Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1

#1 03-07-2020 o 10h47

Straż Lśniąca
Lexi
Nemesis
Lexi
...
Wiadomości: 4 969


PONIŻSZA       FABUŁA       NIEWIELE       MA       WSPÓLNEGO       Z       RZECZYWISTYMI,       HISTORYCZNYMI       WYDARZENIAMI.
całość została  zainspirowana  procesami  o  czary,  a  pierwsza  część  tekstu  jest  mocno  oparta  na  artykule  z wikipedii



F I R E    F R O M    T H E    T O N G U E S   O F   L I A R S
https://1.bp.blogspot.com/-ATOCBuVf6is/Xv4H66gmTGI/AAAAAAAAEtI/l9uT0WtLl54PH5_hrYrl2wUVjTKrDQZtwCLcBGAsYHQ/s1600/ok.png https://1.bp.blogspot.com/-ATOCBuVf6is/Xv4H66gmTGI/AAAAAAAAEtI/l9uT0WtLl54PH5_hrYrl2wUVjTKrDQZtwCLcBGAsYHQ/s1600/ok.png
https://1.bp.blogspot.com/-zvcDhQOR8eA/Xv4F5N8fPYI/AAAAAAAAEsE/8mprsbJ52BQawDX4pbqPyBLEJhWbnF17ACLcBGAsYHQ/s1600/12.gif https://1.bp.blogspot.com/-p_Jar30fkzk/Xv4Fq53VHlI/AAAAAAAAEsA/P4ulm-bcex4zXTFhiVP_44nCX_CQiMhCACLcBGAsYHQ/s1600/ok.gif
https://1.bp.blogspot.com/-3qLm-zJdGhI/Xv4FpSf3TVI/AAAAAAAAEr0/uHtFkEynlBIPVMmI8CMuy2W0B8XNLU3wgCLcBGAsYHQ/s1600/1.gif https://1.bp.blogspot.com/-M2Yu9BThtLc/Xv4Fpsrf58I/AAAAAAAAEr4/PoUu5Z_Lxycx0QXed1FmmlrURS5yOH3UACLcBGAsYHQ/s1600/2.gif
https://1.bp.blogspot.com/-ATOCBuVf6is/Xv4H66gmTGI/AAAAAAAAEtI/l9uT0WtLl54PH5_hrYrl2wUVjTKrDQZtwCLcBGAsYHQ/s1600/ok.png https://1.bp.blogspot.com/-ATOCBuVf6is/Xv4H66gmTGI/AAAAAAAAEtI/l9uT0WtLl54PH5_hrYrl2wUVjTKrDQZtwCLcBGAsYHQ/s1600/ok.png
DAMNATA,  INVISUS  UBIQUE     AB  OMNIBUS,  AD   INFINITUM
R E X             T R E M E N D A E             M A J E S T A T I S
QUI           S A L V A N D A S           SALVAS           GRATIS

SALVE  ME,  FONS  PIETATIS             SALVE  ME,  FONS  PIETATIS


Grudzień 1691 roku, Salem.
        Córka miejscowego pastora, Betty Parris i jej kuzynka Abigail Williams zaczynają cierpieć na dziwne bóle i twierdzić, że zostały zaczarowane przez Sarę Goods, Sarę Osborne i Tibutę. Kobiety stają się podejrzane o uprawianie czarów i zostają osadzone w więzieniu, w oczekiwaniu na proces. Ostatnia z nich nie tylko przyznaje się do winy, ale również wskazuje dziesiątki nazwisk mieszkańców miasteczka, rzekomo parających się czarną magią. Liczba oskarżanych o czarnoksięstwo rośnie lawinowo; w ciągu zaledwie kilku tygodni sięga ona do ponad osiemdziesięciu osób.

Pierwsza połowa 1692 roku, Salem.
        Ostatnie miesiące były krwawe – prawie pięćdziesiąt pięć osób zostaje skazanych na śmierć za uprawianie magii. O Salem zaczyna słyszeć cały kraj, o mieście mówi się „wyklęta dolina”, „porzucona przez Boga ziemia” czy „Stolica Czarownic”. Ludzie nie mają wątpliwości, że na tym terenie magia istnieje – gdy giną kolejne osoby, dzieje się coś niedobrego.

Druga połowa 1692 roku, Salem.
        Do sądu w Salem zgłasza się pewien tajemnicy mężczyzna. Twierdzi, że jest jednym z trzech przywódców sabatu czarownic i jest gotowy podpisać pokojową ugodę. Umowa miała podawać wszystkie tożsamości obecnych wiedźm, a zamian za to mężczyzna chciał otrzymać gwarancję, że nikt z jego Sabatu nie zostanie zabity. Nim jednak dochodzi do jakiejkolwiek wymiany obietnic czy podpisów, mężczyzna zostaje aresztowany, osadzony w więzieniu, a tydzień później – dokładnie 16 października 1692 roku – ścięty. Władze nazwali go bezimiennym potworem, a Sabat z Salem zapamiętał go jako bohatera, Johna Wittsa.

Koniec 1692 roku, Salem.
        Dwunasty grudnia 1692 roku staje się dla Sabatu datą pamiętną. Chociaż zwykli mieszkańcy miasteczka nie odróżniają zabitych kobiet od siebie, to każdy czarodziej płacze i uwalnia z siebie malutką cząstkę magii, gdy Martha Casethus idzie w stronę szubienicy. Dwunasty grudnia jest datą początku, końca i straty. Kobieta nie tylko była potężną wiedźmą, ale i również kolejną z trzech przywódców Sabatu. W kolejnych latach wiele kobiet i mężczyzn zostaje skazanych za uprawianie magii, ale Sabat wie, że nie byli oni wiedźmami naturalnymi. Martha była tą ostatnią i teraz już nikt nie przekaże tej potężniej krwi.

Kwiecień 2019 roku, Salem.
        Rose Beck w nocy z 11 na 12 kwietnia dostaje zaskakujący telefon od swojej najbliższej przyjaciółki. Niestety, nie odbiera go, stwierdzając, że oddzwoni do niej rano. Ignoruje też kolejne piętnaście połączeń ani nie odczytuje siedmiu Smsów, które przychodzą raz po raz.
        Rano, jedna z przywódczyń Sabatu z Salem, Elizabeth Rues pojawia się u drzwi Ruth – wiedźmy, która zeszłej nocy próbowała dodzwonić się do Rose Beck. Nikt nie odpowiada Elizabeth na jej wołania, więc kobieta używa małej ilości magii i wchodzi do środka. Dostrzega skulonego czarnego kota w rogu pokoju, który miauczy rozpaczliwie. Podnosi wzrok na sznur zaplątany wokół żyrandolu i łzy napływają jej do oczu, gdy zdaje sobie sprawę, kto patrzy wprost w jej oczy. Martwa, słodka Ruth.


Lato 2019 roku, Salem.
        Zbliża się 350 rocznica urodzin Marthy Casethus i Sabat przygotowuje się do świętowania. Z tej okazji organizowane są zloty, obrzędy i ogromne imprezy. Wszyscy członkowie Sabatu są podekscytowani: noc Wyklętej zbliża się wielkimi krokami. Przed swoją śmiercią Martha, pożyczając cząstki magii swoich przyjaciół, a także i całą swoją, rzuca na Salem zaklęcie – w dniu jej urodzin wszyscy poczują, jak to jest władać magią naturalną.  Wszyscy nie mogą się doczekać drugiego lipca – zaczynają świętować już tydzień wcześniej.
        Rose Beck nie bierze udziału w obrzędzie wyklętej – cały czas obwinia się o śmierć swojej przyjaciółki, więc tę noc spędza w swoim domu, opiekując się kotem Ruth. Słysząc pukanie drzwi, otwiera je i wita w progu Elizabeth Rues. Potężna czarownica wygląda na mocno zaniepokojoną i rozgląda się po mieszkaniu Rose, jakby czegoś szukała. Wielokrotnie otwiera usta, by powiedzieć coś towarzyszce, ale wreszcie dziękuje za gościnę i opuszcza panią Beck.
        Elizabeth Rues, jedna z najpotężniejszych sztucznych wiedźm, zostaje znaleziona martwa po środku ścieżki w lesie przeklętych już kolejnego dnia. Nikt nie mają wątpliwości, iż nie zginęła sama. Wszystko wskazuje na to, iż została zabita z zimną krwią. Niepokojące jest również to, iż widać ślady walki, więc kobieta musiała zostać pokonana przez sprawcę. Świadkowie dostrzegają również znaki typowe dla odprawiania rytuałów, ale nikt nie potrafi określić, jaki obrzęd miał tam miejsce. 
        Nie mija nawet tydzień, gdy Rose Beck zaczyna łączyć fakty i rozumie, że śmierci Ruth i Elizabeth są ze sobą powiązane. Wiedząc, że prawdopodobnie ma niewiele czasu, spisuje szczegółowy list i za pomocą obrzędu ukrywa go najlepiej jak potrafi. Domyśla się, że to może sprawić wiele problemów całemu Sabatowi, ale nie jest pewna, komu może ufać. Pozostawia w swoim mieszkaniu znaki, iż taki list schowała i ostatni raz karmi czarnego kota swojej przyjaciółki. Zwierzę wydaje się uśmiechać pocieszająco, ale Rose nie ma wątpliwości, iż to się nie dzieje.
        Raphael Beck, bliźniak Rose, znajduje swoją siostrę niedaleko miejsca, w którym leżała Elizabeth. Kilka rzeczy się zdaje powtarzać: ślady walki, znaki wskazujące na nieznany rytuał czy poza, w której zostało ułożone ciało. Ale zaskoczeniem okazuje się być napis „Za późno na wybaczenie”. I nagle wszyscy mieszkańcy Salem wiedzą, że to dopiero początek.


ZGŁOSZENIA NA PW!
Wszelkie pytania też na pw.



Lexi     -     ♀   Valerie Maschenny Lightwood
Sarahna     -     ♀   Morgan Whitford
Aveline     -     ♀        Grace Patterson
IVAN     -     ♂   Finneas Cordian Allen
Luxion     -     ♂     Nicholas Caden West
Berrine     -     ♂     Hercules Allan Poe
Satomi     -       ♂     Edgar Christopher Poe
MiddieTheHuman         -       ♂     Belial Kwadrat Nitsche



https://i.imgur.com/wpjKsal.gif

Offline

#2 05-07-2020 o 22h06

Straż Cienia
Luxion
Szeregowiec
Luxion
...
Wiadomości: 79

https://fontmeme.com/permalink/200705/152255e2b659b0c93f29b9814d0a72ed.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/479277611260969000/729444019561562163/c23f2fed88315c4d3c14a060b2b0c441.jpg https://cdn.discordapp.com/attachments/479277611260969000/729444550510248026/yon-gonzalez.jpg

don't you know I'm no good for you?       1       Iive learned to lose you, can't afford to
_______________________________________________________________________

Nicholas   Caden   West         dla   przyjaciół   Denny       Dwudziestotrzyletni        Heteroseksualny       Mężczyzna
Urodził się dwudziestego piątego listopada w Salem        spod znaku skorpiona       Należy do Sabatu Czarownic
Posługuje się magią głównie za pośrednictwem zaklęć i rysowania symboli    Zajmuje miejsce w średnim okręgu
     Studiuje,  jest  na   trzecim  rok   na   kierunku:  zarządzanie          Pracuje   weekendami   w   klubie  jako   barman     
   Mierzy metr osiemdziesiąt  siedem wzrostu      Waży  siedemdziesiąt  dwa  kilogramy      Ma  atletyczną  sylwetkę   
        Posiada  czarne włosy  z  grzywką  opadającą  na  czoło, ciemnobrązowe  oczy  i  wyraźnie  zarysowaną szczękę
     


     i'll only hurt you if you let me     2     don't you know too much already?
________________________________________________________________________


Charakteryzuje  się  ogromnymi zasobami  cierpliwości, niełatwo  wyprowadzić go  z równowagi  czy do czegoś
zmusić; pociągają  go tajemnice i niewyjaśnione sprawy - do nich jest zawsze  pierwszy i niezmiernie dociekliwy
Najczęściej  widziany  w  formalnym  ubiorze,  głównie  toleruje garnitury,  choć  najczęściej  można go ujrzeć w
koszuli
, rzadziej w golfie, zwykłej koszulce czy w dresowym wydaniu; najzwyczajniej w świecie tak mu wygodnie
Dość tajemniczy typ, niewiele  mówi o sobie i swojej przeszłości; częściej wysłuchuje innych lub udaje, że słucha
Nie angażuje  się  w pełnometrażowe związki, żaden z  niego romantyk, a co więcej nie potrafi być lojalny  wobec
jednej kobiety.
Wedle potrzeby uznaje jedno nocne wyskoki, bądź zabawę w  relacjach typu friends with benefits
W głębi duszy jest urodzonym biznesmenem, nie wplącze się w coś z czego również nie będzie czerpał korzyści
Szybko się uczy, dobrze pracuje pod  wpływem stresu, nadmierny palacz, w chwilach krytycznych  można ujrzeć
go  ze szklanką  dobrego  bourbona, nie patrzy z wyższością na innych, acz bywa rozbawiony wszystkim wokół

Ostatnio zmieniony przez Luxion (07-07-2020 o 17h02)


https://em.wattpad.com/c84232c22ca17f0ea69cc6e5e40edd305d773301/68747470733a2f2f73332e616d617a6f6e6177732e636f6d2f776174747061642d6d656469612d736572766963652f53746f7279496d6167652f59714e6f574258734530736244513d3d2d3535343039353933322e313532303832323764616263386236333139383735353635333332382e676966?s=fit&w=720&h=720

