastanawiam dlaczego się w ogóle przyjaźnią, skoro Cornelius jest typem, który ładuje ich obu w kłopoty, a ten drugi stara się ich raczej unikać, ale chyba to samo można powiedzieć o nas. Nie wiem, czemu się przyjaźnimy, więc nie powinnam ich też oceniać, nie? – dodała z westchnieniem, zanim się lekko uśmiechnęła. Chociaż co rano po przebudzeniu zwykła wyklinać na mendę pospolitą McAvoya, to mimo wszystko nie potrafiła wyobrazić sobie bez niego dnia.

Później była historia magii, jej ulubiony przedmiot; tym razem profesor Binns poruszał temat starożytnych osiągnięć magicznych, poczynając od Herpona Podłego i Salazara Slytherina – przynajmniej na tyle, na ile pozwalały mu te suche, naukowe fakty, które podawał swoim oleistym, nudnym głosem. To jednak nie zniechęcało Cerys, która jako jedyna była w stanie wytrzymać wykłady podstarzałego ducha. Ciemne chmury rzeczywiście podkreślały senność i ociężałość, zwłaszcza że w klasie nie zostały zapalone nawet świece – profesor nie  zwracał uwagi na takie rzeczy – lecz klasa nawet nie zwracała na to uwagi. Większość uczniów ucięła sobie drzemkę pomiędzy lekcjami. Nie inaczej było z McAvoyem, który tępo i szkliście wpatrywał się w jakiś punkt w ścianie, zupełnie jak robot, który po prostu się wyłączył. Chwilę później te długie, dziewczęce rzęsy, idealnie czarne, jakby potraktowane maskarą opadły, zasłaniając oczy i puste spojrzenie miksera kuchennego. Stąd, z tej bliskości, mogła dostrzec też piegi – to nic, że wiedziała, gdzie one dokładnie się znajdują i ile ich dokładnie jest. Zawsze, za każdym razem, lubiła je liczyć. Lekko się skrzywiła widząc, jak niedokładnie Adrian się ogolił – zawsze zapominał o ogoleniu się na szczęce poniżej ucha, zostawiając kilka smętnych włosków, które dosłownie krzyczały „zgólcie mnie!” i sprawiały, że ona sama też miała ochotę krzyczeć. Nawiasem mówiąc, teraz, śpiąc, Adrian nie wydawał się emanować swoją złośliwością i jadem, niczym uśpiona żmija – nabierał natomiast na łagodności i swojego rodzaju delikatności.

Chyba nie tego powinnam szukać w mężczyźnie, pomyślała smętnie Cerys. Co z tymi kanciastymi szczękami, męskimi szerokimi ramionami, dobrze zbudowanym… całokształtem było nie tak? Durmstrang, jakby nie patrzeć, miał idealnych kandydatów do takiego faceta, jakim bym mogła się zainteresować, a tymczasem nic nie zaiskrzyło, nic nie zadrgało… mogę wzdychać do nich na zdjęciu w gazecie, a w rzeczywistości nic. Zero. Nada. Pustka. Książęta z Beauxbatons przypominają mi rasowe koty, wymagające specjalnej diety, a chłopaki z Beauxbatons niedźwiedzie z lasu, które mogłyby zeżreć człowieka na śniadanie. Co jest tu nie tak i dlaczego główną odpowiedzią jest McAvoy?

Niepocieszona, wróciła do pisania notatek; na szczęście potrafiła notować nie patrząc w pergamin, więc nie przeoczyła i tak niczego. Chwilę później szturchnęła Adriana w żebra, żeby go obudzić – nadchodził koniec lekcji, a Binns akurat – o radości, iskro bogów – ogłaszał sprawdzian na za tydzień. Najwyraźniej zauważył, że nikt go nie słuchał, co zdarzało mu się raz na kilkadziesiąt lat. To sprawiło, że na twarzy Braithwaite pojawił się szeroki uśmiech.
Nie ma dla was nadziei. Przerażone spojrzenie Adriana było dodatkową osłodą. Sama się trochę ociągała – nawet pomimo wszechogarniającej senności, czuła się jak ślimak uwięziony w melasie. I tylko dlatego nie strzeliła McAvoya po łapach, kiedy złapał ją za pasek jej torby i pociągnął za sobą, niczym tryton w bezkresne przestrzenie jeziora. Albo raczej jak te małe wredne stworzonka z widłami, które złośliwie chichotały i kłuły… chorbotki? E nie… jakoś inaczej chyba się nazywały. Wodniki? Zwodniki?

Uniosła lekko brwi, słysząc tyradę Adriana; Krukon wyjątkowo się aktywował, nie ukrywając jak zawsze swoich emocji. Parsknęła cicho pod nosem, nieco rozbawiona. Przynajmniej swoim gadaniem ją trochę rozbudził.
- Żaden dramat, zresztą polubisz pewnie ten temat, bo dziś było akurat coś w twoim stylu – stwierdziła, poprawiając torbę na ramieniu. Przepchnęli się przez tłumek trzecioroczniaków, zanim wysforowali się na ścieżkę, prowadzącą do chaty Hagrida i na Błonia. W oddali szarzał przed nimi Zakazany Las; nawet stąd mogła dostrzec srebrną zasłonę deszczu.  To było jeszcze jednak dostatecznie daleko – być może zdążą uciec przed ulewą, zanim gęste chmury nadpłyną leniwie nad zamek i Błonia. A nawet jeśli nie, to zawsze mogą wyczarować sobie parasol.
Właściwie to byłoby nawet całkiem romantyczne, gdyby nie to, że pod parasolem zawsze było niewygodnie – wszystkie te stare mugolskie filmy były pod tym względem przereklamowane. Przecież zawsze, jeśli wyższa osoba niosła parasol, to tej niższej krople deszczu i tak padały na twarz, zwłaszcza jeśli deszcz padał na ukos.
Nie spieszyła się; to McAvoy miał zwolnić, by mogła mu dorównać kroku. Wyłapała jego spojrzenie i posłała mu lekki uśmiech, zanim znów oboje pogrążyli się w ciszy. Ale to była przyjemna, przyjazna cisza – bez żadnych animozji, niechęci, niezałatwionych spraw. Jedyne, co między nimi się kumulowało i powoli narastało, to ciężka wilgoć – czuła już tę warstwę, osadzającą się na włosach i twarzy, nie mówiąc już o blezerku bez rękawów. W tym momencie akurat żałowała, że nie ma ze sobą marynarki – niestety nosili je uczniowie płci męskiej, dziewczyny zaś miały sweterek lub bezrękawnik z godłem Hogwartu na piersi. No i spódnica, długie zakolanówki… prawie jak z jakiejś mugolskiej mangi yuri albo ecchi, pomyślała smętnie, wpatrując się pożądliwie w marynarkę McAvoya.
Pytanie Adriana wybudziło ją z zamyślenia i ponurych myśli, jak bardzo jest jej zimno.
- Słyszałam, że to mocno sztywne spotkania, ale jedzenie jest lepsze niż podwieczorki – stwierdziła. – Jedyne więc, czego oczekuję, to dobrej kolacji, krępujących pytań, czym zajmują się rodzice i nadętych pingwinów z innych roczników.  Nie zdziwiłoby mnie, gdyby Slughorn przywlókł jeszcze Lockharta albo Skeeter lub kogoś innego, żeby tylko uświetnić tę swoją uroczystość.

Ostatnio zmieniony przez Doc (20-05-2020 o 09h50)


