Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 2 3 4 ... 7

#26 03-08-2020 o 22h31

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 214

....................................................https://i.imgur.com/nTrdiKp.png

     Znalazłszy się w tak pięknym miejscu, wprost nie można było oprzeć się wrażeniu, że to swoisty pomnik uświetniający jedną z najważniejszych zasad słowińskich magów: natura to magia. To od niej wszystko pochodziło, od niej się zaczynało i na niej kończyło. To właśnie Matka Natura we współpracy z najwyższymi bogami stworzyli zieleń ziemi i błękit nieba; to oni razem użyczyli słońcu własnego blasku i to oni zechcieli się podzielić najwspanialszym darem życia, aby zielone równiny, obielone szczyty gór i głębokie oceany zaczęły żyć.
     Zielona Polana z całą pewnością była tego rodzaju pomnikiem. Pomnikiem opowiadającym historię o powstaniu świata; historię, której nie da się zapomnieć, nie da się jej przegapić lub zignorować. Opowiadał ją szelest wiatru przemykający z wdziękiem między gałęziami i liśćmi, zachęcając je do tańca. Opowiadał ją wesoły trzask ogniska, tak dobrze i wyraźnie słyszany nawet mimo wszechobecnego harmidru. Opowiadały ją szaleńczo pląsające iskierki, wznoszące się beztrosko ku górze, znikając w mgnieniu oka jak gdyby rade, że zdążyły nadać całemu temu widowisku właściwej sobie magii.
     Jednak najszerzej, najdokładniej i najpiękniej tę historię opowiadały dźwięki, które poruszały i radowały serca. Radosny, gromki śmiech dobiegający z każdej strony, głośne toasty, barwne pozdrowienia i dusza aż rwąca się do tańca — niektórzy twierdzili, że to właśnie wyjątkowa magia tego miejsca tak pozytywnie działała na każdego, kto wkroczył na tę uświęconą polanę.
     Właśnie dlatego nawet Daniel, przez większość swojego jestestwa uwiązany ciasnymi sidłami nie pozwalającymi mu na okazanie choć trochę więcej śmiałości czy werwy, miał ochotę całkiem się zapomnieć, zamknąć oczy i na ślepo rzucić się w tłum, aby robić tylko i aż to, co mu w duszy zagra. Nie był jednak aż tak odważny, dlatego ograniczył się do szerokiego, promiennego uśmiechu i delikatnego kiwania się w przód i w tył, co z daleka mogło wyglądać na objaw jakiejś dziwnej choroby, w rzeczywistości będąc nieudolną próbą nieśmiałego potańcowania.
     I właśnie dzięki takiemu chwilowemu zapomnieniu i pełnym skupieniu się na Antoninie, która zbliżała się do stołu zastawionego wszelkiej maści alkoholami, dał się tak perfidnie zaskoczyć. Czując, jak jakaś macka dotyka jego głowy, podskoczył wystraszony i zrobił nagły i dość chwiejny krok do przodu, jak gdyby to go miało ochronić przed złą marą. Dopiero gdy się odwrócił, pochylony w geście obrony i najeżony niczym wystraszona kotka, ujrzał stworzenie odpowiedzialne za ten pyszny żart i aż mu ręce opadły z wrażenia, irytacji, zmęczenia i niedowierzania.
     Gdyby w słowiańskiej mitologii miało istnieć bóstwo odpowiedzialne wyłącznie za złośliwość, Floriana Kazickiego wzięliby żywcem miedzy swoich.
     Wpatrując się z niedowierzaniem w swojego przyjaciela, nie mógł pojąć, jak mógł się dać tak łatwo podejść. Co więcej, gdy zdał sobie sprawę, że zachował się jak panienka na widok myszy — i to w towarzystwie nowo poznanej koleżanki — momentalnie poczuł, jak policzki robią się czerwone i gorące, w całości zdradzając ogromne zakłopotanie. Każdy normalny obywatel na miejscu Daniela zaraz zwymyślałby Kazika, lecz nawet choćby chciał — a chciał wiele razy — nie potrafił się na niego gniewać.
     Po prawdzie to Wroński nie potrafił się na nikogo gniewać.
     Najgorsze zaś w tym wszystkim było to, że Daniel nawet nie umiał ukryć radości, jaką odczuwał na widok swojego dobrego kumpla. Kazik był jedną z pierwszych osób, którą poznał w szkole i która zechciała mu pomóc w obeznaniu się z tą nową rzeczywistością, w którą został wplątany. Zresztą sam Daniel miał zamiar odszukać przyjaciela w czasie tego rozpoczęcia, dlatego pojawienie się Kazika uznał za wyjątkowo sprzyjającą okoliczność.
     Nawet jeśli cały aż płonął ze wstydu, bojąc się spojrzeć Antoninie w oczy.
     Dopiero gdy usłyszał charakterystyczną ksywkę „gąsiarza”, uśmiechnął się nieco szerzej. Uśmiech niestety zaraz musiał zejść ze sceny, kiedy Filip wypowiedział dwa proste, ale jakże przerażające słowa:
     „Nie próżnujesz”.
     Niemal słyszał, jak w jego głowie zaczyna wyć syrena alarmowa, a przed oczami migają mu czerwone światła. Mając ochotę zapaść się pod ziemię, odważył się spojrzeć na Antoninę, jednak nie był w stanie wycisnąć z siebie ani słowa. Rzucił więc tylko błagalne spojrzenie wręcz krzyczące: „to nie to, co myślisz”.
     Ale właśnie: co Antonina mogła sobie pomyśleć? Nad tym Daniel wolał się nawet nie zastanawiać, bo mógłby zemdleć ze stresu.
     Oszołomiony tym nadmiarem wrażeń, Daniel marzył o tym, by mieć tyle śmiałości, by rzucić się Kazikowi do gardła. Zamiast tego wyprostował się, poprawił i tak potargany przez krzaki sweterek, zebrał z trawy resztki swojej godności i odchrząknął znacząco, dając tym samym znak przyjacielowi, aby przestał go, z łaski swojej, kompromitować.
     Kiedy Kazik przedstawił się Antoninie, Wroński z całych sił pragnął krzyknąć: „On kłamie, tak naprawdę nazywa się Florian i tylko tak masz go nazywać!”. Właśnie w takich chwilach uświadamiał sobie, że Daniel też miał swojego anioła i diabła na obu ramionach: diabelska strona Wrońskiego bywała całkiem złośliwa, choć możliwe, że to szkodliwy wpływ Filipa. Jednak stety lub niestety, to anioł wygrywał i roztaczał swoje wpływy na całego Daniela.
     Dopiero pytanie o spotkanie z gęsiami nieco go uspokoiło, a gdy nawet Antonina zainteresowała się tematem, Daniel poczuł się przyjemnie połechtany: każdy lubił być w centrum uwagi i opowiadać o swoich pasjach i nawet Wroński, mimo swojej uciążliwej nieśmiałości, wcale od tego nie stronił. Niestety niedane było mu się nacieszyć tą chwilą blasku, glorii i sławy, gdyż w jednej chwili zdarzyło się wiele nieszczęść.
     Poniesiona pogawędką, cała trójka nawet nie zauważyła, jak dotarła do stołu z napojami, by następnie zacząć się kierować ku wcześniej wypatrzonemu przez Daniela stolikowi. Jakże się więc zdziwił, gdy zobaczył, że ktoś go właśnie zajmował. W normalnych warunkach wściekłby się i oczywiście nic by z tym nie zrobił. To jednak nie były normalne warunki, ponieważ tą, która zajęła miejsce, była Olga Tereszczenko. Daniel znał ją całkiem dobrze, choć momentami wolałby nie znać jej wcale. Bynajmniej nie dlatego, że za nią nie przepadał — było wprost przeciwnie. Olga była wspaniałą kobietą, która według Daniela starannie i ostrożnie zszywała złotą nicią dwie osobowości — choć przeciwne jak noc z dniem — tworzące doskonałą harmonię. Tak oto dziewczyna radosna niczym wiosenny poranek, miła, uczynna i sumienna, była jednocześnie kobietą waleczną, pewną siebie i tego, czego chce. Jej urok osobisty zdawał się emanować niczym swoista aureola, której Olga w pełni była świadoma i wiedziała, jak ją wykorzystać.
     Daniel lubił Olgę. Bardzo lubił. I to, wbrew wszystkim pozorom, nierzadko przyprawiało go o dreszcz goryczy.
     Niedane mu jednak było rozmyślanie nad tym kłopotem, gdyż tuż obok wydarzyła się kolejna tragedia. Antonina, łapiąc za byle jaki napój, nie zauważyła, że sięga po alkohol, który następnie w mistrzowskim stylu został wypluty wprost na twarz Kazika. Nim Daniel zdążył choćby mrugnąć, Antonina spanikowała, wystrzeliła przeprosiny z prędkością karabinu maszynowego, raz jeszcze spanikowała, oczyściła zaklęciem twarz Filipa, po czym znowu wyśpiewała wiązankę przeprosin. To wszystko wyglądałoby nawet zabawnie, gdyby nie dwie rzeczy: po pierwsze, Kazik wyglądał na tak zszokowanego, że Daniel, zamiast go wyśmiać, zaczął się niepokoić, czy na pewno wszystko jest w porządku, a w tym piwie nie było czegoś, na co przyjaciel mógł być uczulony. Jednak to drugie było gorsze, a spowodowane było jednym, krótkim pytaniem Antoniny:
     „Kto to jest?”
     I jeszcze nim piwo wylądowało na buźce Filipa, spojrzenia wszystkich powędrowały w jednym kierunku. W kierunku centrum polany, gdzie wirowało w szaleńczych tańcach mnóstwo barwnych, roześmianych studentów. Lecz w tym radosnym tłumie jedna para wyróżniała się szczególnie. Bujna, ruda grzywa wyglądała niemal jak żywy ogień, który trzaskał nie tak daleko w ognisku. Kobieta o tak pięknych włosach kołysała się w rytm muzyki, sprawiając tym wrażenie, jakby stała się właśnie wyzwolonym duchem zdolnym do tańca przez całe swoje życie. Daniel znał tę dziewczynę: była nią Mira, Miotająca Księgami. Jednak mimo całej sympatii, jaką do niej czuł, nie o nią chodziło w tym całym dramacie, a o tego, z którym tańczyła.
     W bardzo powolnym, iście sennym tempie muzyka, wcześniej tak radosna i skoczna, zaczęła się wyciszać, tonować, uspokajać. Ponura, mrukliwa i nieprzyjazna mąciła w głowie, otumaniała i ściskała boleśnie za serce. Wesołe śmiechy i rozmowy zaczęły się rozmazywać, powoli układając w jeden równie ponury, hipnotyzujący chór wyśpiewujący słowa pewnej wyjątkowo nieprzyjemnej rymowanki. Rymowanki, którą Daniel znał aż za dobrze.

               Szumią z dala głosy,
               Głosy w głowie, głosy w niebie
               Głosy myśli i łańcuchów,
               Zawsze znajdą ciebie

               Szumią w polu głosy
               Głosy w głowie, głosy w niebie
               Jak łańcuchy metalowe
               Zaraz skują ciebie

               Szumią w polu głosy
               Tam, gdzie są łańcuchy
               Tam nie ma wolności
               Tam też nie ma ciebie


     Słowa tej rymowanki dokładnie czternaście lat temu ułożyli nastolatkowie mieszkający w rodzinnej miejscowości Daniela. Dumni ze swej małej, brutalnej poezji, rozśpiewywali wszem i wobec ichniejszą wersję opowieści o Uciszaczu. Uciszaczem nazywano mężczyznę, który właśnie te czternaście lat temu zaczął brutalnie zarzynać zwierzynę hodowlaną, by następnie dokonać trzech morderstw. Śmierć dwóch rolników i jednej młodej dziewczyny śpiewającej w chórze kościelnym zmroziła okoliczną ludność, która poczęła zamykać się w domu na całe dnie, bojąc się wyściubić nos za próg. Zaczęto spekulować, kim on jest, czy to ktoś miejscowy czy może przejezdny. Dumano nawet, czy to człowiek magiczny czy niemagiczny, lecz nigdy nie znaleziono na te pytania odpowiedzi. Uciszacz zniknął równie szybko, jak się pojawił, pozostawiając po sobie trzy ofiary, kilkanaście zamordowanych zwierząt i tę przerażającą rymowankę, którą z taką lubością wyśpiewywali nastoletni chłopcy.
     Daniel miał wtedy osiem lat i nie do końca rozumiał to, co działo się dookoła. Pojmował, że nie wolno wychodzić z domu po zmroku i że nie wolno chodzić po ulicach bez obecności dorosłego. Nie wiedział za to, dlaczego nie mógł bawić się z kolegami, dlaczego ci wszyscy dorośli — niby nieustraszeni — tak bardzo się czegoś bali.
     Zrozumiał dopiero później. Lecz wtem nikt mu nie uwierzył.
     To zdarzyło się pod wieczór, kiedy wraz z matką wracał z zakupów. Było stosunkowo widno, lecz mimo to wszyscy oglądali się wokół siebie z niemałym lękiem. Nie pamiętał, jak to się stało, że na te całe dwie lub trzy minuty został sam. Pamiętał, że latarnia, w pobliżu której stał, co jakiś czas mrugała, co nadzwyczaj intrygowało małego Daniela. Wpatrzony w to pojawiające się i znikające światło nawet nie zauważył, gdy kucnął przy nim jakiś obcy mężczyzna. Daniel nie pamiętał dokładnie jego twarzy; wiedział tylko, że miał krótkie, czarne włosy, bystre, niebieskie oczy błyszczące intrygującym blaskiem oraz ujmujący uśmiech, dzięki któremu Daniel momentalnie wyzbył się jakiegokolwiek lęku. Nieznajomy zapytał go o coś, lecz chłopiec tego nie zapamiętał. Odpowiedział mu coś, lecz tego też nie pamiętał. Obcy zaśmiał się, poczochrał go po jasnej czuprynie, po czym przyłożył palec wskazujący do swoich ust, wyszeptał „ćśśś”, by następnie wstać, odejść i już nigdy się nie pojawić.
     Gdy tylko matka do niego wróciła, mały Daniel natychmiast jej wyjaśnił, że spotkał mordercę.
     Nikt mu nie wierzył. Oczywiście. Był tylko małym chłopcem, który przecież nie rozumiał, co się wokół działo. Nie rozumiał, kogo spotkał, nie rozumiał, kim takim był morderca, nie mógł więc tego rozpoznać. Wytłumaczono mu, że tylko mu się zdawało, że nic takiego się nie stało i tak naprawdę nikogo nie spotkał.
     A przecież Daniel go widział. Rozmawiał z nim. Patrzył mu w oczy.
     I widział w tych oczach wszystko to, co pozwoliło mu zrozumieć.
     Czy Feliks Łukasiewicz przypominał mu tamtego człowieka, co do którego Daniel był pewien, że to morderca? Nie, oczywiście, że nie. Przypomniała mu się za to Szurnięta Jolka, jak ją wówczas nazywano. Trzynastoletnia dziewczynka wśród wioskowej ludności uchodziła za co najmniej stukniętą, a to wszystko przez jej dość specyficzne, a czasem nawet szokujące zainteresowania. Dlatego też, jak większość dzieciaków, była zachwycona opowieściami o Uciszaczu, momentalnie zdobywając wszelką wiedzę na temat psychopatów i morderców. I tak też, dzierżąc potężną księgę traktującą o równie brutalnych, co interesujących przypadkach morderstw, tłumaczyła każdemu napotkanemu, aby broń Boże nie nazywać Uciszacza wariatem, bo to nie był żaden wariat, tylko wyrachowany psychopata. Wariat bowiem to byle kretyn biegający nago po ulicach i nie ma nic wspólnego z tym, kogo spotkano w ich małej, cichej wsi. Tłumaczyła, że psychopaci charakteryzują się nadzwyczajną inteligencją, niezwykłą charyzmą i pewnością siebie. Są opanowanymi, dokładnymi, sumiennymi perfekcjonistami pozbawionymi jakiejkolwiek empatii, za to będący przekonani o swojej świetności i słuszności przekonań.
     Szurnięta Jolka opowiadała o wszystkim, co ośmioletni Daniel widział w oczach nieznajomego mężczyzny.
     Szurnięta Jolka opowiadała o wszystkim, co kojarzyło mu się z Feliksem Łukasiewiczem.
     Więc czy sądził, że Feliks był psychopatą? Nie, nigdy tak nie myślał. Zawsze się go jednak bał i strach ten nie miał nic wspólnego z awersją, niechęcią czy wstrętem. To był czysty, pierwotny strach powodowany wspomnieniami o Uciszaczu oraz tym, co według Daniela lśniło w oczach Łukasiewicza. Spoglądając na niego, nietrudno było odnieść wrażenie, że był jak rekin: ostrożny, spokojny, o czujnym, lodowatym spojrzeniu i szerokim uśmiechu, który paraliżował. Dlatego Daniel nie miał wątpliwości, że ten człowiek może w przyszłości osiągnąć bardzo wiele. Ba!, on może osiągnąć co tylko zechce, mając do tego wszystkie potrzebne narzędzia. Stąd właśnie ten strach. Stąd myśl, że gdyby tylko Feliks tego zechciał, mógłby stać się równie potężnym, co przerażającym człowiekiem. Wiedział, że gdyby tylko Daniel stanął mu na drodze, momentalnie zostałby stłamszony, poniżony, obdarty z jakiejkolwiek dumy i woli walki.
     Nie należało oceniać książki po okładce, Daniel bardzo dobrze to wiedział. Poza tym właściwie nie znał tego całego Łukasiewicza i bardzo możliwe, że w rzeczywistości to porządny, choć bardzo pewny siebie gość. Mimo to nie potrafił opanować strachu, który go ogarniał na myśl o tym człowieku. Człowieku, w którego oczach widział to samo, co w oczach tamtego tajemniczego mężczyzny. Kimkolwiek on był.

     Drgnął, gdy dotarły do niego radosne, energiczne dźwięki skrzypiec, pianina, perkusji i fletu. Zaparło mu dech w piersi, gdy usłyszał ten słodko znajomy gwar wesołych, w większości już pijanych studentów. Ocknąwszy się z tego ponurego koszmaru odegranego na jawie, dość późno poczuł, jak w kącikach oczu zbierają mu się łzy. Przeklinając sam siebie za swoja beznadziejną wrażliwość, udał, że wyjmuje z oczu paprochy, pospiesznie je ocierając. Oniemiały, zszokowany, nie potrafiący odnaleźć się w otaczającej go rzeczywistości, raz jeszcze spróbował się wyprostować i powrócić do żywych, mając nadzieję, że nikt nie spostrzegł zmiany w jego zachowaniu. Nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie Antoniny dotyczącego Łukasiewicza, o którym wolałby jak najszybciej zapomnieć, więc gdy przypomniał sobie o poprzednich pytaniach dotyczących gęsi, pokraśniał nieco, rad ze zmiany tematu.
     — J-ja, cóż… — zaczął, lecz przeląkł się, gdy usłyszał, jak mocno głos mu drżał. Czuł, że zaczyna coraz bardziej panikować, że zaczyna drzeć. Czuł, że udziela mu się cały ciężar niedawnego wspomnienia. — Tak, spotkałem się już z moimi przyjaciółmi — mruknął w odpowiedzi na pytanie Kazika, by następnie zwrócić się ku Antoninie. — N-nie, nie jestem hodowcą… Jestem zoolingwistą — wymamrotał. Gdy uświadomił sobie, że prawie szepce, odchrząknął delikatnie, próbując tym samym doprowadzić samego siebie do porządku. — Potrafię rozmawiać ze zwierzętami… a raczej z jednym gatunkiem. W moim przypadku padło na gęsi. Dlatego „gęsiarz” — dopowiedział, próbując się jakkolwiek uśmiechnąć. — A… a ty, Antonino? Jaką specjalizację wybrałaś? Co cię najbardziej interesuje w naszym magicznym świecie?
     Pogrążony zarówno w ponurej zadumie, jak i skupiając się na odpowiedzi koleżanki, nawet nie zauważył, jak zbliżył się do wypatrzonego bliżej stolika, który zajmowała Olga. Na domiar złego, dziewczyna już go dostrzegła i uśmiechała się promiennie, zapewne chcąc w ten sposób go do siebie zaprosić. Teraz już nie miał innego wyjścia, jak tylko poprowadzić swoją świtę ku stolikowi i porozmawiać z Olgą.
     Z tą, która przecież powinna go pocieszyć jak nikt inny. Co więc było nie tak? Dlaczego to nie działało?
     — Dobry wieczór, Olgo — powiedział spokojnie, gdy zbliżył się już dostatecznie. W geście powitania ukłonił się lekko, posyłając jej nieśmiały uśmiech.
     Uśmiech, który wciąż drżał.
     — Olgo, poznaj proszę moich towarzyszy: Antoninę i Filipa. Antonino, Filipie, przedstawiam wam Olgę…
     Podczas gdy formułki przepływały między całą trójką, Daniel zaczął się zastanawiać, co jeszcze tego dnia pójdzie nie tak i aż bał się myśleć, że idealnym ukoronowaniem pecha byłoby ośmieszenie się w towarzystwie Olgi — o ile już tego nie zrobił. Może widać po nim, że jest czerwony ze stresu, strachu i wstydu? Może omsknęła mu się jakaś pojedyncza łza? Może ogólnie wyglądał jak siedem nieszczęść? Zapewne tak.
     — Cóż — mruknął wciąż lekko drżącym głosem. — Powiedzcie mi, jak wam minęły wakacje?
     Daniel zdawał sobie sprawę, że to płytki temat, ale miał nadzieję, że rozmową o czymkolwiek odwróci od siebie całą zebraną uwagę. Straciwszy całą ochotę do zabawy, chciał po prostu obserwować, jak jego znajomi rozmawiają, piją, śmieją się i korzystają z imprezy jak tylko mogą, całkiem o nim zapominając. Wtedy Wroński po cichu wymknąłby się z Polany i być może wrócił do swoich gęsich przyjaciół, a może wrócił do zamku, przebrał się w swoją gęsią piżamkę i poszedł spać, starając się zapomnieć o wszystkim, co mu się dzisiaj nie udało.
     Póki co jednak był zdany na łaskę i niełaskę swoich przyjaciół.
     Przyjaciół, którzy przecież wciąż byli obok niego.
     Dopiero ta myśl przywróciła na jego twarz uśmiech. Ten jednak nie drżał, nie był wymuszony. Był naturalny, spokojny i szczery.


https://i.imgur.com/HGv2gQz.png


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...