Offline

#3 06-07-2020 o 15h11

Straż Obsydianu
lVAN
Młody rekrut
lVAN
...
Wiadomości: 18



https://i.imgur.com/ctCffsb.jpg
T H E M E  S O N G
                      Wʜᴇɴ ᴡᴇ ᴀʀᴇ ᴀғʀᴀɪᴅ, ᴏᴜʀ ʙᴏᴅʏ ᴘʀᴇᴘᴀʀᴇs ғᴏʀ ᴀᴄᴛɪᴏɴ
    o n l y  t h r o u g h  s u f f e r i n g  w i l l  w e   k n o w  s t r e n g t h




             Finneas ,,Nes'' Cordian Allen, średni okręg wtajemniczenia
             DWUDZIESTOTRZYLATEK,    student weterynarii, groomer z zawodu
             wiedźmak,       przybrany       syn      Elizabeth       Rues*       (†)
             189 cm wzrostu. Ciemne włosy. Niebieskie oczy. Szczupła sylwetka. Mnóstwo tatuaży




                            *Jego rodzice zginęli, kiedy był niemowlęciem. Przygarnęła go Elizabeth.
                                   W zasadzie nigdy o nich nie pytał, pomimo, że o tym wiedział. Była dla niego
                                        jego prawdziwą matką. Kiedy więc dowiedział się o jej śmierci, załamał się.
                                     Później jednak zrodziła się w nim złość. Postanowił zemścić się na sprawcy,
                                   kimkolwiek by nie był. Nie spocznie, nawet jeśli sam by miał przy tym zginąć.
                                          Jest porywczym facetem. W okresie dojrzewania mocno się buntował.
                                                             Wcześnie zaczął pić i palić. Obecnie żałuje każdej chwili, kiedy
                                                                                             sprawiał przykrość swojej adopcyjnej matce.
                                      Pomimo swojej twardej postawy, uwielbia zwierzęta - są jego słabością.
                                                   Nigdy by nie skrzywdził psa czy kota, a nawet z  kurą miał problem.
                                      Rozumie oczywiście, że nieuknionym jest używanie ich, jako pośredników,
                                                                                                                         ale skoro nie musi, to po co?
                                        Nie ukrywa, iż miał dużo partnerek, zwłaszcza w liceum. Teraz jednak
                                                            trochę sie uspokoił, choć posiada bogaty bagaż doświadczeń.
                                                                        Nie waha się używać swojego ciała, jako pośrednika.
                                  Nie wszystkie jednak jego tatuaże mają funkcje - niektóre to prostu ozdoby.
                                                    Jest pragmatykiem - nie lubi siedzieć bezczynnie, zazwyczaj
                                             widać po nim emocje. Oprócz jednej. Nienawidzi pokazywać słabości.
                                           Jeżeli cierpi, to w milczeniu. Nawet jako dziecko nie ronił za bardzo łez.


R e ! e j s z y n

Ostatnio zmieniony przez lVAN (09-07-2020 o 13h50)

Offline

#4 06-07-2020 o 15h17

Straż Lśniąca
Lexi
Nemesis
Lexi
...
Wiadomości: 4 969


https://i.gifer.com/3Nz1n.gif
───────────────────────────────────────────────────────────────     ON   IT   YOU   GOT   IT
T O L D                   S E P A R A T E L Y                 Y O U                A R E
              E Q U A L L Y                 A                 G O D D E S S
YOU                WANT               HONESTY                        YOU              ARE                 PROBABLY                U  N  D  O  U  B  T  E  D  L  Y
──────────────────      WHAT'S   CALLED  TO   BE               WHAT'S   HARD   TO    SEE      ──────────────────
NOT   MEANT   TO   BE        ──────────────────────────────────────────────────────────────

P A Y    H O M A G E         P A Y    H O M A G E             P A Y    H O M A G E
https://1.bp.blogspot.com/-WTILfFJk6tg/XwMg2670xBI/AAAAAAAAEvM/BtdkoqTcNeoe3HCwtzKEUe_DrXpiey2kwCLcBGAsYHQ/s200/lol2.png https://1.bp.blogspot.com/-K0AshrN4mWs/XwMg241azWI/AAAAAAAAEvQ/z7txOygVETY_5quEr4jqHbQcUv_Ii25fwCLcBGAsYHQ/s200/lol3.png
  I N F O R M A C J E                      P O D S T A W O W E
one.                   valerie maschenny lightwood   dwadzieścia trzy lata    kobieta   wiedźma
two.                                biseksualna   urodzona   w przesilenie letnie   studentka ekonomii
three.                           szare włosy     ciemnoniebieskie oczy      170 centymetrów wzrostu
four.                   blada cera      długonoga      pełne usta    falowane włosy    liczne tatuaże
   
  I N F O R M A C J E                      D O D A T K O W E
Val wychowała się w wielopokoleniowej rodzinie wiedźm, dlatego magia nigdy dla niej nie była zwykłą zabawą – długo traktowała ją wręcz jako sprawę honoru. Sabat i jego sprawy stoją wysoko na jej liście priorytetów.
Nikt nie jest pewny, co oznaczają jej tatuaże ani komu lub czemu zostały poświęcone. Dziewczyna część z nich tłumaczy pośrednikami, jednakże duża jej część pokryta jest innymi symbolami. Unika jednak ona rozmowy na temat ich znaczenia.
Valerie jest specyficzną osobą, którą zazwyczaj trudno polubić. Ze względu na to jak traktuje magię, często odbierana jest jako osoba bezczelna, arogancka i zgryźliwa. Nigdy specjalnie jednak nie starała się wytłumaczyć nieporozumień.
Zwraca ogromną uwagę na postawę ludzi – sama chodzi wyprostowana, z wypiętą piersią. W ten sposób pokazuje swoją pewność siebie; to też często nie podoba się ludziom. Dziewczynę zazwyczaj nie obchodzą opinie innych, jednakże nagana ze strony Sabatu jest dla niej bluźnierstwem.
Mało kto zna Valerie prywatnie – nigdy specjalnie nie lubiła ludzi, więc nie zbliżała się do nikogo na tyle, by pokazać mu prawdziwą siebie. Czasem woli po prostu udawać kogoś, kim nie jest, by załatwić pewne sprawy bezproblemowo.
Wiedźma jest charakterna i potrzeba naprawdę twardej ręki, by poskromić ogień, który w niej płonie.
Po śmierci Rose Beck adoptowała zielonookiego, czarnego kota, który zawodził pozostawiony samotnie w mieszkaniu. Podświadomie czuje, że zwierzę wie coś, czego nikt nie ma prawa wiedzieć.

https://1.bp.blogspot.com/-TBNsWDSzpN4/XwMg2w1voGI/AAAAAAAAEvI/jqZCUPRENtIsySU-k4IID2nS4_BxY3fSQCLcBGAsYHQ/s200/lol.png https://1.bp.blogspot.com/-HtIPmjSMNh4/XwMg31X8XCI/AAAAAAAAEvU/aOKgpdV2eq8dcG3GNo_ysMhGt_zPvL1xQCLcBGAsYHQ/s200/lol4.png



https://i.imgur.com/wpjKsal.gif

Offline

#5 06-07-2020 o 22h30

Straż Cienia
Sarahna
Oficer Straży
Sarahna
...
Wiadomości: 1 702

“It was in my flaws, I found a much deeper truth ―
I   B L O O M . . .   A   B L A C K   R O S E."
https://i.imgur.com/m3dAkvV.jpg https://i.imgur.com/TQCVJ2P.jpg
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

×   M O R G A N   W H I T F O R D   d l a   z n a j o m y c h   M O    ×   u r o d z o n a   T R Z E C I E G O   S T Y C Z N I A    ×
z o d i a k a l n y   K O Z I O R O Ż E C    ×   D W A D Z I E Ś C I A   d w i e   Z I M Y    ×    h e t e r o s e k s u a l n a
×   C Z A R O W N I C A   ×   s t u d e n t k a   D R U G I E G O   R O K U   n a   k i e r u n k u   P R A W O   ×   s t a ż
w y s o k a   M E T R   S I E D E M D Z I E S I Ą T   D W A    ×   S Z C Z U P Ł A   ×    w i d o c z n e   o b o j c z y k i
×   m o c n o   z a r y s o w a n a   L I N I A   S Z C Z Ę K I   ×   P E Ł N E   u s t a   i   d u ż e   O C Z Y   ×   p i e g o w a t a
C Z A R N E   W Ł O S Y   ×   n i e b i e s k i e   O C Z Y   ×   P E N T A K L   w y t a t u o w a n y   z a    u c h e m
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
×   Zdolności magiczne odziedziczyła po matce, która nigdy nie zdecydowała się na przystąpienie do Sabatu
ze względu na swojego nieobdarzonego męża.
   
×   Sama Morgan, gdy tylko się okazało, że w jej żyłach płynie magia,
postanowiła, że nigdy nie wyrzeknie się tego, i tym bardziej, nie miała zamiaru wstydzić się tego, jaka jest.
   
×   Do Sabatu wstąpiła w dość młodym wieku.
Od zawsze dawała z siebie 100% - kształciła i doskonaliła wiedzę.

×   ambitna, sprawia wrażenie poważnej   ×   często można ją zobaczyć z nosem w książce   
×
    uwielbia gorącą czekoladę z cynamonem
×   pewna siebie   ×   wbrew pozorom, jest osobą ciepłą i pomocną   
×   ma niewielu przyjaciół, jednak ta garstka, którą posiada, może nazwać prawidziwymi przyjaciółmi
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
https://i.imgur.com/zLejMyo.gif https://i.imgur.com/sd892eo.gif
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

▼ r e l k i ▼

Ostatnio zmieniony przez Sarahna (24-07-2020 o 12h21)



https://i.imgur.com/ZJl4Eos.png

Offline

#6 07-07-2020 o 00h37

Straż Obsydianu
Berrine
Żołnierz Straży
Berrine
...
Wiadomości: 580

https://i.gifer.com/3Nz1n.gif
https://fontmeme.com/permalink/200714/17daaa3c343cc4ee01068da96b8c70d7.png
Y O U   U S E D   T O   T H I N K   I    W A S   A N   I D I O T ...
I   n e e d   t o   p e e,   o n e   s e c o n d.   W h e r e   w a s   I ?
I ' M   A   C L E V E R   I D I O T   N O W.
https://cdn.discordapp.com/attachments/497827664804053023/730587499491098708/poten.webp
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

imiona   Δ   H E R C U L E S   A L L A N                                                              nazwisko   Δ   P O E
wiek   Δ   2 3  L A T A   Δ   1 9  S T Y C Z N I A                                       płeć   Δ   M Ę Ż C Z Y Z N A
orientacja   Δ   B I S E K S U A L N Y                                                      studia   Δ   M E D Y C Y N A
rodzeństwo   Δ   B L I Ź N I A K - E D G A R,  P R Z Y B R A N E: A N N A B E L L E,  G E O R G E
praca   Δ   Z A K Ł A D    P O G R Z E B O W Y        " A L E    J U T R O    B Ę D Z I E    L E P I E J "
włosy   Δ   C I E M N Y  B R Ą Z                                                                      oczy   Δ   B R Ą Z O W E
wzrost   Δ   1 8 3   C M                                                            sylwetka   Δ  W Y S P O R T O W A N A
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

[ 1 ]  Nie dogaduje się za dobrze z przybranym rodzeństwem. Od dziecka trzymał się raczej ze swoim bliźniakiem
[ 2 ]  Studia ewidentnie do niego nie pasują. Wiele razy był bliski wydalenia, ale ostatecznie jakoś udaje mu się wytrwać.
Planuje zostać patologiem. Ma w tym swoje powody.

[ 3 ]  Uosobienie ekscentryzmu. Nie ma ograniczeń. Zdarza mu się kraść, czasami przyodziać sukienkę, rozmawiać ze zwłokami
[ 4 ]  Wynajmuje mieszkanie nad kostnicą, ale zdarza mu się czasami sypiać w krematorium, czy też innych dziwnych miejscach.
[ 5 ]  Imię Hercules nie jest jego prawdziwym. Matka nazwała go Allan, ale to nie zatrzymuje go od rozsiewania fałszywych informacji na swój temat.
[ 6 ]  Jego ulubiony kolor to różowy, a jedzenie... każde. Zje wszystko.
[ 7 ]  Posiada kilka tatuaży - Pasek znaków, wspomagających magię, wzdłuż kręgosłupa oraz "HELLO", "GOODBYE" po wewnętrznej stronie dłoni.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
https://cdn.discordapp.com/attachments/497827664804053023/730587556231643136/po.gif

a k u k u

Ostatnio zmieniony przez Berrine (14-07-2020 o 02h41)


♡  |  MyDramaList  | SłodkiFlirt  |  ♡   
https://cdn.discordapp.com/attachments/497827664804053023/584164827296038936/chic2.gif

Offline

#7 09-07-2020 o 03h21

Straż Cienia
Satomi-iko
Straż na szkoleniu
Satomi-iko
...
Wiadomości: 252

https://fontmeme.com/permalink/200714/07a04df6a9403ca1a109491c87f66476.png

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
https://cdn.discordapp.com/attachments/497827664804053023/730596549608079420/unknown.png
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
imiona   Δ   E D G A R   C H R I S T O P H E R                                                   nazwisko   Δ   P O E
wiek   Δ   2 3  L A T A   Δ   1 9  S T Y C Z N I A                                       płeć   Δ   M Ę Ż C Z Y Z N A
orientacja   Δ   X X X S E K S U A L N Y                                                 studia   Δ   M E D Y C Y N A
rodzeństwo   Δ   B L I Ź N I A K - A L L A N,  P R Z Y B R A N E: A N N A B E L L E,  G E O R G E
włosy   Δ   C I E M N Y  B R Ą Z                                                                      oczy   Δ   B R Ą Z O W E
wzrost   Δ   181  C M                                                                         sylwetka   Δ  W  P O R Z Ą D K U
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