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#10 26-05-2020 o 14h05

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 861

...........................................................https://i.imgur.com/P7iFiX8.png
...........................................................●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●
     Im dalej w las, tym więcej drzew, a im więcej ciemnych chmur, tym większe prawdopodobieństwo deszczu. Adrian pogratulowałby sobie tej filozofii w duchu, gdyby nie wrażenie, że coś na niego skapnęło chociaż może mu się wydawało. Wprawdzie żaden deszczyk go nie przerażał, w przeciwieństwie go Cerys, która będzie mu cały dzień jazgotała nad uchem, że wyprowadził ją na spacer w deszczu specjalnie po to, by zmokła, przemarzła, zachorowała i umarła. Nie wspominając już o zepsutych fryzurze i makijażu. McAvoy westchnął w duchu; nie rozumiał, dlaczego kobiety wszystko musiały tak komplikować, nawet kwestię czegoś tak zwyczajnego jak deszcz. Bo przemoczony facet to zwykły facet, tylko że przemoczony. Natomiast przemoczona kobieta to czwarty posłaniec piekielny zsyłając burzę z piorunami na każdego, kto choćby spojrzy na jej potargane włosy, zgniecioną sukienkę i spływający po policzkach tusz. I żaden parasol nic tu by nie dał, bo nawet gdyby Cerys wróciła sucha i rześka, i tak coś by jej nie pasowało.
     To był zwykle czwarty posłaniec piekielny. Natomiast w Cerys zwykle wstępował dziewiąty, ten najgorszy.
     Co ja najlepszego uczyniłem?!, jęknął w duchu, przerażony faktem, że przez najbliższy tydzień będzie musiał znosić narzekania Braithwaite. Co więcej, jak na złość, zaczął się zrywać dość mocny wiatr, przeszywający swoim chłodem aż do szpiku kości.
     — Też słyszałem, że jedzenie jest tam naprawdę niezłe — mruknął, myśląc sobie, że to rzeczywiście może być jakaś zaleta. Oczy zaś mu się zaświeciły, gdy usłyszał o reszcie atrakcji. — Mam gdzieś, że Slughornowi pewnie się to będzie nie podobało — a na pewno nie będzie — ale musimy uważnie słuchać tych wszystkich rewelacji. Rozumiesz, Cerys?! — Zwolnił lekko widząc, że Cerys ze swoimi małymi nóżkami za nim nie nadąża. — Możliwe też, że narobimy sobie kilku wrogów przez wywalanie być może nawet poufnych informacji na wierzch, ale skoro ktoś je wyjawi na tej herbatce, to już takie tajne nie będą. A wszyscy wiedzą, że prowadzimy gazetę, więc… Hm, no właśnie — zamruczał, już bardziej do siebie, niż do Cerys — będziemy tam oboje, a…
     Nagle powiał tak zimny wiatr, że nawet Adrian lekko zadrżał, mimo że z reguły był ciepłokrwisty i rzadko kiedy było mu naprawdę zimno. Tego samego jednak nie można było powiedzieć o Cerys, która obejmowała się ramionami, próbując powstrzymać drżenie. Fakt faktem, że gdy już przestało wiać, było na powrót ciepło, jednak ten spacer z każdym krokiem zdawał się naprawdę złym pomysłem.
     Westchnął ciężko, wiedząc, że choć bardzo tego nie chciał, musiał to zrobić. Z markotną miną zdjął swoją marynarkę, odwrócił się i podał Cerys.
     — Żeby nie było, że przeze mnie będziesz chora — mruknął ponuro. — Poza tym jak chcesz to możemy wracać — chociaż wolałbym nie, dodał w myślach.
     Na szczęście Braithwaite nie wyraziła życzenia powrotu do zamku, dlatego Adrian ponownie się od niej odwrócił i kontynuował swoje przemyślenia dotyczące herbatki.
     — No właśnie, herbatka — mruczał w zamyśleniu. — Będziemy tam oboje… więc dla wszystkich to będzie raczej oczywiste, że pójdziemy na przeszpiegi… Hm, no ale z drugiej strony, oboje dostaliśmy zaproszenie, nie? Bo gdyby, dla przykładu, było tak, że tylko ja bym je dostał, a ty nie, to chyba nie powinienem cię zapraszać, tylko wziąć np… Irinę… no nie, bo to to samo… ale bym cię nie wziął, żeby aż tak nie zwracać uwagi. No ale skoro oboje mamy zaproszenia, to żadna różnica i tak czy siak jesteśmy na siebie skazani… no dobra, trudno — dodał nieco głośniej — ale tak czy siak musimy jak najwięcej zapamiętać. Wyobrażasz sobie — zaczął podekscytowany, odwracając się w stronę przyjaciółki — jak rozchwytywana będzie nasza gazeta, gdy się okaże, że dodaliśmy tam relację z herbatki u Slughorna? I to jaką — z pierwszej ręki! Ja tam chciałbym coś takiego przeczytać i jestem pewien, że inni też! Zresztą chętnie bym przeczytał relację z innych edycji spotkań tego Klubu, tylko że przed nami nikt nie był na tyle inteligentny, by wpaść na pomysł założenia gazety! Naprawdę, tyle lat ta szkoła istnieje i tylko my to zrobiliśmy? Chociaż nie, to niemożliwe, pewnie były kiedyś jeszcze jakieś… aż z ciekawości poszukam w archiwum, wiesz? Bo na pewno są i chętnie sobie poczytam, jak inni uczniowie piszą o tym, co się wtedy działo…
     Zbliżali się już do chatki Hagrida, gdy Adrianowi uruchomiło się jego gadulstwo. Gdy był czymś podekscytowany, zwykle kończyło się to długim strumieniem paplania o wszystkim i niczym. Natomiast myśl o tym, że podczas spotkania elitarnego Klubu Ślimaka być może dowie się tylu ciekawych, wręcz pikantnych rzeczy, które będzie mógł opublikować, po raz pierwszy od dostania zaproszenia ucieszył się, że będzie mógł się tam pojawić.
     Nie mówiąc już nawet o swoistym prestiżu. Z całego roku tylko garstka uczniów doznawała tego zaszczytu bycia ulubieńcem Slughhorna, dlatego tuż po tej slughornowej herbatce Adrian zamierzał chodzić po szkole z nosem skierowanym w stronę nieba — żeby na pewno nikt nie przeoczył, że on — sam Adrian McAvoy — tam był!.
     — Idziemy do Hagrida czy ci się nie chce? — zagadnął, nawet nie patrząc na przyjaciółkę. — Może poczęstuje nas jakąś herbatką, to się rozgrzejesz.
     Gdzieś w oddali, poza ciemną ścianą lasu i coraz ciemniejszymi chmurami wiszącymi nad drzewami, majaczyły jakieś dziwne kreatury, które nauczyciel ONMS zapewne szykował na swoją kolejną lekcję. A jako że zostawił okulary w dormitorium — których na razie musiał używać tylko do czytania — nie za dobrze widział, co to były za stwory.
     — Wzięcie aparatu na herbatkę będzie przegięciem, nie? — spytał posępnie, jednak po chwili sam znalazł odpowiedź na swoje pytanie. — WEŹMIEMY APARAT! Weźmiemy i powiemy Slughowi, że jesteśmy tu tak samo prywatnie, jak i zawodowo i że chcemy uwiecznić ten wspaniały moment, to wspaniałe wydarzenie, bla bla bla — Adrian lekceważąco machnął ręką. — Jak mu trochę posłodzimy i podkreślimy, jak bardzo cenimy to spotkanie i tak dalej, to na pewno się zgodzi, bo mu to dumę połechta. Zobaczysz, tak będzie! To ja wezmę aparat, a ty… nie no, ty nic nie bierz, bo notatnik to jednak przegięcie. Chociaż jednak żałuję, że Irina z nami nie idzie, wiesz? — zagadnął niespodziewanie. — Przyczaiłaby się gdzieś z tyłu i notowała. Chociaż wiesz co? Bo ona nie jest, zaproszona, nie? — spytał, nie zważając na to, że znowu włączyło mu się gadulstwo. — A jakby tak spróbować ją wkręcić? To znaczy wiesz, nie tak oficjalnie, ale nieoficjalnie! Coś byśmy wymyślili, a tak to by robił za szpiega i wychwytywała co ciekawsze rzeczy. A Irina się na tym zna, jest w te klocki cholernie dobra! Mógłbym z nią pogadać, bo dobrze się z nią dogaduje… w sumie to ogólnie naprawdę fajna babka jest, wiesz? Może któregoś razu faktycznie posłucham twojej rady i się z nią umówię, zamiast zabierać cię wszędzie gdzie się tylko da. Ileż można, nie? Przyjaźnimy się, jasne, ale czasami mi się wydaje, że jesteśmy powiązani jakąś klątwą nierozłączności. I nawet jakbyśmy chcieli zostawić się w cholerę, to nie będziemy mogli, bo bogowie na górze nie są aż tak miłosierni… a dla mnie to już zwłaszcza — dodał markotnie — skoro mi zesłał na drogę akurat ciebie. Czy to nie mogła być jakaś spokojna, opanowana babka, która nie miewa co trzy minuty napadów złości? Czym ja sobie zawiniłem w przeszłym życiu, no powiedz mi?!
     Adrian odwrócił się wreszcie w stronę Cerys, uśmiechając się szeroko.
     Jednak Cerys się nie uśmiechała.
     On po chwili też już nie.