..
.
.
[/color]
                        ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Online

#27 03-08-2020 o 22h42

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 5 171

_______________________https://i.imgur.com/1KA5Ise.png
                  Na pierwszy rzut oka z pewnością nie mógłby powiedzieć, że Mira była dokładnie taka sama, jak reszta znanych mu kobiet. Prawdę mówiąc, nie miała w sobie nic z typowej przedstawicielki płci pięknej – a już na pewno nie jakiegokolwiek zahamowania czy obycia. Jej nieobliczalność i niezwykła wręcz żywiołowość alarmowała z daleka, sprawiając, że cała sylwetka dziewczyny głęboko zapadła mu w pamięci już na ich pierwszym spotkaniu.
                  Był wtedy stanowczo zbyt mało uważny. Gdy upadł na ziemię po zderzeniu z samochodem, mechanicznie przykładając dłoń do obolałej głowy i wyczuwając pod palcami krew, zrozumiał, że wraz z nabawieniem sobie krzywdy, rozbił również długotrwale noszoną przez siebie maskę. I wtedy autentycznie się przeraził.
                  Jego głęboka skrywana przed innymi słabość nagle gwałtownie wydostała się na zewnątrz, zderzając z dominującą osobowością Miry. Niczego nieświadoma kobieta była jedyną osobą, przy której kiedykolwiek się złamał, przy której pozwolił innym na dostrzeżenie swej ludzkiej, w jego mniemaniu wadliwej strony.
                  Dlatego teraz patrzył na nią – na tego małego, rudego demona – i miał ochotę ją zmiażdżyć. Jego długie, chude palce mechanicznie zacisnęły się na jej talii, jak szpony drapieżnego ptaka na swej długo wypatrywanej ofierze. Jednak od tego zwierzęcia różnił go jeden, dość istotny szczegół – nie miał zamiaru zadać jej bólu, niemalże natychmiast pożerając w całości, a tylko wywołać podły dyskomfort, naznaczyć ją swym dotykiem w taki sposób, aby zapamiętała go już na zawsze.
                  Za to, czego się dopuściła – w jakim stanie go zobaczyła, gdy jeden, jedyny raz stracił nad sobą kontrolę – musiała ponieść karę. Trzymając w objęciach jej kruche, drobne ciało, dotarło do niego, jak łatwo można było ją zniszczyć i jak bardzo zdana była wyłącznie na jego łaskę. Jednak Feliks doskonale zdawał sobie sprawę, że aby zemsta faktycznie zadziałała, proces jej wprowadzania musiał być długotrwały. Należało kąsać kawałek po kawałeczku, centymetr po centymetrze, aby w końcu móc dosięgnąć upragnionej tętnicy szyjnej.
                  Jego uśmiech drgnął z chwilowej ekscytacji. Doskonale wiedział, że teraz, w momencie, kiedy prawie ośmieszyła go na tle otaczających ich osób, niczego nie pragnął bardziej, jak jej własnego upodlenia.
                  - Niezdarna – powtórzył, zupełnie tak, jakby chciał sprawdzić, jak to konkretne słowo brzmiało na języku – Niezdarna i bardzo pewna siebie, jak na kogoś, kto prawie zamordował innego studenta na pierwszym roku nauki. Mam coś na twarzy? – zapytał, ostentacyjnie unosząc brwi, kiedy kobieta wbiła wzrok na jego usta. Doskonale wiedział, że siliła się w ten sposób na uniknięcie kontaktu wzrokowego, który najwyraźniej musiał ją w jakiś sposób przytłoczyć. To było jego kolejną kartą przetargową.
                  Postanowił szybko zmienić taktykę. Jego oczom nie umknęły wymykające się na wszystkie strony kosmyki rudych włosów. Korzystając z okazji, że kobieta zdecydowała się poprawić swą fryzurę, opróżnił butelkę, która uprzednio w rękach Mazur mogła posłużyć jako coś w rodzaju koktajlu Mołotowa, a następnie odkaził ją za pomocą magii. Chwilę później przetransmutował naczynie, początkowo skrywając efekt swojego zaklęcia w dłoni.
                  - W takiej formie zdecydowanie lepiej będzie prezentować się na czyjejś głowie – zapewnił, po czym rozluźnił palce zaciśnięte na przedmiocie. Oczom kobiety ukazała się piękna spinka w kształcie róży. Zachowała zieloną barwę butelki i charakterystyczną, szklaną fakturę, dzięki której nieustannie odbijała światło dobiegające z ogniska.
                  Wyczuwając, że w ten sposób w końcu mógł osiągnąć swój cel – ponowne nawiązanie kontaktu wzrokowego – delikatnie ulokował ozdobę we włosach dziewczyny, skutecznie eliminując problem odstającego, kasztanowego kosmyka, który raz za razem łaskotał zarumienione, dziewczęce policzki. Ostatecznie przyjrzał się swemu dziełu z wyraźnym zadowoleniem i klasnął w dłonie.
                  - Nie śmiałbym odmówić. Zwłaszcza w momencie, kiedy ktoś nie wierzy w moje umiejętności. Jeszcze się zdziwisz.
                  Pogłębił uśmiech, świdrując twarz Mazur wzrokiem. Czuł się na tyle pewnie, że nawet wizja spotkania z niezbyt przychylnie nastawioną do niego Olgą nie hamowała jego entuzjazmu. Czerpiąc satysfakcję z faktu, iż wszystko szło według jego planu, oddalił się wraz z Mirą, pozwalając jej zaprowadzić się w kierunku Tereszczenko – sam nawet nie próbował wychwycić jej sylwetki w dzikim tłumie.


https://i.imgur.com/8J1yLlq.gif









       i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain, but…
https://i.imgur.com/WnQCqcQ.gif https://i.imgur.com/KC10HqW.gif https://i.imgur.com/Y75NdbJ.gif https://i.imgur.com/d6Im1PQ.gif


I ’ M    T H E    P E R S O N    L E A S T    L I K E L Y    T O    B E    F O R G O T T E N .
https://64.media.tumblr.com/5c8699507f09de13ab88fbdce700132c/tumblr_p5aep042dg1qzh21go2_400.gifv https://64.media.tumblr.com/d0f83ff4e399860573

Offline

#28 03-08-2020 o 23h29

Straż Obsydianu
Asame
Pokonała Dahu
Asame
...
Wiadomości: 2 848

______________________https://i.imgur.com/2Eik7Ou.png
       Mira – jak zawsze – przyszła z kolejnym magazynkiem pełnym przypadkowych słów, które tłumiła w sobie przez nieustanny taniec w pobliżu ogniska, które bez jej wirujących włosów wydawało się wybrakowane. Kiedy wpół świadoma przyjaciółka zaczęła kierować się po kolejne napoje dla ich dwóch, Olga zaczęła podziwiać latające wokół niej  świetliki. Zaczarowane? Sama nie była pewna, ale to i tak nie miało znaczenia przy tak klimatycznej atmosferze jaką raczyła ją cała impreza i przyjaciółka z pokoju. Przyjaciółka. Wtedy Olga uświadomiła sobie, że brakuje jej przyjaciółki, a nawet sama Mira nie wędrowała po drinki tak długo. Chyba, że coś ją zatrzymało. Albo ktoś.
        Gorączkowo zaczęła rozglądać się po całej polanie wyglądając chociaż śladu rudawych włosów. I wtedy ją zobaczyła, ale nie była sama. Razem z nią stał nie kto inny jak Łukasiewicz, znany z pięknego opakowania, ale jakże brzydkiego wnętrza. Ale czy ktoś w ogóle na to zwracał uwagę? Po co, skoro uśmiechem i swoją, można powiedzieć, arogancką pewnością siebie zwalał z nóg właściwie wszystkich na jego drodze. Zaczęła przypatrywać się konwersacji swojej przyjaciółki z Łukasiewiczem szukając choćby jednego pretekstu do wstania i zdzielenia po twarzy chłopaka z piątego roku. Stety niestety nic takiego nie miała miejsca, a wręcz przeciwnie – Feliks szarmanckim ruchem przyciągnął do siebie Mirę i zaczęli tańczyć.  – Mira, nie bądź głupia. Mira, nie popełniaj tego błędu. – zaczęła mówić do samej siebie jednocześnie przeklinając chłopaka tańczącego z jej przyjaciółką. Przez ułamek sekundy Olga zobaczyła twarz swojej koleżanki i dostrzegła dosłowną mieszankę emocji – od strachu, przez onieśmielenie, aż do pełnego uśmiechu. Wiedziała jedno, Mira dobrze grała i nie chciała pokazywać swoich prawdziwych emocji, ale dlaczego? Bała się? Raczej nie, nie należała do takich osób, ale po co miałaby aż tak maskować swoje prawdziwe emocje?
        Z rozmyślania na temat ewentualnych emocji, które mogły kotłować się w głowie jej przyjaciółki wyrwały ją trzy sylwetki zbliżające się do stolika przy którym siedziała. Jedną z nich znała doskonale, był to nie kto inny niż Daniel Wroński. Olga na widok jego pobrudzonych ubrań i rozczochranej blond czupryny nie potrafiła ukryć dużego uśmiechu, którym obdarowała go już na samo powitanie.
        - Dobry wieczór? Daniel, przecież znamy się nie od dziś, chyba mnie nie zapomniałeś, co? – powiedziała serdecznie, próbując dodać nieco otuchy swojemu koledze, który wydawał się porządnie spięty.
        Do jej stolika podszedł razem z dwiema osobami. Filipa kojarzyła, byli z tego samego rocznika, ale nigdy nie byli w zażyłych relacjach. Ot, koledzy z korytarza czy wspólnych zajęć, nic wielkiego. Większą zagadką była koleżanka po jego lewej stronie. Pierwszą rzecz na którą zwróciła uwagę były piękne blond włosy. Na pewno była nowa, bo nie potrafiła przypisać jej twarzy żadnego spotkania czy chociażby wydarzenia ze szkoły. Jej jasna twarz była na tyle onieśmielająca, że Olga nerwowo poprawiła swoje włosy, zupełniej jakby chciała w sekundę naprawić wszystkie mankamenty jej zmęczonej i zmartwionej aktualnym położeniem Miry twarzy.
       - Hej wszystkim, jestem Olga. Tereszczenko. Tak wiem, mam skomplikowane nazwisko, więc możecie mówić mi po prostu Olga od ziół. – powiedziała przybierając szczery uśmiech, jednocześnie zerkając ukradkiem na postać Miry i Feliksa. W tym samym momencie znowu zwróciła uwagę na Daniela, który stał jak wryty i patrzył raz w ziemię, raz w niebo, a raz w pustą przestrzeń za Olgą.
      - Bardzo dobrze, wróciłam do rodzinnego domu i jak co roku zajmowałam się wszystkim co należy, nic ciekawego. – Olga na swoich wakacjach nie przeżywała przygód życia, a wręcz przeciwnie – to życie w małym mieście z babką uczyło ją prawdziwej sumienności, Axis Mundi było przy tym zabawą w piaskownicy.
       Pomimo szczerych prób wyciągnięcia Daniela z dziwnego letargu, nawet wielkie opowieści o niezliczonych przygodach nie pobudziłyby go do rozmowy, ale była jedna rzecz, na którą jego źrenice przybierały nienaturalnego kształtu. Gęsi. Nikt tak jak on nie potrafił z takim przekonaniem i pasją opowiadać o jakimkolwiek zwierzęciu jak on. To właśnie tym oczarował Olgę kiedy się poznali. Swoją zawziętością w tym temacie, a jednocześnie niewymuszoną delikatnością.
       - A jak tam Twoje ukochane zwierzaki, co Daniel? Sądząc po stanie twojego ubioru chyba już byłeś z kilkoma tutejszymi się przywitać. – powiedziała promiennie, zerkając na jego ubrania pobrudzone pyłkami pałek wodnych. – spotkałeś Godwinę? Chyba tak jej było, co nie? – ciągnęła temat chcąc nazbierać odpowiednio dużo materiału do rozmowy ze swoim kolegą. – Chciałabym ją kiedyś poznać, właściwie chciałabym poznać jakąkolwiek z Twoich gęsi, wydają się bardzo urocze. – powiedziała na koniec, jednocześnie kończąc potok swoich słów i widząc już zaintrygowaną twarz Daniela. Lubiła go takiego – pełnego życia, ale jednocześnie nienarwanego.
       Będąc w trakcie zażyłej dyskusji z trzema osobami, które teraz otaczały jej stolik próbowała dostrzec jak wygląda sytuacja Miry. Tańczyli, ale chwilę potem gwałtownie przestali. Olga zmrużyła oczy żeby spróbować wyczytać z ruchu warg jakąkolwiek informację dotycząca tego o czym rozmawiają. Dopiero kiedy Mira zaczęła pokazywać palcem prosto na Olgę i widocznie tłumaczyć coś Łukasiewiczowi. Olga doskonale wiedziała co to oznacza – Mira chciała od niego uciec i  znaleźć ratunek u swojej przyjaciółki. Tym razem było jednak trochę inaczej. Kiedy Mira zapraszającym gestem ręki pokazała Feliksowi, żeby ten szedł za nią, Olga zalała się falą ognia. – Nie, nie, nie, nie. Nie przyprowadzaj go Mira, błagam. Powiedz mu, żeby sobie poszedł, błagam, nie rób tego, co myślę, że zrobisz. – zaczęła powtarzać mantrę, jak małe dziecko, które mocno ściskając oczy próbuje wyczarować dla siebie nową zabawkę. Kiedy Łukasiewicz wyczarował coś, co z daleka wyglądało na ozdobną broszkę, Olga wiedziała, że Mira jest na straconej pozycji.
       Niestety, czar nie zadziałał, a zmieszana Mira wędrowała w jej kierunku razem z Feliksem. Co więcej, czekała ich bezpośrednia konfrontacja. Pierwsza od kilku miesięcy.

Ostatnio zmieniony przez Asame (03-08-2020 o 23h35)


https://i.imgur.com/5znRSLB.png

Offline

#29 04-08-2020 o 01h20

Straż Obsydianu
Parrie
Akolita Jednorożców
Parrie
...
Wiadomości: 401

____________________https://i.imgur.com/NyT378v.png

Wiele wydarzyło się w ciągu niespełna minuty. Kazik poznał Antoninę, zdążył pośmiać się z „hodowcy gęsi”, skontemplować odbicie zażenowania na twarzy Daniela i przyjąć piwo z domieszką śliny na swoją własną. Z kolei nim wyraz zaskoczenia tym obrotem spraw zdążył na dobre opuścić jego oczy, zastąpiły go iskierki radości i ukryta za nimi, niewinnie wkradająca się czujność. W jego polu widzenia bowiem, znów pojawił się Feliks Łukasiewicz, którego wizerunek Filip wykorzystywał do niecnych rzeczy, do których nigdy przed nikim się nie przyzna. Mógłby polubić Antoninę choćby tylko za to, że wyłapała postać maga w tłumie, tym samym zwracając na niego oczy Kazika.
    Na pytanie „kto to jest” chciałby odpowiedzieć tak wiele, że można byłoby stworzyć z tego nie tyle książkę, co całą trylogię. Trylogia z kolei, skutkiem nagminnych próśb fanów oczarowanych wizerunkiem Feliksa, przerodziłaby się w rozbudowaną serię, a dochody z niej płynące utrzymywałyby jeszcze kolejne dwa lub trzy pokolenia Kazików.
    Niestety, nim zdążył popełnić choć krok w kierunku realizacji swoich wielkich planów, przypomniał sobie, że jest gejem i żadnych dalszych pokoleń Kazików nie będzie. I co ważniejsze, oficjalna wersja głosiła, że Filip wiedział o Łukasiewiczu tyle co większość – przystojny, charyzmatyczny, spojrzenie psychopaty, może trochę niebezpieczny, raczej narcystyczny, no i naturalnie, popularny głównie wśród damskiej części społeczności uczelnianej.
    Dlatego przemilczał pytanie i odpowiedział dopiero na następujące po nim gorączkowe przeprosiny, przy czym potrzebował chwili, aby przypomnieć sobie czym sobie na nie zasłużył, bo w tym momencie ktoś stanowczo za mocno okupował jego umysł.
    – Luz, pewnie i tak na to zasłużę – odpowiedział przesadnie przejętej dziewczynie, wiedząc doskonale, że z reguły prędzej czy później zachodzi wszystkim za skórę swoją bezpośredniością, niewinną złośliwością, czy też poczuciem humoru, które nie każdy docenia.
    Tylko przez chwilę patrzył na dziewczynę, bo szybko wrócił wzrokiem do Feliksa, ukradkiem rzucając czar naruszający skutecznie jego prywatność. Nie pierwszy i nie ostatni raz. W ten sposób, czując się tylko ociupinkę winnym, podsłuchiwał jego rozmowy, w celach oczywiście czysto relaksacyjnych, bo głos maga uwielbiał niemniej niż inne części składowe jego uroku osobistego.
    Tylko jednym uchem słuchał zestresowanego Daniela, w tym samym czasie napawając się sprawnością Łukasiewicza, który, w przeciwieństwie do Kazika, uniknął piwnego ataku. Mira za to nie uniknęła konfrontacji z przystojnym, budzącym ogólne przerażenie brunetem.
    Kazik nie rozumiał tej negatywnej części emocji, które osoba Feliksa budziła u większości. A już szczególnie w wymiarze, w jakim objawiały się one u Daniela. Filip uważał wręcz, że to właśnie ten czający się w Łukasiewiczu mrok, jego arogancja i pogarda dla ludzkości, były w nim najbardziej urokliwe. Ile by dał, żeby to na niego mężczyzna się tak długo i intensywnie patrzył. Nie przeszkadzałoby mu, gdyby robił to tylko po to, by wyraźniej wyobrazić sobie wszystkie sposoby, na które mógłby Filipa zamordować.
    Nie chodziło bynajmniej o to, że Kazik był skończonym masochistą i lubił dawać sobą pomiatać. Broń bogowie, nie fantazjował też wcale o byciu ofiarą brutalnego zabójstwa. Kazik w zwyczajny sposób miał swoją bardzo mroczną stronę, którą jeszcze bardziej ukrywał. Zdał sobie sprawę z jej istnienia już w dzieciństwie, a choć jego rodzice robili wszystko, by przytępić niepokojące popędy syna, nie udało im się to. Kazik nauczył się po prostu doskonale udawać, że jest inaczej. Nie wiedział tylko, dlaczego tak bardzo różni się od swoich rodziców, skoro to przecież oni go wychowali. Zrozumiał to dopiero, gdy porozmawiał z dziadkiem i odkrył zarys rodzinnej historii. Od tamtej pory wiedział, że wcale nie jest nienormalny. Zrozumiał, że czyjaś normalność nie musi być jego normalnością i zaakceptował tę stronę siebie, którą odziedziczył po Leszym. Tę, która kazała mu osiągnąć potęgę oraz przybliżyć do wyższych bytów choćby i kosztem ludzkich żyć.
    Całe szczęście jego duże, brązowe oczy nie nabrały nigdy tego psychotycznego wyrazu, który często zauważał w spojrzeniu Feliksa. To zapewne także dlatego, że nie przywiązał się do jednej ze swoich natur, poddając zupełnie drugą. Nie udawał innej osoby. Naprawdę był tym, kim był, lubił towarzystwo, dziecinne przekomarzanki i beztroski śmiech, tyle tylko, że nikomu nie dawał się do końca poznać.
    Czuł, że Feliks jest osobą, której mógłby na to pozwolić. Na pewno byłoby tak samo, gdyby był hetero. Wolałby, żeby tak było, bo wtedy przynajmniej do całego zafascynowania osobą Feliksa nie doszłyby durne, prymitywne uczucia, które sprawiały, że bał się porozmawiać z mężczyzną w obawie przed kompromitacją. Nawet jeśli wiedział doskonale, że cokolwiek by się nie stało, Łukasiewicz i tak nie spojrzałby na niego pod kątem romantycznym. Ku swemu nieszczęściu, nie potrafił kierować własnym mózgiem w odłączeniu od emocji i w ten sposób miał to, co miał – gówniarskiego crusha, zamiast towarzysza do długich, wzbogacających rozmów o mrocznych siłach i ich potencjalnym wykorzystaniu.
    Gdy wszyscy ruszyli w stronę stolika, przy którym siedziała  zjawiskowa w swej delikatności dziewczyna, Filip w końcu zatrzymał czar podsłuchujący i na nowo skupił się na towarzystwie, do którego przynajmniej mógł otworzyć gębę.
    Kazik kojarzył Olgę głównie z tego, że ta przyjaźniła się z Mirą oraz zawróciła w głowie jego przyjacielowi, będąc przy tym chyba jedyną istotą, która mogła stanąć w szeregu na równi z gęśmi. Skinął tylko głową w stronę dziewczyny, gdy padło jego imię, a potem starał się skupić na trwającej rozmowie o wakacjach, nie zaś na tańczącym Feliksie. Po którymś zerknięciu w bok postawił sobie misję, że więcej tego nie zrobi, bo jeśli tak, za karę będzie musiał do Feliksa podejść i wręczyć mu list miłosny podpisany prawdziwym imieniem. Kazik do auto-kar podchodził bardzo poważnie, dlatego od tej pory ani na chwilę nie odrywał wzroku od grupki, w której się znalazł. Nie mógł mieć więc pojęcia, że Feliks niedługo przekroczy granice filipowego pola, na terenie którego nieszkodliwa fascynacja drugą osobą, zaczynała objawiać się w szkodliwych palpitacjach serca.
    – No proszę, Daniel ma przyjaciółkę, która spamiętuje imiona jego gęsi. Wróżę wam rychłe małżeństwo. – Kazik nie czaił się w tańcu i gdyby Dani potrafił się na kogoś permanentnie gniewać, pewnie nigdy nie zostaliby przyjaciółmi. Choć wiedział, że te małe tortury, jego słodki przyjaciel odczuwa bardzo intensywnie, nie potrafił sobie ich odpuścić. Nieprzejęty więc swoją bezpośredniością, wniósł tylko piwo w geście toastu i z rozkoszą przechylił butelkę. Gdyby wiedział, że dopadnie go natychmiastowa karma w postaci pewnego złotookiego cuda, zastanowiłby się dwa razy. Cóż, niewiedza bywa przekleństwem.

Ostatnio zmieniony przez Parrie (04-08-2020 o 01h28)


https://media.discordapp.net/attachments/738806225172693113/758775491553132584/o_welesie.png

Offline

#30 04-08-2020 o 10h11

Straż Cienia
Charo
Jackpot!
Charo
...
Wiadomości: 777

...............................................................https://i.imgur.com/1wIBjKh.png

No okej, mogło pójść znacznie gorzej. Kazik mógł wpaść w szał, ale chyba to po nim spłynęło. Dosłownie. Dziewczyna powędrowała wzrokiem raz jeszcze po sylwetce ciemnowłosego i dostrzegła, że na koszulce została jeszcze jedna, maleńka plamka, ale nie było sensu robić kolejnego przedstawienia i bawić się w czyściciela. Może nie zauważy Ludzie coraz częściej pomijali różne szczegóły, które jakimś cudem Antonina dostrzegała i nie była to bynajmniej super moc, a przekleństwo. Kiedy jako jedyna widzisz, że łyżeczka deserowa leży pod złym kontem względem talerza i po prostu musisz ją poprawić, bo jeśli tego nie zrobisz, to całą twoją rodzinę czeka straszliwa śmierć albo wtedy, gdy prześcieradło delikatnie zagniotło się na prawym rogu i za nic nie daje ci ta myśl spać, a kolejne poprawianie tylko pogarsza sprawę. Nie możesz nikomu powiedzieć, tylko trwasz w tych swoich dziwactwach, które coraz bardziej zaciskają pętle na szyi aż w końcu stajesz się ich niewolnikiem. Pozwala sobie na chwile słabości, kiedy wie że jest sama i nikt jej nie usłyszy. Najczęściej działo się to wtedy, gdy rodzice wyjeżdżali, a ona zostawała jedynie z panną Pauliną, która wieczorami wymykała się do stajni na schadzkę z Bartoszem. Guwernantka myślała, że nikt o tym nie wie, ale Antonina wiedziała i nie raz miała wielką ochotę wykorzystać tą wiedzę przeciw kobiecie, która karciła ją za nietaktowne zachowanie. Nigdy jednak tego nie zrobiła, bo wiedziała czym to się dla niej i stajennego może skończyć. Rodzina Potockich ceniła sobie bardzo prywatność i kiedy zatrudniała służbę, to ta zostawała z nimi na długie lata, a zwolnienia i zmiana personelu nie wchodziła w grę. Wiadomym było, że ludzie lubią opowiadać o innych, zwłaszcza jeśli chodziło o kogoś, kto liczył się w społeczeństwie, dlatego gdyby wyszło na jaw, że panna Paulina romansuje z Bartoszem, zostaliby usunięci nie tylko z domu. W posiadłości bywały różne osobowości i poruszano podczas tych spotkań różne tematy, mniej lub bardziej kontrowersyjne, które nigdy nie powinny opuścić murów domu, ponad wszystko ceniono lojalność, a zwolniony pracownik kłapie bardziej dziobem niż głodna kaczka. Uciszano ich zatem na wieki.
  Nie umknęło uwadze dziewczyny, że Daniel zmieszał się, a nawet przestraszył na wzmiankę o tańczącym chłopaku i koniec końców nie powiedziano jej, kim on jest. Czyli jednak nie myliła się, a jej przeczucie po raz kolejny alarmowało o zbliżającym się niebezpieczeństwie w postaci przystojnego studenta, który zapewne zawrócił nie jednej dziewczynie w głowie, a pewnie i chłopakowi. Zanim dotarli do stolika, zdołała odpowiedzieć na pytanie chłopaka.
- Prawo i administracja. To rodzinna tradycja, więc nawet nie było sensu się spierać. Mam z góry zaplanowane życie. Gdybym mogła sama wybrać, to pewnie poszłabym na Magizoologię, ale niestety nie każdy ma taki przywilej - wzruszyła lekko ramionami, uśmiechając się pogodnie do Daniela, maskując tym samym swój żal. Antonina miała okazję poznać w końcu jakąś dziewczynę, bo póki co skazana była na męskie towarzystwo i nie żeby narzekała, ale mężczyźni ją onieśmielali, zwłaszcza jeśli jednego z nich opluła przed chwilą piwem. Olga była delikatna, jak motylek. Jej gładka, jasna skóra idealnie kontrastowała z pięknymi włosami układającymi się w lekkie fale spływające kaskadą na plecy. W połączeniu z blaskiem bijącym od ogniska i kolorowych lampionów, wyglądały jak niesamowita mozaika , która przyciągała wzrok i zapierała dech w piersiach. Był to tak niezwykły widok, że długo nie mogła oderwać oczu od Olgi. Widać było, że ona i Daniel świetnie się dogadywali i zauważył to nawet Kazik, który wywróżył im małżeństwo. Na sam dźwięk tego słowa omal nie udławiła się powietrzem, przypominając sobie liczne próby ciotek, które swatały ją z Jusupowem. Zacisnęła dłoń na drewnianej ławce tak mocno, że przebiła sobie skórę o źle wykończony fragment, ale nawet się tym nie przejęła. Korzystając z momentu, że większość towarzystwa pogrążona była w rozmowie i nikt nie zwracał na nią uwagi, przyłożyła do ust palec wskazujący, by w ten sposób zatamować krwawienie. Metaliczny smak, który poczuła sprawił, że na ciele pojawiła się jej gęsia skórka, a przed oczyma mimowolnie przelatywały obrazy z minionych lat, kiedy spędzała czas z Nikołajem, a raczej snuła plany, jak zamordować go tak, by wyglądało to na nieszczęśliwy wypadek. Żaby w jedzeniu, obcięte warkocze, siniaki, bitwa na łajno w stajni, noc spędzona w studni, wybity ząb, kradzież wisiorka po babci, ten przeklęty taniec na urodzinach, skradziony pierwszy pocałunek i myśl, że może jednak znaczyło to więcej niż głupi kawał. Była pewna, że chce go zabić, choćby dla czystej satysfakcji.
  Burza – zjawisko meteorologiczne związane z intensywnym rozwojem chmur o strukturze pionowej Cumulonimbus. Charakterystyczny dla burz jest intensywny opad deszczu, śniegu lub gradu, którym towarzyszą wyładowania elektryczne w atmosferze - najczęściej pioruny, dające charakterystyczne efekty świetlne (błyskawice) i dźwiękowe (grzmoty). - właśnie to pojawiło się w tym momencie przy ich stoliku, przy tym samym gdzie banda dzieciaków rozmawiała sobie beztrosko o wakacjach i gąskach.
  - Czy jest tu do picia coś innego poza alkoholem? - odezwała się cicho, nie kierując pytania bezpośrednio, a raczej rzucając je na wiatr, by usłyszał je może ktoś siedzący daleko, a ona mogłaby się ewakuować zanim Ten Którego Imienia Jeszcze Nie Poznała, usiądzie naprzeciw niej. Odpowiedziała jej głucha cisza, którą raz po raz przerywało dudnienie jej własnego serca. A może po prostu nie usłyszała odpowiedzi, bo była zbyt zajęta panikowaniem.