[ 1 ]  Planuje robić specjalizacje z pediatrii
[ 2 ]  Zawsze nosi że sobą coś słodkiego i nienawidzi marnowania jedzenia
[ 3 ]  Stara się być zawsze blisko brata
[ 4 ]  Jego rodzice byli członkami Sabatu i chociaż on i jego brat dowiedzieli się o tym w dzieciństwie, sami dołączyli dopiero w wieku około 17 lat. Macocha była temu przeciwna, więc praktycznie wylądowali na ulicy. Być może gdyby żył ich "wujek" - mąż kobiety - wszystko potoczyłoby się inaczej...
[ 5 ]  Mimo iż z bratem mieli "zacząć od nowa" i zmienić imiona, on wciąż nie jest w stanie porzucić tego, nadanego przez matkę. Dlatego też przedstawia się z użyciem dwóch
[ 6 ]  Ma temperament, który objawia się dopiero w sytuacjach ryzykownych... Dla brata. O siebie samego dba na tyle, na ile wymaga tego Alan i jego sytuacja. Nienawidzi bólu, ale jest dość zahartowany więc rzadko poddaje walkę. Mimo to nie jest w stanie pojąć ludzi którzy się tatuują

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

r e l a c j e

Ostatnio zmieniony przez Satomi-iko (14-07-2020 o 02h47)


https://66.media.tumblr.com/ca1bfc8ed29ac84be8bb0a44a4c6824c/tumblr_ol62lcC4kj1ru0b90o3_500.gifv

Offline

#8 10-07-2020 o 00h16

Straż Cienia
Aveline
Straż na szkoleniu
Aveline
...
Wiadomości: 202

https://zapodaj.net/images/96bcc76fd597c.jpg
https://66.media.tumblr.com/ffa231ad89b14e156289ce4ad602641b/tumblr_ps31t4z0JW1vdma9eo4_400.gifv https://66.media.tumblr.com/ba67a9790efad18357f81f79774e3054/tumblr_ps31t4z0JW1vdma9eo3_400.gifv

D      A      N      E                                                                                 O      S      O      B      O      W      E


Grace Patterson    średni okręg    skończyła w tym roku 21 lat    urodzona 24 grudnia   jej znak zodiaku to koziorożec
jej rodzina od wielu pokoleń należy do Sabatu     za to ona kiedyś chciała z niego uciec    ma młodszą siostrę, Cornelię
studiuje prawo         •      jest oszustką, stawia tarota starszym, łatwowiernym paniom, które stają się jej źródłem dochodu
biseksualna         biromantyczna     wolna      marzy jej się posiadanie bernardyna i sfinksa, ale nie ma na to warunków


W      Y      G      L      Ą      D                                       Z      E      W      N      Ę      T      R      Z      N      Y


sto sześćdziesiąt dziewięć centymetrów wzrostu      szczupła, drobna sylwetka     zawsze jakieś pierścionki na palcach
jasna, gładka cera bez większych znamion        pełne, wydatne usta      •      mały tatuaż z symbolem koziorożca za uchem
ciemnobrązowe oczy                 brązowe, proste włosy sięgające biustu     wyraźna, często prześmiewcza mimika twarzy


N      I      E      C      O                  W      I      E      C      E      J                   O                   N      I      E      J


od zawsze nie cierpiała arogancji u innych nadal nie boi się skrytykować tego, co jej się nie podoba i co uważa za żałosne
stała się czarną owcą w szanowanej rodzinie   została w Sabacie tylko ze względu na młodszą siostrę    jakoś sobie radzi
od dziecka osiągała bardzo dobre wyniki w nauce  poszła na prawo, chcąc zmieniać życia innych    •  jest jednak realistką
nie lubi większości ludzi z wzajemnością    •    najczęściej mówi sarkastycznie        jest mocniejsza w słowach niż czynach


•          •          •          •          •          •          •          •          •          •          •           •          •

r e l a c j e


Ostatnio zmieniony przez Aveline (11-07-2020 o 19h20)



https://78.media.tumblr.com/91fd9bd6bb3f932db84cf4fa693f5886/tumblr_n8pr37qza61skzoovo7_250.gif https://78.media.tumblr.com/d614b04e1168be57a67b29a08d8315af/tumblr_n8pr37qza61skzoovo6_250.gif https://78.media.tumblr.com/ceded81a012e5f86dc4a21acffcfa926/tumblr_n8pr37qza61skzoovo2_250.gif

Offline

#9 10-07-2020 o 16h02

Straż Cienia
MiddieTheHuman
Rekrut
MiddieTheHuman
...
Wiadomości: 56

hukus pokus czary mary dwa browary

https://fontmeme.com/permalink/200710/78309f07c2b2993c3cc5b214f0b64a17.png
https://fontmeme.com/permalink/200710/caf6329b0951440cb4ddd019adc875c5.png
https://fontmeme.com/permalink/200710/9232bc18c1930944498f1a7b7b1d666d.png

HIS COUNSELS IS  TO  BRING  ABOUT WICKEDNESS AND GUILT." ♩♪♫♬~

https://i.pinimg.com/originals/ec/20/cd/ec20cdf4b5c289ff976ae574d0d4ad4e.gifhttps://i.pinimg.com/originals/b5/00/1a/b5001a7dd8e5a7c926d4b7f31e9e987b.gif

https://i.imgur.com/ZZNbytV.png
I M I Ę: Belial Kwadrat
N A Z W I S K O: Nitsche
W I E K: 25 lat
D A T A U R O D Z E N I E: 22.03
Z O D I A K: Baran
O R I E N T A C J A: Absolutnie komu to potrzebne?
P O C H O D Z E N I E: Crimsonalek, Nowa Anglia
O J C I E C: Leviatan Nitsche [60 lat] - Niemiecki profesor teologii na uczelni Harvard,
uchodzi za fundamentalizmę,
naprawdę jest jednym z kapłanów sekty odłamu Świątyni Słońca
M A T K A: Abigail Lavenda Nitsche [52 lata] - doktor psychiatrii
S T A R S Z Y  B R A T: Lucyfer Nitsche [32 lata]- czarownik z kręgu wyższego, biznesmen
Z A W Ó D: Student ostatniego roku filozofii na Harvardzie

W Z R O S T: 184 cm
W A G A: 76 kg
B U D O W A: Szczupły
C E R A: Brzoskwiniowa, zdrowa
K O L O R  O C Z U: Błękitne
K O L O R  W Ł O S Ó W: Blond
I N N E: Maluje kąciki oczu czerwonym cieniem

https://i.imgur.com/hKCqiZK.png


✝ Najmłodszy z rodziny, choć już nie takie dziecko, zdecydowanie odziedziczył najmniejszy zasób mocy. Usilnie stara się nadrobić braki wiedzą, pracowitością i dyscypliną, choć zwykle wydaje się nie zaangażowany w magiczne interesy rodziny. Trzymanie go na uboczu, jako czarną owcę familii, wykształciło w nim umiejętność znikania i pojawiania sie w najmniej oczekiwanym momencie, zwykle w miejscach, gdzie być nie powinien, przy rozmowach, których słyszeć nie powinien.

✝ Elegancki, może staromodny, ale zdeycodwanie szykowny, metroseksualny pedant o nadmuchanym, lecz równie niewidzialnym jak on ego, który w całej swej dobrotliwości i służalczej życzliwości okazuje się dwulicowym lisem.

✝ Patologiczny kłamca, bywa, iż nie umie powstrzymać się przed mówieniem nieprawdy nawet w błachych sprawach. Wykształcone pod presją rodziny, w której uchybienia nadganiał nieprawym słowem. Być może dlatego wielu ludzi zna pokrętne, sprzeczne ze sobą historie jego życia, czy też rodziny. Dzięki temu potrafi wyłapać kłamstwa nawet u doskonałych bajarzy i nie jest to umiejętność magiczna, bynajmniej, bo doświadczenie własnego zboczenia.

✝ Do Sabatu dołączył z racji prawdopodbnie wiadomych, chcąc przydać się i wspinać po drabinie chierarchii a przynajmniej zdobyć szacunek wśród innych wiedźm, aby zjednać sobie dobrą opinię u rodziców. Próbuje w tym dogonić brata, do którego czuje zazdrość o status jego mocy, choć jego brat zawsze patrzył na młodszego z miłością i go wspierał.

✝ Romantyk z niego, o zapędach wampirycznych, zdecydowanie samotnik, którego nieodzownym kompanem jest dobra lektura. Służy dobrą radą, jeżeli uważa osobę za godną jej wykorzystania. Człowiek, przy którym najsoczystsza rozmowa odbywa się podczas milczenia.

✝ Jego życie uczuciowe nie istnieje, na własne życzenie. Raczej nie wchodzi w związki, nawet te najlżejsze, cielesne, jeżeli nie są związane z rytuałami, które, cóż, lubi najbardziej. Wszelki okultyzm, demonizm, czy pradawne pisma magiczne, zahaczające niemal o mity, to wszystko jest jego konikiem. Sam być może nie posiada wystarczającej mocy, by podałać wszystkim, jednak jako członek sekty ojcowskiej ma grono swoich ulubionych czarownic, z którymi zgłębia niezgłębione.

✝ Trudno stwierdzić co o kim myśli, będąc nieraz idealnym centrem relacji. Wydaje się mieć samych zwolenników, lecz czy on sam uważa się za wielbiciela tłumów, podzielając opinię o nim? Nie, ale też nie zmienia zdania o ludziach zbyt łatwo. Szufladkowanie nie jest pozytywną cechą, ale nie wszystko musi być dobre.

✝ Lubi eksperymentować z magią, bawiąc się nieraz w alchemika.

✝Jego imię nosi równiez jeden z upadłych aniołów (w niebie należał do chórów Cnót i Aniołów) i czterech piekielnych książąt, symbolizuje płodność ziemi, niezależność oraz kierunek geograficzny północ. Dosłowne tłumaczenie brzmi „ten, który nie ma pana”, „niegodziwiec świata”, „ten, który podnosi bunt” bądź „nic niewart”.


https://i.imgur.com/ZZNbytV.png









Ostatnio zmieniony przez MiddieTheHuman (11-07-2020 o 20h53)


https://i.imgur.com/T1FjLoj.gif https://i.imgur.com/Pc851a9.gif

Offline

#10 11-07-2020 o 18h34

Straż Lśniąca
Lexi
Nemesis
Lexi
...
Wiadomości: 4 969

------------------------------------------------------A C T    I
-----------------------------------------------I T ' S   T O O   L A T E