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#11 05-06-2020 o 17h52

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 200

Im dalej w las, tym bardziej pewna była, że Adrian dla samej zasady gotów był wejść prosto w największą, najbardziej mokrą chmurę, byle tylko udowodnić swoją teorię o zdrowotności tych przechadzek. Choć zwykle mu dokuczała i kradła sobie jego marynarkę lub wpatrywała się w niego wymownie, by    O D D A Ł   J Ą    D O B R O W O L N I E, dziś nie miała na to siły. Wiatr skutecznie odbierał jej tchu, nie mówiąc już o tym, że splątał jej loki w jakieś kołtuny. Nawet najlepszy szampon Lockharta tego nie naprawi, pomyślała z żalem. Znowu trzeba będzie schować się pod najgrubszym kocem i z głową całą w papilotach…
                Czasami była ciekawa, jak zareagowałby Adrian, widząc ją w wałkach na głowie; czy uznałby to za jakiś dziki mugolski wynalazek, czy raczej by zaczął się naśmiewać? Nawet była bardziej pewna, że to drugie… dopóki by nie zauważył, z czego zrobiła sobie papiloty. I nagle wyjaśnienie „koleżanka zniszczyła mi pracę domową, ja zniszczyłem jej życie” zaczynało mieć sens…
                Nie oponowała, gdy Adrian wcale chętnie oddał jej swoją marynarkę; wręcz przeciwnie, rzuciła się na nią niczym Gollum na swojego skarba. Chwilę po tym otuliła się marynarką, wdychając zapach jego dezodorantu. Bo wątpiła, żeby McAvoy zdawał sobie sprawę z tego, że na świecie istnieje coś takiego jak perfumy. A gdyby mu dać jakieś ładne na święta? Tylko jak wtedy by wytłumaczyła ciągłe szturchanie i macanie jego szyi nosem niczym niuchacz?
No to dogadane. Dostanie perfumy.
                - Ej, aż tak ci źle, skoro mówisz, że jesteśmy na siebie skazani? – mruknęła, wydymając lekko usta w grymasie irytacji. I ciągle wracał do tematu Iriny. Mimo, że Cerys nic do niej nie miała, żadnej urazy ani niczego takiego, ba, rozmawiała z nią na co dzień normalnie, jak cywilizowany człowiek, niekiedy łapała się na niechętnej myśli, że coś podejrzanie często Adrian o niej wspominał…
                - Taaa, jasne – mruknęła tylko, zasuwając wilgotny kosmyk włosów za ucho. – Nie jesteśmy pierwsi i nie jesteśmy ostatni, tego możesz być pewien. Pewnie ci mugole w jaskiniach Francji też tak sobie mówili. No wiesz, ci kromaniończycy. No ci, co zostawiali odbicia dłoni na ścianach – dodała, widząc spojrzenie Adriana. – A dobra, nieważne, przecież ty nawet byś nie odróżnił odbicia ręki od stopy na ścianie – dodała wyraźnie niezadowolona. – Na pewno są jakieś stare gazety, można zapytać Pince jak chcesz. Dziś będę szła do biblioteki, bo mam do odwalenia pracę dla Avery’ego na szlaban, to mogę jej o tym wspomnieć. Chcesz?
                Czasami trudno było być dziewczyną. Huśtawki nastrojów non stop nie pomagały w podejmowaniu racjonalnych decyzji lub byciu normalnym człowiekiem. Adrian zdążył się o tym już zresztą przekonać nie od dzisiaj. I chociaż ledwie powstrzymywała się od burknięcia „w du### mam tę herbatkę Hagrida”, ostatecznie nie zrobiła tego, nie chcąc mu przysparzać więcej przykrości. Zwłaszcza że jednak mimo wszystko lubiła to gadulstwo Adriana – ten jego tryb uroczego idioty.
McAvoy, kiedy zapominał o swoim charakterze i tym, że tak naprawdę jej nie lubi, potrafił być całkiem fajnym facetem.
                 Ale nie dla mnie, pomyślała z goryczą.
                - Nie wiem, czy Slughorn zgodzi się na zdjęcia – odparła niechętnie. Aktualnie przechodzili obok zagrody gumochłonów – najwyraźniej Hagrid zaplanował lekcję z ich udziałem. Na moment się zatrzymała, obserwując stworzenia, leniwie żujące sałatę. Po raz kolejny dochodziła do wniosku, że bycie gumochłonem musiało być całkiem przyjemne… żadnego myślenia, problemów osobistych, a jedynymi zmartwieniami było tylko znalezienie sobie pani gumochłonowej i odpowiednio dużych źródeł sałaty.
                Słuchała dalej gadulstwa Adriana, zanim poczuła się, jakby ktoś jej przyłożył z liścia. Kubeł zimnej wody na głowę. Ot, los w tej chwili przejeżdżał obok samochodem i ją spryskał od stóp do głów lodowatym deszczem rzeczywistości.
                  A Irina się na tym zna, jest w te klocki cholernie dobra! Mógłbym z nią pogadać, bo dobrze się z nią dogaduje… w sumie to ogólnie naprawdę fajna babka jest, wiesz? Może któregoś razu faktycznie posłucham twojej rady i się z nią umówię, zamiast zabierać cię wszędzie gdzie się tylko da. Ileż można, nie?
                - Nie wiem, czym sobie zawiniłeś – odparła cicho, bardzo poważnym tonem. Już nie potrafiła się uśmiechać… już nie. Na moment maska złośliwej, uśmiechniętej Cerys spadła, odsłaniając jej prawdziwy wyraz twarzy – wyraz potwornej goryczy. Na moment rzuciła Adrianowi krzywy uśmiech pełen bólu, zanim oderwała wzrok i z natężeniem zaczęła przyglądać się gumochłonom.
Być jednym z nich…
                 Nigdy nie będę odpowiednio dobra.
                - A napady złości mam tylko wtedy, jeśli mnie wkurzasz – dodała, przyglądając się z uwagą gumochłonom, zanim otworzyła jedną z klatek. – A wkurzasz mnie cały czas, więc nie wiem, do kogo masz o to pretensje, skoro przede wszystkim powinieneś mieć je wobec siebie.
                Tuż po tym, niewiele myśląc, wyszarpnęła różdżkę z kieszeni.
                - Flobberfors! – syknęła jadowicie, machnąwszy różdżką w stronę Adriana. W tej chwili nie myślała o konsekwencjach, o tym, że odtransmutowany McAvoy w te pędy poleci do szkoły się poskarżyć. Nie obchodziło ją to, że Avery straci swoje opanowanie i prawie na nią nawrzeszczy i wlepi jej szlaban na co najmniej do końca roku. To wszystko nie miało teraz znaczenia. Nie potrafiła inaczej okazać swojego bólu, żalu, rozczarowania – choćby słowem czy jakimkolwiek innym czynem.
Jadowicie zielony błysk usatysfakcjonował ją natychmiast; chociaż zaklęcie było czysto zaimprowizowane, a sama Cerys niezbyt praktykowała ćwiczenia podczas zajęć ze zwierzętami, tym razem jej wyszło. Niemal poczuła dumę z faktu, że należała do Ravenclawu. Może Tiara się nie pomyliła… to jej na tyle poprawiło humor, że potrafiła się odrobinę uspokoić. Niewiele.
                - Nie martw się, dobrze się tobą zajmę – dodała pogodnym tonem, podnosząc wyjątkowo tłustego gumochłona, wokół którego owinął się krawat Adriana. – Tylko nie próbuj mi uciekać.
                - Cholibka, któryś gumochłon uciekł? – z chatki wyjrzał Hagrid; po chwili podszedł bliżej, zamykając za sobą drzwi. Najwyraźniej zbliżały się już godziny zajęć i zamierzał iść na padok, na którym odbywały się zajęcia. W oddali widać było uczniów, którzy spieszyli się na lekcje z Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami. Większość chowała się pod parasolami i przytulała się do siebie nawzajem, starając się ogrzać.
                - Nie, ale ktoś zostawił otwarte drzwi od klatki, więc chciałam go tam odłożyć – odparła. Półolbrzym jedynie pokiwał głową, zanim przyjrzał jej się uważnie.
                - Wszystko w porządku?
                - Można by tak powiedzieć… – Cerys uśmiechnęła się blado. Potrząsnęła lekko głową, widząc zatroskane spojrzenie Hagrida. – Nic się nie stało. Muszę tylko… muszę tylko uporządkować parę myśli, zerwać trochę znajomości, poudawać, że nic się nie zmieniło. Mogę wziąć udział w dzisiejszych zajęciach? – nie czekając na odpowiedź Hagrida, oddaliła się w stronę polanki, gdzie zbierali się już pierwsi uczniowie. Nadal trzymała Adriana – ostrożnie, ale jednak na tyle mocno, by nie mógł jej uciec.