Ostatnio zmieniony przez Charo (06-08-2020 o 19h30)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#31 05-08-2020 o 00h16

Straż Cienia
Hayal
Pokonała Dahu
Hayal
...
Wiadomości: 2 525

Lidia


       Wiedziała z doświadczenia, jak doskonałą czynnością zastępczą jest użalanie się nad sobą. Praktykowała je z częstotliwością zapewne potencjalnie zdumiewającą dla tych, którzy znali ją z pewnej powściągliwości. Cóż, wierzyła, że nie wszystkim można i należy się dzielić, zwłaszcza, jeśli chcemy utrzymać wypracowany wizerunek.
       Na paryskiej uczelni Lidia była gwiazdą, nie w roli duszy towarzystwa, bo do tych nigdy nie należała, ale jako doceniany talent, ulubienica profesorów, która wiedzę teoretyczną łączyła zawsze z własną wizją. Nawet wcześniej, w toku podstawowej oraz średniej edukacji, rozpoznawano ją, podziwiano, mogła trzymać dystans, a i tak znajdowali się tacy, którzy chcieli nawiązać bliższą znajomość. Potrafiła rzeczywiście błyszczeć niemal tak, jak sama o sobie myślała, to z tego czerpała niegdyś siłę.
      Jeszcze jako licealistka wymyśliła, by ścianę między kuchnią a jadalnią pomalować farbą w odcieniu ciepłego srebra, pełną migoczących cząsteczek. Pani Sagowska zgodziła się na to, a jej nieufność skutecznie przełamał zachwyt gości, komplementujących nietypowe wykończenie. Cóż z tego, skoro wkrótce po wyjeździe córki zamalowała srebro farbą tablicową po to, by umieszczać na niej przaśne mądrości o pozytywnym myśleniu. Lidia lubiła myśleć, że to samo, co matka tej ścianie, zrobiło jej własnej duszy Axis Mundi. I nawet jeśli przez minione dwa lata niechęć dziewczyny względem uczelni zdążyła ewoluować w stronę spokojnej rezygnacji, bywały chwile, gdy gwałtowniejsze odczucia wracały. Należały do nich zdecydowanie takie imprezy, jak rozpoczęcie roku, podczas których ona sama przebywała w oddaleniu od świetnie spędzających czas ludzi.
       Tym, co aktualnie podchodziło jej do gardła, były bynajmniej nie łzy smutku i samotności, a konwulsyjne wymioty, jednak nie przeszkadzało to Lidii czuć się prawdziwą bohaterką tragiczną. Uduchowioną, opuszczoną - przynajmniej do momentu, gdy usłyszała za sobą czyjeś lekkie kroki. Mogła przynajmniej być pewna, że nie idzie ku niej potwór Gawroński, ten stąpał stanowczo, jakby chciał, by jego poczucie wyższości promieniowało na studentów jeszcze zanim zjawi się w polu widzenia.
       Uniosła głowę by stwierdzić, że to Ignacy zmaterializował się przed nią w rosnącym półmroku. Wraz z pewną ulgą, poczuła niestety, że fala, z którą walczyła przez ostatnie kilka minut, jest już nie do opanowania - zdążyła w ostatniej chwili się odwrócić na tyle, by przyozdobić przetrawionym, fastfoodowym miksem nie przyodziewek kolegi, a mech opodal.
       Doprawdy, pewnych czynności nie dawało się wykonywać w sposób pełen artystycznej finezji. Kiedy już skończyła rozgłośnie wymiotować na leśne poszycie, dopadł ją charczący kaszel, taki, od którego łzy lecą z oczu, a cała twarz przyjmuje odcień buraka.
- Mówiłeś coś? - wykrztusiła w końcu, bo, w międzyczasie, coś jakby słowa bruneta musnęło jej ucho. Należało mu w zasadzie współczuć, przyszedł tu, zapewne, w poszukiwaniu chwili spokoju, a zamiast tego omal nie został literalnie obrzygany, jakkolwiek, w skądinąd pięknej scenerii wielkiego dębu, który ledwie przepuszczał przez swoje gęste listowie dogasające światło słoneczne. Ktoś, kto popatrzyłby na to z boku mógłby pomyśleć, że umówili się tu na uroczą schadzkę, przynajmniej do momentu, gdy ujrzałby to, co zostało z mchu.
       Lidia, ocierając łzy z twarzy, wypowiedziała w myślach zaklęcie, mające w zamyśle uporządkować nieco otoczenie - magię niewerbalną cechowało jednakże istnienie pewnej pułapki podświadomości. Tak przynajmniej można by wytłumaczyć lśniącą chmurkę, która zawisła pod dębem, by następnie rozprysnąć się w powietrzu i zrosić wszystko wokół - czyli Lidię, Ignacego i zbrukane poszycie - srebrzystymi, migoczącymi cząsteczkami. Jej twórczyni zastygła, miotana sprzecznymi uczuciami - z jednej strony, zafrapowana faktem, że gdyby chciała, nie udałoby jej się wyczarować czegoś takiego, z drugiej, upokorzona do granic. Jakby tego było mało, znów złapał ją kaszel, który, nie wiedzieć czemu, zamienił się w głośny śmiech, od którego łzy znów zaczęły jej lecieć po twarzy.



https://i.imgur.com/bne8BcV.gif

Offline

#32 05-08-2020 o 17h49

Straż Obsydianu
Aku
Artylerzysta Straży
Aku
...
Wiadomości: 4 501



https://images90.fotosik.pl/409/c392f883eb977021.gif
──────       P   O   D   S   T   A   W   O   W   E           I   N   F   O   R   M   A   C   J   E       ──────
D E Z Y D E R Y   G A W K O W S K I         2 5   L A T         B I S E K S U A L N Y       U R O D Z O N Y   W   W A Ł B R Z Y C H U
M E T A M O R F O M A G                 S P E C J A L I Z A C J A    ─   
M A G I A    P R A D A W N A                V    R O K    N A U K I
K  R  Ó  T  K  I  E  ,       C  Z  A  R  N  E       W  Ł  O  S  Y                             P  R  Z  E  N  I  K  L  I  W  E         S  P  O  J  R  Z  E  N  I  E
C  I  E  M  N  O  B  R  Ą  Z  O  W  Y  C  H        T  Ę  C  Z  Ó  W  E  K             ────────────             J  A  S  N  A        C  E  R  A
M E T R   O S I E M D Z I E S I Ą T   O S I E M   W Z R O S T U              O S I E M D Z I E S I Ą T   K I L O G R A M Ó W   W A G I

────────────────────────────────────
N I E P R Z E W I D Y W A L N Y                       A M B I W A L E N T N Y         E M O C J O N A L N I E                       L O J A L N Y
Z  D  Y  S  T  A  N  S  O  W  A  N  Y             W  N  I  K  L  I  W  Y      O  B  S  E  R  W  A  T  O  R             P  E  W  N  Y      S  I  E  B  I  E
B   E   Z   P   O   Ś   R   E   D   N   I                   A   M   B   I   T   N   Y                   M   Ś   C   I   W   Y                   S   A   M   O   T   N   I   K
T   R   U   D   N   O                    Z   D   O   B   Y   Ć                    J   E   G   O                     Z   A   U   F   A   N   I   E    ,                    A   L   E
D   L   A        N   A   J   B   L   I   Ż   S   Z   Y   C   H         J   E   S   T         S   K   O   R   Y         D   O         P   O   Ś   W   I   Ę   C   E   Ń


https://images90.fotosik.pl/411/a3b893b4fbff26f3.png

H   I   S   T   O   R   I   A         K O R Z E N I E    G A W K O W S K I E G O    S I Ę G A J Ą    A Ż    D O    A R Y S T O K R A C J I ,
A    C O    Z A    T Y M   I D Z I E   N A   M Ę Ż C Z Y Z N Ę   J U Ż   O D   N A J M Ł O D S Z Y C H   L A T   W Y W I E R A N O
P R E S J Ę     W     K W E S T I I     R O D Z I N N Y C H    O C Z E K I W A Ń .      D E Z Y D E R Y    J E D N A K    S Z U K A Ł
W    S W O I M    Ż Y C I U    P O C Z U C I A    W O L N O Ś C I ,    S W O B O D Y ,    Z A W S Z E    C H C I A Ł    Z A Z N A Ć
S M A K U          P R Z Y G O D Y   ,           B A W I Ć           S I Ę           Ż Y C I E M   ,            C H O D Z I Ć            W Ł A S N Y M I
Ś C I E Ż K A M I  .         A N N A      G A W K O W S K A      B Y Ł A     J E D N A K     P O W A Ż N Ą  ,     W Y M A G A J Ą C Ą
M A T K Ą  ,     K T Ó R A      W      Ż A D N Y M     W Y P A D K U     N I E     T O L E R O W A Ł A     L E K K O D U S Z N E G O
C H A R A K T E R U         S Y N A         I         N I M         D E Z Y D E R Y        Z D Ą Ż Y Ł        S K O Ń C Z Y Ć        S Z K O Ł Ę
P O D S T A W O W Ą ,     W Y S Ł A Ł A     G O     D O     D A L E K I E J     C I O T K I    N A    W S I    N A    M A Z U R A C H .
T E N     J E D N A K      P O      U K O Ń C Z E N I U     W I E K U     D O J R Z A Ł O Ś C I      W Y P R O W A D Z I Ł      S I Ę  ,
P R Z E Z      D Ł U Ż S Z Y      C Z A S      K O C Z U J Ą C      W      R Ó Ż N Y C H      W S I A C H   ,      O S T A T E C Z N I E
O       S       I       A       D       A       J       Ą       C                      W                      W       A       Ł       B       R       Z       Y       C       H       U   .


https://images91.fotosik.pl/410/3de77447ff572cb5.gif
N  O  W      P  L  A  Y  I  N  G  .  .  .                        P  H  A  X  E     &     M  O  R  T  E  N     G  R  A  N  A  U     ─     B  E  A  T  L  E  S  S
────────────────────────────────────
R                      E                      L                      A                      C                      J                           E
────────────────────────────────────

F E L I K S      Ł U K A S I E W I C Z
▮ ▮ ▮ ▮ ▮ ▮ ▮ ▮ ▮

A N T O N I N A      P O T O C K A
 

I G N A C Y      S Z U B
  ▮ ▮

O L G A      T R E S Z C Z E N K O
  ▮ ▮ ▮

J O N A T A N      J A N C Z A K
  ▮ ▮

Ostatnio zmieniony przez Aku (24-08-2020 o 08h02)


───────────────────────────       W A R S Z T A T      P R O F I L I      I      S Y G N A T U R       ───────────────────────────
https://i.imgur.com/0MFZNDx.gif https://i.imgur.com/j16EZTZ.gif https://i.imgur.com/8JykjeA.gif
JUŻ            PRAWIE            SPALIŁEM            SIĘ           CAŁY            I            PRAWIE           Z           TEGO           JUŻ           POWSTAŁEM,           UROSŁEM           PONAD           TYM




https://images90.fotosik.pl/366/2f7a0467fbe1f6b1.png

Offline

#33 06-08-2020 o 13h42

Straż Lśniąca
Lexi
Nemesis
Lexi
...
Wiadomości: 5 096

----------------------------------------------M I R A   M A Z U R
             Taniec uwalniał ją na wiele sposobów – zwracał jej wolność, której możliwie jej brakowało; właśnie dlatego z czasem nauczyła się traktować go nie tylko jak hobby, ale może i tradycję, świętość? Muzyka to rozluźnienie, szczęście i radość, a możliwość zatopienia się w niej pozwalał jej na uwolnienie się od wszystkiego, co mogło ją wiązać. Była rusałką tylko w jednej czwartej, nie była szczególnie magiczna, przynajmniej nie bardziej niż inni uczniowie. Mimo to właśnie muzyka uwalniała ją od tej zwykłej codzienności; od tego co ludzkie. Skupiała się na szaleństwie i energii, na tym jak mogła po prostu stanowić z nią jedność.
             Ale Feliks pokrzyżował jej wszelkie plany. Bała się. Bała się też bać, bo wiedziała, że Łukasiewicz jest drapieżnikiem i strach go napędza do działania. Dlatego ukrywała się pod maską różnych emocji – uśmiech, radość, zmęczenie. Nie zdziwiła się, ze nie dała rady nikogo na to nabrać. Sama by też sobie nie uwierzyła. Jej ciało w jednym momencie było gorące od podekscytowania – mogła zatańczyć, pokazać swoją dominację. A w drugiej chwili na jej ciało zostały narzucone łańcuchy – dłonie chłopaka na jej talii wydawały się być zbyt gorące w porównaniu do chłodu płynącego z niej.  Łańcuchy ciągnęły ją w dół, nie mogła stać się jednością z muzyką i irytowało ją to niesamowicie – mało rzeczy traktowała tak poważnie jak taniec. Bo z reguły raczej nie przejmowała się rzeczami, których zmienić nie mogła. Ale w tańcu była bestią i teraz bestyjka zmieniła się w mysz uciekającą przed ponurym, groźnym kotem.
Poddawała się niechętnie, dawała się mu prowadzić. Jakby ta cała walka o dominację nie dotyczyła jej. Ale znaczyła naprawdę wiele. Przez większą część melodii walczyła sama ze sobą – czy powinna ruszyć do ataku, czy powinna pokazać Feliksowi, że może zdominować ją wszędzie, ale w tańcu to ona była samicą alfa. Mogłaby złamać się pod wpływem jego dotyku – to nic dziwnego. Ale Boże, zbyt mocno kochała ten mały rytuał, by po prostu grzecznie – tak jak oczekiwał Feliks – poddała się mu. Pękła. Z błyskiem w oczach, szukając może śladów zaskoczenia w oczach Łukasiewicza, zaczęła poruszać się jak wąż.
             Przez ręce na talii nie mogła prowadzić tak, jakby chciała, ale nic nie szkodziło na przeszkodzie, by wykorzystać swoje atuty: bycie niepozorną, kruchą kobietą. Ich taniec nagle wydawał się być dla niej bardzo prywatny, może sensualny. Bardzo niebezpieczny. Ale wąż przejął wreszcie kontrolę – można na krótko, może wykopała sobie w ten sposób grób i Feliks do końca roku pozbędzie się jej tak, by wszystko wyglądało na wypadek. Ale Boże, Mira nagle poczuła ogromną satysfakcję, gdy mogła poruszać się tak, jak ona tego chciała. Była silna, zdradziecka, kusząca. Nie rzucała mu bezpośredniego wyzwania – w końcu to tylko taniec, i Broń Boże, by on odebrał to jako coś więcej. Bo nie była aż tak odważna czy głupia, by prowadzić z nim otwartą wojnę. Zbyt się bała jego wytrawnych metod.
             A potem przerwali taniec, uwalniając się od siebie. Przyjęła od niego piękną spinkę, choć jej ciężar wydawał się ciągnąć ją w dół. Podziękowała z kruchym uśmiechem, czując zmęczenie. Nie fizyczne – raczej psychiczne wyczerpanie spowodowane psychologicznymi gierkami Łukasiewicza. Ona nie była do nich przyzwyczajona. Dziewczyna wychodziła z założenia, że jeśli nie możesz czegoś zmienić, to nie przejmuj się tym. Sprawie ignoruj wszystko, co może sprowadzić na ciebie problemy. Szkoda tylko, że nie dało się tego zrobić z brunetem. Był zbyt feliksowaty, by móc przejść obok niego obojętnie.  Skierowała się w stronę stołu, gdzie zostawiła Olgę.
             Jeśli nie wiesz od czego zacząć, zacznij od podstaw, przypomniała sobie.
- Dziękuję za spinkę – powiedziała. Przeklęła, gdy usłyszała w swoim głosie wahanie. Była słaba. Ale metoda małych kroczków działała. – Może przyniesie mi szczęście i przestanę być tak pechowa – „i może uda mi się unikać Cię przez resztę roku,” dopowiedziała w myślach, uśmiechając się słodko. Oboje jednak wiedzieli, co właściwie miała na myśli. Może nawet dostrzegła w oczach Feliksa pewne rozbawienie? – Jestem pewna, że Ola również zapewni Ci rozrywkę – zaczęła, krocząc między stołami. Miała wrażenie, że przeciąga chwilę spotkania Tereszczenko z brunetem jak najbardziej się da. Może liczyła, że Olga w tym zacznie zdąży się gdzieś ulotnić? Może pójdzie szukać dziewczyny i miną się? Może wcale nie wrzuci blondynki prosto w paszczę lwa? Nie wiedziała, że to możliwe, ale dochodząc do stolika wypuściła jednocześnie westchnienie ulgi i zawodu. Ulga była taka, iż nie musiała się dłużej sama użerać się z chłopakiem. Zawód był taki, iż nie tylko wciągnęła w to Olgę, ale również trójkę innych ludzi. I już w myślach zaczęła ich intensywnie przepraszać – zupełnie jakby miała nadzieję, że prześle to telepatycznie. Ale chyba nie miała na co liczyć.
             Oprócz Olgi dostrzegła również dwie znajome twarze – młodego, teraz już drugorocznego, chłopaka, w którego co jakiś czas rzuca książkami oraz Kazika, jej dobrego znajomego z tej samej specjalizacji i roku. Nowością jednak była śliczna blondynka. Jej twarz zdobiły liczne piegi. Wydawała się być delikatna, słodka i urocza. Zbyt krucha, by obchodzić się z Feliksem. Zbyt niewinna.
- Cześć – odezwała się wreszcie, kiwając głowami do tych znajomych twarzy. Puściła delikatny uśmiech w stronę ślicznej blondyneczki i zwróciła się ku Oldze. Jej wzrok wydawał się wręcz strzelać ostrzeżeniem. Może też bezsilnością. – Przyniosłam ze sobą kolegę – wskazała na bruneta. Była pewna, że nie musiałaby nikomu go przedstawiać. Na pewno nie nowej dziewczynie. Najlepiej by było, gdyby uciekła od razu. – Stwierdziliśmy, że może chwilę pogadamy, a potem znowu ruszymy do tańca. – Dopowiedziała, rozglądając się po towarzystwie. To ze Olga była niezadowolona było jak najbardziej trafnym spostrzeżeniem. – Muszę się zrewanżować – powiedziała, wpatrując się tylko przez kilka sekund w Łukasiewicza. Potem zwyczajnie uciekła wzrokiem. Małe kroczki – No i powiedziałam też Feliksowi, że na pewno chętnie pokażesz mu swoje umiejętności w tańcu, Olgo – zwróciła się wprost do swojej współlokatorki. Jeśli Tereszczenko ją zabije, to Mira nie będzie się gniewać. Należy się jej. Ale strzeliła tylko jednym, smutnym spojrzeniem w nią.


https://1.bp.blogspot.com/-dZhx9xEYILU/X2jRYEqkMuI/AAAAAAAAE7s/TB6hHUrZU5YHMuHZMXf4RptyrkSgOcK2ACLcBGAsYHQ/w640-h170/wow2.png

Offline

#34 06-08-2020 o 22h55

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 5 171

_______________________https://i.imgur.com/1KA5Ise.png
                  Czerpał satysfakcję z faktu, iż podarowana przez niego spinka cały czas tkwiła we włosach Miry. Nie chodziło bynajmniej o aspekt wizualny – choć musiał przyznać, że dziewczyna wyglądała z nią całkiem ładnie – a o to, z jak wielką łatwością przyszła mu kreacja zupełnie nowego wizerunku kobiety. Jak wykwalifikowany muzyk, który, przesuwając palce po strunach instrumentu, wydobywał zeń przepiękne dźwięki, Łukasiewicz bezproblemowo wytworzył Mazur zupełnie nowe oblicze. Ozdoba nie tylko dodała jej powagi, ale przede wszystkim zdała się nieco okiełznać nieustannie otaczającą ją aurę szaleństwa, której tak bardzo nienawidził. Mira była dla niego uosobieniem chaosu, niszczycielską siłą niweczącą jego plany, rujnującą wykreowaną przez niego rzeczywistość. Innymi słowy - jego idealnym przeciwieństwem.
                  Stąd też gdy teraz posłusznie stała tuż obok, nieco niepewnie kontynuując rozmowę, uśmiech błąkający się po jego twarzy nawet nie był udawany. Po pierwsze – bawiła go swoim posłuszeństwem. Po drugie – on po prostu uwielbiał wygrywać.
                  - Och, tego akurat jestem pewny – odparł na wzmiankę o zapewnieniu mu rozrywki przez Tereszczenko – Olga należy do osób lubiących dobrą zabawę. W szczególności taką zakazaną – dodał, z wyraźnym rozbawieniem w głosie. To zadziwiające, jak niewiele słów wystarczyło puścić w eter, aby szybko przeistoczyły się w prawdziwą lawinę niedopowiedzeń i domysłów. Feliks oczywiście nie zamierzał rozwijać zainicjowanego tematu. Jego jedyną intencją było zasianie w Mirze ziarna zainteresowania i niepewności co do działań jej przyjaciółki. A te same w sobie nie były takie różowe, na jakie mogłyby się wydawać.
                  Olga miała całą masę powodów, by go nienawidzić i oczywiście zdawał sobie z tego sprawę. Droga do osiągnięcia upragnionej przez niego nieśmiertelności usłana była różnego rodzaju wyrzeczeniami – a jednym z nich było bezwzględne wysługiwanie się ludźmi, dzięki którym można było znaleźć się bliżej celu. Blondynka ze swymi umiejętnościami w dziedzinie ziołolecznictwa i zielarstwa samego w sobie w pewnym momencie okazała się dla niego ratunkiem, swoistą drogą na skróty i możliwością znacznego ułatwienia sobie trasy, która dotychczas jawiła się wyłącznie jako niebezpieczna ścieżka pełna wybojów.
                  Początkowo myślał, że Olga będzie dokładnie taka sama, jak znaczna większość wpatrzonych w niego kobiet, przy których wystarczyło tylko przez moment poudawać, że traktowało się je jako kogoś znacznie bliższego swemu sercu. Srogo się pomylił – Tereszczenko nieszczególnie przejawiała jakąkolwiek chęć przebywania w jego towarzystwie i nieustannie zachowywała bezpieczny dystans. Musiał się sporo zapracować, aby w końcu zyskać jej zaufanie, ale ostatecznie osiągnął swój cel. Wyszło jak wyszło – i było to widoczne choćby teraz, kiedy jego uwadze bynajmniej nie umknęła znaczna opieszałość Miry w przedostaniu się do Olgi. Zupełnie tak, jakby wiedziała, że przyjaciółka zdecydowanie nie zamierzała się z nim widzieć.
                  Czy obawiał się tego spotkania w jakikolwiek sposób? Oczywiście, że nie. Gdy tylko zobaczył, z jaką łatwością przyszło mu wykreowanie zupełnie nowej, poukładanej, nieco wycofanej Miry, nabrał przekonania, że równie dobrze mógłby zrobić z całym światem. Pociągał za sznurki niczym marionetkarz, a wszyscy ci ludzie – szklane lalki, naczynia wypełnione pustką – tańczyli dokładnie tak, jak chciał.
                  W końcu oboje przedostali się do stolika, przy którym siedziała Tereszczenko, a wraz z nią trzy inne osoby. Dwóch mężczyzn kojarzył z widzenia, w związku z czym domyślił się, że nie była to ich pierwsza impreza integracyjna. Sylwetka trzeciej osoby, kobiety, nie była mu znana – z tego też powodu to na niej zatrzymał swój wzrok na najdłuższy okres czasu, próbując skatalogować ją pośród mnóstwa innych, nowych twarzy.
                  - Cześć wszystkim! Feliks Łukasiewicz – oznajmił pogodnie, z szerokim uśmiechem na twarzy, zupełnie nie przejmując się faktem, iż Mira najwyraźniej nie zamierzała go nikomu przedstawiać. Jak gdyby nigdy nic, podszedł do każdej osoby z osobna i podał jej dłoń, bez żadnych obaw spoglądając prosto w jej oczy. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nawiązanie tak głębokiego kontaktu wzrokowego już przy samym starcie skutkuje znacznie lepszym utrwaleniem się w pamięci drugiej osoby. Uwielbiał patrzyć, jak niektóre odwzajemniały ten gest, a inne niemalże od razu peszyły się, uciekając gdzieś wzrokiem.
                  Reakcja jednego z mężczyzn, tego, który przedstawił mu się krótkim „Filip”, była jednak nieco inna od pozostałych. Uwadze Feliksa nie umknął fakt, iż chłopak wcześniej raczej nie wyglądał na kogoś, kto zamierzał szybko ulotnić się z tego towarzystwa. Zbliżając się do stolika, miał co prawda możliwość obserwowania wyłącznie jego pleców, ale zdołał spostrzec, że był dość rozluźniony i zachowywał się całkowicie swobodnie. To jednak zupełnie zmieniło się w chwili, kiedy Łukasiewicz znalazł się blisko – wówczas Filip szybko bąknął coś o oddaleniu się wraz z tym drugim chłopakiem, jednak w tym samym momencie Feliks zdołał zatrzymać go swoim gestem przywitania.
                  Zajrzał prosto w jego ciepłe, brązowe oczy, pragnąć odgadnąć jego prawdziwe intencje, zrozumieć, co spowodowało tak nagłą reakcję. Szukał tego, co często widywał w spojrzeniach innych osób – tym pełnym niepewności u Miry czy niechęci autorstwa Olgi – jednak ze zdziwieniem stwierdził, że nie był w stanie odnotować żadnego właściwego określenia na to, co zdołał dostrzec. Mimowolnie skupił się na dotyku Filipa – na jego chłodnej, a jednocześnie niezwykle miękkiej skórze, którą zdołał musnąć tylko na chwilę. Dłoń chłopaka wyrwała się z jego objęć w tak szybkim tempie, jakby przebywanie w niej na dłużej niż jedną sekundę skutkowało oparzeniem. Zanim zdążył zareagować, mężczyzna oddalił się, pozostawiając go w chwilowej konsternacji, nienaruszającej bynajmniej lekkiego uśmiechu błąkającego się po jego twarzy. Kątem oka zerknął na dłoń, którą zainicjował uścisk, niemalże natychmiast zahaczając wzrokiem o liczne blizny wystające nieco poza wyprasowany mankiet jego błękitnej koszuli.
                  Jego usta zacisnęły się mocniej, kiedy w końcu zdecydował się opaść na jedno z wolnych krzeseł, swobodnie zakładając nogę na nogę i opierając łydkę o miejsce nieco powyżej kolan. Przewiesił ramiona za oparcie mebla i przeniósł spojrzenie na Olgę, decydując się na skupieniu się na słowach Mazur, w dużej mierze po to, aby oczyścić umysł z dziwnych emocji, które jeszcze chwilę temu wzięły nad nim górę. To okazało się dość rozsądnym rozwiązaniem, bowiem z każdym kolejnym wypowiedzianym przez kobietę zdaniem czuł narastające rozbawienie.
                  - No właśnie, Olgo. Chyba nie odmówisz tańca staremu, dobremu znajomemu? – wyrzekł miękko i zaczepnie, świdrując rusałkę spojrzeniem.