19 lipca. Valerie Lightwood

               Jest duszo, okna dużego budynku wydają się tęsknić za świeżym, nocnym powietrzem. Na dworze nie jest chłodno, ale w porównaniu do tego pomieszczenia jest rześko. Pokój wypełnia się powoli ludźmi – Val najpierw dostrzega szaty koloru zielonego i szarego: osoby z niższego i niskiego okręgu Sabatu z Salem zasiadają w ławkach najbliższych szerokiego podwyższenia. Część kapturów opada w dół na ramiona właścicieli, a Valerie skupia swój wzrok na ich twarzach. Większość z nich jest  młoda – dzieci, nastolatkowie, jedynie część dorosłych odziewa te dwa kolory. Kilka par oczu tych dwóch okręgów odwraca się i również śledzi innych na sali. Val dostrzega w nich duży smutek, w co niektórych widzi też strach. Nie dziwi się nawet przez chwilę. Ona też się boi. Wśród szarych szat dostrzega swoją kuzynkę, która zaledwie przed dwoma tygodniami znalazła się w okręgu niższym. Oczy Rivery kierują się w stronę dwóch wysokich krzyży opartych o oddaloną ścianę. Na hebanowym drewnie dostrzec można inicjały zmarłych kobiet. R.B oraz E.R. Szarowłosa przeklina, odwracając wzrok od tych przedmiotów – czuje drobne łaskotanie w palcach; zupełnie jakby jej magia wiedziała o całej nienawiści i gniewie, który odczuwa dziewczyna.
               Zaledwie tydzień temu każda z osób znajdujących się w budynku brała udział w rocznicy urodzin Marthy. Każda dusza odczuwała w sobie naturalną magię, tańcząc w ogromnym okręgu. Każda piekielna osoba żyła. Elizabeth Rues oraz Rose Beck również.
               Pomieszczenie zaczynają wypełniać też czerwone szaty – sama Val jest w taką odziana. Większość średniego okręgu zasiada w ostatnich wolnych ławkach, a część która się nie mieści, podchodzi do ścian. Dziewczyna dostrzega parę znajomych twarzy, ale nie pozwala sobie nawet na najdrobniejszy uśmiech – to nie czas na głupie gesty. Ściąga za to kaptur ze swojej głowy, wyciągając swoje włosy spod ubrania. Miejsca obok niej, przy samej ścianie, również wreszcie się wypełniają niebieskimi szatami należącymi do wysokiego okręgu. To zazwyczaj osoby starsze niż ona. Kojarzy je wszystkie, ale zatrzymuje wzrok na swoim ojcu, który wydaje się świdrować przód pomieszczenia wzrokiem.
               Wszelkie rozmowy, które do tej pory miały miejsce, milkną, gdy na podwyższenie wchodzi pięć kobiet i pięciu mężczyzn ubranych w białe szaty. Wszyscy rozpoznają w nich mędrców Sabatu. Grupa pozostawia niewielką przestrzeń na środku. Na jakiś znak – którego Valerie niestety nie dostrzegła – odwracają się o sto osiemdziesiąt stopni, głowami ku położonym krzyżom – i składają delikatny ukłon w ich stronę.
               Mijają długie sekundy, a cała sala w idealnym skupieniu wydaje się obserwować ten krótki rytuał. Dopiero po tym jak Mędrcy wracają do uprzedniej pozycji, część osób wraca do cichych rozmów. Dwóch młodych mężczyzn w białych kapturach posyła Sali pokrzepiające uśmiechy, a reszta beznamiętnie wpatruje się w przestrzeń, czekając na dwie najważniejsze osoby w całym Sabacie. Kilka minut mija, nim na scenie pojawiają się dwie, różne sylwetki odziane w czarne szaty. Do niedawna były trzy, wspomina gorzko Valerie, gdyby tylko biedna Rues żyła
               Zatrzymują się po środku, ściągając ze swoich głów kaptury. Julie wydaje się być całkowicie wyprana z emocji – beznamiętnie spogląda na tłum, które zebrał się przed sceną. Gołym okiem widać jednak, że przekleństwo czasu dotknęło i ją. Na twarzy pojawiły się widoczne zmarszczki otaczające oczy i usta, a na włosach nie pozostał nawet jeden ślad rudego. Nawet jej wzrok jest zmęczony, stary. Ale nikogo to nie dziwi – kobieta straciła swoją bratnią duszę i partnerkę zaledwie przed tygodniem.
               William odróżnia się wszystkim, czy tylko może od kobiety: Valerie nie jest pewna, ile lat skończył w tym roku, ale jego twarz pozostaje nieskalana zmarszczkami. W przeciwieństwie do Julie, mężczyzna stoi wyprostowany, dumny. Przez myśli dziewczyny przemyka też słowo „przystojny”, choć zdaje sobie sprawę, iż nie jest to najlepszy czas, by zachwycać się tym czarodziejem. Pozwala sobie jednak na krótki, delikatny uśmiech, gdy dostrzega umięśnioną sylwetkę mężczyzny, która tylko została nakryta czarną szatą.
               Wreszcie wraca wzrokiem do twarzy legendarnej dwójki – Wiliam szepce skomplikowane zaklęcie, trzymając nacinając skórę dłoni podręcznym nożem. Val też taki posiada – od kilku lat nie wychodzi bez niego z domu: magia przyzywana za pomocą krwi jest tą najpotężniejszą i w ten sposób dziewczyna może się najskuteczniej obronić.
               Zaklęcie Wiliama otula szczelnie całe pomieszczenie – zamyka drzwi dokładnie, zaciemnia okna, wszyscy czują, iż niemal wyciera ich istnienie z powierzchni ziemi. Dopóki Wiliam nie zechce przerwać silnego zaklęcia, nikt ani nie wejdzie do budynku, ani z niego nie wyjdzie. Gdy mężczyzna kończy recytować zaklęcie, Julie sięga chusteczką ku jego dłoni i ociera resztkę krwi. Jej wzrok jednak ucieka w stronę krzyżów i Val dostrzega bolesny błysk w jej oczach. Kobieta zaciska szczelnie usta i odwraca się w stronę tłumu. Ból, nienawiść, żal wydają się z sobą mieszać, gdy śledzi każdą z twarzy młodych.
    - Nim zaczniemy oficjalnie nasze spotkanie – zaczyna Wiliam, zwracając się do tłumu zgromadzonego przed podwyższeniem. Delikatnie odwraca głowę w stronę Julii i szepce coś do niej. Kobieta wydaje się nie zgadzać z tym, co mówi mężczyzna – kręci gwałtownie głową. Jednakże po dłuższej chwili, sięga do kieszeni i wyciąga – jak obstawia Valerie – zioła pozwalające rzucić jej zaklęcie. Wreszcie Wiliam odwraca się w stronę pozostałych czarownic i czarodziejów i kontynuuje: - Chciałbym poświęcić magiczną minutę na oddanie hołdu Elizabeth Rues oraz Rose Beck – Julie wzdryga się na dźwięk imienia swojej bratniej duszy, jednakże kończy wreszcie zaklęcie i wszystkie świecie oświetlające pomieszczenie gasną. Tuż przed stojącymi pod ścianą krzyżami pojawia się wysoka sylwetka – jakby ducha – trzymająca pochodnię. Istota wykonuje parę ruchów, podczas których tłum, w tym również i Valerie, pochyla głowy. Każdy w myślach odmawia krótką modlitwę za zabite kobiety.
               Magiczna chwila kończy się nagle – wysoka sylwetka znika, a wszystkie świece zapalają się ponownie.
    - Remanebit mortuum mortuis. – Mówi trzęsącym się głosem Julie. Zebrane wiedźmy, podnosząc głowy ku kobiecie odpowiadają: - autem et revertentur.
               I tak po prostu hołd się kończy. Każdy świadomy jest tego, że kobiety nie powrócą. Że są martwe. Że ktoś je brutalnie zamordował.
    - Ostatnie dni były dla nas trudne – odzywa się Wiliam. Jego głos naznaczony jest delikatną chrypą, ale nie przeszkadza to odbiorze – Wraz z radą – obiema dłońmi wskazuje na zebranych po jego dwóch stronach mędrców – zdecydowaliśmy się podjąć pewne kroki. Decyzje nie były proste, ale uważamy, że są potrzebne. – Mężczyzna rozgląda się po całej sali, jakby chciał kogoś znaleźć. Wreszcie sięga do kieszeni i wyciąga długa kartkę. Śledzi chwilę po niej wzrokiem i kontynuuje – jesteśmy pewni, że te dwa zabójstwa – urywa na chwilę, odrywając oczy od tekstu – lub trzy, jeśli przypiszemy do tego kwietniową śmierć Ruth – poprawia się – są ze sobą powiązane i że po Salem krąży ktoś, kto zagraża całemu Sabatowi. Musimy stanowić jedność i być w tym trudnym dla wszystkich okresie rodziną. – Rozpoczyna, tłumacząc dla Val niemal oczywiste rzeczy – Nie wiemy, co te zabójstwa mają oznaczać, jednakże jestem pewien, że niedługo zrozumiemy, co jest celem tej bestii. – Poprawia swoją czarną szatę, odgarniając rękawy nieco powyżej łokci – ze względu na zagrożenie, które się pojawiło, zdecydowaliśmy, że osoby z niższego i niskiego okręgu nie powinny opuszczać domów po zmierzchu. – Słyszalne jest kilka okrzyków zaskoczenia, jak domyśla się Val, należą pewnie one do szarych i zielonych szat. – Co więcej, okręg wysoki w najbliższych dniach – „lub miesiącach”, mówi w myślach dziewczyna. Tak naprawdę nikt nie jest pewien, co lub kto miałby zabijać te trzy wiedźmy. Po co? – będzie bardziej zapracowany niż zwykle. Oprócz obchodów co wieczornych w punktach magii w Salem, chcielibyśmy was prosić o pomoc w ustawieniu bariery świętej Marthy – ktoś wzdycha w strachu, część Sali zamiera w milczeniu, obserwując przystojnego mężczyznę.  Bariera świętej Mathy - Valerie zdaje sobie sprawę, dlaczego część osób reaguje przerażeniem. Ten czar jest doskonałą ochroną: nieprzepuszczalną ścianą. Nikt nie da rady jej opuścić ani wejść do niej bez uprzedniej zgody lub sygnału. Doskonałe więzienie. Dla mordercy, ale też i sabatu.
    - Oprócz tego, przypisaliśmy osiem osób należących do średniego okręgu do specjalnego zadania. Uważamy, że są oni wystarczająco utalentowani i kompetentni, by zająć się tą sprawą. Morgan Whitford, Nicholas West, Finneas Allen, Valerie Lightwood, Edgar wraz z Herculesem Poe , Grace Patterson, a także  Belial Nitsche – mężczyzna skończywszy czytać kartkę, podnosi wzrok, jak gdyby próbował znaleźć twarze wymienionych – gratuluję – dodaje po chwili – chciałbym poprosić was o pomoc w odszyfrowaniu możliwych zamiarów zabójcy, a także rytuału, który odprawił. – Oczy Val otwierają się szeroko w oszołomieniu. Czuje, jak magia przepełnia jej ciało – jakby jednocześnie ekscytowała się powierzonym zadaniem, ale również bała się tego, co może się wydarzyć.
    - Rytuału? – rozległ się cichy głos członka sabatu. Valerie nie do końca może dostrzec, skąd dokładnie pochodzi.
    - Tak – potwierdza, odzywając się nagle Julie. Starsza kobieta wysuwa się nieco do przodu, jakby nagle zdała sobie sprawę, że większość informacji wygłosił jej kolega po fachu. – Nie mieliśmy zamiaru tego ukrywać – rozgląda się po oknach, które zostały zaczarowane. Może jakby chciała się upewnić, że nikt jej nie usłyszy? – Nigdy. – Dopowiada zdecydowanie – chociaż miejsce śmierci Ruth Ruffus nie było tak brutalne, jak dwa pozostałe, to również posiadało cechy wspólne. Między innymi wyrysowany okręg, którego znaczenia nie jesteśmy pewni. – Dodaje. – My,  czarownice i czarodzieje wyżsi rangą niż średni, w najbliższym okresie nie możemy poświęcić czasu, by odkryć tę tajemnicę. Myślimy, że ochrona niższego i niskiego okręgu, a także poszukiwania potężnego czarodzieja mogą kosztować nas wiele wysiłku. Pozostałą szóstkę z okręgu średniego prosimy o przejęcie misji należących do pozostałych, niższych okręgów.
    - Prosimy was o bycie ostrożnym, uważnym – kontynuuje Wiliam – miejcie oczy szeroko otwarte – Z wybraną ósemką pragnę spotkać się jeszcze jutro z rana, by udostępnić wam pewne księgi. Może pomogą wam w odkryciu tego, czego my nie mieliśmy czasu odkryć. Co więcej, jednej osobie przekażę również klucze do mieszkań zmarłych wiedźm. Dostępny będę w domie kultury, w sali artystycznej od godziny ósmej do dwunastej.
    - To koniec dzisiejszego zgromadzenia Sabatu z Salem – zarządza Julie. Wiliam szepce coś pod nosem, a okna wracają do swojego pierwotnego stanu. Delikatna magia, która do tej pory krążyła w budynku, znika. Zaklęcie zostało złamane. – Przez krew i z krwi – mówi starsza kobieta, pochylając głowę ku tłumowi, czekając na ten sam gest od każdej osoby na znajdującej się na sali. Uśmiecha się, jednakże Val po raz pierwszy nie może odkryć intencji tego uśmiechu. Mimo wszystko, posłusznie, wraz z resztą ludzi odpowiada:
    - We krwi do krwi.