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#12 03-07-2020 o 23h12

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 861

...........................................................https://i.imgur.com/P7iFiX8.png
...........................................................●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●
     Adrian nie znał przypadku przyjaźni, w których panowały znane z definicji wartości i zachowania. Nie znał przypadku przyjaźni, w której rzeczywiście panowało wsparcie, życzliwość i swoista pozytywna energia. Tak McAvoy mógł traktować co najwyżej jakąś swoją dobrą znajomą, ale na pewno nie kogoś tak bliskiego jak przyjaciel. Nie widział bowiem żadnej przyjemności w relacji, w której brakowało bezczelnej szczerości, obrażania, zrzucania na niego winy i traktowania jak brudnego, śmierdzącego służącego, którego nie ma się ochoty tknąć nawet palcem.
     Dlatego wszelkiego rodzaju złośliwości na linii Cerys — Adrian były czymś tak zwyczajnym, że aż naturalnym i dotychczas nikt nie zwracał na to większej uwagi. Właśnie dlatego McAvoy zaczął się niepokoić o swoją przyjaciółkę i jej nagłą nadwrażliwość na mcavoyowe zachowania. Zdawać się mogło, że jakiś pierun trzasnął ją po głowie w wakacje, bo w piątej klasie wszystko było w porządku, aż nagle na początku szóstej coś wyraźnie się zmieniło. I o ile wcześniej Adrian niczego większego nie podejrzewał, tak dzisiejsza uwaga Cerys sugerująca, że McAvoy był dla niej jakoś wyjątkowo wredny, wprawiła go w istne osłupienie.
     Wyjątkowo wredny? Przecież był dla niej taki przez całą ich znajomość! Dlaczego tak nagle zaczęło jej to przeszkadzać? Nie miał pojęcia.
     Z nadzwyczajną lekkością ignorował głos niepokoju, który zagnieździł się gdzieś z tyłu jego głowy. Ten ciężar cały czas był odczuwalny, jednak McAvoy wierzył, że to tylko chwilowe babskie humorki — których Cerys miała cały wachlarz — i już niedługo wszystko wróci do normy. Dlatego, w czasie spaceru po błoniach, zaryzykował wspomnienie o Irinie, co od czasu do czasu uderzało w cerysową dumę dziennikarską. Jednak jeszcze nigdy Braithwaite nie wyglądała na tak oburzoną i dotkniętą tą wzmianką jak wtedy. Lecz dlaczego? Przecież sama wielokrotnie obrażała McAvoya, tłumaczyła mu, że każdy facet, nawet ślepy, głuchy i z jedną nogą był lepszy, przystojniejszy i bardziej zaradny niż on. Co więcej, cały czas sugerowała, że Adriana bardziej interesują faceci, co — choć było oczywistą bzdurą — Cerys uwielbiała mu wypominać, jak i szerzyć tę plotkę dalej. Za coś takiego McAvoy mógłby się już solidnie obrazić, a jednak nigdy tego nie robił — a przynajmniej nie na poważnie — i puszczał to wszystko mimo uszu.
     Zawsze tak robili. Oboje.
     A może tak mu się tylko wydawało? Może jemu te wyzwiska nie przeszkadzały, lecz jej z jakiegoś powodu zaczęły ciążyć? Jednak skoro tak było, dlaczego mu o tym nie powiedziała? I, co ważniejsze, dlaczego sama ten cyrk kontynuowała?
     Kobiety to wariatki. One są jakieś niezrównoważone, pomyślał, jednak ani się ważył wypowiedzieć tego na głos.
     Gdy usłyszał odpowiedź Cerys, która stwierdziła, że Adrian powinien mieć pretensje wyłącznie do siebie za to, że ją wkurza, od razu zamierzał zaprotestować. Przecież to było dokładnie to, nad czym myślał jeszcze chwilę temu — nad tą istną dwulicowością Cerys. Raz brała czynny udział w tych złośliwościach, by następnie uznać, że jednak jej nie bawią. Coś mocno się zmieniło w tym roku, a Adrian, ku swemu głębokiemu niezadowoleniu, nie miał pojęcia, co to takiego. Ale cokolwiek to było, mocno namieszało.
     Nie zdążył jednak odezwać się ani słowem, ponieważ na widok Cerys celującej w niego różdżką, zupełnie go zatkało. Jednak nie miał nawet czasu się porządnie wystraszyć, gdy z różdżki wystrzeliło zaklęcie, uderzając prosto w McAvoya. Efekt był natychmiastowy i wyjątkowo nieprzyjemny. Wpierw po jego ciele rozlazły się potworne skurcze, co sprawiało takie wrażenie, jakby jakieś wielkie, ostre klamerki spinały każdy centymetr jego skóry. Gdy szczypiący, kłujący ból narastał, Adrian zacisnął mocno powieki, starając się nie krzyczeć.
     Wtem coś silnie nim szarpnęło, a nagła zmiana ciśnienia z obezwładniającą siłą uderzyła go w głowę, powodując ogromny ból i silne mdłości. Nie mając pojęcia, co się dzieje, próbował otworzyć oczy, lecz wtedy zrozumiał, że coś bardzo niedobrego działo się z jego ciałem. Skurcze wprawdzie ustały, lecz teraz Adrian nie mógł poruszyć żadnym swoim mięśniem; kompletnie sparaliżowany, próbował się szamotać, jakkolwiek drgnąć, jednak bez skutku. Ból głowy narastał, a gdy McAvoy nie był w stanie go wytrzymać, próbował krzyknąć rozdzierająco, lecz i tego nie mógł uczynić.
     Przejęty potworną paniką, nie potrafił zrozumieć, co się właśnie stało. Wiedział, że musiał się uspokoić, aby zrobić rozeznanie w sytuacji, lecz sam fakt tak wielu nagłych i bolesnych zmian ogromnie go przerażał. Adrian nigdy nie radził sobie z dużym stresem, a zbyt duża dawka strachu momentalnie wyłączała go z działania. Dlatego w tamtej chwili nie miał pojęcia, co powinien zrobić i nie potrafił się zmobilizować do podjęcia jakiejkolwiek mądrej decyzji.
     Mimo to po dłuższej chwili zdołał się skupić, próbując zrozumieć, co się stało. Gdy na kilka chwil uspokoił oddech i przestał panicznie wrzeszczeć w głowie, poczuł, że jego ciało jest w jakiś nienaturalny sposób… rozciągnięte. Z jednej strony bowiem czuł, że nic mu nie jest, wciąż potrafił oddychać i logicznie myśleć, ale jak gdyby nie miał nad mięśniami żadnej władzy. Jak gdyby ta powłoka nie należała do niego. Jak gdyby…
     Jak gdyby został w coś przemieniony.
     To olśnienie chwilowo zakryło wszystkie negatywne emocje, radując McAvoya z rozwiązania podstawowej zagadki. Zamienianie ludzi w zwierzęta nie było jakoś specjalnie rzadkie i niektórzy co bardziej porąbani autorzy książek o transmutacji opisywali nawet, jak się czuje czarodziej zamieniony w czworonoga i jak się wówczas zachowywać. Adrian wprawdzie czytał tę książkę, ale to było lata temu i niewiele z tego pamiętał. Wiedział tylko, że sterowanie takim zwierzęciem „od wewnątrz” jest o tyle trudne, że należy skoordynować ruchy obu istnień. Dlatego Adrian — choć wówczas wydawało mu się to niemożliwe — musiał wysłać swojemu mózgowi komunikat, że chodzi, aby zwierzę, w które został zamieniony, zrobiło to samo. Jednak jak miał to zrobić, skoro nawet nie wiedział, w co ta wariatka go zamieniła? Skoro nawet nie…
     Wtem znowu go olśniło, a myśl, potwornie gorzka i nieprzyjemnie kłująca w serce, przysłoniła wszystkie inne kłopoty. Bo największym z nich była Cerys. To Cerys zamieniła go w jakieś zwierzę. Jak ona mogła coś takiego zrobić? Jak mogła go tak podle ukarać? I za co? Adrian nie potrafił tego pojąć, podobnie jak tego, co właśnie kotłowało się w jego głowie. Nigdy bowiem — nigdy — nie pomyślał o swojej przyjaciółce źle. Wszelkiego rodzaju złośliwości zawsze były inną kategorią, lecz gdy żarty szły na bok, McAvoy zawsze wiedział, że Cerys była najbliższą osobą w jego życiu, że kochał ją jak siostrę i że zawsze mógł na nią liczyć, tak jak ona mogła liczyć na niego. A przynajmniej wierzył, że tak było i że Cerys miała świadomość tego, jak ją postrzegał.
     Widocznie nie miała. Bo czy inaczej postąpiłaby tak podle?
     Nie potrafił tego zrozumieć, a najbardziej bał się tego, że dla Cerys zamienienie przyjaciela w zwierzę nie jest niczym złym. Pewnie sądziła, że gdy już go odczarują, razem wybuchną śmiechem. Albo że Cerys nadal będzie obrażona i to właśnie McAvoy będzie musiał ją przepraszać. Albo zacznie się wykręcać, żeby nie przesadzał, bo przecież nie stało się nic złego.
     Stało się. Stało się coś strasznego, potwornego; coś tak złego, że Adrian nigdy by nie podejrzewał, że to może być realne.
     A stało się to, że Adrian zwątpił w Cerys. Zwątpił w nią, w jej intencje, w jej zaufanie, w jej przyjaźń.
     Podświadomie zdawał sobie sprawę, że te czarne myśli były przesadzone i prędzej czy później się rozwieją, jednak wtedy, zamknięty w jakimś obrzydliwym ciele równie obrzydliwego stworzenia, nie myślał o niczym innym poza głębokim, gorzkim rozczarowaniu, jakie zżerało go od środka. Co więcej, to samo rozczarowanie wzbudzało w nim strach, a także… bezbrzeżny smutek. Smutek spowodowany właśnie tym, że był w stanie zwątpić w Cerys. I że ona tak potwornie z niego zakpiła.
     Nie, nie umiał tego potraktować jako żart. Nie umiał nie brać tego na poważnie i się tym nie przejąć. Bo żeby to był ktoś inny — ktoś, komu kiedyś podpadł, o kim napisał coś złego w gazetce, kogo prześcignął w jakimś teście — to by zrozumiał. Ale Cerys…?
     Dręczony jak najgorszymi myślami, raz jeszcze spróbował się skupić na otoczeniu. Już jakiś czas temu czuł, że jest podnoszony, bo mocno zakręciło mu się w głowie, a ciśnienie zmieniające się przez wysokość doprowadzało go do szału, waląc w jego głowę zupełnie jak szalony perkusista w swoje bębny. Potwornie słaby, obolały i bezsilny, nie miał wyjścia i dał się gdzieś prowadzić. Gdy wsłuchał się w dochodzące z otoczenia dźwięki — absurdalnie rozciągnięte i jakby rozmyte — domyślił się, że to właśnie Cerys postanowiła się zająć swoim nowym zwierzątkiem. Jednak obok był ktoś jeszcze, lecz Adrian nie potrafił rozpoznać, do kogo należał drugi głos. I choć paradoksalnie pocieszyło go, że był „w rękach” Cerys, a nie kogoś obcego, tak nadal nie mógł uwierzyć w absurd tej sytuacji.
     Skupiając się na tym, co działo się wokół, zrozumiał, że Cerys przemieniła go w jakieś małe, mało ruchliwe stworzonko. To pierwsze poznał po tym, że Braithwaite bez trudu do przenosiła, a drugie po tym, że choć próbował się poruszyć w tym dziwnym ciele, szło to bardzo opornie. Albo to po prostu McAvoy nie znał się na sterowaniu zwierzętami, ale cóż — nigdy dotąd żadnym nie był. To był jego debiut, który poszedł mu raczej marnie.
     Przez to, że został zamieniony w maleńkie stworzenie, jego wzrok nie sięgał tak daleko jak ludzki. Dodatkowo podskakująca ciągle Cerys w niczym nie pomagała, przez co Adrian nie był w stanie skupić swojego nędznego, bardzo słabego wzroku na czymkolwiek z dalszego otoczenia. Gdy Braithwaite wreszcie się zatrzymała, McAvoy ujrzał przed sobą jakąś ciemną, zamazaną ścianę, lecz nie był pewien, czy to po prostu drzewa, czy coś innego. Dopiero gdy usyszał doskonale sobie znany gwar zebranych uczniów, zrozumiał, że byli na lekcji. Sądząc po miejscu, to zapewne zajęcia z Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami…
     Właśnie wtedy Adrianem szarpnął lęk. A jeśli Cerys odda go Hagridowi w ramach lekcji o magicznych zwierzątkach? Ta wariatka do wszystkiego była zdolna, więc i tego mógł się spodziewać. Na szczęście przez dłuższy czas nic się nie działo, gwar ustał, a głos zabrał półolbrzym, wprowadzając dzieciaki w świat magicznych stworzeń. Po diabła Cerys tam stała? Nie wiedział, ale miał jak najgorsze obawy.
     A gdyby tak przeczołgać się po jej ramieniu i spaść i się zabić?, dumał, i tak nie mając nic do roboty. Chciałbym zobaczyć minę tej wiedźmy jak zrozumie, że właśnie zabiła swojego przyjaciela pod postacią robaka. Swoją drogą, to da się odczarować martwego robaka z powrotem w człowieka? Czy jak robak przepadł, to przepadł na amen? I tak by mnie rodzice chowali? W pudełku od zapałek? A na pudełku napis: „Tutaj spoczywa Adrian McAvoy, najbardziej ludzki robak na świecie”. Ale skoro tak, to obok musiałaby leżeć Cerys. Bo to niemożliwe, by mogła żyć ze świadomością, że zabiła swojego przyjaciela-robaka. Albo tylko robaka, bo przyjaciółmi już chyba nie jesteśmy…
     Znowu zmarkotniał, a wtem uznał, że przestanie się szamotać, bo to i tak nie ma sensu. Cerys chciała się na nim zemścić i teraz miała nad nim całkowitą przewagę. Mogła z nim zrobić, co chciała: napchać go sałatą, wrzucić do klatki z innymi stworkami „jego rodzaju”, zatrzymać sobie jako zwierzątko domowe… cokolwiek. On i tak nie miał na nic wpływu, będąc zdanym na jej łaskę i niełaskę.  Mógł więc tylko obserwować i czekać, aż Cerys łaskawie go odczaruje.
     Obawiał się tylko jednego.
     Że po tym incydencie nic już nie będzie takie samo.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (03-07-2020 o 23h12)