https://i.imgur.com/8J1yLlq.gif









       i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain, but…
https://i.imgur.com/WnQCqcQ.gif https://i.imgur.com/KC10HqW.gif https://i.imgur.com/Y75NdbJ.gif https://i.imgur.com/d6Im1PQ.gif


I ’ M    T H E    P E R S O N    L E A S T    L I K E L Y    T O    B E    F O R G O T T E N .
https://64.media.tumblr.com/5c8699507f09de13ab88fbdce700132c/tumblr_p5aep042dg1qzh21go2_400.gifv https://64.media.tumblr.com/d0f83ff4e399860573

Offline

#35 06-08-2020 o 23h17

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 214

....................................................https://i.imgur.com/nTrdiKp.png

     Niebo, jeszcze niedawno tak jasne i przejrzyste, przetykane pojedynczymi białymi obłokami, powoli dawało się ponieść urokowi zmierzchu, gustownie i z wdziękiem zrzucając szarzejącą kurtynę. Pociemniałe sklepienie pokryło się szczelną kołdrą chmur, spomiędzy których tylko od czasu do czasu wyłaniały się pierwsze połyskujące gwiazdy.
     Jednak ten widok nie napawał żadnym optymizmem. Nie przywodził na myśl romantycznych, tajemnych schadzek, nie podsycał ekscytacji na wyobrażenie spokojnym obserwowaniu nieba i czerpaniu radości ze wsłuchiwania się w świat, który układał się do snu. Możliwe, że Danielowi tylko się tak wydawało, ale Zielona Polana — tak wspaniałe i dosłownie magiczne miejsce — momentalnie straciła cały swój urok, zamieniając się w pułapkę ukrytą w głębi nieznanego lasu. Wszędzie wokół czaili się obcy, zapewne wrogo nastawieni i niebezpieczni, niczym kruki, które skrzeczały upiornie gdzieś w pociemniałych koronach drzew.
     Daniel nie czuł się tam bezpiecznie. Nie czuł się swobodnie i nie czuł, by wrócił do miejsca, za którym jeszcze tak niedawno bardzo tęsknił. Jednak najgorsze było to, że Wroński sam nie wiedział, co było powodem tak nagłej zmiany nastroju. Przecież nic złego się nie działo: być może lekko się stresował obecnością Olgi, być może okropnie zawstydzały go złośliwe komentarze Filipa… być może miał w zasięgu wzroku postać, która go przerażała — tak, to wszystko prawda. Lecz mimo to Daniel nie pierwszy raz mierzył się z tymi wyzwaniami i zwykle jakoś stawiał im czoła, walcząc ze swoimi demonami uśmiechem oraz pozytywnym nastawieniem. Bo taki już po prostu był — nie wojował, a zamiast tego błyskawicznie godził się ze swoim losem, choćby nie wiedzieć jak okrutnym. Okuty w wiarę, że ktoś na górze nad nim czuwał, dość śmiało zmierzał ku przyszłości, gorąco wierząc, że to, co go spotka, to uprzejmość i życzliwość — czyli coś, czym sam tak bardzo lubił obdarzać swoich przyjaciół.
     Mimo to Daniel miewał czasami błyski wątpliwości. Wówczas cichutki głosik szeptał mu, że był wyjątkowo naiwnym głupcem, który sam spisuje swój los na straty. W obecnych czasach bowiem nie ma miejsca na tak delikatnych wrażliwców.
     W obecnych czasach jest miejsce tylko dla drapieżników, którzy idą po trupach do celu — do celu, który obrali sobie już dawno temu.
     Wtem znowu przypomniało mu się spotkanie z mordercą, a do głowy przyszło pytanie, jaki cel postawił sobie Feliks Łukasiewicz.
     Obdarty z jakiejkolwiek, choćby szczątkowej pewności siebie, z uśmiechu i optymizmu, jednym uchem wpuszczał, a drugim wypuszczał opowieści dotyczące wakacji zebranych wokół osób. Czuł się bardziej komfortowo ze świadomością, że nie znajdował się w centrum uwagi. Kiedy więc Olga zwróciła się bezpośrednio do niego, momentalnie poczuł się tak, jakby ktoś uderzył go w żołądek, pozbawiając resztek sił. Zmęczony, bezsilny i zrezygnowany, miał rozpaczliwą ochotę odwrócić wzrok, wymamrotać przeprosiny i po prostu wyjść.
     Choć sam nie wiedział, dlaczego.
     — T-tak — odparł ledwie słyszalnie na pytanie o spotkanie z gęsiami. Czuł, że usta mu drżą, a wymuszanie uśmiechu kosztowało go coraz więcej wysiłku. Kiedy zaś wyłapał spojrzenie Olgi skierowane na jego brudne i pomięte ubrania, poczuł się jeszcze gorzej. Nie pojmował, dlaczego poszedł nad staw przed, a nie po imprezie, robiąc z siebie ostatniego głupca. — Rzeczywiście… spotkałem się już z nimi… cóż, sama wiesz, że to część mojego powitalnego rytuału. Najpierw gęsi, potem cała reszta — zaśmiał się cicho. Cicho, krótko i nieszczerze.
     Naprawdę nie chciał brzmieć tak, jakby rozmowa nie sprawiała mu żadnej przyjemności. Zwłaszcza że chodziło o Olgę — kobietę, którą darzył wyjątkowym szacunkiem. Panicznie się bał, że tą swoją nieobecnością duchową zdoła ją jakoś urazić, przez co ta już nigdy nie zechce się do niego odezwać. Poniekąd Wroński zdawał sobie sprawę, że te obawy były trochę na wyrost, to jednak nie przeszkadzało mu w wewnętrznym panikowaniu.
     Jednak gdy Olga wymieniła imię jego byłej ulubionej gęsi, Godwiny, coś w nim pękło. Lecz w odróżnieniu od większości tego typu przypadków, Daniel poczuł się tak, jakby z serca i pleców opadły mu ciężkie kamienie, które przez ostatnie minuty tak mocno przygniatały go do ziemi. Odnajdując nową falę nieco nieśmiałej, ale żywej energii, podniósł lekko głowę, odetchnąwszy głębiej, aby spróbować się uspokoić. Gęsiarz był głęboko poruszony, że Olga — właśnie ona — zapamiętała tak nieistotny szczegół, jak imię jego ulubionej gęsi. To znaczyło, że naprawdę słuchała jego pokręconej paplaniny. To z kolei było znakiem tego, że…
     …że nie traktowała go jak zabawnego, uroczego idiotę, ale rzeczywiście jak przyjaciela?
     Daniel odrzucił prędko tę myśl, nie chcąc robić sobie żadnych nadziei.
     — Tak, to Godwina — przyznał, kiwając energicznie głową. — Ale inne gęsi powiedziały mi, że odeszła z facetem. Ech, te nastolatki — mruknął, kiwając głową w geście udawanej dezaprobaty.
     I gdy Daniel był pewien, że temat jest zamknięty, Olga zastrzeliła go ostatnim zdaniem:
     „Chciałabym ją kiedyś poznać, właściwie chciałabym poznać jakąkolwiek z Twoich gęsi, wydają się bardzo urocze”.
     Chce zobaczyć moje gęsi, Welesie, miej mnie w opiece, ona chce zobaczyć moje gęsi! Na Welesów trzech, do diabła, o rany, co ja mam powiedzieć, ona chce… gęsi… o matko…
     Czując się jak spetryfikowany, wpatrywał się w Olgę jak ten ostatni idiota z szeroko otartymi oczami i lekko uchylonymi ustami. Z obawy przed tym, że zaraz zacznie się ślinić, odchrząknął, by doprowadzić się do porządku, lecz ponownie się przeraził, gdy usłyszał, jak szybko i głośno wali mu serce — tak głośno, że być może nawet Olga była w stanie to usłyszeć.
     Czym się przejmujesz, baranie?!, syczał jakiś głosik z tyłu głowy. Przecież to nie prośba randki, debilu, tylko zwykła sugestia! Ot, zagajenie rozmowy. Przestań sobie wyobrażać nie wiadomo co i wróć do rozmowy, zanim całkiem cię za kretyna wezmą.
     Wewnętrzny głos Daniela był wyjątkowo niegrzeczny i Wroński miał nadzieję, że prędko go nie usłyszy, bo motywator był z niego wyjątkowo kiepski.
     — Cóż, chętnie ci je pokażę, jeśli tylko zechcesz — wypalił, zastanawiając się, czy zrobił się na twarzy bardziej czerwony, czy blady. — Ich legowisko znajduje się całkiem niedaleko stąd, mniej niż dziesięć minut drogi. Więc chętnie zapoznam cię z moimi gęsimi przyjaciółmi — dokończył, uśmiechając się nieśmiało. — Zapewniam, że to mili i bardzo wdzięczni towarzysze.
     Sam nie wiedział, jak to się stało, że w ogóle zdołał wydobyć z siebie głos i złożyć kilka względnie zrozumiałych zdań. Oszołomiony swoją własną śmiałością, myślał, że pozostało mu już tylko czekać na wyrok, ale niestety nie mogło być aż tak dobrze, ponieważ do akcji wkroczył Kazik — niezawodny, jeśli chodzi o niszczenie poważnych, napawających nadzieją scen.
     Słysząc to, co powiedział jego przyjaciel, momentalnie zbladł, a następnie poczerwieniał, by na końcu spurpurowieć. Nie mogąc uwierzyć w bezczelność Kazika, miał ochotę uciec z Polany, schować się w jakiejś dziupli i już nigdy stamtąd nie wyłazić. Ale nawet tego nie był w stanie zrobić: sparaliżowany otępiałym strachem, nie miał pojęcia, co powiedzieć.
     — Przepraszam cię za niego — wyszeptał, czując się tak, jakby cierpiał na wysoką gorączkę. — Filip to dobry chłopak, tylko okropnie złośliwy i nieszanujący przyjaciół — mruknął łamiącym głosem.
     Daniel wiedział, że ostatnia uwaga była żartem. Wedział też, że i Kazik to wiedział, dlatego nie miał obaw przed wypowiedzeniem tych dość krzywdzących słów. Chcąc więc jak najszybciej uciąć temat, ponownie zwrócił się ku Antoninie, którą najwyraźniej wciąż gryzły wyrzuty sumienia spowodowane piwnym wypadkiem.
     — Prawo i administracja to coś, co zawsze się przyda, w jakimkolwiek zawodzie nie chciałabyś pracować — odparł uprzejmym tonem. — Hm, to przykre, że tradycje rodzinne stoją wyżej niż pragnienia młodego pokolenia, ale… Ooooooch, magizoologia?! — zakrzyknął z zachwytem, uradowany, że wreszcie pojawił się ktoś, kto nie chce ganiać za demonami, a woli zgłębiać wiedzę o zwierzętach. — To wspaniała specjalizacja, naprawdę wspaniała! Jak się pewnie domyślasz, jako zoolingwista oczywiście wybrałem właśnie tę specjalizację, czego zdecydowanie nie żałuję! Nie myśl sobie, proszę, że dzięki moim umiejętnościom jest mi łatwiej — och nie, to zupełnie nie ma związku. Ja potrafię rozmawiać tylko z gęsiami, a magizoologia nie ogranicza się do zrozumienia i pomocy tylko tym zwierzętom. Dlatego, gdybyś kiedyś jednak chciała zmienić specjalizację, z całego serca polecam magizoologię!
     No i masz, znowu się rozgadałem i plotłem jak potłuczony, pomyślał ze smutkiem, gdy zdał sobie sprawę ze swojej przydługiej, podszytej ekscytacją przemowy.
     Wtem czar prysł.
     Czar prysł, a niebo, które przez te kilka cudownych, beztroskich chwil wisiało wysoko i błyskało co jakiś czas wyłaniającymi się gwiazdami, nagle znowu obniżyło się niebezpiecznie, gotowe do tego, by spaść im wszystkim na głowy.
     Spięty i zaniepokojony, obserwował, jak ku temu wesołemu towarzystwu zmierzają dwie nowe osoby. Płomiennowłosa piękność, umęczona swym szaleńczym tańcem, prowadziła za sobą postać o czarującym, szerokim uśmiechu i zupełnie nie pasujących do niego zimnych, czujnych oczach. Zmrożony tą bliskością Daniel pragnął się czym prędzej wycofać, lecz — jak zwykle w stresowych sytuacjach — stał jak ten słup soli, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Pogrążony w niepokoju, z mocno bijącym sercem, obserwował uważnie, jak Mira obwieszcza, że przyprowadziła kolegę, z którym tańczyła. Obserwował, jak Feliks przeskakuje po wszystkich spojrzeniem, jak jego uśmiech — tak gładki, szeroki, niewymuszony — sygnalizuje pewność siebie i przyjacielskość, w które Daniel po prostu nie mógł uwierzyć. Obserwował, jak w oczach Feliksa czai się głębokie skupienie, jak gdyby poświęcił każdej nowej twarzy kilka sekund na wyrobienie sobie oceny.
     Widział, jak spojrzenie Łukasiewicza na krótką chwilkę osiadło właśnie na nim. Widział, jak wyciąga ku niemu dłoń w geście powitania. Daniel jak w transie uścisnął tę dłoń, lecz nie był w stanie znieść tego pełnego napięcia patrzenia w oczy. Błyskawicznie odwrócił wzrok, czując, że się dusi.
     Wtem mimowolnie zerknął na Olgę, której mina wyrażała wręcz dobitną niechęć. Daniel nie miał pojęcia, że blondynka nie przepadała za Feliksem, a myśl ta jednocześnie go pocieszyła i zmartwiła. Co mogło być przyczyną tego stanu? Czyżby Łukasiewicz kiedykolwiek skrzywdził Olgę? Złość na moment szarpnęła jego myślami i uczuciami, jednak nim dobrze zdążyła się ulotnić, ulotniła się, by po chwili nie został po niej żaden ślad.
     Bo Daniel nie potrafił się gniewać. Nie potrafił walczyć, nie potrafił bronić ani siebie, ani osób mu bliskich.
     Cóż więc potrafił? Rozmawiać z gęsiami.
     Daniel coraz częściej myślał, że w istocie to jedyne, co potrafił.


https://i.imgur.com/HGv2gQz.png


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...



..
.
.
[/color]
                        ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Online

#36 07-08-2020 o 09h42

Straż Obsydianu
Nietzsche
Akolita Sargousetów
Nietzsche
...
Wiadomości: 5 215

Ignacy Sz.

  Dotknął opuszkami palców połyskliwej cieczy pachnącej ozonem, która osadziła się na jego policzkach, przyprawiając mu stada srebrzystych piegów. Zaklęcie zrobiło na nim wrażenie i nie zamierzał jakoś specjalnie tego ukrywać. Podobny efekt wywołał zasięg kaskady wymiotów, których cynamonowy odcień, tak wybornie pasujący do butów Ignacego, świadczyć mógł o domieszce czekolady, ketchupu i indyjskich przypraw - mieszanka tego rodzaju prędzej czy później musiała ujrzeć światło dzienne.
  Subtelnym, ledwo zauważalnym ruchem strącił z trzewika kawałek niestrawionej frytki. Zbliżył się do Lidii, która rozpaczliwie próbowała złapać powietrze - nawet teraz wyglądała w jakiś sposób dostojnie, w agonii szarpiącego kaszlu, z magicznie utrwalonymi lśniącymi puklami, owijającymi jej zaczerwienioną twarz niczym miedziane macki.
Zazdrościł jej tego. Nie pamiętał kiedy ostatni raz wyglądał dobrze, mimo swoich najszczerszych starań w tym kierunku. Co więcej, nie była to pusta, nie znajdująca odzwierciedlenia w rzeczywistości autokrytyka. Bardzo wyraźnie pamiętał pewien uroczy poranek wczesnego lata, w który wkroczył zmotywowany jak nigdy do tego, by wydobyć swoje wewnętrzne piękno (miało to zapewne swój związek z tym, że poranek ów zaczynał się od demonologii). Jednak kiedy odświeżony, uczesany, o perfekcyjnie wyregulowanym, szlachetnym łuku brwi i subtelnie podkreślonych złotem oczach usiadł w pierwszej ławce, wypędzając z niej uprzednio swoją nieco przytłaczającą obecnością koleżanki, efekt który wywołał był raczej odwrotny do zamierzonego. Hermanowicz najwyraźniej zafrasowany brakiem rozlanych na blacie biustów zasugerował (niezbyt elegancko) wizytę u pielęgniarki, a po drodze ewentualne umycie twarzy. Ignacy dawno przełknął już łyżkę upokorzenia przyprawioną zduszonymi chichotami kolegów i koleżanek, a z nią dawno zrezygnował z tak szerokiego zakresu dbania o siebie. Teraz pozostało mu tylko zazdrościć i dawać zazdrości wsiąkać głęboko w serce. Pielęgnować ją z wysokiej wieży swojej niechęci i zimnego dystansu.
- Mówiłem, że wyglądasz jakbyś świetnie się bawiła. Pomyślałem, że dołączę. - odparł z przekąsem na pytanie Lidii z trudem wyartykułowane między salwami kaszlu.
  Zbliżył się do niej na tyle, by móc wyciągniętymi palcami wskazującym i środkowym dotknąć miejsca, w którym pod miękką skórą rozpaczliwie walczyła o przetrwanie jej krtań. Zamknął oczy starając się nie zwracać zbyt dużej uwagi na jej wyraz twarzy i skupił się na wyczuwalnych pod opuszkami delikatnych obłościach drgających chrząstek. Dotarł znacznie głębiej szybciej niż sam się spodziewał co lekko go onieśmieliło, ale sprawiło przyjemność - sieć wzburzonych żył i tętnic pod zaciśniętymi powiekami rozlały się jak rysunek na skrzydłach ważki, które utknęły w pajęczej sieci gęsto utkanych neuronów. Uspokoił trwającą nawałnicę prostym zaklęciem, które wiele razy stosował na sobie. Miał nadzieję, że nie zamknie Lidii nieumyślnie światła tchawicy, czym groził brak należytej koncentracji.
  Cofnął się dając jej przestrzeń do ochłonięcia, chwilowo jeszcze oślepiony feerią roztętnionej czerwieni która utkwiła mu przed oczami, jak wytłoczona na rogówce. Lubił to uczucie oszołomienia, które dawała mu jego magia. Gdy świat przez chwilę stawał się odległy, hałas życia dookoła tonął w szumie jego własnej krwi przetaczającej się przez głowę zwężonymi naczyniami.
  - Skoro już nie planujesz się udusić, to może spróbujemy napić się czegoś? Założę się, że na którymś z tych stołów położyli krople żołądkowe...
  Zapraszanie ludzi do wspólnego spędzania czasu zdecydowanie nie leżało w jego naturze, z drugiej strony czuł, że jeśli nie ma zamiaru spędzić kolejnego roku na samotnym zmaganiu się z wątpliwymi urokami szkoły, to musi podjąć jakieś realne kroki ku zmianie swojego behawioru. Jego nieprzyjemne nacechowanie nieustannie wytykała mu matka, zatroskana otaczaniem się przez syna stadem szczurów i zebranymi z poboczy trupami - jeśli mu się nie uda, przynajmniej będzie mógł jej powiedzieć, że próbował.
  Odwrócił się lekko w stronę gwarnego tłumu czekając na reakcję koleżanki i starając się nie dać po sobie poznać związanego z tym oczekiwaniem niepokoju.

Ostatnio zmieniony przez Nietzsche (07-08-2020 o 11h17)

Offline

#37 07-08-2020 o 11h05

Straż Obsydianu
Asame
Pokonała Dahu
Asame
...
Wiadomości: 2 848

______________________https://i.imgur.com/2Eik7Ou.png
        Daniel odpowiadał zdawkowo i niechętnie, Olga przez chwilę pomyślała, że może zasypała go zbyt dużą ilością pytań, a może nie czuje się dobrze w tak dużym towarzystwie? Odetchnęła z ulgą, kiedy na jego twarzy choć przez sekundę narysował się obraz nie obojętności, a zaciekawienia i faktycznego przejęcia pytaniami Olgi. „Może myślał, że pytam od niechcenia?” – pomyślała, ale od razu wyrzuciła z siebie tę myśl, darzyła bowiem Daniela szczerym uczuciem i miała nadzieję, że Daniel nie odbiera jej jako kolejnej osoby, która jedynie udaję zainteresowanie jego osobą.
       Jak szybko na twarzy jej przyjaciela pojawiła się ekspresja – tak szybko zniknęła pod wpływem wstydliwego komentarza chłopaka po jego prawej stronie. To, co powiedział było z pewnością żartem, ale Daniel zdawał się wziąć je bardzo poważnie – momentalnie zamknął się w sobie i jedynie wybąkał jedno zdanie, próbując niezdarnie się wytłumaczyć.
       - Nic się nie dzieje – powiedziała z uśmiechem, którym próbowała szybko zahamować rozwój sytuacji. – Wszyscy mamy takich przyjaciół – dopowiedziała rozbawiona, jednocześnie zerkając na Mirę, której rude włosy zaczęły przedzierać się przez tłum ludzi. Nie miała wiele czasu. Przez chwilę myślała o szybkim ulotnieniu się, ale po co? Nie bała się spotkania, nie bała się Feliksa, nie widziała w nim zagrożenia, nie chciała wyjść na tchórza. Ale co ją zatrzymywało? Tajemnica. Tajemnica, o której nie wiedział nikt spośród osób siedzących teraz przy niej, tajemnica, o której wiedziała tylko jedna osoba – Łukasiewicz.
        Wszystko miało miejsce w poprzednim semestrze, kiedy wiele czasu spędzała w pracowni zielarskiej i w okolicznych lasach, gdzie zbierała potrzebne składniki na zaliczenia i do pracy własnej. Pewnego dnia spotkała na polanie chłopaka, który – jak się potem okazało – był nikim innym niż Feliksem. Sprawiał wrażenie niezwykle uprzejmego i nienachalnego, nie flirtował, nie próbował się przypodobać. Oldze zaimponowała jego wiedza na temat zielarstwa, od razu wiedziała, że nie jest nowicjuszem w tym sprawach, co prawda brakowało mu zaawansowanej techniki, ale bardzo odstawał od typowego studenta w sali zielarstwa. Początkowo pomagał dziewczynie w zbieractwie, potem prosił o pomoc, na początku drobną, niewinną. Z każdym kolejnym spotkaniem potrzebował o wiele ciężej dostępnych składników. Właśnie wtedy zaczęły się schody. Feliks bowiem wciąż przebywał w jej towarzystwie, wciąż wykazywał duże zainteresowanie tematem, dlaczego więc miałaby odmówić pomocy? Może na wyższym roku mają cięższe zajęcia. – myślała naiwnie, próbując zdobywać skomplikowane składniki, raz podkradając je z sal, potem kradnąc z gabinetu profesora Bareji. Kiedy wszystko zaszło za daleko i wiedziała, że każda kolejna kradzież może skutkować przyłapaniem i bezceremonialnym wydaleniem z uczelni – postanowiła powiedzieć Feliksowi, że nie może przynosić mu więcej ziół. Liczyła na odrobinę zrozumienia i empatii – dostała pogardę i zawód. Feliks zostawił ją w środku lasu z wymownym „już Cię nie potrzebuje”. Serce Olgi zostało złamane, ale nie przez Feliksa – nigdy bowiem nie czuła do niego niczego więcej, traktowała go jako osobę, która nie patrzy na nią jak na obłąkaną w lesie, a naprawdę dostrzegł jej talent i pasję, złamane zostało pod wpływem jej własnej słabości, była zła tylko i wyłącznie dla siebie. Feliks nigdy jej nie zmuszał, nie groził, sama się na to godziła.
        Dlatego jedyne co odczuwała, wiedząc, że za kilka chwil pojawi się tutaj Łukasiewicz, był stres. Stresowała się tym, że ktoś jeszcze dowie się o tym, co robiła. Im więcej osób trzecich się o tym dowie, tym większa szansa, że informacja dojdzie wyżej – do grona profesorów. Ciężko przełknęła ślinę, kiedy kątem oka zobaczyła postać Miry, którą dzieliło dosłownie kilka kroków od stolika. Na jej twarzy rysowało się zdezorientowanie, czyżby Feliks już jej coś powiedział? Swoim problemem nie podzieliła się nawet z najbliższą przyjaciółką, było jej cholernie głupio i nieswojo, nie chciała konfrontacji z Łukasiewiczem na oczach czterech różnych osób, nie chciała upokarzać się przy osobach, którym ufała i liczyła, że oni ufają jej.
        Podeszli do stolika, jak gdyby nigdy nic i zaczęli witać się z każdym po kolei, i tak jak się spodziewała – wszyscy doskonali wiedzieli o Łukasiewiczu, niektórzy nieśmiało podawali rękę, inni w pełnym strachu, a on jedynie świecił swoimi oczami po każdym z kolei. Kiedy podawał rękę Oldze i wpatrywał się prosto w nią, ona nie pozostała mu dłużna. Podobnie jak on, wpatrywała się w jego twarz, oczami pełnymi zawodu, ale wciąż niebezpiecznie pewnymi siebie.
        Kiedy usiadł i poczuł się jak u siebie, postanowił podchwycić słowa jej przyjaciółki, choć sama Olga modliła się żeby puścił je mimochodem – on pamiętał każde słowo. Kiedy padło od niego pytanie bezpośrednio do Olgi, zacisnęła pięści w złości. Wszyscy inni popadli w całkowite milczenie, przez kilka sekund było tak cicho, że słyszała bicie własnego serca. Miała nadzieje, że może ktoś zaprzeczy, zaprotestuje. Może Daniel powie, że jesteśmy zajęci, może Mira znowu zacznie swoją paplaninę i przegada Feliksa, może Filip znowu rzuci żartem, choć on – jak nigdy dzisiejszego wieczoru – kompletnie milczał. Nie chciała tańczyć z Łukasiewiczem, nie miała ochoty bawić się z osobą, która bezdusznie wykorzystała jej umiejętności do zdobycia upragnionego celu, a potem bezczelnie udawała, że nic takiego nie miało miejsca.
        Ale wtedy przyszła jej zupełnie inna myśl. Nie może odmawiać, nie może pokazać mu, że obawia się tego, co może zrobić z wiedzą, którą posiadał – a obawiała się, i to bardzo. Poza tym, im dalej trzymała Feliksa od najbliższych, tym jej, a właściwie ich tajemnica była bezpieczniejsza. Wstała więc i odpowiedziała z delikatnością, ale jednocześnie dużą dozą pewności siebie.
       - Jakże mogłabym odmówić komuś, kto prosi mnie do tańca – próbowała zaakcentować to jedno słowo. Feliks nigdy jej o nic nie poprosił i chyba nigdy nie miał zamiaru, dlatego postanowiła wetknąć mu w usta jeszcze jedno. – Poza tym, Feliksie, to nie pierwsza rzecz o którą mnie prosisz, prawda? – obdarowała go szczerym uśmiechem. Wykonała odważny ruch, ale miała nadzieję, że choć przez chwilę pozwoli jej to zdobyć przewagę i pozbawić chłopaka tak perfidnej pewności siebie.
        Kiedy podchodziła do Feliksa, obdarowała Daniela czułym spojrzeniem w które próbowała wetknąć szczere „przepraszam”, gdyby mogła, spędziłaby z nim resztę wieczoru, żywiła nadzieje, że nie będzie miał jej tego za złe. Potem przeniosła swój wzrok na jej przyjaciółkę – Mirę. Dobitnie pokazała jej, że mają sporo do gadania i dziewczyna będzie się gęsto tłumaczyć, ale nie była głupia, doskonale wiedziała, że Mira zdawała sobie z tego sprawę.