https://i.imgur.com/wpjKsal.gif

Offline

#11 11-07-2020 o 21h26

Straż Cienia
Luxion
Szeregowiec
Luxion
...
Wiadomości: 79

----------------------------------https://fontmeme.com/permalink/200705/152255e2b659b0c93f29b9814d0a72ed.png
------------------------------------------------20 lipca
            Słowa wypowiedziane na wczorajszej uroczystości spędzają mu sen z powiek, przeplatają się jasnymi nićmi w odmętach jego stłamszonego umysłu, szukając odpowiedzi na niezadane dotąd pytania. Wskazówka zegara wskazuje godzinę szóstą rano, gdy przewraca się na drugi bok, wciąż starając się sięgnąć senną dłonią krain Morfeusza, jednak marne są jego wysiłki. To nie wszech obezwładniający lęk przebija się przez ścianki jego świadomości, acz ciekawość i zafascynowanie. Do tajemniczych zagadek od zawsze lgnął, niczym mucha do lepu, więc niczym dziwnym nie było, że zagadkowe morderstwa wykonywane na wiedźmach pociągały go do działania. W dodatku niezmiernie schlebia mu fakt, że został wyróżniony w spisie osób, które podejmą się rozwiązywania owej tajemnicy. Nie przelicza w głowie innym wymienionych nazwisk, szczerze nie przywiązywał podczas rytuału do tego większej wagi. Jakoby nikogo ze średniego okręgu nie uważa za swojego wroga, więc nie widzi przeciwwskazań wobec konkretnego towarzystwa, ani nie spodziewa się nieprzyjemności, których sam nie stanie się powodem.
            Powolnie zza widnokręgu wzwyż przeciwka się słońce, które muska pierwszym promieniami zwiewne firanki przysłaniające okno w jego pokoju. Świat nieposkromienie budzi się do życia, w przeciwności do zmarłych i upamiętnionych już wiedźm. Ot, czarny humor nie wypowiadany na głos, na lepszy początek, tego już i tak zgniłego u podstaw dnia. Nicholas nie jest w stanie dłużej bezczynnie obracać się w pościeli, zaciskając powieki z nadzieją chwilowego spoczynku. Mieli językiem w ustach, czując nieustającą suszę, której sprostać może jedynie szklanka przyjemnie chłodnej wody. Przeciągając się mocno, z ciężkim sapnięciem, które wydobywa się spomiędzy jego wąskich ust, myśli wyłącznie o kluczach i księgach, które William zdecydował się przekazać w ich ręce. Nie powinno być niczym dziwnym, że Denny pragnie być pierwszy na miejscu i uhonorować swoją punktualność porannym kłębkiem dymu papierosowego w płucach. Jak na złość, nie odnajduje upragnionej paczki fajek pod poduszką, grymasi przy tym naprzemiennie z braniem z głębszych wdechów do płuc, chcąc w ów sposób pozbyć się rosnącej irytacji.
            ── Demonie, wyssiesz ze mnie wszelkie pokłady chęci do walki, nim ta zostanie w ogóle podjęta ── parska do siebie pod nosem, mając na myśli uwierającą potrzebę przytknięcia tytoniu zawiniętego w bibułkę, wprost w rąbek muśniętych słońcem warg. Nie daje za wygraną, przekładając pierzaste poduchy, w końcu dostrzegając uciekinierkę; paczuszka wepchnęła się między drewniane obramowanie łóżka, jakby chcąc uciec przed spaleniem. O zgrozo przywodzi to na myśl wiedźmy na stosie, więc gdy łapie pierwszego papierosa między palce, posyła te bestialskie myśli w ciemne czeluści umysłu. I jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, zostają one wchłonięte w plątaninę wstęg jego czarnej duszy i zanikają na dobre.
            ── Cóż za wyrafinowane żarty chodzą mi po głowie ── gani sam siebie, smakując tytoniu we własnych ustach. Ów posmak nigdy przesadnie nie wpadała w jego gusta, zdecydowanie wolał rozgrzewający smak bourbona, jednak upijanie się w świetle dnia nie przypisano do etykiety dobrego dżentelmena. A Nicholas lubił nazywać siebie w takowy sposób, jakby nie patrzeć, zwykle cała przyjemność leży właśnie po jego stronie. Tak więc teoria, nie umywa się tudzież praktycznym odczuciom wobec jego dżentelmeństwa.
            Gasi niedopałek w popielniczce, oblizując usta, choć w głębi duszy o wiele bardziej marzy mu się wcześniej wspomniana szklanka schłodzonej wody. W następnej kolejności po kilku krokach znajduje się przy szafie, którą przepełnia szereg śnieżnobiałych koszul, przeróżnych fraków oraz jedna zapomniana w tym tłumie koszulka na krótki rękaw. Denny jest miłośnikiem formalnego ubioru, mimo że ten nie zawsze bywa dość wygodny, aby wykonywać nadmiar akrobacji; wciąż przypisuje mu pięć gwiazdek. Uważa, że schludny ubiór mówi o człowieku wiele więcej niż słowa, których sam o sobie używa niebywale ciężko. Jeszcze się nie zdarzyło, aby ktoś w Sabacie plotkował na jego temat... No chyba, że chodziło o kobiety, które oczarował swoim przenikliwym spojrzeniem, muskulaturą ciała oraz urokiem osobistym. Tego kalibru rozmowy przewinęły się nieraz przez jego ucho, jednak szybko przepłynęły przez cały człowieczy kanał, wylatując drugim uchem. Do dziś nie widzi najmniejszego powodu, aby przejmować się takimi rzeczami, zdaje się co najwyżej rozbawiony, że takie rzeczy, robią wokół niego raban.
            Wybiera w końcu jedną z koszul, przymierzając ją do swojego torsu. Pochłonięty zastanowieniem czy to odpowiedni egzemplarz na dzisiejszą okazję, słyszy szelest małych kroków, które szybko przypisuje czarnemu kotu, którzy ociera się tułowiem o nogę łóżka, spoglądając w jego stronę. Gdyby oczy mogły mówić usłyszałby: "litości, te koszule są takie same, nad czym ty się zastanawiasz"... I nie muszą mówić, bo wymieniając spojrzenia z Penny, doskonale zdaje sobie sprawę z jej myśli.
            ── Też myślę, że ta będzie odpowiednia ── parska, jakby w odpowiedzi samemu sobie, podczas gdy kotka ignoruje jego wypowiedź i z lekkością wskakuje na materac, bawiąc się zwiniętym materiałem letniej kołdry. Właściciel, u którego wynajmuje mieszkanie nie przyzwala na posiadanie zwierząt w swoim lokum, co również zawsze wypada Nicholas'owi drugim uchem. Ponadto Penny krąży u jego boku od paru lat, odtrącenie równie urokliwego kociaka, nie byłoby w stylu West'a. Z wytrącaniem właściciela najmu jest mu znacznie lżej, stąd owe postępowanie.
            Nim jednak przywdziewa się w wybrane odzienie, wędruje pod prysznic i ocenia własną twarz w obrzydliwe dużym lustrze. Obserwuje zarost delikatnie kreujący się na jego brodzie oraz zadowalający brak worków pod oczami, oznak nieprzespanej nocy. Puszczając chłodną wodę, którą od razu zabija poczucie suszy w ustach, zastanawia go czy ekscytacja odpuści również późniejszemu zmęczeniu, po całodniowym wertowaniu ksiąg pełnych magii, możliwym rzucaniu zaklęć, bądź wyprowadzaniu Valerie z równowagi. Ostatnią możliwość przypisywał do najprzyjemniejszych, choć nie należały do najbezpieczniejszych. W analogicznym postępowaniu po kąpieli, przywdział na siebie wybraną koszulę i równie eleganckie ciemne spodnie, a następnie zjadł śniadanie. Wychodząc z mieszkania, w punkt o siódmej trzydzieści, kręci nosem z dezaprobatą. Poranne czynności zajęły mu zdecydowanie więcej czasu, niż się tego obecnie spodziewał. A może było to samo stanie przed szafą?
            Honorowe przyznanie sobie papierosa punktualności, odchodzi w zapomnienie, gdy u bram domu kultury pojawia się pięć minut po ósmej. Mimo wszystko obejmuje go poczucie wątpliwości, czy prócz Mędrca Williama natknąłby się na inną duszyczkę w tych godzinach. Zapytany wczoraj, nie wyobrażałby sobie samego siebie w tym miejscu, w którym tudzież się znajduje; ponieważ z grubsza do porannych ptaszków nie należał. Żądza tajemniczej przygody wzrasta przy każdym kroku, nadając sens jego porannej podróży i łamaniu przyzwyczajeń, o nim słyszanych. Nicholas West nie robi niczego, co nie niosłoby ze sobą gamy przyjemnych przywilejów... Ot, niespodzianka! Woń kryminału wyciągnęła go z łóżka już o drugiej, gdzie księżyc spoglądał swoim bladym obliczem, na pochłonięte w mroku Salem; a bezimienny morderca czyhał na następną ofiarę.

Ostatnio zmieniony przez Luxion (12-07-2020 o 14h25)


https://em.wattpad.com/c84232c22ca17f0ea69cc6e5e40edd305d773301/68747470733a2f2f73332e616d617a6f6e6177732e636f6d2f776174747061642d6d656469612d736572766963652f53746f7279496d6167652f59714e6f574258734530736244513d3d2d3535343039353933322e313532303832323764616263386236333139383735353635333332382e676966?s=fit&w=720&h=720

Offline

#12 12-07-2020 o 17h41

Straż Cienia
MiddieTheHuman
Rekrut
MiddieTheHuman
...
Wiadomości: 56

-------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/200710/78309f07c2b2993c3cc5b214f0b64a17.png


         Pamiątka ostatnich wydarzeń, śmierci poniesione z rąk tajemniczej jednostki, czy też grupy, sięgającej w swoich działaniach ku najwyższym szczeblom Sabatu, mogła świadczyć o jego słabości i  obnażeniu. Hermetyzm, sięgający wielu stuleci, zrzeszający czarownice i czarowników pod bacznym okiem najpotężniejszych, w celu utrzymania długiej, żywej legendy mocy magicznych zaczynała chwiać się pierwszy raz od dziesiątek lat, drżąc w szankach, krwawiąc wewnętrznie po stracie Elizabeth oraz Ruth. Intryga pleciona życiem wielkich imion kładzie się na językach każdego, kto ostatniego wieczoru był na spotkaniu Sabatu. Napięcie towarzyszące emocjom, tak ludzkim a niepodobnym istotą naznaczonym piekielnymi zdolnościami, iż nawet Belial czuł włoski unoszące się na poznaczonym nastroszoną skórką ciele. Nie każdy się jednak bał, ufając władzą oraz mądrością przewodniczących, tamtego wieczoru tak przekonywujących w gestach, uśmiechać, choć zdecydowanie gorzkich w słowach. Było to mylne przekonanie bezpieczeństwa, głównie tych słabych wiedźm, które nigdy nie doświadczyły czym jest prawdziwa potęga spoczywająca w dziedzicznej krwi. Kim jest ten, który mógł zaszkodzić białym szatom (?)? Kto mógłby być na tyle potężny, bezwzględny i zdolny, pokusić się na życie tych wodzących ręką samego szatana? Łaknienie odpowiedzi, w sytuacjach opłakanych, przynoszące niespodziewane rozwiązana, zdawała się nie istnieć nie mając ani podstaw, ani miejsca wśród zdroworozsądkowych kątach umysłu. Wielu przed nimi – wyznaczoną ósemką, musiało zastanawiać się czym był ten atak, szukając motywów, dywagując, głowiąc się, płacząc o objawienie, choć szczegółu innego jak użycie magii, które powinno prowadzić starszyznę do celu po znakach, jednak nie było. I to nic młodego Nitsche przerażało, bardziej niż morderstwa.
     Racząc się lekturą w lipcowy poranek, roku pańskiego, Belial pomiędzy strofami poezji Charlesa Baudelaira myślał nad swoim chwalebnym wytypowaniem do poprowadzenia dochodzenia wraz z innymi mu podobnymi. Mógł być z siebie dumny, czego również oczekiwał od innych, prężąc się przy swoim kontuarze, ówczesnego wieczoru, gdy setki par oczu prześlizgiwało się po jego kształtnej twarzy. Czuł w tym pewien podstęp, wcale wymierzony w nich bezpośrednio, lecz mający coś w sobie z umywania rąk, być może stchórzenia i karcił siebie za te niepochlebne myśli, w kierunku swoich przełożonych, a jednak…Dlaczego akurat oni, mimo niepodważalnych zdolności, mimo kręgu średniego, zostali wybrani spośród tak wielu, być może bardziej kompetentnych? Napływ euforii, szybko zamienił się w niewygodną do przetworzenia prawdę, jakoby,  według pesymistycznych wizji blondyna starszyzna mogła mieć jedynie pretekst do ukarania słabych ogniw, gdyby poszukiwania sprawcy okazały się fiaskiem. To oni  okryliby się hańbą, to oni zaznaliby ostracyzmu, natomiast najwyższy zdecydowanie mogliby uchronić swoje chwalebne imiona. Z drugiej strony nie tym była filozofia Sabatu, a trudno przemówić rozsądkowi, tak zakochanemu w wizji świata, do którego należy, iż ludzie dający podwaliny pod prężne do tej pory działanie społeczności nie mają ku temu powodów. A może to swoisty egzamin na przystąpienie do wyższego kręgu? Nie, przecież to niemożliwe, a jednak, grupka niedojrzałych jeszcze w pełni młodych dorosłych miała stawić czoło jednemu z największych niewytłumaczalnych w nowej historii Sabatu.
- Nienawistneś mi, morze! Twych fal łoskot dziki odnajduję w mej duszy…- Szeptał do siebie Belila, chowając wymiarowy tomik poezji do wewnętrznej klapy marynarki, wyszywanej bordowym wzorem we francuskie lilie. - Ten pełen goryczy śmiech zwyciężonych, łkania, bluźnierstwa i krzyki
słyszę, gdy morze śmiechem swym bezbrzeżnym ryczy…
- Mówił, nie patrząc na tekst. Skierował się do wyjścia, w korytarzu mijając starszego brata. Udał, iż go nie widzi, lecz Lucyfer położył mu dłoń na ramieniu, zatrzymując młodszego w półkroku. Spojrzał nań z miłością, przejęciem a nawet i pewnym strachem, jakby patrzył nań w chwili ostatecznej, po to aby uśmiechnąć się, pogratulować mu wytypowania i pożyczenia owocnych poszukiwań. Belial chciał jeszcze zapytać brata, czy to przez niego został powiązany z dochodzeniem, lecz starszy z Nitsche zniknął mu z oczu, pozostawiając za sobą jedynie zapach przypraw.
     Droga do domu kultury nie była długa, pokonana równym tempem z rękami założonymi za plecy. Salem wydawało się takie samo jak każdego lata, o umiarkowanej temperaturze, chmurami kłębiącym się wzorami, wizjami i przepowiedniami. Wiatr niósł zapachy, kręcił w nosie, ciągnąc dalej pomiędzy liście lasów oraz pola przekwitającej trawy. Miasteczko mimo swojej naturalnej w ten czas swojskości, przepełnione było jednak dziwną energią, nie tyle z powodowaną pracami wyższego kręgu nad barierami ochronnymi, lecz energia ta kumulowała się wyłącznie pod wpływem wczorajszego przykrego spotkania. Niepokój nawiedzający Salem miał wymiar na tyle odczuwalny, iż mógł dotknąć sfery duchowej, co za tym szło – oddziaływanie na innych mieszkańców, niekoniecznie tych ludzkich.
    Doszedł przed dom kultury. Spojrzał na kieszonkowy zegarek, którego żywe, płynne wskazówki i trybiki działające niczym oddychający organizm, dokładnie poinformowały go o przybyciu dziesięć minut po ósmej. Przypuszczał, iż nie będzie pierwszym, lecz bycie drugim również nie było w jego planach. Smukła sylwetka Nickolasa C. Westa, wyrosła przed nim, kiedy tylko wzniósł błękit oczy, ponad pozłacaną tarczę zegarka. Przyjrzał się jego zgrabnie sklejonemu podbródkowi oraz eleganckiemu ubiorowi, będącego już niemałym dlań przytykiem i czując, nadejście momentu, w którym powinni wymienić się grzecznościami, to uczynił:
- Dzień dobry, Nickolasie- zaczął, szukając po jego twarzy wąskiego uśmieszka, kieraszującego mu twarz maską wiecznego błazna. - Wspaniały dzień na dowiedzenie się z jakiej racji mamy brudzić sobie ręce sprawą, którą powinni zająć się prawdziwi detektywi. Niebywałe, że wśród naszej społeczności dobrano akurat tak niefortunne nazwiska…I w gwoli ścisłości bynajmniej mówię tu o sobie.- Stwierdził, przy tym wzruszając ramionami, w jakimś obojętnym geście, choć jego słowa miały w sobie coś z ostrej brzytwy. Nie musiał nawet głośno wypowiadać tych nazwisk, licząc, iż West będzie na tyle rozumny, iż sam skojarzy kogo z ich ósemki blondyn miał na myśli.
- Zaskakuje mnie, iż Sabat tyle zwlekał od kwietnia, aby podjąć dochodzenie, przynajmniej to jawne. Mam nadzieję, że nie zostawią nas z pustymi rękoma, bez wskazówek, bez możliwości. To nie są żarty…- Uśmiechnął się w stronę mężczyzny, subtelnie obnażając rządek białych zębów. Na tym skończył, choć wydawało się, iż otwiera jeszcze usta, by coś powiedzieć, a jednak zamilkł, po tym wyznaniu, mającym choć trochę poruszyć mu przydzielonego. Pozostała jeszcze szóstka, której na ich nieszczęście jeszcze nie było widać na horyzoncie, a Belial, przynajmniej sam przed sobą nie ukrywał, iż wolałaby załatwić spotkanie z Mędrcem Williamem jak najszybciej. Musiał wiedzieć, co tak naprawdę planują, podejrzewając, iż dowiedzą się znacznie więcej niż powinni zza zamkniętych drzwi, niż na grupowych zebraniach, które, jak nauczyła zasada władzy, niewiele mają ze szczerością wspólnego.