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#13 07-07-2020 o 19h50

Straż Obsydianu
Doc
Straż na szkoleniu
Doc
...
Wiadomości: 200

A jednak, gdyby Adrian tylko powiedział „słuchaj Cerys, mam problem”, ta by go wysłuchała. Może raz czy dwa szturchnęłaby jego dumę osobistą, rzuciłaby jakimś zgryźliwym żartem, a jednak… niekiedy miewała wrażenie, że McAvoy miał do niej pretensje, samemu nawet nie wiedząc, o co i po co.
     I może mu rzeczywiście dokuczała, że Adrian wolał facetów; ale na miłość boską, który normalny, zdrowy chłopak nie zawiesił nigdy na żadnej dziewczynie oka? No chyba, że był bucem bez uczuć i zimną bryłą lodu, jak kuzyn Corneliusa, ten który uczył się w Beauxbatons (i którego parę osób mogło poznać, gdy uczniowie z Francji przyjechali do Hogwartu w ramach uczniowskiej wymiany czy jakiegoś tam międzyszkolnego konkursu; Braithwaite zdążyła już zapomnieć szczegóły…). I patrząc na to, jak Adrian się teraz zachowywał, miał bardzo wiele z tym bucem z Francji wspólnego. Żaden z nich nie zawiesił oka na żadnej dziewczynie. Absolutnie żadnej. To było normalne? A, no pewnie tak – tylko że wśród facetów, którzy interesowali się innymi facetami.
     Kiedy oddaliła się na większą odległość od Hagrida i innych uczniów, spojrzała jeszcze raz na Adriana. Wysunęła ostrożnie rękę spod niego, by rozwiązać mu krawat. Co poniektórzy uczniowie, którzy ich mijali, wybuchali śmiechem na widok tego niecodziennego ubranka Adriana; ktoś właśnie żartował, że może powinien swojemu gumochłonowi nałożyć swoją tiarę.
     - Cholera, tak cię przepraszam – szepnęła, uświadamiając sobie, co zrobiła. Zamieniła swojego najlepszego przyjaciela w jakieś stworzenie! I jak ona, do diabła, miała go zamienić z powrotem!? Chociaż Avery przypomniał im już na początku roku to zaklęcie, ba, uczyli się tego nawet wcześniej, chyba jeszcze przed SUMami, to trudno byłoby oczekiwać od Cerys, by pamiętała takie błahostki. Nigdy nie zawracała sobie głowy tym, by pamiętać takie rzeczy – to Adrian miał je pamiętać i, w razie czego, przypominać. Tak czy inaczej najważniejszym faktem było to, że Braithwaite nie pamiętała w ogóle, jak to zrobić.
     Poza tym żałowała. Wiedziała, że zrobiła coś, za co McAvoy miał pełne prawo obrazić się na nią raz na zawsze. Po raz kolejny nie potrafiła powściągnąć swojego gigantycznego jęzora. Nie nadawała się nawet na to, by być jego przyjaciółką. Bo który przyjaciel robi komuś coś takiego? Kto tak bardzo niekontrolowanie ulega emocjom? Żaden normalny człowiek. A jak ktoś miał z tym problem, to zwykle nad tym pracował.
     Każdy, tylko nie ty, odpowiedział jej głos w głowie, identyczny do głosu Adriana. Mogłaby przysiąc, że to sam McAvoy przemawia w jej myślach, jak gdyby była połączona z gumochłonem jakąś przedziwną mocą telepatii. A może to działo się naprawdę? Może ta transmutacja otworzyła im to trzecie oko, o którym tak mówiła non stop profesor Trelawney? Chociaż Braithwaite zawsze była zdania, że to trzecie oko znajdowało się w zupełnie innej części ciała (aczkolwiek równie kulistej), być może jednak nauczycielka wróżbiarstwa miała rację.
     Mam nadzieję, że wiesz, jak bardzo mi przykro, pomyślała najgłośniej, jak tylko potrafiła. Na szczęście myśli te nie wyrwały jej się na głos – niechybnie wtedy wzięto by ją za wariatkę.
     W milczeniu śledziła wzrokiem zwalistą postać półolbrzyma, jak ten schyla się do klatek, otwierając je i pozwalając gumochłonom wypełznąć; niektóre z nich odpełzły w stronę największych i najbliższych kęp trawy, by zabrać się za ich żucie. Było w tym widoku coś uspokajającego… coś kojącego. Może dlatego, że te stworzenia nigdy się nie spieszyły, zawsze miały czas i zapewne nie wdawały się w bardziej skomplikowane relacje z kimkolwiek, kto nie był główką sałaty?
     W pewien sposób naprawdę im zazdroszczę. Mają nieskomplikowane priorytety i niczym nie muszą się martwić. Szkoda, że w życiu nie jesteśmy takimi stworzeniami. I nie jesteśmy nimi nawet, jeśli prożonglerowi foliarze próbują wmówić nam, że jest inaczej i tak naprawdę rząd próbuje przemienić nas w gumochłony.
     Stojąc z Adrianem w ramionach i obserwując, jak Hagrid robi wykład o tych przeuroczych stworzonkach, mimowolnie pogrążyła się w rozważaniach na ten temat; szybko jednak temat sałaty umknął jej uwadze, kierując się w stronę Avery’ego, którego niewysoka figurka była widoczna z daleka – schodził akurat ze ścieżki w stronę Zakazanego Lasu, zapewne na spacer.
     Chociaż zazwyczaj uciekała od konsekwencji, zrzucając winę na innych, czyli głównie na Adriana, Irinę lub Jasmine, w tym wypadku nie było w pobliżu żadnej innej osoby, która mogłaby stać się potencjalnym winowajcą. A wiedziała, że nieważne jakąkolwiek wersję wydarzeń przedstawi, Avery jej nie uwierzy; niekiedy miała wrażenie, że nauczyciel z tym przenikliwym spojrzeniem czytał jej w myślach. I chociaż nie posądzała go o używanie legilimencji na uczniach, to wydawał jej się osobą, która się na tym zna.
     On zawsze wydaje się osobą, która mogłaby coś zrobić, ale tego nie robi… tylko dlaczego? Dla zasad?
     