https://i.imgur.com/5znRSLB.png

Offline

#38 07-08-2020 o 17h40

Straż Cienia
Charo
Jackpot!
Charo
...
Wiadomości: 777

Antonina Potocka


  Absolutnie nic się nie stało. Czas się nie zatrzymał, nieba nie przecięła żadna błyskawica, a nawet nie spadła najmniejsza kropla deszczu. Dziewczyna poczuła niemałe rozczarowanie, kiedy Feliks Łukasiewicz przywitał się z nią, zajrzał w oczy jakby chciał pożreć jej duszę albo chociaż przewiercić ją na wskroś i tyle by było z całej magii,którą roztaczał na odległość. W zasadzie to z bliska nie był już aż tak przystojny, jak jej się wcześniej wydawało. Chociaż w sumie te oczy miał nawet ładne i uśmiech, no uśmiech też miał ładny. Cholerny uśmiech. Grzecznie więc również mu się przedstawiła, odwzajemniając wszystkie gesty, począwszy od uścisku ręki poprzez uśmiech i wpatrywanie się w jego ślepia. Gapili się tak na siebie dłuższą chwilę i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że Potocka nie chciała odpuścić pierwsza. Czy to dostrzegł? A gdyby nawet, to co z tego? Nie zamierzała ukrywać, że chciała być od niego lepsza w różnych rzeczach, chociaż sama nie wiedziała skąd właściwie wzięło się w niej nagle to dziwne uczucie rywalizacji. W Feliksie było coś takiego, co sprawiało że nie potrafiła wyłączyć czujności. Skręcało ją w brzuchu ze zdenerwowania, ale nie dała nic po sobie poznać. Przez lata nauki w domu nauczyła się kontrolować swoje emocje w taki sposób, by zakrywać to, co akurat chce ukryć. Reakcja Kazika chyba najbardziej ją zaskoczyła, bo wcześniej wydawał się wyluzowany bardziej od wszystkich, a teraz po prostu uciekł. Może coś mu zaszkodziło i musiał biec do łazienki? To było prawdopodobne, bo na stołach było mnustwo jedzenia i nie zdziwiłaby się, gdyby powstała z czegoś mieszanka wybuchowa. Do tego alkohol, którego nie brakowało i randka z wucetem gotowa.
   Zorientowanie się, że jest się piątym kołem u wozu nie było trudne, zwłaszcza, gdy było się jedyną nową osobą w towarzystwie. Wszyscy mieli ze sobą wspólne tamaty, a Antonina mogła jedynie siedzieć i spoglądać raz na dziewczyny, a raz na męska część grupy. Daniel za to spoglądał na Olgę, jakby chciał zapytać czy zostanie matką jego dzieci teraz, a Feliks z Mirą, no cóż, ewidentnie coś ich łączyło. Była wdzięczna Wrońskiemu, że próbował utrzymać z nią konwersację, jednak temat jaki poruszył nie był odpowiedni i z pewnością łatwy. Dla kogoś, kto nie musi liczyć się ze zdaniem rodziny, coś tak błahego, jak wybranie kierunku studiów może nie być wcale problemem, jednak sytuacja Antoniny była inna niż przeciętnego studenta. Machnęła więc tylko ręka, żeby zbyć temat o zmielanie specjalizacji i podniosła się powoli.
Żaden z chłopaków nawet się nie poruszył, co dla niej było miłym zaskoczeniem, choć etykieta wymaga, by mężczyzna wstał i poczekał aż kobieta odejdzie. Zawsze czuła skrępowanie, kiedy panowie porzucali wszystko i cierpliwie czekali aż sobie Pójdzie. Nigdy nie wymagała od nikogo tego gestu i tym razem było tak samo.
  - Przejdę się. Dziękuję za dotrzymanie towarzystwa, było mi niezmiernie miło was poznać. - skinęła lekko głową i na odchodne posłała jeszcze wszystkim lekki uśmiech, po czym ruszyła w stronę stołu ze słodyczami. Jeśćjeśćjeść
  - Czy w tym jest alkohol? - zapytała jakąś dziewczynę stojąca przy tacy z babeczkami, ale odpowiedziało jej milczenie. Westchnęła cicho i chwyciła sporych rozmiarów ciastko w różowej polewie, z kolorową posypką, z którym zamierzała pójść do swojego pokoju i przygotować się do zajęć. Zamiast przeciskać się między rozentuzjastowanymi uczniami, wybrała drogę za namiotami, bliżej ściany lasu i zaraz tego pożałowała. Zatrzymała się po kilku krokach, gdy do jej uszu dobiegł dziwny dźwięk, jakby kaszel i śmiech jednocześnie. Później nasunęła się jej znacznie inna myśl, więc rzuciła się biegiem w kierunku odgłosów i stanęła zaraz, jak wryta. Przy drzewie stała dziewczyna w ciemnej sukience z białym kołnierzykiem, a tuż obok niej chłopak i właśnie wtedy dotarło do niej, że istniała jeszcze trzecia możliwości. Uczeń miał schadzkę ze służącą, albo jakąś pomocą kuchenną, sądząc po stroju dziewczyny.
  - Przepraszam, myślałam że ktoś męczy kota. Ten dźwięk... Nikomu nie powiem, obiecuje. Poza tym, uważam że nie robicie nic złego, a miłość jest dla wszystkich... Żadna praca nie hańbi! Za dużo gadam, prawda? - zamrugała nerwowo, wgapiając się w zaskoczoną parę. Co powinna teraz zrobić? Odwrócić się i po prostu sobie pójść, czy dać im odejść? Stała więc tak i przyglądała się w półmroku blondynce, której ręce pokryte były licznymi tatuażami i jedyne o czym myślała to to, że jest jej żal dziewczyny, bo pewnie miała trudne życie, a teraz próbuje wiązać koniec z końcem i zapewnić sobie jakąś przyszłość.
  - Czy on zrobił coś, czego nie chciałaś? - zapytała, ruchem głowy wskazując na ciemnowłosego, który na pierwszy rzut oka był od niej chudszy, co nie zmieniało faktu, że mógł być oprawcą.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#39 07-08-2020 o 22h07

Straż Obsydianu
Parrie
Akolita Jednorożców
Parrie
...
Wiadomości: 401

____________________https://i.imgur.com/NyT378v.png

Wiedział, że powinien się tego wstydzić, ale burak na twarzy Daniela, połączony z galopującym we wszystkie strony spojrzeniem, zawsze sprawiał mu dziwną satysfakcję. Kazik lubił wprowadzać ludzi w zakłopotanie, był to jego mały, niewinny… nie, nie fetysz, aż takiej satysfakcji mu to nie sprawiało. Można było nazwać to raczej złym nawykiem, do którego jednak przywiązał się na tyle, że nie czuł potrzeby podejmowania prób wyzbycia się go.
    W każdym razie – Daniel – z nim było trochę inaczej, bo wywoływanie skrępowania w tej drobnej, nieskalanej złem istocie, przynosiło mu stanowczo zbyt dużo zabawy niż w przypadku innych. Nie był pewien skąd się to brało, ale podejrzewał, że przyczyną może być naiwność i niewinność Daniego. Filip nieczęsto spotykał takie osoby, więc ilekroć zwykłymi żartami wywierał na przyjacielu podobne reakcje, tylekroć się zadziwiał, że to znów podziałało, a z twarzy chłopaka, tak jak za każdym poprzednim razem, można bez trudu wyczytać wszystkie emocje. Może Kazik po prostu czekał na moment, w którym Dani zachowa się mniej, jak Dani, rzuci jakimś mało wytwornym „sraj się” i zleje go ciepłym moczem. Ach, Kaziu poczułby się wtedy, jakby odchował dziecko i może nawet łezka wzruszenia by mu się zakręciła. Ale, bądźmy realistami, taki scenariusz był równie prawdopodobny co ten, że Mira odpowie na coś jednym zdaniem, albo że Feliks Łukasiewicz okaże się dobrotliwym człowiekiem o wielkim sercu, z nieszczęśliwie przypisanym przy narodzinach psychopatycznym spojrzeniem, a jego pełne uroku uśmiechy to wcale nie przykrywka, lecz zaciekła walka z krzywdzącą opinią publiczną.
    Na komentarz Daniela, Kazik uśmiechnął się tylko nieco szerzej, nie próbując protestować, zaś gdy Olga mu zawtórowała, wzruszył wesoło ramionami i rzucił w stronę przyjaciela spojrzenie pod tytułem: „no widzisz?”.
    Jeśli ktokolwiek na uczelni kojarzył Filipa, to z pewnością łączył jego wizerunek raczej z permanentnym uśmiechem rodzaju pierwszego – jednostronnie uniesiony kącik ust, uzupełniony intrygującymi, filuternymi błyskami w oczach, lub drugiego, tego, który sprawiał, że bolały go policzki, a efekty wakacyjnego wybielania zębów podziwiać mógł każdy w promieniu kilometra. Rzadko kiedy z kolei wstępował na tę niegroźną, raczej szczerze wesołą buzię, uśmiech numer trzy.
    Filip jako – wbrew temu co wmawia wszystkim, gdy jakiś nauczyciel użyje imienia „Florian” – jedyne dziecko swoich rodziców, był bardzo rozpieszczany. Miał dużą swobodę w wyrażaniu siebie i nikt go przed tym nie powstrzymywał, ani za to nie karcił, dopóki nie przegiął, przy czym trzeba zaznaczyć, że „przegięcie” dla starszych Kazickich było raczej trudne do osiągnięcia. Zapewne stąd wziął się jego brak wyczucia i do tej pory często nie wiedział, kiedy czas przystopować. W każdym razie, jako dzieciak wychowywany raczej w przekonaniu, że nie należy patrzeć przez pryzmat tego „co ludzie pomyślą”, rzadko kiedy bywał zawstydzony, skrępowany lub zestresowany. Kiedy już takie momenty nadchodziły, nieprzyzwyczajony do podobnego stanu Filip, zupełnie tracił kontrolę. Zaczynał panikować, drżeć, a nawet płakać, by ostatecznie uciec i obrazić się na cały świat. Rodzice więc włożyli dużo wysiłku w to, by nauczył się maskować swoje wewnętrzne rozchwianie.
    I tutaj nadchodził uśmiech numer trzy.
    Beztroskie rozmowy ze znajomymi zupełnie uśpiły poprzednią, wyostrzoną czujność Filipa. Rozluźnił się i w pewnym momencie niezerkanie w stronę tańczącej części gawiedzi przestało być jakimkolwiek wysiłkiem, a zaczęło przychodzić naturalnie. Dlatego też nie mógł spodziewać się tego, co nadeszło po tym.
    Gdy usłyszał głos Miry, zamarł. Jego mózg natychmiast odnotował, że dziewczyna jeszcze moment temu cieszyła się w najlepsze towarzystwem Łukasiewicza. Filip bał się nawet spojrzeć w stronę przyjemnie brzmiącego głosu, czując całą swoją podświadomością, że towarzystwo Feliksa, nawet jeśli mogło przestać dziewczynę cieszyć, to wcale nie zniknęło.
    Zamarł.
    Gdy usłyszał następne słowa Miry, poczuł się tak, jakby ktoś wyrwał mu grunt spod nóg. Dobrze pamiętał, kiedy ostatni raz się tak czuł. Było to wtedy, gdy miał pod opieką swoją małą kuzynkę, na moment spuścił ją z oczu w centrum handlowym i przez następne trzy minuty nie mógł jej znaleźć. Przez te trzy minuty zdążył się oblać zimnym potem, zblednąć do poziomu Azjatek z reklam kremów wybielających, kilka razy poczuć, jak serce mu staje, by później podejść do gardła, aż w końcu poczuł mdłości i to charakterystyczne uczucie oderwania od podłoża, które zwiastowało rychły stan omdlenia.
    Nie, teraz nie było aż tak źle, bo szczęśliwie nie musiał wyobrażać sobie pedofilów łasych na małe, zagubione dziewczynki oraz ich ewentualnych czynów, które obarczyłyby winą jego barki. Może dlatego mózg Kazika zerwał schematy i postanowił przeskoczyć od razu do stanu bliskiego omdlenia.
    Jak do tego doszło?! Cztery lata skrupulatnie pilnował, by między nim a Łukasiewiczem nie doszło do zbliżenia na mniej niż dwa metry, aż w końcu przez głupią chwilę nieuwagi, miał jego oddech tuż za swoimi plecami.
    Za blisko. Nie ważne, że tak naprawdę żadnego oddechu nie czuł, bo przecież Feliks stał w całkiem neutralnej odległości, ale… Z a   b l i s k o.
    Spokojnie. Przecież był już dużym chłopcem i wiedział, jak sobie radzić w takich sytuacjach. Rodzice bardzo się o to starali, nie mógł ich teraz zawieść, co to, to nie.
    No i wjechał uśmiech numer trzy, tak fałszywie słodki i milutki, dociągnięty i wyćwiczony co do milimetra, że aż trochę karykaturalny. Skrył wszystkie swoje obawy, stres i zbliżającą się panikę za tym sztucznym uśmiechem, tak, jak kiedyś wpychał wszystkie swoje zabawki pod łóżko, licząc, że mama nie zauważy. Mama zauważała. Ale Feliks przecież nie był mamą! To już dobrze wróżyło.
    Źle za to wróżył fakt, że Feliks Łukasiewicz przystąpił do rytuału poznawania nowych twarzy i był co raz bliżej Kazika.
    Rusz się, ponaglił się Filip i, na szczęście, zadziałało. Zdołał odwrócić głowę w stronę Daniela i zawołać go po imieniu. Ledwie to zrobił, kątem oka zauważył wyciągniętą w jego stronę dłoń. Dłoń piękną niemniej niż twarz, na którą przelotnie spojrzał. Dłoń, której te subtelne oraz te bardziej śmiałe blizny, dodawały niepodważalnego uroku.
    – Filip – przedstawił się krótko, pilnując, by głos mu nie zadrżał. Po tym natychmiast zabrał dłoń i znów wrócił spojrzeniem do Daniela.
    – To co, Dani? Nie bądźmy gorsi, chodź w dens – rzucił do chłopaka, odwróciwszy się już plecami do Feliksa. Po tym, nie czekając na odpowiedź Daniela, ruszył w stronę parkietu, choć niekoniecznie chciał tam swoją podróż zakończyć.
    Tak naprawdę był zbyt oszołomiony dotykiem Feliksa, by myśleć o tym, by zatrzymać się tam, gdzie początkowo zamierzał.
    Tylko on sam wiedział, jak wiele dostarczyło mu to przelotne splecenie kciuków, poczucie wybijającego się na pierwszy plan chłodu jego dotyku, a przy tym, niedrgnięcie choćby brwią. Przesadziłby, gdyby powiedział, że ten niewinny kontakt porównać mógł do swojego pierwszego seksualnego uniesienia, ale choć na poziomie fizycznym nie było tu wspólnych punktów, tak na emocjonalnym, czuł się niemal tak samo wniebowzięty, jak wtedy.
    Przeraziło go to. Zupełnie tak, jakby ta jedna iskra stworzona przez zetknięcie się z jego skórą, wywołała trzaśnięcie pioruna, który trafił prosto w Filipa i uświadomił mu, że stracił kontrolę. Gdy uprzejme uściśnięcie sobie dłoni wywoływało taką gamę emocji, nie mógł dłużej oszukiwać się, że to normalne i nieszkodliwe.
    Musiał wyciszyć te myśli, a także swoje obawy. Wiedział, że Feliks nie mógł spostrzec jego uczuć. Minę, którą mu zafundował, miał wyćwiczoną do granic. Wiedział, jak jest odbierana. Czyli jak grzecznościowy uśmiech, niepoparty jakimkolwiek wyrazem w spojrzeniu, które pozostawało puste. Wyraz niezainteresowania, braku zaangażowania. Nie jak oznaka stresu. Wiedział to, ale wciąż się obawiał, choć sam już do końca nie wiedział czego.
    Sięgając po alkohol, który nie był już piwem, a wódką, uznał, że w zasadzie wyszło całkiem nieźle. Raczej nie pokazał po sobie, że był bliski ucieknięcia do lasu, drąc się histerycznie „jak do tego doszło?!”, a na dodatek wyszedł na troskliwego przyjaciela. No bo w końcu wiedział, jak Feliks działał na Daniela i wyglądało to przecież zupełnie tak, jakby chciał ułatwić przyjacielowi usunięcie się z jego towarzystwa. Taki jest troskliwy, no. I  kto mu powie, że nie szanuje przyjaciół?

Ostatnio zmieniony przez Parrie (08-08-2020 o 21h28)


https://media.discordapp.net/attachments/738806225172693113/758775491553132584/o_welesie.png

Offline

#40 08-08-2020 o 17h46

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 5 171

_______________________https://i.imgur.com/1KA5Ise.png
                  Najznakomitsze rzeźby podziwiano najczęściej za ich bezwzględny spokój. Za to, jak, nienaruszone biegiem lat, wciąż pozostawały w dokładnie tych samych pozycjach, dostojnie odznaczając się na tle pogrążonej w ciągłym biegu ludzkości. Nietknięte problemami, które spędzały sen z powiek śmiertelników, kataklizmami, które potrafiły w ułamku sekundy zmieść z powierzchni ziemi tysiące żyć, po prostu funkcjonowały tuż obok, wciąż zatrważająco piękne i majestatyczne.
                  Usłyszawszy słowa Olgi, pociągnął kąciki ust ku górze i wyprostował się na krześle. Oparł ramiona na podłokietnikach mebla i zajrzał prosto w oczy kobiety z nienagannym spokojem. Niewzruszony, marmurowy posąg przedstawiający Welesa zasiadającego na swym tronie w centrum Nawii. Z tą różnicą, że Feliks nie wyprowadzał zbłąkanych dusz na zielone pastwiska – on prowadził je prosto na rzeź.
                  Wypowiedź Olgi poruszyła bieg zdarzeń. Mężczyzna uniósł lekko podbródek, dając tym do zrozumienia, że przyjął jej wyzwanie.
                  - A ty nie pierwszy raz bezapelacyjnie na to przystajesz – odezwał się po dłuższej chwili.
                  Po tych słowach zapadła głucha cisza. Łukasiewicz chłonął wzrokiem tę małą, nędzną postać stojącą tuż przed nim, naiwnie próbującą obrócić sytuację na swoją korzyść – i mimo wielkiego obrzydzenia do jej osoby, które aktualnie trawiło jego wnętrze, w żaden sposób nie wyjawił swych uczuć na zewnątrz. Nie zmienił wyrazu swej kamiennej twarzy, nie spiorunował jej wzrokiem, nie wciągnął w głąb otaczającej jego duszę otchłani. W końcu rzeźba, która została wykuta z konkretnym zamysłem, już na zawsze miała zastygnąć w tej samej pozie.
                  - Och, Olgo, jesteś taka urocza – odezwał się nagle, przerywając obopólne milczenie. Tym samym dał Tereszczenko przyzwolenie na złapanie oddechu, które mogło okazać się zbawienne po gęstej atmosferze, jaka na moment zapanowała przy stole. Następnie, jak gdyby nigdy nic, parsknął wesoło, podnosząc się z miejsca, kiedy kobieta zbliżyła się w jego stronę.
                  - Jestem pewien, że nawet gdyby ktoś poprosił cię o pomoc w zdobyciu nielegalnych składników, to też byś się tak chętnie zgodziła. Twoja niezwykle altruistyczna dusza aż krzyczy z daleka, wyrywając się do pomocy – dodał melodyjnie, wyciągając w kierunku dziewczyny dłoń i chwilę później chwytając jej własną.
                  - Oj, Mira, lepiej miej ją na oku. Szkoda by było, gdyby jakaś podła świnia wykorzystała jej dobroduszność – na odchodne posłał rudowłosej lekki uśmieszek i mrugnął w jej kierunku.
                  Ruszył z Olgą bliżej nieustannie tańczących, zaczarowanych płomieni ognia. Jej ręka była tak drobna i niezwykle delikatna, że, ściskając ją, miał wrażenie, że cudem unika zmiażdżenia. Na ułamek sekundy, pozornie przypadkowo, nacisnął kciukiem na chudy nadgarstek kobiety, a wyczute przez niego tętno wywołało u niego dziwny rodzaj podniecenia – zupełnie tak, jakby poczuł, że znajduje się blisko długo wyczekiwanego zwycięstwa. Jego serce stanowczo przyspieszyło swój rytm, kiedy prędko odchylił palec, ponownie zaciskając go na dłoni dziewczyny. Ujrzawszy odsłonięte, błękitne ścieżki żył, błądzące tuż pod jej niemalże przeźroczystą skórą, poszerzył uśmiech. Była tak cudownie pełna życia. Świadczyło o tym wiele różnych cech – jej lśniące oczy lustrujące jego oblicze, miękkie, różowe usta, wiecznie wykrzywione w obrzydzeniu do jego osoby i unosząca się co rusz klatka piersiowa. Żyła, była tu, oceniała i zagrażała mu. Być może dlatego tak lubił sobie wyobrażać, jak wyglądałaby jako puste naczynie.
                  Stanąwszy nieopodal ogniska, wolną dłoń ulokował na łopatce Tereszczenko. Na razie dzieliła ich stosunkowo bezpieczna odległość, pozwalająca mu obserwować wszelkie zmiany na jej niezwykle pięknej twarzy. Należałoby zaznaczyć, iż Feliks, mimo swego dość oschłego stosunku do reszty świata, nie był ignorantem i doceniał otaczające go piękno. Kobieta, którą właśnie prowadził w wolnym tańcu, zdecydowanie pasowała do tego rodzaju określenia. Prawdę mówiąc, widząc jej delikatne rysy i długie, lśniące włosy, domyślał się, że w jej żyłach mogła płynąć żarliwa, nieugięta krew rusałki. To tłumaczyłoby także jej niezwykłą pewność siebie i sam fakt, że potrafiła mu się w jakikolwiek sposób przeciwstawić.
                  Muzyka bynajmniej nie obniżała swego tempa – wokół nich cały czas skakały roześmiane, pełne energii pary – jednak Feliks wcale nie zamierzał dostosowywać się do dźwięków dobiegających z magicznych instrumentów.
                  - Podobałaś mi się, wiesz? – mruknął nagle – To znaczy teraz, w momencie, kiedy spróbowałaś mnie wsypać. To było całkiem sprytne, szanuję cię za to.
                  To mówiąc, nagle szybkim ruchem pokonał dłonią trasę dzielącą łopatki od talii kobiety i przycisnął ją do siebie. Nachylił się do jej ucha, chłonąc mieszaninę ziołowych zapachów, którymi pachniały jej włosy. Olga z każdej strony naznaczona była swego rodzaju nieokiełznaniem – ale zupełnie innym niż tym należącym do Miry, bardziej skupionym na samorozwoju, jakby prowadzonym przez wiatr zainicjowany przez pradawne siły natury. Właściwie nie skłamał, wypowiadając swe słowa – faktycznie imponowała mu swą wiedzą i tym, że doskonale zdała sobie sprawę z tego, w jakim kierunku powinna się udać. Była silna, dlatego nie zamierzał lekceważyć jej na swej drodze do nieśmiertelności.
                  Wciąż nachylony nad płatkiem jej ucha, powoli, ważąc każdą sylabę, wyszeptał:
                  - Ale wiesz, kochanie, problem w tym, że ja też mógłbym wiele wskórać w twojej sytuacji.


https://i.imgur.com/8J1yLlq.gif









       i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain, but…
https://i.imgur.com/WnQCqcQ.gif https://i.imgur.com/KC10HqW.gif https://i.imgur.com/Y75NdbJ.gif https://i.imgur.com/d6Im1PQ.gif