Ostatnio zmieniony przez MiddieTheHuman (12-07-2020 o 17h50)


https://i.imgur.com/T1FjLoj.gif https://i.imgur.com/Pc851a9.gif

Offline

#13 24-07-2020 o 18h23

Straż Cienia
Sarahna
Oficer Straży
Sarahna
...
Wiadomości: 1 702

-------------------------------------------https://i.imgur.com/e1eaix0.png

    Wczorajsze spotkanie spędziło sen z powiek Morgan. Do późnej nocy, leżała w łóżku z książką w ręku i nie mogąc skupić się na fabule, rozmyślała o jego przebiegu: o wypowiedzianych słowach oraz o tych, które nie zostały wypowiedziane, a jedynie pomyślane. O tych, których wypowiedzieć się bano, a których ciężar wiszący w powietrzu był niemal namacalny. Nawet teraz, gdy budzik zadzwonił cicho, jej myśli nie skupiały się na tym, jak bardzo nienawidzi porannego wstawania, a na tym, dlaczego to właśnie oni zostali wytypowani do tej misji. I bynajmniej nie przeszkadzało to pannie Whitford, jednak pewien niepokój wkradł się do jej umysły, przeplatając się naprzemiennie z dumą i wyróżnieniem, które dosięgło ją i parę znanych jej osób.    
    Zdecydowawszy odgonić na chwilę od siebie te nieprzyjemne myśli, uznała, że powinna zrobić coś dla ciała. Niechętnie wygramoliła się spod cienkiej kołdry i opuściła stopy na miękki dywan, w którym zaraz zatopiła palce, ciesząc się przyjemnym dotykiem materiału, z którego został wykonany. Rozmasowała spięte łydki i ostatni raz dzisiejszego dnia, przeciągnęła się, wyciągając ręce do góry i ziewając tak cicho, że ona sama ledwo mogła to usłyszeć. Darując sobie prysznic, gdyż głównym założeniem Morgan, było pójść pobiegać - skoro miała jeszcze chwilę czasy do spotkania w domu kultury - wstała i podeszła do szuflady, gdzie trzymała strój ku temu przeznaczony. Przechodząc obok szafy, pogładziła czerwony materiał szaty, którą wczoraj na sobie miała - czuć było dym ze świec, wypełniających pomieszczenie - oraz ogólny ciężar zgromadzenia. Potrząsnęła głową i odganiając od siebie myśli z tym związane, włączyła muzykę w telefonie, wsunęła na uszy słuchawki i zawiązując porządnie buty, wyszła z domu.
    Poranek nie należał do najcieplejszych. Chłodne powietrze łaskotało drobne włoski na odkrytych ramionach dziewczyny, która w ramach rozgrzewki postawiła na szybki marsz. Jakieś pół godziny przed godziną szóstą, ulice Salem były praktycznie puste - dostrzec można było jedynie samochody osób pędzących do pracy poza miastem. Krople rosy zdobiły źdźbła trawy, mieniąc się kolorami tęczy od muskających je promieni słonecznych. Ptaki budziły się do życia, a Whitford ponownie wróciła do rozmyślań minionego spotkania. W głowie pojawiały się niepokojące pytania i jeszcze bardziej niepokojące domysły: dlaczego akurat oni? Czy rzeczywiście mają rozwiązać zagadkę, czy może mają posłużyć jako przynęta, by starszyzna mogła ująć sprawcę? Co, jeśli któreś z ich ósemki padnie ofiarą łowcy - jak postanowiła nazywać mordercę. Czy mogą czuć się bezpiecznie? A jeśli owy napastnik był w na ich spotkaniu, co jeśli zna ich plan? A może właśnie teraz skrywa się za drzwami? -     Nim się zorientowała, biegła już prawie sprintem, a myśl o ukrywającym się mordercy spowodowała, że odruchowo spojrzała w stronę lasu. Wyobraźnia zaczęła płatać jej figle, a serce niebezpiecznie przyśpieszyło, nie tylko z powodu wysiłku. Omal nie wpadła na wychodzącą zza rogu budynku starszą panią, prowadzącą na smyczy niewielkich rozmiarów psiaka. Zwierze przestraszone nagłym pojawieniem się dziewczyny, warknęło na nią, a następnie zamerdało z radością ogonem.
    — Proszę mi wybaczyć, pani Corey — powiedziała łamiącym się głosem, okazując pokorę. Jaka by nie była, nauczono ją, by okazywać szacunek starszym osobom - tak też postępowała.
    — Coś cię niepokoi moja droga? — starsza kobieta zapytała, wwiercając spojrzenie w młodą czarownicę.
    — Nic takiego pani Corey, po prostu nieco się zapomniałam — uśmiechnęła się ciepło do kobiety i pobiegła w stronę domu, nie oglądając się za siebie.
    Pierwsze czego zapragnęła, to zmyć z siebie niepokój poranka. Odkręciła wodę i pozwoliła, by ta, chwilę ogrzała kabinę prysznicową, powolnie wypełniając ją parą. Rozsunęła drzwi i postawiła nogę w brodziku, następnie drugą, aż w końcu cała zniknęła „we mgle'. Gotowa do wyjścia była już parę mminut po siódmej. Przed drzwiami dopracowała ostatnie szlify swojego wyglądu, poprawiła włosy oraz zadbała, by żadne zagniecenie nie pojawiło się na jej świeżo wyprasowanej koszuli. Jedyne, z czym nigdy nie miała problemu, to dobór stroju. W jej szafie głównie przeważały kolory czarne, szare oraz białe - jedynie kwestia połączenia odpowiedniego kroju, zajmowała jej najwięcej czasu. Co prawda przez myśl jej przeszło, że powinna założyć jakiś bardziej okazały strój na spotkanie z Willimem, ostatecznie jednak postawiła na czarne jeansy, baletki i szary top, a włosy upięła w pokraczny kok.
    Droga do domu kultury nie była długa. Ze słuchawkami na uszach, całkowicie oddając się muzyce, pojawiła się ma miejscu chwilę po godzinie ósmej, ku jej zdziwieniu było juz tam dwóch panów. Jeden dobrze jej znany Denny oraz gość z biblioteki, na którego mówiła Bel, bo przy próbie wypowiedzenia jego pełnego imienia, język stawał jej kołkiem. Wyciągnęła z uszu słuchawki i potruchtała bliżej, by nie krzyczeć zbyt głośno - zresztą, nie zwykła drzeć gęby bez potrzeby.
    — Dzień dobry panom — przywitała się z entuzjazmem. Najwidoczniej poranne bieganie i późniejszy prysznic, uzupełniło jej gospodarkę hormonalną nadmiarem endorfin, które musiały znaleć gdzieś ujście. — Nie spodziewałam się was tutaj tak wcześnie... — zamyśliła się na ułamek sekundy... — w zasadzie to nikogo się nie spodziewałam o tak wczesnej porze. Chyba nie tylko ja jestem ciekawa, co ma nam do przekazania poczciwy William — skinęła głową, gestem ręki wskazując na drzwi. — Będziemy tak tu stać, czy może w końcu wejdziemy?

Ostatnio zmieniony przez Sarahna (24-07-2020 o 18h24)



https://i.imgur.com/ZJl4Eos.png

Offline

#14 25-07-2020 o 00h17

Straż Cienia
Aveline
Straż na szkoleniu
Aveline
...
Wiadomości: 202

------------------------------------------https://i.ibb.co/XZ3b1kw/e9cf9e64068c3c244d47571702e18cc9.png