     Westchnęła cicho, przestępując z nogi na nogę; lekcja dopiero się zaczęła, a ona już się nudziła. No i jednocześnie czuła te nerwowe mrówki w brzuchu. Zawsze, kiedy się denerwowała, miała wrażenie, że kotłują się w jej żołądku. Nawet wolała nie myśleć, co z motylami zauroczenia, które podobno też gdzieś latały w brzuchu. Prawdę mówiąc wątpiła, żeby to było przyjemne doświadczenie. Ale z drugiej strony nie miała okazji jeszcze go poznać. Chociaż zdarzało jej się czasem pocałować jakiegoś co przystojniejszego chłopaka za szklarnią czy trzymać się z kimś za ręce, to i tak nie było to samo. Nic. Zero. Totalnie.
     - No, to tera wyprowadźcie gumochłony na spacer! – dobiegł ją radosny głos Hagrida. Dziewczyna zamrugała oszołomiona, wyrwana ze swoich przemyśleń; wkrótce po tym zaczęli omijać ją uczniowie, idąc po smycze.
     Smycze?
     - A ty czemu go nie wyprowadzasz? – zapytał ją jakiś wyrośnięty trzecioroczniak. Gdyby Braithwaite nie wiedziała, na której lekcji się znajduje, pomyślałaby, że to piątoklasista.
     - Bo mój gumochłon jest zmęczony – burknęła Braithwaite, kładąc Adriana na ziemi. Machnięciem różdżki oczyściła się ze śluzu; mimo, że deszcz przemoczył ją dość skutecznie, wolała jeszcze poprawić ten efekt. Dopiero po tym poczuła się czyściutka.
     - A poza tym widziałeś, żeby któryś z nich się ruszał? – dodała, wskazując na gumochłona Hagrida. Nadal stał przy kępie traw, żując je leniwie. Mogłaby przysiąc, że nie ruszył się od ponad pół godziny.
     - No tak… – mruknął chłopak bez przekonania. Chwilę po tym spojrzał na swoje zwierzątko, wokół którego już zamontował szelki. Był to jeden z kolejnych pomysłów Ministerstwa, które uznało, że lekcje ONMS są zbyt niebezpieczne i w związku  z tym gumochłony powinny mieć smycz lub cokolwiek innego, co nie dopuściłoby do ich ucieczki. Oczywiście nie, żeby te chciały gdziekolwiek uciekać. I oczywiście nie miał znaczenia fakt, że w klasyfikacji samego Ministerstwa miały kategorię X, czyli oznaczały stworzenia nieszkodliwe i niegroźne. Biurokracja była biurokracją.
     Aż cud, że nie wymagali kagańców dla kugucharów lub uprzęży dla testrali i abraksanów.
     - To rzeczywiście bez sensu – przyznał, wzbudzając w Braithwaite lekki uśmieszek.
     - Mówiłam?
     Chwilę po tym gumochłon trzecioroczniaka zaczął szturchać Adriana, leniwie przy tym poruszając wypustkami.
     - Przesuń się – powiedział gumochłon. Tego jednak Cerys i młodszy uczeń nie mogli dosłyszeć, oczywiście – zamiast tego zajęli się konwenansami towarzyskimi.
     - Warren jestem – przedstawił się.
     - Wiem, grasz w drużynie quidditcha.
     - Blokujesz mi dostęp do sałaty – zirytował się gumochłon. – Głuchy jesteś czy co?

     Gdy lekcja się skończyła, a trzecioroczniaki oddaliły się w stronę zamku, Cerys zrozumiała, że nie powinna była rozmawiać z Warrenem. Zgubiła Adriana.
     I nie potrafiła go nawet z tego całego tłumu gumochłonów odróżnić. Nawet mimo tego, że została po zajęciach i pomagała Hagridowi zanieść je do klatek, to i tak nic nie dało. Wszystkie były takie same. Adrian nie miał nawet żadnych kropek ani niczego takiego, co mogłoby sugerować, że to on.
     - Profesorze Hagrid? W jaki sposób rozróżnia pan swoje ulubione gumochłony? – zapytała z nagła, ignorując zdziwione spojrzenie półolbrzyma. Mężczyzna przez chwilę musiał się zastanowić; jego czarne oczy, połyskujące jak żuki, wpatrywały się w nią z zaskoczeniem.
     - Cholibka, nigdy chyba ich nie rozróżniałem – przyznał wreszcie po dłuższej chwili namysłu.
     No to przechlapane. I co ja mam teraz zrobić? Chyba najlepiej będzie pójść do Avery’ego i powiedzieć mu, że zgubiłam Adriana w tłumie innych gumochłonów… zabije mnie, on mnie chyba nawet na pewno tym razem zabije.

     Z ciężkim sercem udała się w stronę zamku. Każdy kolejny krok był coraz cięższy; widok murów, nieuchronnie przybliżających się do niej, przytłaczał ją jeszcze bardziej. Pod koniec, gdy przekroczyła już Drzwi Wejściowe, czuła się tak, jakby wtoczyła pod jakąś górę gigantyczny kamień. Dosłownie wszystkie członki miała ociężałe, jakby zdrętwiałe, nie mówiąc nawet już o umyśle – nie była w stanie wykrzesać z siebie nawet jednej przytomnej myśli.
     A jednak ta pojawiła się, równie szybko, jak ulotnie; mgliste wspomnienie Accio dryfowało w jej głowie, zanim uświadomiła sobie, że to być może mogłoby zadziałać. Chociaż zazwyczaj zaklęcie to oddziaływało na przedmioty martwe, elementy otoczenia i tak dalej, to jednak czym gumochłon różnił się od kamienia na przykład? Poza konsystencją, oczywiście. Nie miał tak samo żadnych uczuć, emocji i tak samo wcale się nie ruszał.
     Z tą myślą szybko wróciła na Błonia, ignorując fakt, że była już całkowicie przemoczona. Mogłaby grać jakąś wodną szyszymorę, o ile oczywiście przemoczony potwór z lat 30 byłby przerażający. 
     - Accio gumochłon Adrian!
     Chwilę po tym dostrzegła rozmazaną różową kulę, lecącą w jej stronę; tuż po tym Adrian wylądował w jej dłoniach. Nie było to zbyt przyjemne doświadczenie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że wciąż kapał śluzem – jednak nie miała innego wyjścia. Gdyby uniosła go zaklęciem Vingardium Leviosa, wzbudziłaby tym podejrzenia nauczycieli. Inna sprawa, że na pewno się spóźni na zajęcia z wróżbiarstwa… no trudno, Trelawney jakoś jej to wybaczy, zwłaszcza jeśli wymyśli jakiś szczególnie tragiczny horoskop na nadchodzący miesiąc.
     - Jezu, jak ja cię przepraszam, naprawdę nie wiedziałam, co ja mam zrobić – mówiła, gdy szła z nim z powrotem do zamku. – Nie chciałam, ale o tym wiesz, nie? Nie wiem, co ja miałam wtedy w głowie. Pewnie mi tego nie wybaczysz, bo zachowałam się jak totalna kretynka…
     Znów zaczynała się plątać. Znów zaczynała gubić słowa, motać się w przeprosinach, nieświadoma, że pewnie nawet Adrian zgubił się w tym wszystkim już dawno temu. Stopniowo jednak, im bliżej byli zamku, tym bardzie cichła.

     Szkoła wydawała się być opustoszała; o tej godzinie chyba większość klas miała zajęcia, wliczając w to szósty i siódmy rocznik. A przynajmniej prawie większość – bo zajęć z transmutacji o tej godzinie jeszcze nie było. Wnętrze sali było puste – jedyne, co widziała, to tylko przysypiającego kruka na jednej z poduszek od szpilek. Pewnie wcześniej były jeżem.
     Były jeżem… EUREKA!
     Chociaż wcześniej Cerys nie zastanawiała się, w jaki sposób uzyska przebaczenie Adriana i nie pomyślała nawet o tym, by dać mu coś, co mogłoby go chociaż trochę udobruchać – bo wiedziała, że to się nieprędko wydarzy, o ile w ogóle – tym razem jednak uznała, że to będzie dobry pomysł. Avery chyba nie robił inwentaryzacji klasy podczas każdych zajęć, no nie?
     Kruk zakrakał drwiąco na jej widok, przestępując z nogi na nogę.
     - Większego przegrywa od ciebie jeszcze nie widziałem.
     Chwilę po tym Braithwaite wetknęła głowę do gabinetu profesora Avery’ego, ścigana szyderczym śmiechem kruka. Bo to nieprzyjemne krakanie trudniej było jej określić inaczej; miała wrażenie, że czarne oczka ptaka błyszczą złośliwą uciechą, jak gdyby to stworzenie wszystko świetnie rozumiało. Mężczyzna siedział przy biurku, skupiony na poprawie prac domowych; przez chwilę obserwowała monotonny ruch pióra, zanim poczuła na sobie jego wzrok.
     - Co cię do mnie sprowadza? – profesor odchylił się w krześle, przyglądając się zarówno jej, jak i gumochłonowi; cienka, głęboka zmarszczka przecięła jego czoło, gdy zmarszczył brwi i wyraźnie się nachmurzył.
     - Proszę mi to wyjaśnić – dodał, wskazując gestem krzesło. – Czy to jest uczeń? - jego głos nieprzyjemnie przypominał ton profesor McGonagall.
     - Tak… – Cerys nawet nie miała siły się bronić. – Ja… zamieniłam go przypadkiem… to znaczy, nie przypadkiem, zdenerwował mnie i wyciągnęłam różdżkę… – dodała, widząc surowe spojrzenie Avery’ego. Mężczyzna po tym pokręcił głową i westchnął z dezaprobatą.
     - I go zamieniłaś – podsumował z wyraźną irytacją. – Co ja wam mówiłem na pierwszych zajęciach?
     Dziewczyna w milczeniu spuściła głowę. Chociaż profesor nie okrzyczał jej, nie wytykał jej błędów, nie mówił wprost, co zrobiła źle, i tak źle się z tym czuła. Nie uważała go za swój największy autorytet, jednak niezaprzeczalnie miał coś takiego w sobie, że jeśli okazywał swoją dezaprobatę, to człowiek czuł się z tym źle. No i był opiekunem jej domu.
     - Gdzie i kiedy mam się zgłosić na szlaban? – zapytała niemrawo, nie odrywając wzroku od biurka.
     - Później o tym porozmawiamy – uciął. – Połóż go tutaj.
     Chwilę później gumochłon spoczął na blacie biurka; nawet kruk, który przyleciał w międzyczasie, przyglądał mu się z zainteresowaniem. W gabinecie zapadła cisza. Avery przetarł skronie, wyraźnie zirytowany, zanim uniósł różdżkę; huknęło, błysnęło, i na krześle obok Cerys zakołysał się wyraźnie oszołomiony Adrian.
     W gabinecie zapadła cisza, przerywana tylko szumem deszczu.
     Profesor przyglądał im się w milczeniu; dezaprobata była wyraźnie wyczuwalna, jednak podszywana jakimś… współczuciem?
     - Powinniście porozmawiać – stwierdził. – Możecie wyjść do klasy. Tylko rzućcie sobie muffliato. Panno Braithwaite, proszę po rozmowie wrócić do mnie.
     Cerys wstała bez słowa; chłopak jednak jedynie rzucił jej tylko puste spojrzenie, zanim podniósł się z miejsca i wyszedł, nic nie mówiąc. Braithwaite już-już otworzyła usta, chcąc go przeprosić, zanim znów opadła na swoje krzesło. Onieśmielił ją tą ciszą. Pierwszy raz czuła, że nie mogła mu nic powiedzieć – nawet choćby „przepraszam”. Ale zrobiła to wszystko na własne życzenie. Sama sobie na to zasłużyła – a co gorsza, zdawała sobie sprawę z faktu, że nie było w tej sytuacji nikogo innego bardziej winnego, niż ona.
     Tym razem nie istniało „coś”, na co mogłaby zrzucić winę. Nie istniał także „ktoś”. Ten „ktoś” właśnie już wyszedł i pokierował się nie wiadomo dokąd. 
     