I ’ M    T H E    P E R S O N    L E A S T    L I K E L Y    T O    B E    F O R G O T T E N .
https://64.media.tumblr.com/5c8699507f09de13ab88fbdce700132c/tumblr_p5aep042dg1qzh21go2_400.gifv https://64.media.tumblr.com/d0f83ff4e399860573

Offline

#41 09-08-2020 o 19h45

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 214

....................................................https://i.imgur.com/nTrdiKp.png
     Pewien mądry człowiek powiedział, że człowiek samotny nie ma nawet wrogów.
     Człowiek samotny nikomu się nie naprzykrza. Nikomu nie rzuca się w oczy, nikogo nie denerwuje, nikogo nie martwi, nikogo nie obchodzi.
     Czy więc człowiek samotny jest człowiekiem spokojnym? Czy nie musi się przejmować opinią innych? Czy nie musi się martwić nieprzychylnością i wrogością otoczenia? I czy to wszystko oznaczało, że samotność to spokój i szczęście?
     Daniel nie czuł się ani spokojny, ani szczęśliwy. Mimo że definicja samotności pasowała do niego aż zbyt dobrze.
     Człowiek samotny nie ma nawet wrogów.
     Od dziecka był milczkiem, który stronił od towarzystwa i zamiast bawić się z innymi dziećmi, wybierał kilka swoich zabawek i samotny kąt, w którym chował się przed całym światem. Mimo to jego rodzice nie byli niczym zaniepokojeni — Daniel, zachęcony do integracji z innymi rówieśnikami, zawsze uśmiechał się miło, kiwał głową w geście posłuszeństwa, po czym dołączał do wspólnych gier, w istocie dobrze się bawiąc. Czasami nawet słyszał, jak rodzice, sąsiedzi i nauczyciele zachwycali się chłopcem, że był taki grzeczny, taki spokojny, taki niewinny! Ot, ideał dziecka. Jeszcze wtedy, te ponad dziesięć lat temu, mały Daniel pękał z dumy, słysząc tyle komplementów pod swoim adresem. Nie mógł wiedzieć, że w przyszłości te same cechy będą mu tak okrutnie ciążyć, pozbawiając go jakiejkolwiek tarczy przed otaczającym go, wrogim światem.
     Cóż Daniel potrafił? Tak poza zgadzaniem się na wszystko, serwowaniem potulnego uśmiechu i aż zbyt nachalnym instynktem samozachowawczym, nie pozwalającym mu na protest i walkę w obronie najbliższych? Nic. Dlatego właśnie nawet wtedy, gdy Daniel miał już dwadzieścia dwa lata, wciąż powtarzano, że to taki niewinny, spokojny chłopiec. Dorosły o twarzy i zachowaniu dziesięciolatka. To dlatego wielu tak go lubiło, nazywało go uroczym i sympatycznym.
     Człowiek samotny nie ma nawet wrogów.
     Daniel bardzo często czuł się samotny, lecz ta samotność nie wynikała z braku towarzystwa, a przynajmniej nie w tym dosłownym sensie. Wroński miał przecież wiele osób, z którymi mógł porozmawiać w razie gorszego samopoczucia; miał wiele osób, na które mógł liczyć. Mimo to nie wierzył w siebie na tyle, by sądzić, że ktokolwiek traktował go poważnie i by kiedykolwiek zgłosił się do niego po pomoc. Bo w czym Daniel mógłby niby pomóc? W niczym, nie licząc kontaktu z gęsiami. I właśnie to poczucie bezradności napawało go swoistym poczuciem samotności.
     Poczuciem, że każdego dnia z własnej woli podcinał sobie skrzydła.
     Drżąc wewnętrznie w strachu przed własnym strachem, starał się choć odrobinę opanować i nie pokazać po sobie, jak bardzo cierpiał i jak wiele niespodziewanych przyczyn było za to odpowiedzialnych. Był na siebie zły za to, że choć na chwilę uwierzył, że może zachowywać się swobodnie, ponieważ był otoczony ludźmi, do których czuł sympatię. Był na siebie zły za to, że tak łatwo dał się stłamsić człowiekowi, o którym przecież nie miał nawet bladego pojęcia. Był na siebie zły, że ilekroć patrzył na Feliksa, widział oczyma wyobraźni niebieskie oczy, w których błyszczała niema groźba.
     Jednak najbardziej był na siebie zły za to, że nic nie mógł z tym zrobić.
     Czując, jak żar wstydu i rozczarowania wypala mu pierś, a gardło coraz bardziej się zacieśnia, utrudniając oddychanie, stał jak wryty w pobliżu stolika, przy którym jeszcze niedawno stało tyle życzliwych mu osób. Nagle wszyscy zniknęli, zupełnie tak, jakby ich obecność była jakiś okrutnym snem, z którego Daniel po chwili miał obudzić się z krzykiem, raz jeszcze boleśnie odczuwając swoją swoistą samotność. Oniemiały i przerażony swoją bezradnością, bał się nawet rozejrzeć dookoła, obawiając się, że ten gest aż zbyt wyraźnie będzie wyglądał jak nieme wzywanie pomocy. Blady i oszołomiony, czuł się jak dziecko zostawione na środku zatłoczonego miasta, a myśl, że przecież był dorosłym facetem, a zachowywał się jak małoletni gówniarz, sprawiała, że czuł się jeszcze gorzej.
     Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że Filip coś do niego mówił, lecz nim Daniel zrozumiał sens tych słów i odwrócił się w jego kierunku, przyjaciel znikał już w tłumie, najwyraźniej ani myśląc na niego czekać. Czując się tak, jakby ktoś uderzył go czymś ciężkim po głowie, momentalnie się wyprostował, choć częściowo pocieszony, że wyrwał się jakoś z tej matni. Spostrzegł, że przy stoliku została już tylko Mira i choć bardzo ją lubił, nie miał śmiałości nawiązać z nią jakiegokolwiek kontaktu. Dlatego kiwnął w jej stronę głową w geście pożegnania, po czym prędko ruszył w stronę tłumu, mając nadzieję, że znajdzie Kazika gdzieś na parkiecie.
     Znalazł, choć nie tam, gdzie sam Filip się zapowiadał. Jego przyjaciel stał w pobliżu jednego ze stołów z alkoholem, pustym wzrokiem wpatrując się gdzieś między butelki. Wyraźnie nad czymś dumając, Daniel nie miał śmiałości przerywać mu rozmyślań, dlatego cichutko stanął obok niczym giermek gotów na rozkazy swego pana. Rad z tego, że Kazik zrezygnował z pomysłu z tańcem, rozejrzał się dookoła, nie za bardzo wiedząc, co ze sobą począć. Prędko się jednak okazało, że to zły pomysł: momentalnie poczuł, jak serce mu staje, a żołądek niczym ciężki głaz opada na samo dno, wręcz klejąc się do kręgosłupa. Dławiąc się swoim oniemieniem, obserwował, jak Olga z gracją tańczy w towarzystwie Feliksa, raz jeszcze uświadamiając sobie, jak mało potrafił i jeszcze mniej mógł. On przecież w życiu nie ośmieliłby się poprosić jej do tańca — jej, jak i żadnej innej kobiety — podczas gdy Łukasiewicz, ze swoim zawadiackim uśmieszkiem, intrygującym błyskiem w oku i onieśmielającą otoczenie pewnością siebie, robił to niemal z marszu, z największą swobodą, łatwością i przyjemnością.
     Speszony i zażenowany Daniel odwrócił wzrok, pragnąc skupić się na czymkolwiek innym. Padło na Kazika, który wychylił właśnie kieliszek czegoś, co wyglądało jak wódka. Zaniepokojony tym nagłym impulsem, który najwyraźniej kierował Filipem, Dani uważnie się mu przyglądał, nie chcąc przegapić ani jednego szczegółu. Obserwował więc jego szeroki, choć z wolna gasnący uśmiech, tak mocno kontrastujący z brązowymi oczami pozbawionymi jakiegokolwiek blasku. Jego przyjaciel sprawiał wrażenie jednocześnie swobodnego i skupionego, co wyglądało tak naturalnie, że aż dziwnie. Wroński nie wiedział, czy powinien się czymkolwiek martwić, bo być może to tylko jego urojenia. Ale zaczynał się niepokoić.
     — A więc nie będziemy tańczyć? — mruknął, lękliwie zerkając na parkiet. Daniel ni diabła nie umiał tańczyć, dlatego na samą myśl o tym czuł lekkie mdłości. Poza tym dobijała go myśl, że podczas gdy Olga tańcowała z Feliksem, on gibałby się z Kazikiem. Ta karykaturalna scena byłaby Danielowym koszmarem, dlatego odetchnął, gdy zrozumiał, że Filip ani myślał ruszać w stronę parkietu.
     Jednak nadal coś było nie tak, Daniel wyczuwał to swoim gęsim zmysłem. Drgnął więc, kiedy Kazik odezwał się swoim typowym, dziarskim tonem, w którym pobrzmiewała jakże charakterystyczna nutka kpiny:
     — No i co się patrzysz? — spytał, unosząc wymownie brew i podsyłając mu lewitacyjnie shota pod sam nos. — Pij, pij!
     Marszcząc brwi, przez chwilę się wahał, lecz ostatecznie pomyślał, że przecież to sam Kazik poprosił go o towarzyszenie, w związku z tym nie mógł mu odmówić wspólnego picia. Chwycił więc kieliszek, by już po chwili obaj wychylili go do dna. Daniel, swoim zwyczajem, nie sięgnął po wodę — nauczył się niczym nie zapijać alkoholu, na co jego rodzina zwykle reagowała wrzaskami pełnymi uznania, z czego przedzierało się jedno hasło: „ha!, zupełnie tak jak dziadek!”. Akurat porównanie do dziadka wcale nie cieszyło Daniela i miał nadzieję, że nie skończy tak jak on, zamieniając się w gburowatego, agresywnego alkoholika.
     Zresztą z tego samego powodu także picie alkoholu nie kojarzyło mu się zbyt dobrze. Upił się tylko raz i to na jednym z rodzinnych zjazdów. Zachęcany przez kolejne ciotki i kuzynów, pił coraz więcej, będąc pewien, że ma mocną głową i nic mu się nie stanie. Nim się obejrzał, nabrał takiej wprawy i pijackiej pewności siebie, że zaczął rywalizować z kuzynami w siłowaniu się na rękę, a gdy wygrywał raz za razem, rozochocony tymi zwycięstwami wrzasnął:
     — To teraz idę w******* dziadkowi!
     Całość skończyła się na przerażonych wrzaskach i siłowym przytrzymywaniu Daniela, w którego wstąpiła niespotykana zwykle energia. Kilka godzin później wymiotował dalej niż widział i tak się skończyła jego sympatia do alkoholu.
     Jednak Kazikowi nie mógł odmówić, dlatego obiecał sobie, że będzie nad sobą panował: wypije na obie nóżki i starczy. Mimo to musiał przyznać, że nienaturalne ciepło rozlewające się po całym jego ciele było bardzo przyjemne, podobnie jak poczucie otwierających się bram w jego głowie, które wpuszczały do jego świadomości więcej odwagi i energii.
     — Powiedz — zagaił tuż po wypiciu trzeciego kieliszka, karcąc się przy tym, że tak szybko zapomniał o swoim postanowieniu — czy coś się stało?
     Alkohol pomógł mu w przełamaniu się i zadaniu tego pytania. Nie chciał być wścibski i jakkolwiek urazić przyjaciela, jednak Filip nie mógł mieć mu za złe, że się martwił. Zwłaszcza że nie zamierzał też naciskać i jeśli Kazik utnie temat, Daniel zamilknie na amen, skupiając się na opróżnianiu butelki wódki.
     Im więcej toastów wnosił, tym częściej jego wzrok uciekał na parkiet. Olga i Feliks już dawno zniknęli mu z oczu i być może już dawno przestali tańczyć, co byłoby milszą opcją. Gorsza opcja sugerowała natomiast, że wciąż się do siebie przytulali, lecz skryci w gąszczu pijanego tłumu.
     Daniel, który po pięciu shotach był już coraz mniej Danielem, a bardziej jakąś zdziczałą gęsią, bardzo poważnie zastanawiał się nad tym, czy by czasem nie wpaść na ten parkiet, strzelić Feliksowi po pysku, odbić Olgę i tańczyć z nią aż do… tego nie wiedział, ale na pewno długo. I właśnie wtedy, pod wpływem tej równie odważnej, co niebezpiecznej myśli Wroński ocucił się lekko, wpadając w istny popłoch. Patrząc na wódkę z największą odrazą, odłożył kieliszek na stół, postanawiając sobie, że nie będzie więcej pił, bo kilka kropel temu przekroczył już swój limit. Niestety, gdy zerknął kątem oka na Kazika, zobaczył jego szczere zdziwienie i Danielowi przyszło się tylko domyślać, że jego przyjaciel mu nie odpuści i nie pozwoli mu wrócić na ścieżkę abstynencji, zwłaszcza że już nieraz się odgrażał, że kiedyś go upije.
     — Nie — mruknął cichym, nieco niepewnym tonem — ja już mam dość... NIe, nie patrz tak na mnie...
     Daniel powiedział to tak mało przekonującym tonem, że aż sam był na siebie zły. I być może tylko mu się wydawało, że widział w oczach Filipa piekielne ogniki, których nie powstydziłby się sam Szatan, lecz Wroński miał nadzieję, że to nie błyszcząca złośliwość zmieszana z potwornym planem doprowadzenia Daniela do upadku moralnego, a jedynie pijackie przywidzenia.
     Aczkolwiek szczerze w to wątpił. Jednocześnie przerażony i podekscytowany myślą, że był o krok stracenia nad sobą kontroli, czekał na dalszy rozwój wydarzeń.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (09-08-2020 o 19h46)


https://i.imgur.com/HGv2gQz.png


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...



..
.
.
[/color]
                        ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Online

#42 10-08-2020 o 00h00

Straż Cienia
Hayal
Pokonała Dahu
Hayal
...
Wiadomości: 2 525

Lidia

      Nie uważała magii za nieprzydatną, to nie tak. Przeciwnie, od dziecka przekonywała się, że dobrze dobrane zaklęcie rozwiązuje wiele trudnych sytuacji, a konieczność usunięcia zwróconej mieszanki mechanicznie oddzielonego od kości mięsa oraz orzeszków z pewnością do nich należała. Co za kompromitacja, zamiast zatuszować jakoś ślady swojej oczywistej wpadki sprowadziła brokatowy (dobrze, że nie złoty) deszcz, podczas, gdy ten niepozorny Ignacy bez większego trudu, od ręki, rozwiązał jej problem. Podczas całej operacji stała sztywno, patrząc w przestrzeń, nie była bowiem zasadniczo fanką nieoczekiwanego dotyku ze strony obcych. Wbijała uparcie wzrok w ciemność, a o tym, że brunet osiągnął zamierzony cel poinformowały ją dwa nowe odczucia - koniec drapania na całej długości przełyku, jak również brak chłodnych palców zlokalizowanych w okolicach krtani.
      Obok tych czysto fizycznych impresji, pojawiły się i inne, głęboko w środku. Ulga oraz złość, pozornie tylko sprzeczne, nie pozwoliły jej na podziękowanie Ignacemu tak szybko, jak by wypadało. Być może magia nie była idée fixe życia Lidii, nie życzyła sobie jednak wypadać tak jednoznacznie źle na tle kogoś. Przeciwnie, chciała zachwycać, wzbudzać w innych podziw, taki, jakiego  doświadczyła wobec kolegi, czując wibrujące wężyki ciepła, które jakże sprawnie przeprowadził przez jej tkanki. Minione dwa lata, wypełnione naprawdę solidną harówką, nie zapewniły tego - przez moment nie wiedziała, czy jest w związku z tym bardziej wściekła na uczelnię, czy na samą siebie.
      Na szczęście, utrzymanie neutralnego wyrazu twarzy przychodziło jej zwykle bez trudu, ponadto, Ignacy wyglądał przez dłuższą chwilę na ewidentnie oszołomionego. Rozumiała to - czasem, gdy przychodziło jej rzucić naprawdę trudne zaklęcie, czuła się wyzuta z energii, jak bluzka, która traci fason i kolor po praniu w zbyt wysokiej temperaturze. Lidia podejrzewała, że i on doznaje aktualnie czegoś podobnego - chętnie podjęłaby ten temat, ale jej towarzysz w tej samej chwili ocknął się jakby, pytając o napoje.
- Posprzątam tu najpierw - odpowiedziała, mogąc przy okazji stwierdzić, że jej doskonały głos wrócił do pełni formy. Zadowolenie z tego faktu, połączone z chęcią pokazania się z lepszej strony, zaowocowało doskonałym zaklęciem czyszczącym. Niezidentyfikowane gluty, fragmenty parówek, kawałki frytek (już zapomniała, że i je wchłaniała jak głupia, doprawdy) - wszystko zniknęło, a ponownie nieskalane poszycie parowało lekko.
      Obróciła się ku Ignacemu, zadowolona z siebie. Otworzyła usta, gotowa, by w końcu podziękować mu za interwencję, gdy zza chłopaka dobiegł ją dźwięk szybkich, choć lekkich kroków. Sprawczynią tego była nieznajoma dziewczyna, prawdziwa piękność o eleganckich ruchach i włosach w kolorze crème brûlée. Lidia, jakkolwiek umiarkowanie skoncentrowana na wyglądzie, odczuła nagle boleśnie ubogość własnych pukli, rozjaśnianych wielokrotnie zupełnie niemagicznymi sposobami. Pomijając nawet to, że przez skłonność do węglowodanów było jej daleko do eterycznej sylwetki nowo przybyłej - zdecydowanie, powinna pracować nad metabolizmem, bo, nawet teraz, czuła ssanie w żołądku. Zupełnie jakby jeszcze przed chwilą nie wyrzucała z siebie chlustającej kaskady wymiotów, miała wrażenie, że zjadłaby choćby nadpalone kiełbaski z kolonii albo szarlotkę z lekkim kożuszkiem. Fakt, że nie takie specjały serwowano na letnim obozie musicalowym, którego uczestnicy nie na sprawach ciała skupiali się najbardziej. Wspomnienie tych dni rozjaśniło twarz Lidii uśmiechem, podobnie, jak domysły nieznajomej ślicznotki. Czy Ignacy zrobił coś, czego nie chciała? I tak i nie, można by powiedzieć.
- Zdradzę ci... - zwróciła się w końcu do dziewczyny - Że było zupełnie odwrotnie!
      Szczery niepokój na delikatnej twarzy ozdobionej złocistymi piegami uznała za o tyle uroczy, co zabawny i chętnie popłynęłaby dalej z wątkiem, wspominając też coś o tym, iż kota zdążyli niestety już zjeść. Nagły głód oraz chłodek, przemykający z minuty na minutę coraz odważniej po jej odkrytych przedramionach był jednak skutecznym zabójcą inwencji.
- Chyba że - dodała więc tylko - Lubi być obrzygiwany przetworzoną żywnością oraz glitterem z chmurki, ale przyznam, nie zapytałam.
      Powiał lekki wiatr, odruchowo potarła więc ręce, by dostarczyć sobie nieco ciepła.

Ostatnio zmieniony przez Hayal (10-08-2020 o 00h04)



https://i.imgur.com/bne8BcV.gif

Offline

#43 11-08-2020 o 12h16

Straż Obsydianu
Nietzsche
Akolita Sargousetów
Nietzsche
...
Wiadomości: 5 215

Ignacy

   - Owszem, lubię. -odparł Ignacy beznamiętnie, spoglądając na blondwłose źródło zaniepokojenia - jest to jedna z tych rzeczy, które cenię w kontaktach międzyludzkich najbardziej.
Obserwował z uwagą mieniące się na nieznajomej twarzy emocje - nie miał absolutnie żadnych wątpliwości, że wszystko co mówi, zostaje odbierane ze stuprocentową powagą. Zawsze budziło w nim to nieco sprzeczne odczucia. Przepadał za ludźmi, którzy w lot łapią jego niezbyt wyrafinowany przecież sarkazm, z drugiej jednak strony niezrozumienie świadczyć mogło jedynie o tym, jak dobrze opanował swój głos i mimikę, w które ubierał żarty szyte najgrubszymi z możliwych nici.
- Mieliśmy tez kota - zwrócił się przepraszającym głosem bezpośrednio do zmieszanej dziewczyny - ale już go zjadłem.
Znacząco objął długimi jak pająki dłońmi swoją talię, wąską i zaznaczoną tak wyraźnie, jakby pod kamizelką w kasztanową kratę krył się gorset.
- To chude, zdrowe mięso. - posłał znaczące spojrzenie w stronę dzierżonego kurczowo jak koło ratunkowe ciastka.
   Zastanawiał się, czy udało mu się już zrujnować do reszty tę jeszcze nienawiązaną znajomość, tak, jak wszystkie dotychczasowe. Zdarzały się sporadycznie wyjątkowe istoty, które próbowały wspinać się na ten zimny mur złośliwości, ale strącał je na bieżąco, niczym jego ojciec bezlitośnie zrzucający z drzew owocowych gniazda szpaków - niszczenie zalążków życia i pozytywnych emocji było w jego rodzinie skłonnością płynącą we krwi.
Cóż, blondwłosa piękność z pewnością nie wyglądała na osobę, która zagustuje w tego rodzaju próbach zaistnienia w jego towarzystwie.
   Obserwował jej ruchy, twarz, sposób w jaki układała dłonie, nerwowo próbując znaleźć dla nich miejsce. Nawet szok na jej twarzy wyglądał jak ćwiczony od wielu lat przed lustrem, na okazję pracy w roli modelki dla Millaisa i jego subtelnego pędzla. Ignacy tylko raz w życiu miał styczność z taką osobą i była to jego bardzo wiekowa ciotka, która pod koniec życia, dotknięta fatalnymi zanikami pamięci, ufiksowała swoje poczucie osobistej integralności tylko i wyłącznie na latach pracy w kuchniach pałacu w Szczekocinach. Z wzbogaceniem historii o ten szczegół, że to ona była ich właścicielką.
- Skoro już zostałaś świadkiem naszego grzechu, to może chociaż się przedstawisz? - przerwał długą chwilę bardzo niezręcznej ciszy. I od razu dane mu było odczuć, że najwyraźniej popełnił jakąś gafę. Wydatne usta dziewczyny, dotychczas ułożone w okrąglutkie "o", zacisnęły się i wykrzywiły lekko w absolutnie nieskrywanej dezaprobacie. Nie zamierzał się tym przejmować, ale powód reakcji go zafrasował. Czyżby stojąca przed nim eteryczna niewiasta była kolejnym wcieleniem jego ciotki?
   Kątem oka widział jak Lidia, z pewnością nieco wyczerpana fizycznie i psychicznie po przygodach dzisiejszego popołudnia, kuli się w swojej imponującej osobie. Normalnie wyższa od niego o kilka porządnych centymetrów, teraz była na poziomie z którego bez trudu mógł obejrzeć jej odrost, ewentualnie objąć ramieniem, co płochą błyskawicą przegnało przez jego myśli. Był jednak pewien, że dopiero co zakończony kontakt fizyczny między nimi był już szczytem jej tolerancji.
Zamiast tego znacząco wyciągnął dłoń w stronę ognisk zapraszającym gestem, próbując skierować uwagę dziewcząt w kierunku od którego cała trójka dopiero co uciekła z obawy przed niechcianą integracją.
- Muszę zapić kota, a Lidia musi uzupełnić straty w ładunku. Czy panienka reflektuje na drugie ciastko?
Bardzo próbował powstrzymać się przed przekąsem.