    Wdech, wydech. Bezwarunkowość czynności oddychania mogłaby się wydawać czymś symbolicznym, wręcz poetyckim, a Grace miała w głowie przynajmniej kilkanaście tytułów, które w jakiś sposób do tego nawiązywały, oplatając biologię i fizyczność w zgrabne słowa. Chociaż czasami tak bardzo możemy tego pragnąć, to nigdy nie potrafilibyśmy celowo zatrzymać dopływu powietrza trafiającego do naszych płuc. Każdego dnia nieświadomie walczymy o oddech do samego momentu uduszenia, a nawet wtedy czujemy strach, zamiast spokoju oddania się w ramiona tak wyczekiwanej śmierci. Czy właśnie dlatego wielcy kochankowie tak często porównywali bliskość drugiej osoby do powietrza, a najdzielniejsi wojownicy dawnych czasów nazywali dźwięk oręża wbijanego w ciało wroga czymś w rodzaju najmilszego oddechu? Cóż za symbolika, rozważny dobór słów, ukrywający się za tak pozornie prostą, a niesamowitą czynnością. Wdech, wydech. 
    Było jej duszno i czuła, że odrobina tlenu jaka jeszcze znajdowała się w zaciemnionym budynku była szybko zabierana przez niewyraźne sylwetki osób siedzących w długich ławach, jakby nieświadomie mówiąc Grace, że nie była tu mile widziana. Nie mogła oddychać i lekko zakręciło jej się w głowie, sprawiając, że zupełnie przestała widzieć osoby przed nią, które próbowała jak najzgrabniej ominąć, przypominając słonia w składzie porcelany. Wiedźma miała wrażenie, że tłum był coraz gęstszy, zmuszając ją do przepychania się oraz użycia kilka razy łokci, co spotkało się z cichym syczeniem oraz wymruczanymi przekleństwami, na które nie zwracała uwagi. Wzrastał w niej gniew, gdy była ignorowana przez kolejne osoby, a na zakrytym pod kapturem czole wystąpiło kilka kropelek potu. W końcu mniej lub bardziej umyślnie kogoś kopnęła aż dotarła do samego końca, upragnionego celu przynoszącego minimum świeżego powietrza, które podarowało jej chociaż parę sekund spokoju.
    Oparła się z ulgą o przyjemnie chłodną ścianę, czując się skrępowana czerwonym płaszczem, który całkowicie zakrywał jej drobną sylwetkę, czyniąc trudną do rozpoznania w półmroku. Nie odgarnęła kaptura z twarzy, ponieważ nie lubiła być obserwowana, wolała sama to robić, analizując drobne gesty, wymieniane uprzejmości i poważne spojrzenia obecnych. Mimowolnie zastanawiała się czy problemy z oddychaniem tkwiły w samym fakcie posiadania dodatkowego nakrycia, czy bardziej w tym, co symbolizowało i oznaczało. W końcu była w tym momencie jedną z nich, jasno informowała, że należała do średniego kręgu, przyłączała się do wspólnoty, która powinna być dla niej domem, najbliższym sercu miejscem, a jedyne co czuła, to nieprzyjemne uczucie duchoty oraz zawroty głowy. Wzrok brunetki mimowolnie podążył w stronę garstki dorosłych z wysokiego kręgu, w którym dostrzegła barczystą i wysoką sylwetkę ojca. Nie było to jednak poszukiwanie otuchy, a raczej pewien odruch z lat dziecięcych, coś znajomego w tych pokomplikowanych czasach, które doprowadziły sabat do tego spotkania.
    Najwidoczniej Grace przybyła tuż przed samym rozpoczęciem, ponieważ nie musiała długo czekać na pojawienie się dwóch osób w czarnych szatach - Julie i Williama, których każdy obserwował w skupieniu w poszukiwaniu jakichkolwiek odpowiedzi na tragedie, które do tej pory miały miejsce. Chociaż dla wielu osób to mężczyzna mógł się okazać bardziej pokrzepiającym i milszym dla oczu widokiem, to jednak brunetka nie mogła oderwać wzroku od twarzy starszej kobiety. Wydawała się pozbawiona jakichkolwiek emocji, jakby ostatnie dni wyssały ją z całej energii życiowej, a jednak było w jej spojrzeniu coś, co sprawiało, że żołądek Grace zacisnął się w supeł i nawet ona nie odważyła się na żadną ironiczną myśl. Przez moment zastanawiała się czy byłaby w stanie pokochać kiedykolwiek kogokolwiek na tyle wystarczająco, by jej oczy po stracie wyrażały tak wielkie cierpienie, skrzętnie ukryte za pewną maską, a jednak dostrzegalne dla kogoś, kto nie odrywał od Julie wzroku. 
    Właśnie wtedy zdarzyło się coś niespodziewanego - dziewczyna dostrzegła mały ruch po lewej stronie starszej wiedźmy i natychmiast lekko zmrużyła oczy, próbując dostrzec co to było. Słyszała w tle swoje imię, ale wszystko powoli cichło, w końcu zamieniając się w szmery wybrzmiewające za gęstą mgłą, niezrozumiałe słowa, których znaczenia nie potrafiła odczytać. Oddech Grace przyspieszył, gdy zdała sobie sprawę z tego, że powoli ruszającą się istotą był wąż, nieuchronnie zbliżający się do Julie, która nie dostrzegała pełznącego do niej zagrożenia, zbyt skupiona na tym, co mówiła. Patterson nie mogła oderwać od niego wzroku, jakby ktoś zmuszał ją do tego, by patrzyła, jednocześnie zabraniając cokolwiek robić, wpłynąć na to, co się działo i zatrzymać kolejną tragedię. Chciała wszystkich ostrzec, jakoś krzyknąć, ale nie mogła i ponownie zaczęła się dusić, a jej oddech był coraz bardziej płytki. Niespodziewanie w końcu i do Grace dotarło powtarzane przez każdego zebranego "We krwi do krwi", dzwoniąc w jej głowie i powodując nagły ból, a ostatnie co widziała to wąż powoli, ale nieuchronnie wchodzący pod czarną szatę Julie. Było już za późno.    
    Obudziła się zlana zimnym potem, głośno dysząc i odruchowo chwytając się za szyję, jakby sprawdzając czy ktoś lub coś nie postanowiło wcześniej zacisnąć się na jej gardle, powodując ten koszmar. Po chwili Grace się uspokoiła, w końcu wstając z ogromnego łóżka i ze skrzywioną miną rozglądając po pokoju w domu rodzinnym, do którego nadal nie była przyzwyczajona. Białe ściany były wypełnione równie jasnymi meblami, na których wyróżniały się jedynie złote zdobienia przy klamkach oraz metalowej ramie dużego lustra, z którego byłaby dumna każda mała księżniczka, którą dwudziestojednolatka już się nie czuła. Gdy tu przybyła nie omieszkała wspomnieć, że kolorystycznie postanowili w końcu się dopasować do tego, jakim domem wariatów byli, za co zarobiła pierwsze nieprzychylne spojrzenie rodziny. Rzecz jasna, nie ostatnie. 
    Już zaraz po przybyciu wprowadziła swoją chaotyczną, a jednocześnie poukładaną obecność, nadając temu miejscu więcej własnego charakteru. Na półkach w tym momencie znajdowały się stare tomy przepisów prawniczych oraz mnóstwo innych książek, które traktowała jak swoje dzieci i które koniecznie musiała ze sobą wszędzie zabierać. Czarne świece, kilka kamieni oraz karty tarota znalazły swoje miejsce na biurku, zupełnie nie pasując do zdobnego mebla, jakby istniejąc po drugiej stronie barykady wystroju wnętrz. Ubrania Grace nadal znajdowały się w jej walizce, chociaż była w domu już jakiś czas, jakby jednak nadal liczyła, że zaraz będzie mogła się stąd wynieść. Oczywiście, po wczorajszych wydarzeniach to nie mogło być łatwe zadanie, co zaniosło jej myśli w kolejnym kierunku. 
    Powoli zaczęła się szykować do wyjścia, a w trakcie zimnego porannego prysznica nie mogła przestać zadawać sobie jednego pytania - dlaczego została wybrana do grupy nieszczęśliwców, którzy zostali przypisani do specjalnego zadania? Nie wątpiła we własne umiejętności, których obecność dodatkowo przyprawiała jej rodziców o zgrzytanie zębami i mówienie o marnowaniu się dziedzictwa, ale była jedną z ostatnich osób, które można było posądzić o oddanie sabatowi i jego interesom. Co więcej, gdy myślała o pasjonującym się tym wszystkim ojcu, to najchętniej rzuciłaby mu nie do końca przysłowiowe kłody pod nogi, najlepiej od razu podpalone. Nie była w stanie przypomnieć sobie pozostałych nazwisk współtowarzyszy tego specyficznego wydarzenia, ponieważ nie mogła uwierzyć nawet we własne, starając się wierzyć, że jedynie się przesłyszała lub zaszła jakaś niesłychanie przykra pomyłka. Jedyne czego w tym momencie pragnęła to solidnych wyjaśnień i to po nie wstała na tyle wcześnie, by jak najszybciej spotkać się z Williamem.   
    Gdy po kilkunastu minutach zeszła po nieco skrzypiących, drewnianych schodach na dół, została powitana jedynie cichym mruknięciem matki, która siedziała samotnie przy ogromnym stole, zasłaniając się gazetą jak jakimś obronnym murem. Gdy Grace ją minęła, to kobieta odłożyła swoją tarczę i zaczęła smarować tost warstwą masła, której cienkość dziewczyna mimowolnie porównała do skromnej ilości miłości, jaka znajdowała się w jej rodzicielce. Brunetka już miała nadzieję, że udało jej się uniknąć wszelkich niedogodności i będzie mogła zacząć dzień bez zbędnego komentarza matki, który mógł być powodem niepotrzebnego balastu nerwów od samego rana, ale jej nadzieje w tym miejscu umierały szybciej niż wiedźmy w sabacie. 
    - Wiem, że to dla ciebie trudne, ale nie przynieś nam wstydu. - Chłodny ton pani Patterson mógł wywołać oblodzenie niejednego dzielnego, gorącego serca. - Nie chcę spotkać naszych przyjaciół i usłyszeć, jak śmieją się z tego, że nie potrafisz się zachować. 
    - Teraz to tylko mnie zachęciłaś - odpowiedziała Grace, posyłając przy tym kobiecie promienny uśmiech, by moment później trzasnąć drzwiami wyjściowymi, zostawiając ją sam na sam z wysuszonym jak ona tostem. 
    Świeże, poranne powietrze i jeszcze nieśmiało wyglądające zza chmur promienie słońca nieco otrzeźwiły wiedźmę, zachęcając do zatrzymania się na chwilę w ogrodzie, zamknięcia oczu i po prostu chłonięcia. Ten dom wysysał z niej całą energię, którą w tym momencie próbowała jakoś odzyskać, przy okazji uspokajając się, przez co nieco żałowała wyżycia się na zupełnie niewinnych drzwiach. W końcu i tak to nie jej rodzice zajmowaliby się ich naprawą, więc okazywanie w ten sposób swojej złości nie dawało nikomu odpowiedniej kary i zadośćuczynienia, na które niecierpliwie czekała, nawet jeśli już dawno przestała wierzyć w sprawiedliwość. 
    Chwila spokoju i wymarzonej samotności okazała się być krótką, ponieważ po kilku głębokich oddechach Grace została wręcz zaatakowana przez małą, drobną istotkę, która prawie ją wywróciła, mocno przy tym ściskając na powitanie. W większości przypadków młoda kobieta byłaby z tego powodu zirytowana i rzuciłaby zgryźliwym komentarzem, ale dla tej jednej osoby miała zarezerwowany wyłącznie uśmiech, który odruchowo pojawił się na jej twarzy, zupełnie zmieniając jej rysy na łagodniejsze. Delikatnie pogłaskała swoją młodszą siostrę po ciemnych włosach, w końcu ostrożnie od siebie odsuwając, traktując jak jajko, które mogło zbyt łatwo się rozbić. 
    - Jak było z mamą? - zapytała Cornelia, poprawiając swoją sukienkę. Trudno było jej ukryć to, że martwiła się o starszą siostrę i jej relacje z rodzicami, zwłaszcza po wieczornej atmosferze, która przypominała grobową. 
    - Mama była s... - Grace urwała, natychmiastowo zmieniając dobór słownictwa. - Słodka jak zawsze. Nie przejmuj się. 
    Dziewczynka pokiwała głową, przez chwilę patrząc na swoje jasne buty, jakby doskonale rozumiejąc co Grace miała na myśli, będąc nieco zbyt dojrzałą jak na swój wiek. Jednocześnie szła za tym ogromna wrażliwość, która martwiła starszą Patterson - takie osoby za często były miażdżone przez zbyt niedoskonały jak na nie świat. 
    - Jakbyś częściej się tak uśmiechała to może miałabyś więcej przyjaciół niż tylko mnie - mruknęła w końcu Cornelia z najsłodszym uśmieszkiem na świecie, zmuszając Grace do udawania groźnej i obrażonej miny, chociaż w duchu była szczerze dumna ze swojego małego aniołka. 
    - Ale po co mi inni, kiedy mam taką wspaniałą, młodszą siostrę? - zapytała, tym razem czochrając jej włosy w pobłażliwym geście. - A teraz idź zanim zamienię cię w żabę, muszę coś załatwić. I pamiętaj, żeby nie chodzić nigdzie samej! 
    Obserwowała jeszcze sylwetkę dziesięciolatki, która w końcu zniknęła za kolejnym krzewem czerwonych kwiatów, a następnie podążyła do bramy, wychodząc w końcu na ulicę Salem. Miała wrażenie, że wyczuwała w samym mieście negatywną energię, coś w rodzaju strachu, który ogarnął nie tylko mieszkańców, ale również stare budynki, pomniki oraz drzewa. Czuło się pewne napięcie, jakby każda cząstka tego miejsca wstrzymała bezgłośnie oddech w oczekiwaniu na to, co miało nadejść dalej, ale, jak przyznała Grace samej sobie po chwili, mogło to pochodzić z jej wnętrza i własnych uczuć. Morderca mógł być na wczorajszym spotkaniu, być wśród tych, którzy usłyszeli nazwiska osób mających go poszukiwać. Czy byli jedynie pułapką, sposobem na odwrócenie jego uwagi, czymś w rodzaju mięsa armatniego? Miała szczerą nadzieję, że były to jedynie myśli pochodzące od wydającej się zdrowej i rozsądnej w tej sytuacji paranoi. 
    Gdy do Domu Kultury zostało jej jedynie kilka minut drogi, Grace pozwoliła sobie na wyciągnięcie paczki mentolowych papierosów z kieszeni dżinsowej kurtki, lekko się krzywiąc, gdy zobaczyła ich małą ilość. Sięgnęła po jednego, a następnie po zapalniczkę, która właśnie w tym jakże ważnym momencie postanowiła ją zawieść i nie odpalić. 
    - Naprawdę? - mruknęła pod nosem, cicho wzdychając nad własnym nieszczęściem w życiu, które najwyraźniej postanowiło jej nie opuszczać. Cóż, przynajmniej miała tego jednego, stałego towarzysza w swojej podróży po tym pięknym poranku.



https://78.media.tumblr.com/91fd9bd6bb3f932db84cf4fa693f5886/tumblr_n8pr37qza61skzoovo7_250.gif https://78.media.tumblr.com/d614b04e1168be57a67b29a08d8315af/tumblr_n8pr37qza61skzoovo6_250.gif https://78.media.tumblr.com/ceded81a012e5f86dc4a21acffcfa926/tumblr_n8pr37qza61skzoovo2_250.gif

Offline

#15 27-07-2020 o 01h14

Straż Obsydianu
lVAN
Młody rekrut
lVAN
...
Wiadomości: 18

--------------------------------https://i.imgur.com/fSDxvKN.png
         Istniała jedna rzecz, myśl, idea, która trzymała go przy uczciwym życiu  przeciętnego obywatela. Ona gdzieś tam jest. Pomimo, że nie zawsze się dogadywali. Zdawał sobie sprawę, jak wiele cierpienia ze sobą przynosił. Zaakceptowała  to. Nawet jeśli wypowiadał słowa pełne jadu, a one niczym prawdziwy węże oplątywały serce Elizabeth Rues. Równie dobrze mógł ją sam zabić. Czuł swoją winę, a ona pozornie wyprała go z emocji dla świata.
         Nie chciał tam być i oglądać ludzi z  Sabatu. Nie potrzebował pełnych współczucia spojrzeń, ani zapewnień, iż zawsze może  się do kogoś zwrócić. Ostatnim, czego sobie życzył, to żeby ktoś wtrącał się w jego osobistą gehennę. Mogli sobie myśleć, że są tacy świetni, bo doprowadzili sprawę do końca. Miał to gdzieś. Gdyby jednak nie przyszedł, nie dopuszczono by go do sprawy, a on musiał się zemścić. W końcu nie liczyło się jego życie. Pal licho z nim. Zamierzał je rzucić na szale lub na stos.
         Starał się upchnąć gdzieś w kącie, gdzie nikt nie będzie mógł go zagadać, a i wzrok trudno będzie na niego przenieść, bez jawnego gapienia. Nie zgadzał się z kilkoma rzeczami, które usłyszał. Ci ludzie nie byli jego rodziną. Jedyną osobą, jaka do niej należała, była Elizabeth. Reszta się nie liczyła.
         Nie tworzył planów, ponieważ doskonale zdawał sobie sprawę, iż osobiście ukarze sprawców lub zginie próbując.
         Później się nieco wyłączył, ale nie musiał nawet słuchać. Sam w końcu się zgłosił, nie przyjmując oczywiście żadnych sprzeciwów. Zapewne musieli przemyśleć jego udział, ze względu na koneksje z ofiarą oraz emocjonalny aspekt tej sprawy.  W ciągu ostatnich dni zachowywał się jak szaleniec, jednocześnie nie kontaktując z nikim bezpośrednio. W tamtych warunkach trudno mu było się dziwić. Widocznie uznano, iż dobrze mu zrobi, jeżeli będzie mógł się ,,wykazać’’.
         Opuścił salę prawie zaraz po tym, jak czar został zdjęty, a zdążył usłyszeć tylko do połowy ,,We krwi…’’. 