     Tuż po tym Cerys skuliła się w miejscu, obejmując się ciaśniej ramionami – przemoczenie, zimno i ból dawały o sobie znać. Chwilę po tym dołączyły także dreszcze i katar; mimo, że Avery zaklęciem wysuszył jej ubrania i przywołał z kuchni coś ciepłego do wypicia, to nie polepszyło sprawy. Najbardziej przerażająca była w tym wszystkim świadomość kary – i świadomość, że zdenerwowała najważniejszą w swoim życiu osobę.
     Świat rozmył się wśród łez.
     A może powinnam się odsunąć? Może powinnam mu dać spokój. Przecież jestem toksyczna… to nie jest normalne że ktoś zachowuje się w taki sposób, nie powinnam tak robić…

     Nie wiedziała, jak długo czasu jej to zajęło; Avery nie przerwał nawet tej ciszy, kruk też nie. Nie miała pojęcia, ile lekcji opuściła – jedną, dwie, czy też może więcej i już właśnie zapadał wieczór?
     - Ja wiem, że postąpiłam źle… – zaczęła, gdy się tylko uspokoiła trochę bardziej. – Ale ja sobie n-nie radzę… co ja takiego robię, że n-nie zauważa niczego? Nie chce tego widzieć?
     - Cerys, dopóki milczysz, to niczego nie zauważy – odparł spokojnie Avery; chusteczka opadła na jej kolana, kolejna z wielu. Nawet nie chciała sobie wyobrażać, ile musiało ich już leżeć u jej stóp. To wcale nie pomagało. A widząc spojrzenie profesora, tym bardziej słaba, bezbronna, bezsilna się czuła.
     - Dopóki nie powiesz mu o swoich uczuciach, dopóty nic między wami nie ruszy – kontynuował mężczyzna. – Jako opiekun twojego roku muszę tylko zwrócić uwagę na fakt, że od początku roku twoje stopnie bardzo się pogorszyły. Zdaję sobie sprawę, że zauroczenie jest silniejsze, ale być może powinnaś skupić się na pracy teraz bardziej, niż kontaktach towarzyskich. Wiem z doświadczenia, że na złamane serce najbardziej pomaga praca.
     Cerys pociągnęła nosem, spoglądając na niego z niedowierzaniem. Nawet nie miała siły tłumaczyć mu, że nie chodziło jej o to, że żywi do niego jakieś uczucia, tylko o to, że Adrian ciągle gadał o Irinie.
     - Serio?
     - Serio. I właśnie dlatego będziesz tu przychodzić codziennie na dwie godziny wieczorem po zajęciach. To nadal jest szlaban, młoda damo.


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#14 30-07-2020 o 20h49

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 861

...........................................................https://i.imgur.com/P7iFiX8.png
...........................................................●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●
     Bał się. Tak przeraźliwie się bał, a po jego maleńkim, robaczym umyśle krążyły same najczarniejsze myśli. Panikował, gdy tylko sobie wyobrażał, że być może już nigdy nie powróci do swojej człowieczej formy. Tym bardziej, że Adrian nawet do końca nie wiedział, co się z nim stało. A jeśli to jakaś poważniejsza magia? Jeśli latwo było go zaczarować, a trudniej odczarować? Udręczona logika podpowiadała mu słabym, cichutkim głosikiem, że przecież znajdowali się na terenie szkoły, w której pełno było wykwalifikowanych czarodziejów. Co więcej, idąc tym samym tokiem rozumowania, wszędzie wkoło krążyli mniej lub bardziej bezczelni uczniowie i z pewnością trafiały się już podobne przypadki, w których ucznia zamieniono w zwierzę. Jednak to wszystko niespecjalnie uspokajało McAvoya. W końcu nie został zamieniony w coś dużego, a więc w coś, co łatwo zauważyć lub — w najgorszym wypadku — byłoby w stanie samo sobie poradzić. Był jakimś robactwem, które z łatwością można było zgnieść butem. Ba!, nawet zbyt silny uścisk Cerys byłby w stanie go uszkodzić…
     No właśnie. Cerys.
     Dość paradoksalnie Adrian wolał nie myśleć o blondynce, a mniej bólu i strachu sprawiała mu myśl o zostaniu robakiem na zawsze. Dlatego świadomie pogrążał się w tych czarnych scenariuszach, byle tylko nie docierało do niego, że ktoś, kogo uważał za najlepszego przyjaciela, tak brutalnie i okrutnie sobie z niego zakpił. Przecież to już nie chodziło o tak niskie żarty jak pierdzące poduszki czy przefarbowane magiczną farbą włosy. Ba!, nie chodziło nawet o jakąś tam zwykłą kłótnię i obrażanie się o głupoty, co zdarzało im się przecież tak często. Więc o co chodziło? Adrian nie wiedział nawet, jak to sklasyfikować, jak to ocenić i określić.
     A najgorsze w tym wszystkim było to, że McAvoy nie wiedział, jak powinien zareagować na to, co zrobiła mu Cerys. Bał się, że nie będzie w stanie jej tego ani zapomnieć, ani wybaczyć.
     Choć podskórnie bardzo by tego nie chciał.
     Nie ruszały go płaczliwe jęki Braithwaite, która co chwilę przepraszała go za zmienienie go w robala. Nie ruszała go szczerość i panika wyraźnie brzmiąca w jej głosie. Teoretycznie powinno go to wzruszyć i podnieść na duchu; teoretycznie powinien się ucieszyć, że Cerys tego żałowała, a jakby dobrze to rozegrał, to po wszystkim mógłby sobie zrobić z niej małą służącą, za każdym razem tłumacząc się argumentem: „Hej, a pamiętasz, jak zamieniłaś mnie w robaka? Więc o cokolwiek cię teraz proszę, jesteś mi to winna!”. Jednak cała ta sytuacja nie była ani trochę zabawna i Adrian nie umiał znaleźć w tym wszystkim żadnego pozytywu.
     Nie umiał myśleć o niczym poza tym okropnym, ciężkim, głębokim rozczarowaniem swoją przyjaciółką oraz panicznym strachem, że ich rzeczywistość już nigdy nie wróci do normy.
     Zwłaszcza że nagle jakieś obrzydliwie stworzenie zaczęło do niego gadać.
     Adrian nie potrafił sterować tym paskudnym, obłym cielskiem i nawet nie planował się tego nauczyć. Dlatego odwrócenie się choć trochę w stronę gadającego gumochłona było zaskakująco trudne, a poruszanie tymi maleńkimi oczkami sprawiało niemal fizyczny ból. McAvoy, wymęczony sterowaniem swoim własnym gumochłonem, postanowił zignorować skargi o zasłanianie sałaty — jakby nie miał większych problemów niż brak gumochłonowych przyjaciół! Jednak jak na złość, wokół nich zaczęło się pojawiać coraz więcej paskudnych, obślizgłych robali, a gdy Adrian zrozumiał, że sam wyglądał równie odrażająco, panika jeszcze mocniej chwyciła go za serce.
     Zakładając, że gumochłony jakieś miały. Bo diabli go tam wiedzą, jak one były zbudowane.
     Przestał już nawet dbać o to, że nie słyszał Cerys. Przestał dbać o to, że otaczało go coraz więcej tych szkaradnych robaków. Chwilami nawet przestawało go obchodzić to, co się z nim dalej stanie — panika zmieszana z rozczarowaniem dołowała go tak mocno, że nie umiał wydobyć z siebie jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego. Pomyślał wtem, że być może gumochłony po prostu takowego nie mają, więc przemiana nawet to mu odebrała.
     Nie mówiąc już nawet o godności osobistej.
     Nagle coś nim gwałtownie szarpnęło i zanim Adrian zdołał zrozumieć co się z nim działo, w zastraszającym tempie zaczął oddalać się od reszty gumochłonów, obserwując z góry, jak coraz bardziej się zmniejszają. Coś silnie ciągnęło go do tyłu, a im dłużej leciał, tym bardziej czuł, jak to całe fruwanie sprawia mu ból. Wprawdzie sam nawet nie wiedział, w którym miejscu go zabolało, jednak był pewien, że dłuższego lotu mógłby nie wytrzymać.
     Na szczęście już po kilku chwilach wylądował w czyichś dłoniach i choć początkowo nie był pewien, kto go złapał, upewnienie się, że to Cerys, przyniosło mu odrobinę ulgi, za którą następnie mocno się na siebie zezłościł. Miał też nadzieję, że ta wariatka wreszcie przemieni go w człowieka — zwłaszcza że jedyne, co od niej ostatnio słyszał, to rozpaczliwe przeprosiny. Zupełnie się nimi nie przejmował, a im więcej Braithwaite mówiła, tym większy czuł gniew. Ten jednak został zagłuszony przed ogromną, cieplutką falę radości, którą spowodował widok Hogwartu. Zmierzali do szkoły, a to musiało oznaczać tylko jedno — Adrian wreszcie zostanie odczarowany! Kiedy więc usłyszał znajome krakanie, momentalnie zrozumiał, że znaleźli się w gabinecie Avery’ego. Adrian pomyślał, że lepiej nie mogli trafić — nie dość że z pewnością zostanie zamieniony w człowieka, to jeszcze profesor na pewno należycie ukarze Cerys. Nie wspominając już nawet o tym, że McAvoy ani myśli odezwać się do niej choćby słowem przez następne stulecie, ale sądząc po tym, co Cerys mu zrobiła, nie sądził, by blondynka jakkolwiek przejęła się tym zerwaniem przyjaźni.
     I nawet mimo tego, że z utęsknieniem czekał na odczarowanie, widok Avery’ego celującego w niego różdżką wywołał u niego niezrozumiały lęk. Skurczony i przestraszony, w największym napięciu czekając na kolejną dawkę bólu. I się doczekał: gdy zaklęcie zaczęło działać, McAvoy poczuł się tak, jakby z każdej strony przybito mu do skóry haki z nawleczoną linką, za którą zaczęto gwałtownie ciągnąć. Potwornie rozciągany Adrian nie był w stanie krzyknąć z bólu, lecz nawet gdyby mógł, zapewne by nie zdążył, ponieważ już w następnej chwili siedział na krześle tuż przed biurkiem Avery’ego. Oszołomiony, rozejrzał się dookoła, próbując się upewnić, że na pewno wszystko jest w porządku. Obejrzawszy swoje obolałe, dziwnie sztywne i napięte ciało, natknął się na zaniepokojone, zżerane stresem spojrzenie Cerys. I właśnie to spojrzenie zadziałało na niego jak płachta na byka: jak gdyby dopiero sobie przypominając, co ta idiotka mu zrobiła, zerwał się z krzesła i czym prędzej wyszedł z sali. Dopiero na korytarzy zdał sobie sprawę, że powinien podziękować profesorowi, lecz obiecał sobie, że zrobi to później. Zresztą nauczyciel zapewne zdawał sobie sprawę, że kierowały nim silne emocje, a te zwykle nie mają wiele wspólnego z logiką czy manierami.
     Nieco się zdziwił, gdy trafił do swojego dormitorium; stopy w połączeniu z gniewem niosły go same, nie dając chwili na zastanowienie. Nie miał pojęcia jak wytłumaczy swoją nieobecność na lekcjach, jednak ani myślał iść tego dnia na zajęcia: był zbyt skołowany, zestresowany, przerażony, wściekły i przejęty. Poza tym na samą myśl o tym, że przez tyle czasu był robakiem, zbierało mu się na mdłości, a jego skóra, niedawno tak gwałtownie skurczona i rozciągnięta, ciągle nieprzyjemnie mrowiła. Zastanowiwszy się nad tym dłużej uznał, że powinien pójść do pielęgniarki aby się upewnić, że wszystko jest w porządku. Przy odrobinie szczęścia uda mu się może załatwić zwolnienie z lekcji.