Offline

#44 11-08-2020 o 14h00

Straż Cienia
Charo
Jackpot!
Charo
...
Wiadomości: 777

Antonina

  Silniejsze podmuchy wiatru rozwiewały raz po raz jej włosy, które łaskotały ją po twarzy sprawiając, że miała ochotę kichać, choć bardziej chciała raczej wziąć nogi za pas i uciec nie tylko z tej całej Zielonej Polany, ale i ze szkoły. Chyba to wszystko ją przerosło i nie poradzi sobie na uczelni, o ile nauka nie będzie dla niej problemem, to kontakty międzyludzkie już tak. Dlaczego wszyscy musieli być aż tak skomplikowani? Czy nie można być po prostu zwykłym uczniem, mówić dziękuję i przepraszam, a nie jeść koty i obryzgiwać brokatem innych ludzi. Antonina nie przywykła do sarkazmu i złośliwości, dlatego nie do końca potrafiła je też zinterpretować, więc wszystko o czym mówiła przyłapana na schadzce parka, brała na poważnie. Kim była, aby oceniać innych przez pryzmat jednego przewinienia? Być może chłopak miał talent malarski, być może był interesującą osobą, która lubi sobie od czasu do czasu zjeść jakiegoś kota, ot co i tyle w temacie. Nie mogła go przez to skreślać, bo może był potencjalnym kandydatem na jej przyjaciela i gdyby teraz się odwróciła, to mogłaby stracić okazję na zapoznanie kogoś ciekawego, kto wniesie do jej życia trochę światła i czarnego humoru. Cały czas ściskała w dłoniach ciastko, na które już i tak straciła apetyt. Lubiła koty, zawsze ją rozczulały, a myśl o tym, że jeden z nich spoczywa właśnie w żołądku nieznajomego, nie dawała jej spokoju. Starała się uśmiechnąć, ale jedyne co udało jej się posłać ku stojącej naprzeciw dwójce, był dziwny grymas, jakby ktoś wbijał jej pod żebra rozgrzany pogrzebacz, a ona musiała udawać, że to łaskotki.
  - Antonina Potocka. Jestem na pierwszym roku prawa i administracji. - powiedziała znacznie głośniej niż zamierzała, a jej piskliwy głos świadczył o tym, że jest podenerwowana.  Odchrząknęła i poprawiła szybkim ruchem kilka kosmyków włosów, które wiatr uparcie unosił ku górze, by po chwili pozwolić opaść im bezwładnie na jej twarz. Żałowała, że pozostawiła je rozpuszczone.
  - Zjadłam kiedyś dżdżownice – wypaliła nagle, chcąc udowodnić, że też potrafi robić szalone i niebezpieczne rzeczy. Nie dodała istotnego faktu, że była ciekawską siedmiolatką, która nudziła się w ogromnym domu i jakoś musiała urozmaicić sobie wolny czas, którego było tyle, co kot napłakał....Kot. Ten zjedzony też pewnie płakał.
  - Właściwie, to napiłabym się czegoś, skoro już pan pyta. A czy jest tu jakieś ustronne miejsce nie do końca w samym centrum zabawy, bo i tak napatrzyłam się już na wiele rzeczy, a jestem tu dopiero od dwóch godzin. Chciałabym rozłożyć sobie rozczarowanie i zniesmaczenie chociaż na kilka dni – odezwała się po chwili milczenia już znaczniej spokojniejszym tonem. Rozluźniła się nieco, choć nadal pozostawała czujna. Spojrzała teraz na dziewczynę imieniem Lidia, która rzekomo była sprawczynią całego zamieszania i to ona zdeprawowała chłopaka. Właściwie, to nie dziwiło ją to. Była piękną, młodą kobietą, która zapewne wiedziała, czego chce od życia i jak to zdobyć. Zawrócenie w głowie chłopakowi nie było dla niej niczym trudnym i Potocka to szanowała. Ona sama nie byłaby w stanie zainteresować kogoś swoją osobą, nie w taki sposób. Raz próbowała być czarująca, ale skończyło się na wyłupieniu oka szpikulcem do lodów. Było dużo krwi i pretensji, a do małżeństwa nie doszło, choć Bartosz bardzo jej się podobał, nawet z jednym okiem. No królową flirtu to ona nie była i nie będzie, nie było sensu nawet udawać, że jest inaczej. Zawsze podziwiała dziewczyny, które potrafią trzepotać rzęsami i śmiać się perliście z nieśmiesznych żartów. Ona wyglądała wtedy, jakby miała zapaść albo była chwilę przed atakiem epilepsji.
  - Pozwalają służbie na korzystanie z atrakcji dla uczniów? - zapytała z zaciekawieniem. Gdyby jej rodzice to widzieli, to pewnie wycofaliby wszystkie środki, które wpłacali na Axis Mundi. Czym innym był szacunek do klasy pracującej, a czym innym bycie persona non grata. Dla Antoniny nie miało to oczywiście żadnego znaczenia, po prostu dziwiła się, jak bardzo rewolucyjne poglądy może mieć Dyrektorka, choć po dawce wszystkiego, co dziś ją spotkało, chyba już nic nie będzie w stanie jej zaskoczyć.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#45 12-08-2020 o 11h36

Straż Obsydianu
Asame
Pokonała Dahu
Asame
...
Wiadomości: 2 848

______________________https://i.imgur.com/2Eik7Ou.png
        Za każdym razem, kiedy Olga myślała, że jest o jeden krok przed Feliksem, ten skutecznie udowadniał jej, że jest groźnym rywalem w tym wyścigu. Nie był jednak bezpośredni. Zdecydowanie bardziej wolał bawić się ze swoją ofiarą, na początku miły, potem jednak zasiawał po kolei ziarna w sercach każdej osoby, która siedziała teraz przy stoliku z Olgą - na początku strachu, potem niepewności i podejrzliwości. Przecież mógł powiedzieć prosto z mostu, że Olga perfidnie kradła potrzebne składniki, a potem jak naiwna nastolatka dostarczała mu  odpowiednie zioła. On jednak wolał się z nią drażnić i raz po raz kąsać nie tylko jej pewność siebie, a teraz również świadomość jej przyjaciół. Od razu przesunęła swój wzrok na Mirę, do której Łukasiewicz zwrócił się bezpośrednio. Na jej twarzy rysowało się wiele emocji, ale Tereszczenko nie była w stanie wyczytać z niej niczego konkretnego. Kiedy Olga nerwowo zaczęła zerkać na czubki swoich butów, modląc się o to, żeby jej znajomi zbagatelizowali oskarżenia, które padły z ust Feliksa, on, jak gdyby nigdy nic, wstał i podał jej rękę do tańca.
        Idąc przez tłum, który teraz wydawał się żyć w innym świecie, Olga zastanawiała się jak zapanować nad sytuacją, do której prędzej czy później dojdzie. Zerknęła na osoby, przez które właśnie przechodziła trzymając rękę Łukasiewicza. Niektórzy zerkali nad nią spode łba, inni zazdrosnym wzrokiem lustrowali jej drobne ciało. Zdała sobie sprawę, że nie ona jedyna słyszała o Feliksie. Niektórzy na pewno widzieli w nim cholernie przystojnego faceta, zawsze zadbanego, dobrego ucznia z nienagannym uśmiechem, kroczącego  luźnym krokiem po szkolnych korytarzach. Inni jednak znali jego paskudne wnętrze, kryjące się pod maską śnieżnobiałego uśmiechu.
        Kiedy w końcu stanęli w stosunkowo wolnej przestrzeni przy ognisku, ten z niezwykłą delikatnością położył swoją dłoń w okolicach jej łopatki. Bliskość, którą teraz dzielili wytrącała Olgę z równowagi, przez chwilę myślała nawet, żeby ostentacyjnie zostawić go samemu sobie przy szalejącym ognisku, ale wiedziała, że miała mu do powiedzenia kilka istotnych rzeczy. W niemiłosiernie wolnym tańcu przyglądała się jego twarzy, na której rysowała się agresja przeplatana z pobłażaniem. Myślał, analizował zdawało jej się, że próbuje przeniknąć prosto do serca Olgi i dowiedzieć się o niej kolejnych rzeczy, które mogłoby dać mu ewentualną przewagę. Niezręczną  ciszę przerwał jednak niespodziewany komplement z ust Łukasiewicza, na który Olga mocniej zacisnęła dłonie na jego plecach.
        - Darujmy sobie te sztuczne komplementy, dobrze wiemy, że gdybyś mógł, zacisnąłbyś dłonie na mojej szyi choćby i teraz. - wycedziła, wciąż tkwiąc w romantycznym uścisku ze swoim oprawcą.
        Kiedy Feliks nachylił się nad jej uchem, poczuła zapach, którym emanował od zawsze. Poza standardowym, mocnym, męskim perfumem, poczuła coś, czego nie wyczułby nikt, kto nie znał prawdziwego oblicza Łukasiewicza. Był to zapach pewności siebie i arogancji, połączony nutą agresji. Olga wzdrygnęła się czując jego oddech nad swoim uchem i słysząc kolejne słowa, które pchały się do bębenków.
        No tak, z wiedzą, którą dysponował mógł uprzykrzyć życie Olgi. Nie tylko mogła zostać wydalona ze szkoły, a na zawsze stracić szanse spełnienia jej marzenia i oddalić od siebie przyjaciół, których tak szczerze lubiła i nie chciała ich krzywdy. Choć do jej oczu napłynęły pojedyncze łzy, postanowiła zagryźć zęby i walczyć o to, co jej pozostało.
       - Owszem, możesz wskórać, i to wiele. - powiedziała drżącym głosem. - Ale jeśli pójdę na dno, pociągnę Cię za sobą, a od jednego topielca można się odbić i znowu wypłynąć na wierzch. - wycedziła z delikatnością, prosto do jego ucha.
        - Ciekawe co powiedziałby profesor Bareja dowiadując się komu i po co kradłam te wszystkie zioła. Przecież dobrze wiemy do czego służą te mieszanki, czyż nie? - wciąż szeptała do jego ucha jednocześnie stawiając kolejne kroki w romantycznym tańcu.
        - Zostaw Mirę i resztę moich przyjaciół  w spokoju, nie wchodź mi w drogę, to ja nie będę krzyżować twojej. Możesz udawać, że mnie nie znasz, nie obchodzi mnie to. - mówiła jednym duszkiem, stawiając kolejne warunki. Wiedziała jednak, że nie tak łatwo będzie przeforsować je wszystkie naraz.
        - Dziękuje Ci za ten romantyczny taniec, doprawdy jesteś świetnym kompanem do tańca i współpracy. - uśmiechnęła się, patrząc prosto w jego oczy. - Szkoda tylko, że nie wyczarowałeś mi takiej pięknej spinki, byłabym nią kompletnie oczarowana. -powiedziała drwiąco.
       Jednym ruchem uwolniła się z nieprzyjemnego uścisku Feliksa i z czułością ukłoniła się, dziękując jednocześnie za taniec. Powoli odwróciła się od swojego kompana i zaczęła powoli przeciskać się przez tłum. Spojrzała na stolik, przy którym jeszcze niedawno stała razem ze swoimi znajomymi i przyjemnie spędzała czas, teraz jednak nie było przy stoliku nikogo, wszyscy rozeszli się po kątach, najwidoczniej zajmując się swoimi rzeczami. Kiedy  w końcu przebrnęła przez dziki tłum, zaczęła biec ile sił w nogach jednocześnie łapiąc powietrze w swoje płuca. Dobiegła na pustą polane i rzuciła się na kolana, wciąż próbując uregulować swój oddech. Po jej policzkach spłynęły pojedyncze łzy.
        Wiedziała, że Feliks jej nie odpuści i do końca będzie się z nią drażnił. Wiedziała, że cały czas będzie musiała robić dobrą minę do złej gry i staczać z nim nieustanną walkę. Stanęła na chwiejne od alkoholu nogi i przetarła ostatnią łzę spływającą po jej brodzie. Przysięgła sobie, że nie podda się bez walki.

Ostatnio zmieniony przez Asame (12-08-2020 o 11h37)


https://i.imgur.com/5znRSLB.png

Offline

#46 12-08-2020 o 19h29

Straż Obsydianu
Parrie
Akolita Jednorożców
Parrie
...
Wiadomości: 401

____________________https://i.imgur.com/NyT378v.png

Czuł się nieco otumaniony, choć wcale jeszcze nie wypił dużo. Najwyraźniej mieszanka kaca i emocji wzbudzonych kontaktem z Feliksem, wywołała w jego wnętrzu niemałe spustoszenie. Gdy tylko podszedł do stołu z alkoholem i pozwolił sobie na przeczyszczenie gardła kieliszkiem czystej wódki, a potem sięgnął po kolejne dwa, zapijając to następnie dzbankiem lemoniady, poczuł, jak opada z sił. Udawał, że nie widzi spojrzeń ludzi, raczej niepochlebnie zainteresowanych czarodziejem, który wpadł między nich jak burza, by prześcigać się z samym sobą w liczbie kieliszków wypitych ciurkiem. Na te bardziej nachalne spojrzenia odpowiedział przemiłym uśmiechem, który jakby zastygł na jego twarzy po niespodziewanej konfrontacji z Łukasiewiczem.
    Wciąż wychodził z szoku, przechodząc płynnie w stan głębokiej samokrytyki oraz niedowierzania. Na wszystkich bogów, toć zachowywał się jak zwykły, niedoświadczony podlotek! Na dodatek ostro stuknięty. Najgorsze w tym wszystkim było to, że doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a i tak nie potrafił opanować tych bezpodstawnych emocji. Mógł tylko udawać, że wciąż nad czymkolwiek panuje.
    Nalał sobie kolejny kieliszek, wpatrując się przy tym bez wyrazu gdzieś w przestrzeń. Był zawiedziony samym sobą. Wreszcie nadarzyła się okazja, by w całkowicie naturalny, niepodejrzany sposób zagadać do Feliksa i nawiązać z nim jakąkolwiek nić porozumienia, a on po prostu uciekł! Dobrze, do czorta, że nie zemdlał, niczym panienka na wydaniu w za ciasnym gorsecie. Ależ z niego kretyn!
    Trzymając między palcami nieruszony kieliszek, zbyt zajęty przeklinaniem samego siebie, ledwie spostrzegł u swego boku Daniela. Właściwie to nawet nie odnotował, kiedy ten pojawił się przy stole. Chcąc ocknąć się z dziwnego letargu, przechylił w końcu naczynie, które kurczowo ściskał od dobrych kilku minut i pokręcił opętańczo głową, jakby to miało pomóc mu rozwiać natrętne myśli.
    – A więc nie będziemy tańczyć? – Usłyszał głos przyjaciela, na co uśmiechnął się szeroko, choć uśmiech ten nie sięgnął oczu, które wciąż przykryte były wspomnieniem chłodnego dotyku, wywołującego na całym ciele gwałtowne, lecz wcale nie nieprzyjemne dreszcze. Mimo to, nie zamierzał poddawać pozorów, uznając, że jeśli dostatecznie długo będzie udawał, że wszystko jest w porządku, to w końcu stanie się to prawdą.
    Zauważył w spojrzeniu Daniego nutę podejrzliwości, więc zamiast odpowiedzieć na pytanie, natychmiast postanowił go czymś zająć. Dlatego też nie zwlekając, polał im po kieliszku i w powietrzu posłał jeden z nich prosto pod nos przyjaciela, ponaglając go swoimi pełnymi energii słowami.
    Gdy już odstawili szkło, a Kazik znów mógł je napełnić, uświadomił sobie, że właściwie nie miał jeszcze okazji zobaczyć Daniela w stanie głębokiej nietrzeźwości. Sam nie wiedział, jak to się stało. Wiedział za to, że należało to nadrobić i oczywiście zaspokoić swoją ciekawość, bo za grom nie potrafił sobie wyobrazić tego dzieciaka potykającego się o własne nogi i bełkoczącego od rzeczy. Kto wie, może Dani pod wpływem procentów zmienia się w duszę towarzystwa, zawianego Rambo albo młodszą i żywszą wersję Hugh Haffnera? Należało to sprawdzić! Poza tym gęsiarzowi też przyda się mała odcina, wnioskując po tym, z jakim wyrazem zerkał na parkiet, w stronę którego Kazik już nawet bał się spojrzeć.
    Idąc za swoim postanowieniem, zgrabnie podsuwał pod nos Daniela kolejne kieliszki, samemu stojąc opartym tyłkiem o stół i wpatrując się w niebo.
    W końcu udało mu się trochę wyciszyć. W głowie zaczynało mu przyjemnie szumieć, a wódka rozkosznie rozlewała się ciepłem po całym jego ciele. Na chwilę przymknął oczy, ciesząc się delikatnym, wieczornym wiatrem, który przestawiał jego gęste loki na wszystkie strony. Gdy uchylił powieki, na jego twarzy błąkał się lekki uśmiech, zbyt delikatny, by mógł pasować do nieokiełznanej natury Kazika. Nie potrafił go jednak powstrzymać, gdy na powrót zdał sobie sprawę z piękna tego miejsca i z tego, jak bardzo za nim tęsknił. Za każdym razem, gdy tu wracał, robiło na nim takie samo, jeśli nawet nie większe, wrażenie. Filip wychował się w otoczeniu pięknych darów przyrody, a rodzice nauczyli go szacunku do niej. Od małego całe dnie błąkał się po lasach i taplał w dzikich jeziorach, przyprawiając swoich najbliższych o ból głowy i coraz większą wyobraźnię, każdego dnia dodając im pomysłów na to, co mogło go spotkać, gdy na dworze już zmierzchało, a on kolejną godzinę spóźniał się na kolację.
    Napawał się przyjemnym, rześkim zapachem świeżego powietrza i zdrowej, miękkiej ziemi, po której dane było mu stąpać. Kochał Zieloną Polanę, tak jak i całe to miejsce. A już w szczególności rozległy las, który zapraszał do siebie swoim śpiewnym, nienachalnym szumem.
    Po czasie zdał sobie sprawę z tego, że wyciągnął dłoń, zupełnie jakby chciał zaświadczyć dóbr natury jeszcze jednym zmysłem. Musiał wyglądać jak pomylony, w jednej dłoni trzymając kieliszek, a drugą starając się dotknąć powietrza. Ale co gorsza, gdy tylko spojrzał na rozczapierzone, długie palce, wnet przypomniał sobie, kto dotykał ich jeszcze kilkanaście, może trochę więcej, minut wcześniej. Po jego skórze przesunęło się żywe wciąż wspomnienie, uwidaczniając się delikatną, przelotną gęsią skórką.
    Gwałtownie wyrwał go z zamyślenia zatroskany głos Daniela. Kazik zamrugał krótko oczyma, niczym wyrwany z twardego snu, lecz po chwili uśmiechnął się szeroko, unosząc kieliszek w niemym toaście.
    – No stało się, masz niepolane – odpowiedział radośnie, zaraz naprawiając ten niesprzyjający stan.

    Szczęśliwi czasu nie liczą. Kazik musiał być bardzo szczęśliwy, bo pojęcia nie miał, ile minęło od pierwszego kieliszka. Wiedział za to, że wedle jego planów, do ostatniego minie jeszcze drugie tyle. Dlatego też przywdział mało elegancki, a bardzo dobitny grymas, kiedy Dani śmiał podjąć próbę protestu przed kolejnym, lewitującym darem bogów.
    Z każdym „nie”, Kazik unosił wyżej brwi i przechylał głowę z miną mówiącą, że Daniel wcale nie ma tu nic do gadania. Kieliszek nagląco obił się o wargę chłopaka, a gdy ten się w końcu poddał, Filip obnażył wszystkie zęby, podśmiechując się triumfalnie.
    – Kiedy ja widzę, że wciąż ci mało – podsumował, choć szczerze wątpił w swoje słowa. Sam czuł się już nieźle wstawiony, żeby nie powiedzieć dosadniej, więc nie wątpił, że drobniejszy, mniej zaprawiony w boju Daniel, również musiał poczuć swoje. A to znaczy, że już czas na zabawę! W końcu jeszcze trochę i nie będzie miał z tego nic dla siebie, bo padnie pod stół i tyle będzie z jego planów uwolnienia smoka, drzemiącego głęboko w Danielu. No bo musiał tam być! Kazik czuł to w swoich trzewiach!
    – Wiesz co przyjacielu, muszę ci coś wyznać – zaczął, przybierając poważną minę i wyraźnie zatroskane spojrzenie. Obrócił się całkowicie przodem do Daniego i zabrał się za powolne nalewanie trunku.
    – Widzisz, ja myślę, że ty się tej całej Oldze bardzo podobasz. – Zerknął kątem oka na Daniego, nie chcąc, by umknęła mu jego reakcja. To byłoby może zbyt okrutne, gdyby nie fakt, że w sumie Filip naprawdę tak uważał. Za każdym razem, gdy widział ich w swoim towarzystwie, czuł, że mają się mocno ku sobie.
    – Tylko no, jak będziesz taki wycofany, to ci ktoś ją zaraz sprzed nosa zawinie. Widziałeś, jak nie chciała iść z Łukasiewiczem? Na pewno liczyła, że ty ją wyciągniesz na parkiet – wywnioskował, podając chłopakowi kieliszek, tym razem z własnej dłoni, jakby w ten sposób niepostrzeżenie starał się zbudować atmosferę zaufania.
    – Na szczęście masz mnie, a ja słyszałem, że Oldze imponują pewni siebie, zaborczy faceci. I wiem co musisz zrobić. To zupełnie proste. – Posłał przyjacielowi triumfalny, pokrzepiający uśmiech, jakby chował za pasem rozwiązanie na wszystkie bolączki życiowe niewinnego miłośnika gęsi.
    Nachylił się konspiracyjnie bliżej chłopaka, co pozwoliło mu nieco ściszyć głos.
    – Musisz wyciągnąć ją między tańczących i wykrzyczeć wszystkim, że jest twoja i tylko ty możesz z nią tańczyć, a reszta ma się nie zbliżać – powiedział całkiem poważnie, patrząc w oczy Daniela niemalże hipnotyzująco. – No, w okrojonej wersji, co byś sobie gardła nie zdarł – dodał, gdy już się wyprostował i poruszył wymownie brwiami na podkreślenie swojego geniuszu.
    – Gwarantuję ci, że będzie twoja.
    Miał naprawdę ogromną nadzieję, że Daniel jest już tak nawalony, że rzeczywiście na to pójdzie. Sam zaczynał przechylać się co i rusz niebezpiecznie na jedną stronę, więc nie wierzył, no    n i e   w i e r z y ł,   że Dani trzyma się lepiej. Jeśli jednak oceni sytuację trzeźwo, po prostu obrócą to w niegroźny żart, także jakby nie było, Kazik wyjdzie z tego obronną ręką. Przynajmniej, dopóki Dani nie wytrzeźwieje.


https://media.discordapp.net/attachments/738806225172693113/758775491553132584/o_welesie.png

Offline

#47 13-08-2020 o 11h34

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 5 171

_______________________https://i.imgur.com/1KA5Ise.png
                  Usłyszawszy pierwsze słowa Olgi, nie mógł powstrzymać głośniejszego parsknięcia śmiechem. Co więcej, zrobił to na tyle głośno, że automatycznie zwrócił na siebie uwagę paru osób, które tańczyły najbliżej. Uwielbiał wzbudzać zainteresowanie szerszej publiki, by następnie móc swobodnie kreować otaczającą go rzeczywistość i napawać się świadomością, że wszystkich tych ludzi pozostawał z przekonaniem o własnej nienaganności. Teraz również nie mógł przecież wzbudzić niczyich podejrzeń – wpatrywał się w idealne oblicze Tereszczenko w taki sposób, jakby właśnie miał do czynienia z jednym z najwspanialszych dzieł sztuki. Najpewniej nawet jeśli ktoś, spoglądając na niego, chwilowo poddałby w wątpliwość jego prawdziwe zamiary, szybko skorygowałby to we własnych myślach, wychwytując rozmarzone, niemalże uosabiające zauroczenie spojrzenie Feliksa. Jego twarz rozpromieniła się, a uśmiech wydawał się szczery i prawdziwy. Nawet w jego oczach, zwykle bezwzględnie zimnych i pustych, pojawiły się iskierki rozbawienia.
                  Ujął w dłoń jeden z kosmyków blond włosów, który dotychczas, wtórując ich drobnym ruchom podczas tańca, delikatnie odbijał się od łabędziej szyi kobiety. Machinalnie przekręcił go palcami, nie odrywając wzroku od faktury skóry okalającej odkrytą część ciała Olgi.
                  - Zacisnąć dłonie na twojej szyi? Dużo sobie wyobrażasz. Nie robię tego z każdym, a sam nie wiem, czy jesteś w moim typie.
                  Wypuścił fragment włosów, obserwując, jak posłusznie wrócił na swoje miejsce, zasłaniając je – zupełnie jak kurtyna w teatrze, sygnalizująca koniec spektaklu. Oboje jednak doskonale wiedzieli, że bynajmniej nie zbliżali się do jego końca. Scenariusz zakładał odegranie jeszcze całego mnóstwa dialogów, monologów, przekomarzań i robienia sobie wzajemnych wyrzutów.
                  Groziła mu. Podobała mu się w takiej odsłonie – drapieżnej i nieokiełznanej. Stanowiła wyzwanie, z którymi tak rzadko przecież się spotykał; większość osób zwykle odpuszczała już na starcie, nawet nie próbując mu się przeciwstawiać. Tereszczenko walczyła do samego końca. Wypowiadała słowa naszpikowane jadem i nienawiścią, raz za razem kąsając go, próbując tym samym wypełnić znajdującą się wewnątrz niego pustkę za pomocą siejącej spustoszenie trucizny.
                  - Nie jesteś w stanie uchronić wszystkich, Olgo. Możesz robić ze mnie tego złego, ale ja tylko funkcjonuję tuż obok, zbierając żniwo po waszych błędach. Z tego co pamiętam, nieszczególnie wyrażałaś jakąkolwiek niechęć do pomocy.
                  Odsunął się od niej nieco, splatając ze sobą ich dłonie, po to, by móc zlustrować ją spojrzeniem w całości.
                  - Nasze drogi są ze sobą ściśle związane. Moje i twoje, a już wkrótce być może również „twoich przyjaciół”. To się jeszcze okaże.
                  Na jej ukłon odpowiedział tym samym, ani na moment nie pozbywając się delikatnego, choć wymownego uśmiechu. Odprowadził ją wzrokiem, z łatwością wyłapując charakterystyczne, jasne pukle na tle roztańczonych par. W końcu znikła. A wraz z nią jego jakiekolwiek chęci na dalszą zabawę.
                  Był zmęczony. K******* padnięty, prawdę mówiąc. Skierował swe kroki w stronę rozłożonych namiotów, jednak ostatecznie minął je, udając się kawałek dalej. W końcu zasiadł przy jednym z drzew, opierając się o nie plecami. Rozprostował prawą nogę, a lewą podkurczył, ściągając okulary i mechanicznie zaczynając przecierać je rąbkiem koszuli.
                  Gdy w końcu ponownie nałożył je na nos, wbił dość beznamiętne spojrzenie w bawiący się tłum. Znajdując się nieco na uboczu, z twarzą połowicznie ukrytą w cieniu, w końcu mógł przestać grać. Jego oblicze nie wyrażało aktualnie zupełnie nic – po prostu patrzył, obserwował, chłonął nowe bodźce, zapamiętywał rzeczy, które kiedyś, być może, mogłyby okazać się przydatne. Feliks był cierpliwy, jeśli chodziło o zdobywanie nowych informacji. W tym kontekście potrafił zachowywać się jak przysłowiowy łowca, który niekiedy zmuszony był oczekiwać przez wiele godzin, zanim jego upragniona zwierzyna pojawiła się na horyzoncie.
                  Jego wzrok zatrzymał się na parze mężczyzn stojących przy stolikach – tych, którzy niemalże natychmiast po jego przywitaniu postanowili się ulotnić. Lekko zmrużył oczy, przyglądając się, z jaką prędkością przychodziło im pochłanianie zawartości kolejnych kieliszków. Sam wypił mało i nie zamierzał tego zmieniać – wychodził z założenia, że alkohol w zbyt dużych ilościach stanowczo za mocno przyćmiewał zmysły i pozbawiał umiejętności logicznego myślenia. Właściwie nie było to wyłącznie jego widzimisię, a opinia podparta faktami – wystarczyło spojrzeć, jak tych dwóch ledwo trzymało się na nogach.


https://i.imgur.com/8J1yLlq.gif









       i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain, but…
https://i.imgur.com/WnQCqcQ.gif https://i.imgur.com/KC10HqW.gif https://i.imgur.com/Y75NdbJ.gif https://i.imgur.com/d6Im1PQ.gif