         Zegar tykający głośno we wszechogarnianej ciszy, wskazywał 23:48.  Utkwił pusty wzrok w cieniach, rzucanych przez meble, skąpanych w świetle latarni z zewnątrz. Okolica  zdawała się spokojna. Jakby nawet ktoś przekonał wszystkie  psy, aby nie wydawały odgłosów.  W tym półmroku siedział w głębokim fotelu, w którym ona zasypiała częściej, niż w swoim własnym łóżku. Słyszał przez to lekki szum w uszach i wcale nie dlatego, że wypił już trzy czwarte butelki ośmioletniego whisky, który wysłał jej na urodziny zaledwie kilka miesięcy temu. To była jedyna rzecz, którą ruszył, odkąd przybył do domu – nie czuł się gotowy, na grzebanie w jej rzeczach. Nie zdjął nawet z siebie czerwonej szaty, choć teraz wyglądała co najmniej niedbale.
         W palcach obracał szklankę z brunatno-brązowym płynem wiadomego pochodzenia. Czy gdyby przybył nieco wcześniej, zdążyłby chociaż zaproponować jej wypicie  razem?  Wiedział, co by mu wtedy powiedziała oraz jakby zobaczyła go teraz. Na pewno kazałaby mu się wziąć w garść i przestać nad sobą użalać. Uśmiechnął się na tę myśl, ale szybko zmienił to na skrzywienie smutku i goryczy. Postanowił grymas utrzymać, pociągając  łyk alkoholu.
           Poza tym wydawał się wyciszony. Cały czas jednak wracał jeden głos. Ten sam cholerny szept. To twoja wina. Nie uratowałeś jej. Zgnijesz za to w piekle. Dobrze. Niech już szykują miejsce. Pewnie i tak już od dawna tam na niego czekało, żadna nowość. Ciało jednak zareagowało inaczej, niż umysł – machnął ręką, z dzikim rykiem, odbijającym się od ścian, strącając szklankę na ziemię. Dźwięk tłuczonego szkła i koniec.
      - K*%$! – rzucił, po czym zagryzł knykieć prawej dłoni, próbując się uspokoić. Potem sobie uświadomił, iż nie może tego tak zostawić. Krzywym krokiem ruszył w stronę, gdzie ciesz zaczęła już wsiąkać w brzeg dywanu. Nie myśląc zbyt długo, przyklęknął i złapał kawałki szkła  gołymi rękoma. Nie rozluźnił jednak uścisku, a wprost przeciwnie. Ścisnął mocniej, aż ostre krawędzie  poraniły mu skórę. Chciał to poczuć i rzeczywiście – zaskoczyło go wyraźne pulsowanie. Potrafił odróżnić to konkretne doświadczenie od zwykłych oznak swojej własnej cielesności. Nieraz  oddawał jemu swoje własne ciało. Nie pochodziło z niego samego, a było raczej jednością. W tej chwili czuł jedynie granicząca niemal z  szaleństwem radość – była  z nim moc. Krew. Spojrzał na swoje dłonie, jakby pierwszy raz je widział na oczy. Pamiętał – już kiedyś to zrobił…
         Coś jednak przerwało jego chwilę euforii. Poczuł się obserwowany. Obejrzał się przez ramię, patrząc na  okno. Nikogo w nim nie widział, ale wyraźnie doznał czyjegoś wzroku. Nie bał się, więc nie miał oporu, aby podejść i to sprawdzić. Była północ.

         
          Ubrał się w swoje standardowe ubrania, po tym, jak kilkanaście minut temu wziął prysznic. W ustach miał lekki papier ścierny, a oczy wykazywały oznaki przepicia. Poza tym jednak prezentował się całkiem nieźle. Zbliżając się na miejsce, odkrył, że był w pierwszej piątce. Milutko. Włosy zaczęły mu już nieco wysychać, więc pomimo, iż zaczesał je wcześniej do tyłu, kilka kosmyków opadło mu na twarz.
          - Pewnie zastanawiacie się, po co was tutaj zgromadziłem – zażartował, ale bez szczególnego zaangażowania. Pogrzebał chwilę w kieszeni, aby znaleźć nieco zgniecionego papierosa i zapalniczkę. To pierwsze włożył pomiędzy wargi, a drugie odpalił, po czym skierował w stronę dobrze znanej mu duszyczki, drugą dłonią zasłaniając ją od wiatru. Nie dało się ukryć bandaży na jego rękach.
         - Proszę cię bardzo, płomyczku nadziei. – Niegdyś lubił ją tak nazywać, choć zazwyczaj się z nią drażnił, kiedy używał tego przezwiska. Miał nieco zachrypnięty głos, ale była mała różnica pomiędzy tym, a jego standardowym, przez notoryczne używanie tytoniu.

Ostatnio zmieniony przez lVAN (27-07-2020 o 01h22)

Offline

#16 30-07-2020 o 21h31

Straż Cienia
Satomi-iko
Straż na szkoleniu
Satomi-iko
...
Wiadomości: 252

________________https://fontmeme.com/permalink/200714/943e65220eb533784a87ada89dc7b3f6.png

     Do Salem wrócili niedawno. Mimo iż zaliczenia mieli około maja, wciąż zostawały praktyki na oddziale czy w laboratorium - kto na jakim kierunku był. Poza tym doskonale wiedział, że jego brat najchętniej zostałby w “swojej świątyni” na całe lato, aby dzielić się z “przyjaciółmi” co ciekawszymi myślami czy plotkami. Niezwykle rozczulało go obserwowanie jak Allan oddaje się swoim ekscentrycznym zajęciom, dlatego, nie mówiąc nic bratu, przełożył ich powrót dopiero na datę po uroczystości urodzinach Marthy. I tak zapewne mało kto ich tam chciał…
     Nie mniej! Tego dnia pełen determinacji opuścił dom rodzinny, starając się nie okazać podekscytowania, które w nim buzowało. Takie wyróżnienie - myślał - taka szansa, żeby się wykazać.
I chociaż osoby, na których szacunku i aprobacie mu zależało, nie były zainteresowane sprawami Sabatu czy też śledztwem, do którego został przypisany, on wciąż się łudził. “Wykażę się” - powtarzał w myślach, wyobrażając sobie już, jak wraca z opowieściami na ustach i staje przed nimi. A potem słyszy te cztery piękne słowa “Jesteśmy z was dumni”. Z was, rzecz jasna jego brat miał  grać pierwsze skrzypce w jego opowieściach. Po niego także udał się tego ranka.
     Jeśli chodzi o szukanie Allana, miał przeczucie co do miejsca, w którym ten mógł nocować. Jak się spodziewał, drzwi do kostnicy nie były zakluczone. Zastał go akurat w połowie opowieści o studenckim życiu - które swoją drogą spędzał w sumie w miejscu podobnym do tego. Jego twarz rozjaśniła się, na widok brata w tak wyśmienitym humorze. Przysiadł na jednej z trumien, wodząc za nim wzrokiem niczym gepardzia mama za swoim młodym. Nie przerywał mu wiedząc, że w końcu torba pyszności, jaką przyniósł, zostanie zauważona. Nie zawiódł się.

     Brat dał się przekonać do wzięcia udziału w spotkaniu w zamian za torbę babeczek, które Edgar ukradł z domu. Rzecz jasna na pewno mu się za to oberwie, kiedy wróci, ale nie przejmował się tym pewien, że gniew szybko przejdzie rodzinie. Grając w jakąś słowną przekomarzankę, dotarli do celu. Widząc takie tłum, chłopak zerknął na zegarek. Nie byli spóźnieni.
-Ja hooo~ - przywitał się miło ze wszystkimi - skąd takie ponure miny? Wyglądacie, jakby ktoś umarł.
Dopiero po chwili przypomniał sobie, po co w ogóle było całe dochodzenie. Powoli przesunął spojrzeniem po wszystkich twarzach z głupią miną.
-Wiecie co… może ja… przywitam się jeszcze raz co? - zmrużył lekko oczy i wydymał usta, jakby w zamyśleniu. Odwrócił się na pięcie, odszedł pięć kroków, po czym wrócił. - Hej wam - zaczął raz jeszcze, wciąż z szerokim uśmiechem. - Co z wami? Znów trujecie się oparami? Uważajcie bo, jeszcze trochę i zaczniecie przypominać rozkładające się zwłoki, które mamy oglądać.
To też nie była lepsza alternatywa...
-Spokonje, Aegroto dum anima est, spes esse dicitur, czyż nie?


https://66.media.tumblr.com/ca1bfc8ed29ac84be8bb0a44a4c6824c/tumblr_ol62lcC4kj1ru0b90o3_500.gifv

Offline

#17 03-08-2020 o 15h50

Straż Obsydianu
Berrine
Żołnierz Straży
Berrine
...
Wiadomości: 580

_____________________https://fontmeme.com/permalink/200714/6bdb4b867277cb9559e67f19f0e4dcc8.png


       Nie miał zamiaru nigdzie wychodzić. W jego planie tego dnia znajdowały się jedynie leniwe pogawędki z Ronaldem i zjedzenie resztek pizzy, które walały się gdzieś w kartonie na podłodze jego pokoju. Miał jednak dziwne przeczucie, że tak jak zapowiedział R, ktoś przyjdzie i zmusi go aby uczestniczył w czymś na co nie miał najmniejszej ochoty. Słyszał już wcześniej o dziwnych rzeczach, które wydarzyły się w środowisku magicznym, ale sprawa niekoniecznie go interesowała. Pomijając zwłoki oczywiście. Nie mógł pogardzić dobrym, mającym jakąś historię towarzyszem. Szczerze powiedziawszy, był zły. Z jakiegoś powodu zakład pogrzebowy, w którym stacjonował, został pominięty i od czasu Ronalda jeszcze nikt go nie odwiedził, a to nie tak, że brakowało trupów. Wielokrotnie prosił szefa, żeby poszerzyć działalność. W obecnym stanie, zaczynało mu się już nudzić. Ile można patrzeć na tego otyłego gniota. Ronald należał do wyjątkowo sztywnych rozmówców, pozbawionych poczucia humoru. Pracował jako prawnik a z jego akt wynikało, że opuścił ten świat z powodu zapracowania. Typ nawet nie założył rodziny. Dobrowolnie został nadętym starym prykiem bez życia za życia.
       - Na twoje zdrowie! - zakrzyknął Allan wyciągając w stronę mężczyzny butelkę z mocnym trunkiem. - Chociaż to już zmarnowałeś.
Ten spojrzał się na niego krzywo, choć może to nie przez wypowiedziane wcześniej słowa. Hercules nieszczególnie poświęcił uwagę, aby zabrać o swoją aparycję tego dnia. Jego kręcone włosy sterczały na wszystkie strony, a na sobie miał jakąś hawajską koszulę w kwiatki i czarną spódnicę pożyczoną od... To była Susan? Miła wyjątkowo ciekawy gust. Nie miała też nic przeciwko, aby dzielić się ubraniami. Właściwie ich już nie potrzebowała, więc było jej to obojętne.
       - Masz rację. Pora się ogarnąć, skoro ktoś tu przyjdzie.
Zdjął nogi ze stołu i wstał ze swojego ukochanego krzesła, kierując się na zaplecze, aby potem udać się i do mieszkania. Dolną część garderoby zamienił na dłuższe, również czarne spodnie i spojrzał w lustro. Rozpięta, pomarańczowa koszula w czerwone kwiaty jakoś wyjątkowo dobrze na nim dzisiaj leżała. Nie miał więc serca jej zdejmować. Trudno. Nikt jeszcze nie umarł od widoku jego obnażonej klaty. Chyba.
       Jednocześnie nie mógł nic poradzić na natłok myśli kotłujących się w jego głowie. Większość z nich skupiała się na jego zakazie do uczestniczenia w sekcjach zwłok. Właściwie to nie był zakaz. Mógł do woli wchodzić do pomieszczenia i tłumaczyć się praktykami studenckimi, jednak sam fakt, że nie mógł czynnie w tym uczestniczyć niezmiernie go bolał.
       - Bo widzisz... To jest jak zakaz - odezwał się do R po powrocie do zakładu. - Nie pozwalają mi się udzielać. Pamiętasz Grenadinę? Tak miała na imię? Stwierdzono, że sama się udusiła, a to nawet nie miało sensu. Wystarczyło trochę pogrzebać i połączyć fakty. Jej mąż miał kochankę, a Gren należała do wyjątkowo zaborczych. Chciała się jej pozbyć, a potem co? Zrezygnowała na rzecz wizyty papcia w zaświatach? Parodia. Nie - kiwnął głową w odpowiedzi na dziwną reakcję Ronalda. - Dlatego skończę te studia i awansuję.
       Kiedy to powiedział, drzwi do pomieszczenia zaskrzypiały, obwieszczając czyjąś wizytę. Allan obrócił się radośnie, ale nie zobaczył tam białej tkaniny, za którą tak tęsknił. Zamiast tego stanął przed nim Edgar z krwi i kości i o odpowiednim kolorze skóry, co właściwie ucieszyło go jeszcze bardziej. Dopowiedział jeszcze kilka kwestii, uzupełniając poprzedni wątek rozmowy i spostrzegł papierową torbę, którą przyniósł jego bliźniak.  Babeczki czekoladowe. Kradzione - jego ulubione.
       - Z domu? - Ed przytaknął w milczeniu i podał mu jedną, zanim zaczął używać ich jako formy brudnej manipulacji.
      Mimo wszystko apetyczny argument się sprawdził i już po chwili oboje skończyli na zewnątrz, dociskając do szyby karteczkę z napisem "Czy na rzecz tego pięknego dnia, możesz wybrać inną datę śmierci? W porządku. Jeśli już pilnie musisz, skontaktuj się z nami pod numerem telefonu poniżej". Z nami, jako że zakładem. Christopher nie musiał być kojarzony z tym miejscem. To świątynia tylko jednego Poe.
       Na miejscu postanowił, że pozwoli Edgarowi zepsuć ich wejście i słusznie. Jak zwykle mógł na niego liczyć w takich sprawach. Gdyby nie on, zapewne sam powiedziałby to samo. Choćby po to, zaby pooglądać oburzone reakcje na twarzach innych. Kiedy bliźniak starał się wybrnąć z sytuacji, Hercules skupił się na lustrowaniu otoczenia wzrokiem i poszukiwaniu jedzenia.

Ostatnio zmieniony przez Berrine (03-08-2020 o 15h50)


♡  |  MyDramaList  | SłodkiFlirt  |  ♡   
https://cdn.discordapp.com/attachments/497827664804053023/584164827296038936/chic2.gif

Offline

Strony : 1