     Ze zwolnieniem rzeczywiście się udało, mimo że Adrian był w ogólnym dobrym stanie. Mrowienie miało ustać do wieczora, podobnie jak mdłości, jednak pielęgniarka ostrzegała go, że przez kilka tygodni będzie odczuwał wstręt do sałaty i innych zielonych warzyw. To mu jakoś specjalnie nie przeszkadzało — gorzej ze spotkaniem u Slughorna, które miało się odbyć już tego wieczora. Na swoje nieszczęście, ta blondwariatka też miała się zjawić i to właśnie w towarzystwie Adriana. McAvoy miał nadzieję, że Braithwaite miała choć odrobinę przyzwoitości i zechce się nie zjawić, lecz szczerze w to wątpił i wolał się nawet nie łudzić, żeby ostatecznie się zbyt mocno nie rozczarować. Niestety, kiedy już prawie dotarł do sali eliksirów, który specjalnie na tę uroczystość miał być specjalnie udekorowany, tuż za sobą usłyszał sapanie i tupot obcasów. Niechętnie odwrócił się za siebie, a gdy ujrzał wyraźnie zmęczoną czymś Cerys, aż wstrzymał oddech czując, jak wściekłość znowu zaćmiewa mu umysł i burzy krew. Zaciskając zęby, przyglądał się, jak dziewczyna z wyraźnym wahaniem schodzi po schodach, nie za bardzo wiedzieć, co ze sobą począć. Czaiła się chwilę, zastanawiała, wahała, aż nagle podbiegła do niego, wcisnęła mu swoją torebkę, wymamrotała coś, czego Adrian nie miał szans zrozumieć, po czym rzuciła się w stronę toalet. Oszołomiony tym nagłym zwrotem akcji już prawie zapomniał o tym, że powinien się na nią gniewać. Oburzony tą jawną bezczelnością Cerys, przyjrzał się torbie, którą mu wcisnęła. Zmarszczył brwi, gdy zauważył delikatny ruch w jej wnętrzu, ale ani myślał sprawdzać, co się tam czaiło.
     Gdy Braithwaite wyłoniła się wreszcie z łazienki, Adrian najpierw wstrzymał oddech z wrażenia, wyłupiając oczy jak ryba wyjęta z wody, a następnie znowu się na siebie zezłościł, że tak łatwo ulegał urokowi Cerys. Odchrząknął cicho, tym samym przywracając samego siebie do porządku, po czym wymownie odwrócił wzrok, żeby blondynka nie pomyślała sobie nie wiadomo czego. Jednak musiał przyznać, że wyglądała naprawdę wspaniale: jej jasne, jak zawsze idealnie ułożone włosy doskonale kontrastowały z wyrazistym, lecz wciąż niewyzywającym makijażem. Jednak największe wrażenie robiła czarna suknia o krótkich rękawach i głębokim dekolcie w kształcie litery V, doskonale acz subtelnie opięta w talii i rozkloszowana niżej, sięgając do połowy łydek. Całość dopełniały wysokie, błyszczące czarne szpilki. Krótko mówiąc, Cerys wyglądała przepięknie i gdyby nie fakt, że Adrian był na nią śmiertelnie obrażony, prawdopodobnie byłby w stanie przełamać ich „przyjacielską strefę” i wprost jej to wyznać.
     Ale jej niedoczekanie.
     Próbując się jakoś opanować i przybrać maskę zimnego drania, odwrócił głowę i niby przelotnie obrzucił ją wzrokiem, mając nadzieję, że włożył w to wystarczająco dużo pogardy. Niestety wygląd Cerys wraz z ogólną sympatią, jaką darzył tę wariatkę skutecznie mu to utrudniały.
     — Chodźmy, bo się spóźnimy — mruknął lodowato, po czym podszedł do drzwi, czekając, aż Cerys zechce do niego dołączyć. Ani myślał chwytać ją pod ramię, jak to pierwotnie planował zrobić.
     Gdy weszli do środka, pierwsze co rzucało się w oczy to wielki, okrągły stół stojący na środku sali eliksirów. Idealnie biały obrus wraz z dziesiątkami najwspanialszych dań i napojów oraz lśniącą zastawą robiły ogromne wrażenie, lecz jednocześnie tworzyły ogromny, a wręcz absurdalny kontrast między czarnymi, zakurzonymi półkami z buteleczkami eliksirów, które stały pod ścianą. Co więcej, sala położona w piwnicy nie miała szans na naturalne światło, a i charakterystyczny, wilgotny zapach nijak nie znikał, choć sądząc po wyraźnie wyczuwalnych owocowych nutkach, Slughorn robił co mógł, by jakoś zatuszować ten piwniczny odór.
     Część gości już przybyła i zajmowała swoje miejsca, lecz większość krzeseł wciąż pozostawała pusta. Gospodarz całego zamieszania, profesor Slughorn, stał nieopodal odziany w swój obrzydliwy brązowy garnitur w kratę. Gdy tylko ich ujrzał, rozłożył szeroko ramiona, wyraźnie rad, że ich widzi.
     — Ach, panienka Braithwaite i pan McAvoy, jak miło, jak miło! Wspaniale! Proszę, usiądźcie… o tak, o, tutaj… Wspaniale, wspaniale… Cóż, jeszcze tylko kilku… och! Pan Perrot, jak miło…
     Kiedy Slughorn ruszył by powitać kolejnych gości, Adrian odetchnął w duchu. Nie zostało mu jednak wiele miejsca na ulgę, bo gdy zdał sobie sprawę, że będzie musiał siedzieć tam przez kilka godzin, mając po prawicy tę idiotkę Cerys, a po lewicy cholera wie kogo, wstąpiła w niego kolejna fala gniewu. Na domiar złego był wiecznie uradowany Slughorn, a McAvoyowi pozostawało się tylko bać, co ten walnięty staruszek raczy wymyślić.
     Miał nadzieję, że w tym padole łez jedzenie będzie chociaż dobre.





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

Strony : 1