I ’ M    T H E    P E R S O N    L E A S T    L I K E L Y    T O    B E    F O R G O T T E N .
https://64.media.tumblr.com/5c8699507f09de13ab88fbdce700132c/tumblr_p5aep042dg1qzh21go2_400.gifv https://64.media.tumblr.com/d0f83ff4e399860573

Offline

#48 16-08-2020 o 00h24

Straż Cienia
Hayal
Pokonała Dahu
Hayal
...
Wiadomości: 2 525

Lidia

          Na tyle, na ile zdążyła dostrzec przez minione dwa lata, mimika Ignacego przejawiała się głównie spojrzeniem zbolałej sarny, na przemian z uniesieniem brwi, znamionującym uprzejmy indyferentyzm. Tym ciekawsze były iskierki niezbyt tajonego ubawu, które rozbłysły w jego ciemnych źrenicach, ledwie widocznych spod opadającego pasma włosów.
          Lidia uśmiechnęła się mimowolnie. Złośliwość nie należała do jej nadmiernie eksponowanych cech, rozbawiła ją jednakże obserwacja tego, jak pod wpływem słów bruneta oczy nowoprzybyłej nimfy robiły się coraz większe i większe, a policzki coraz czerwieńsze. Sytuacja zdecydowanie dawała pole do żarcików, co z pewnością wykorzystałby ktoś będący aktualnie w lepszej kondycji gastrycznej. Lidia, czując jak przechodzące z żołądka aż do gardła sygnały przybierają na sile, dała sobie spokój z głośnymi rozważaniami o tym, jak kocie skórki doskonale ogrzewają nerki podczas jesiennych wieczorów. Zamiast tego, postanowiła skierować kroki swoje i niespodziewanych towarzyszy w kierunku jakiegoś posiłku.
- Ja mam na imię Lidia. Dlaczego wybrałaś prawo i administrację?
          Nie miała powodu do nieuprzejmości wobec niewinnej owieczki Antoniny, starannie oczyściła więc głos z najmniejszych nawet nutek niedowierzania. Zapytała bez udawanej ciekawości, przeciwnie, naprawdę zainteresował ją fakt, czy tego typu nudy można wybrać na specjalizację z własnej woli. Bezpieczeństwo magiczne, które, jakkolwiek niechciane, kojarzyło jej się dawniej ze śmiercią w boju i tego typu plastycznymi zagadnieniami, w rzeczywistości okazało się potwornym rzygiem, co miało ścisły związek z kostyczną osobowością prowadzącego, profesora Gawrońskiego. Uczęszczanie na specjalizacyjne zajęcia wyposażało zawsze myśli Lidii w niewyczerpane pokłady suicydalnej kreatywności, podobnie jak historia magii, nauczana przez niemal równie spiętą Wilk-Gównowiecką (czy też na odwrót). Prawo i administrację ratowała w zasadzie jedynie osoba Seby, złotego człowieka, którego misją życiową, dla odmiany, nie było skierowanie studentów na terapię tuż po otrzymaniu dyplomu. Przeciwnie, jego anegdoty o bezprecedensowych karach za rzucanie na ciężarówki zaklęć tak, by żądały smyrania po brzuszku potrafiły skutecznie poprawić dzień. Ale żeby od razu wybrać prawo jako swoją zawodową ścieżkę…?
- Chodźmy coś zjeść, widziałam kalmary, w konsystencji pewnie podobne do dżdżownic, jeżeli to ci odpowiada - rzuciła w stronę blondynki, łagodnie podchodząc i do niej, i do Ignacego, tak, by oboje odruchowo cofnęli się w pożądanym kierunku.
- Służbie, no nie wiem  - odpowiedziała nieuważnie, bo ją, owszem, morskie skorupiaki interesowały nader żywo - Musiałaby się bardzo nudzić, by uznać to za atrakcje, ale uprzejmie z twojej strony, że tak mówisz.
          Droga spod dębu, tego świętego wszak dla ich praszczurów drzewa, była o tyle krótka, co symboliczna dla Lidii. Pierwszy raz bowiem spędzała jakiś kawałek inauguracyjnego wieczoru w czyimś towarzystwie, w dodatku nienajgorzej się zapowiadającym.
          Ledwie jednak w głowie dziewczyny powstała ta krzepiąca myśl (a obok niej budujące stwierdzenie obecności licznych przekąsek), dostrzegła również element zdecydowanie niechciany. Bardzo opodal stolika, przy którym zdążyła już przysiąść, przebywał doskonale jej znany Toksyczny Florian, z wrodzoną sobie kłamliwością promujący się na uczelni pod imieniem Filip. Dostrzeżenie jego obecności odebrało Lidii apetyt jedynie na ułamek sekundy - sięgając po półmisek, zmieniła tylko lekko pozycję tak, by kuzyn miał ograniczone możliwości dostrzeżenia jej. Nie obnosili się co prawda ze swoim pokrewieństwem, ale widoczne z daleka przymglone spojrzenie ,,Kazika” dawało powody do pewnej przezorności.

Ostatnio zmieniony przez Hayal (16-08-2020 o 00h30)



https://i.imgur.com/bne8BcV.gif

Offline

#49 16-08-2020 o 20h35

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 214

....................................................https://i.imgur.com/nTrdiKp.png
     Wszystko tego dnia szło nie tak. Zupełnie nie tak, jak Daniel to sobie wymyślił. Plan przecież był banalnie prosty — na tyle, że niemal niemożliwym byłoby jego spartaczenie. Ot, rozmowa z przyjaciółmi, spotkanie Olgi, może trochę tańca, spotkanie z gęsiami, potem może znowu spotkanie Olgi, następnie ośmieszenie się przy znajomych i spanko. Jednak alkohol, który stał się niespodziewanym czarnym charakterem tej opowieści, podsunął mu pewną myśl: że oto w tych bujnych, coraz bardziej przyprawionych zmierzchem koronach drzew mieszkali bogowie, którzy — podobnie jak ziemskie pyłki — postanowili urządzić sobie libację i zagrać w pokera, gdzie stawką był fart i niefart swoich maluczkich podopiecznych.
     Ktokolwiek grał kartą z marnym wizerunkiem Daniela, z pewnością przegrywał.
     Wroński niemal słyszał ten boski śmiech i ani przez myśl mu przeszło, że to po prostu któryś z uczniów zaczął z czegoś chichotać. Będąc święcie przekonanym, że to wielcy bogowie z niego drwili, sam nagle roześmiał się w głos, niespodziewanie dumny z faktu, że oto stał się tematem rozmów Najwyższych. I właśnie wtedy zdał sobie sprawę ze stanu, w którym się znajdował, co rozśmieszyło go jeszcze bardziej.
     Czując jednocześnie wstręt i uwielbienie do małego kieliszka wypełnionego przezroczystym nektarem szczęścia, chwycił go pewnie i wychylił do dna, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. Jakie to było paskudne! Jakie gorzkie, jak to mocno paliło przełyk i jak to mocno kołysało jego ociężałą głową! Po każdym łyku musiał kilkukrotnie zamrugać oczami, próbując przywrócić danielowe ustawienia fabryczne, jednak krajobraz coraz częściej zamazywały dziwne, szybko migające plamki. Poza tym świat stracił mocno na ostrości, o co oczywiście również oskarżał biesiadujących bogów.
     Był świadom tego, że nie tylko przekroczył swoją granicę alkoholową i moralną, ale wręcz śmiało przyglądał się schodom prowadzącym do czeluści piekielnych. Jednak, dość paradoksalnie, to właśnie kompletne pijaństwo uświadomiło mu, jak bardzo spięty i niepewny był przez cały czas i jak bardzo nieodpowiedzialnym zachowaniem będzie zrzucenie tej otoczki niewinności na rzecz pijackiej i nieprawdziwej pewności siebie, która już zaczynała się tłuc wewnątrz Daniela, gotowa do przejęcia władzy nad ciałem. Wroński bardzo cieszył się na spotkanie ze swoją odwagą, której nie widział już od ładnych kilku lat. Co więcej, zdawał sobie sprawę, że ta skrajna głupota, której się właśnie poddawał, nie powtórzy się zbyt prędko, dlatego należało nadrobić błędy młodości — których jak dotąd nie miał okazji wielu popełnić — i zaszaleć, by następnie obudzić się z kacem i myślami samobójczymi.
     Tak. Taki był właśnie plan.
     Zachęcony tym uwolnieniem Daniela-dzikogęsia, Wroński chętnie odebrał od Kazika kolejny kieliszek. Przyjaciel wyjątkowo energicznie namawiał go do kolejnych toastów, a gęsiarz był tak zadowolony ze swojego pijaństwa, że nie zamierzał odmawiać.
     Nawet jeśli za chwile zwróci nie tylko wódkę, ale i swoją godność. Postanowił sobie bowiem, że dopóki nie zemdleje, będzie się bawił. Jeszcze nie wiedział jak, ale coś wymyśli.
     Dopiero gdy spojrzał na Kazika, który z taką ochotą odkręcał kolejną butelkę wódki, Daniel momentalnie posmutniał. Robiąc minę przywodzącą na myśl zbitego psa, przyglądał się swojemu przyjacielowi zupełnie tak, jakby ujrzał go pierwszy raz w życiu. Nonszalancko oparty o stół z napojami, wychylił gwałtownie kieliszek, uśmiechając się przy tym szeroko. W geście tym wyraźnie mieszała się swoista pewność siebie, duma oraz błoga świadomość swojego stanu. Ta z kolei wyraźnie zezwalała mu na obojętność względem tego, co działo się dookoła i właśnie ta możliwość wyłączenia wszystkich szkodliwych, tak uporczywych na co dzień emocji pozwalała mu sprawiać wrażenie radosnego i opanowanego. Samą tą pozą wzbudzał podziw i zazdrość w Danielu, który z pewnością nigdy nie zdoła nabrać takiej swobody bycia. Brutalna prawda była bowiem taka, że sam zachowywał się jak swoje ulubione zwierzaki: był dziki, samotny, nierozumiany i omijany szerokim łukiem przez swoją „nadzwyczajność”. Tymczasem kogoś tak radosnego i odprężonego jak Filip wprost nie dało się nie lubić.
     Nawet jeśli miękki, gładki uśmiech upiornie kontrastował z twardym jak stal spojrzeniem, co jakiś czas uciekającym w bok, aby oderwać się od rzeczywistości. W tym jednym momencie Kazik wyglądał tak, jakby świadomie próbował odpłynąć do świata zanurzonego we własnych myślach, marzeniach i nadziejach. Daniel doskonale go rozumiał i wiedział, czego jego przyjaciel oczekiwał: pragnął choć przez krótką, ulotną chwilkę zapomnieć, a potem uwierzyć. Pragnął zapomnieć o tym, że nadzieje są zwykle źródłem gorzkiego rozczarowania, którego smak czuć jeszcze przez wiele miesięcy lub lat. Pragnął zapomnieć o tym, że marzenia w starciu z rzeczywistością nie mają najmniejszych szans. Pragnął zapomnieć, że życzenia wcale się nie spełniają. I właśnie dlatego, gdzieś za tą żelazną kurtyną błyszczącą w jego oczach, czaiła się nieśmiała i ostrożna, ale coraz śmielej kiełkująca wiara. Wiara wątła, młoda, niedojrzała i głupia, ale jednocześnie tak słodka i orzeźwiająca, że trudno było się jej oprzeć, nawet mimo czającej się z tyłu głowy pewności, że na końcu ta naiwność mocno zaboli.
     Daniel, zafascynowany tą walką, która — jego zdaniem — toczyła się wewnątrz Kazika, zastanawiał się, co go mogło tak frasować. Czuł żal, że przyjaciel nie chciał się z nim tym podzielić, natychmiast plując sobie w brodę, że po prostu nie był godzien tak wielkiej tajemnicy. To z kolei by znaczyło, że nie sprawował się zbyt dobrze jako kompan. Na samą myśl o tym, że rozczarowywał Filipa, wychylił jeszcze jednego shota, naiwnie mając nadzieję, że dzięki temu zapije i zatuszuje swoje wyrzuty sumienia.
     Kiwając się chwiejnie w rytm dudniącej muzyki, próbował naśladować głos wokalisty. Wprawdzie tymczasowo facet energicznie pokrzykiwał jedynie „hej, hej, hej!” w rytm fletu i perkusji, jednak Danielowi bardzo spodobała się ta melodia.
     — Tuutururururutuuu — zaśpiewał — tuuututuutatataaaaaa!
     Daniel zaczął żałować, że Kazik jednak zrezygnował z tańca. Odważnie jednak postanowił, że prędzej czy później wpadnie jak tornado na parkiet i rozniesie tam wszystkich, każąc im podziwiać danielowe kocie ruchy. Albo gęsie ruchy — to obojętne.
     Machając wariacko głową, Wroński starał się doprowadzić swój wzrok do porządku, ponieważ ciągle coś w nim szwankowało: a to piekły, a to się zamykały ze zmęczenia, a przede wszystkim ukazywały mało ostry obraz. Mrugając zawzięcie, ledwo zauważył, że oto Kazik wrócił do żywych i, co więcej, pochylił się groźnie nad Danielem, robiąc przy tym śmiertelnie poważną minę. Czując, jak oblewają go zimne poty, Wroński błyskawicznie począł robić rachunek sumienia, który wyszedł mocno na minusie.
     O nie, on mi teraz powie, że ja jestem złym przyjacielem i tak naprawdę to ja wcale nie jestem jego przyjacielem, bo przyjaciele są fajni i się ich lubi i tańczą, jak się ich o to poprosi i wiedzą, co jest nie tak, a ja nie wiem i nie chciałem tańczyć i pić też nie chciałem, ale on mi kazał, więc wypiłem, ale on wie że mi kazał i pewnie jest na mnie obrażony, że nie chcę się z nim bawić, bo ja nudny jak flaki jestem i pewnie mi zaraz powie, że już nie chce być moim przyjacielem i mam sobie iść do moich gęsi, które pewnie też mnie nie lubią, bo są ciekawsze ode mnie i nawet one mnie nie kochają. O nie, moje gęsi mnie nie kochają!
     Przejęty swoją wewnętrzną mową oskarżycielską, w napięciu czekał na wyrok. Chowając dłonie za plecami, skrzyżował palce, licząc na pomyślność bogów. Tych samych, co się ze mnie wyśmiewali?!, spytał sam siebie lękliwym tonem, zdając sobie tym samym sprawę, że już po nim.
     Nie od razu dotarło do niego to, co powiedział Kazik. Ba!, początkowo słyszał nie więcej, jak jakiś bełkot, dlatego Daniel zacisnął powieki, wytężając swoje całe dwie szare komórki. I dopiero wtedy, gdy bardzo powoli spływało na niego zrozumienie, lekkie i orzeźwiające jak letni poranek, do Wrońskiego dotarł sens usłyszanych słów.
     Widzisz, ja myślę, że ty się tej całej Oldze bardzo podobasz.
     Daniel jak na znak momentalnie się zapowietrzył, delikatnie purpurowiejąc na dotycząc pijacko bladej cerze. Gdy w końcu odetchnął, poczuł, jak jego serce wyrywa się w tany, bijąc szaleńczym rytmem, a grawitacja — podobnie jak jego wzrok — zaczyna się psuć, unosząc danielową duszę hen wysoko. Lekki jak piórko i rozchichotany jak uwodzona nastolatka, momentalnie pokraśniał, nasycając się sensem słów Kazika. Podobał się jej! Czy to możliwe? Oczywiście, że to możliwe!, karcił w myślach sam siebie. Jeśli powiedział mi tak Filip, to tak musiało być, przecież by mnie nie okłamał! Nie, Filip to dobry przyjaciel, bardzo dobry, on by mnie nigdy nie okłamał! Nie, on nie! Nie kłamie, nie! Mówi prawdę! Zupełnie nie kontrolując już swojego śmiechu, rozejrzał się z największą radością dookoła, obracając się wokół swojej osi. Wpatrzony w bezkres granatowiejącego nieba, poczuł energię, która wystarczyłaby mu do zliczenia wszystkich jaśniejących z wolna gwiazd.
     — TAK! — wrzasnął nagle nieco drżącym głosem, zbliżając się do Kazika. — TAK! — krzyknął mu prosto w twarz, jakby w obawie, że przyjaciel nie zrozumiał. — Masz rację! Ona za mną szaleje! Wiem! Przecież każdy kocha gęsi! TAK!
     Uśmiechnięty od ucha do ucha, raz jeszcze roześmiał się w głos, ściągając na siebie uwagę krążących wokół studentów. Każdego z nich Wroński pozdrawiał wesołym okrzykiem lub machnięciem dłoni, mając wielką ochotę poznać ich wszystkich i wyśpiewać, jak lekko i radośnie się czuł ze świadomością, że jego ulubiona koleżanka czuła do niego miętę.
     Niestety, dobry nastrój prysnął jak bańka mydlana wraz z kolejnymi słowami Kazika. Analizując każde jego słowo na tyle, ile potrafił pustoszący organizm alkohol, zaczął sobie zdawać sprawę z serii błędów, jakie popełnił. A gdy już zebrał wszystkie wnioski, przeraził się nie na żarty.
     — Ty kłamiesz! — wrzasnął piskliwie Daniel, oskarżycielskim gestem dźgając Filipa w sam środek klatki piersiowej. — Ona wcale za mną nie szaee… Sza… Szae… Szaleaj…
     Daniel zamrugał kilkukrotnie, przełknął ślinę, westchnął czując, jak zbiera mu się na wymioty, po czym spojrzał raz jeszcze na Kazika, nagle czując ogromne uderzenie zmęczenia. Zastanawiając się, co właściwie chciał powiedzieć, wzruszył obojętnie ramionami — zupełnie tak, jakby odpowiedział samemu sobie, że to przecież mało ważne.
     — Ona… nie — wysapał, mając nadzieję, że Filip zrozumie, o co chodzi. — Nie — powtórzył znacznie ciszej druzgocąco smutnym tonem.
     Spuściwszy głowę, miał ochotę opaść na ziemię, skulić się i zacząć jęczeć. Jęczałby tak długo, aż sprowadziłby do siebie Olgę, która postanowiłaby sprawdzić źródło tego dziwnego dźwięku. Gdy już znalazłaby Daniela, zaniepokoiłaby się jego złym stanem, otoczyła opieką, a potem od razu zakochała bez pamięci i od tamtej pory już zawsze byliby razem. Daniel, zawieszony między jawą a marzeniem, na kilka sekund zdążył zapomnieć, że to wszystko to tylko tęskny majak. Dzięki temu jego serce szybciej zabiło, a na twarzy zakwitły gorące, czerwone rumieńce będące objawem największej radości.
     Potem mu się przypomniało, że przecież był pijany.
     — Zabołczy? — powtórzył Daniel, któremu coraz mniej chciało się czegokolwiek, lecz ilekroć Kazik wspominał o Oldze, gęsiarz wytężał swoje skupienie do granic możliwości, by nie przegapić ani słowa. — Ale ja nie jestem za… zabo… zaboł… — Pokiwał z irytacją głową, załamany swoją zapijaczoną osobą. — Ja nie jestem taki! — wykrzyknął wreszcie. — Pomóż mi, błagam — jęknął błagalnym tonem, uderzając głową o jego klatkę piersiową w geście ukarania samego siebie za swoją nieporadność. — Bo ja… jak ta gęś tchó… tchórzliwy jestem… ale nieee! — krzyknął nagle. — Nie mogę tak mówić… gęsi bardzo mądre są… I odważne… I ja też mogę… mogę być taką… gęsią — dokończył z trudem, czując w sobie narastającą pewność siebie. — I będę gęsią! — wrzasnął zwycięskim tonem. — I Olga będzie moja! Moja gąska — dokończył czule, uśmiechając się szeroko na samą myśl o koleżance.
     Ostrożnie robiąc krok do przodu, przechylił się niebezpiecznie na bok, lecz na szczęście wpadł na Kazika. Ten wprawdzie też mocno się zakołysał, ale jakimś cudem żaden z nich nie upadł, co tylko zmotywowało ich do dalszej wędrówki. Kiedy jednak Daniel zaczął przypominać sobie resztę mowy motywacyjnej Kazika, Wroński zapowietrzył się nagle, delikatnie purpurowiejąc na twarzy. Wydął groźnie policzki, sam nie wiedząc, co odpowiedzieć na tę straszną straszliwość, którą wypowiedział jego przyjaciel.
     — Ooooooch! — wrzasnął wreszcie chrapliwie — Łukasiewicz! Tego to nie lubię. Wiesz? A wiesz, dlaczego go nie lubię? Wiesz? — dopytywał, spoglądając na przyjaciela z największą powagą, na jaką było go wtedy stać. — Bo ja lubię zwierzątka — tłumaczył, kiwając groźnie palcem wskazującym prawej ręki. — I lubię gęsi. A nie wolno zabijać krów. A on wtedy tyle ich zabił! Krówek… łaciatych… małych takich… ładne były, wiesz? Polubiłbyś je!
     Nagle Daniel poczuł, że musi się zemścić za te nieszczęsne zwierzątka i wygarnąć temu całemu Feliksowi, co o nim myśli. Zwłaszcza że drań ośmielił się tańczyć z Olgą, czego przecież wybaczyć nie mógł. Tak więc, ledwie trzymając się na nogach, doczłapał się jakoś do miejsca, w którym tańcowało kilka par. Nigdzie jednak nie mógł znaleźć tej właściwej, lecz nie do końca wierzył swoim zmysłom, dlatego o pomoc poprosił swojego przyjaciela.
     — A ty? — spytał twardo, próbując spoglądać na niego groźnie. Kazik niestety najwyraźniej nie wiedział, o co mu chodzi, co niesłychanie Daniela zirytowało. — No a ty też nie? — spytał ponownie, coraz bardziej zdenerwowany. — To gzie? Gzie ona… Kazik, moja gąska — jąknął płaczliwym tonem. — Gzie ona? A ty wiesz… wiesz, jak ona wygląda? — spytał nagle, zmartwiony, że być może Kazik nie wie, kogo szukać. — Taka wysoka… o, taka, patrz… taka… Opie… opiereż… opierzenie… Tak! Opierzenie! Opierzenie ma takie jasne, jak słoma takie… wiesz, jak słoma wygląda? Taka długa jest i kłuje. Nie lubię słomy! — zapewnił, kiwając zawzięcie głową w geście zaprzeczenia.
     Zawracając, obaj rozglądali się po okolicy w poszukiwaniu niejakiego Feliksa Łukasiewicza i towarzyszącej mu Olgi Tereszczenko.
     — Dlaczego — dumał na głos, idąc gdzieś przed siebie — nazywam się Wrhoński? Wrona… wrona to phtak… nie? Ptak… i ma szczydła… I lata! Gęsi też latają, wiesz? I teżżż… też są ptakami! Ale nie latają. To zzz… znaczy… latają! Ale nie aaaaż — zamachnął szeroko ręką — taaak! Nie wiem, co chciałem powiedzieć — dodał na końcu tonem pełnym zawodu.
     Kwestia nazwiska i przypomnienia sobie, do czego miała zmierzać ta rozmowa zeszła na dalszy plan, gdy Daniel sobie uświadomił, że nie miał pojęcia, gdzie znajdowały się poszukiwane jednostki. Rozglądając się z rozpaczą po Polanie, wyobraził sobie, jak podstępny Łukasiewicz zagarnia Olgę do jednego z namiotów albo nawet gdzieś do lasu, by uczynić tam z nią takie rzeczy, które w nieskalanej grzechem główce Daniela nie powinny się nawet pojawiać. Przerażony tym, co ujrzał oczyma wyobraźni skrzywił się paskudnie, zawzięcie kiwając głową, jakby w nadziei, że dzięki silnym wstrząsom niepożądany widok wypadnie uszami.
     Na szczęście i nieszczęście, po żmudnej i stresującej wędrówce obaj panowie przebili się przez labirynt namiotów, by zdać sobie sprawę, że dotarli pod stół z napojami, który był ich „punktem zero”. Zniesmaczeni faktem, że właśnie zrobili bezsensowne kółko, rozejrzeli się bezradnie dookoła i właśnie tam go zobaczyli. Siedział sobie, drań jeden, pod jednym z drzew, z nonszalancko wyciągniętymi do przodu nogami i ciekawskim spojrzeniem omiatającym całe otoczenie. Kiedy wzrok Łukasiewicza spoczął na ich pijanej dwójce, Daniel poczuł niespodziewany impuls, by skorzystać z tej niepowtarzalnej okazji. Wyprostowany, dumny, pewny siebie i wyzbyty jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego, ruszył prędko w stronę okularnika. Dopiero gdy poczuł, że czegoś mu brak i odwrócił się za siebie, zauważył, że Kazik jakoś się ociągał.
     — WESPRZYJ MNIE CHOCIAŻ TEN JEDEN RAZ! — wrzasnął rozdzierająco, nawet nie próbując ukryć gniewu, który niespodziewanie w niego wstąpił.
     Rozdrażniony niczym byk na widok czerwonej płachty, podszedł do Łukasiewicza, który wyglądał jak widz ciekawy nowego spektaklu.  I właśnie wtedy, kiedy Daniel dojrzał to na poły rozbawione i ciekawe spojrzenie, ten groźny błysk oku oznajmiający wszech i wobec, by go nie prowokować oraz minę, ni to wesołą, ni to gniewną, Wroński przystanął, momentalnie wątpiąc we wszystkie swoje niedawne postanowienia. Na moment ocknął się w nim ten stary, niewinny Daniel — dotychczas zakneblowany i porzucony gdzieś w ciemniach podświadomości — którego momentalnie objął lodowaty strach. Wprost nie mógł znieść tego oczekującego spojrzenia Feliksa; nie mógł znieść, że ten, którego Daniel tak mocno się bał, wdział go, patrzył na niego, obserwował go. Lecz najgorsze było w tym wszystkim to, że Wroński się w ten sposób ujawnił, uświadamiając tę przerażającą postać o swoim istnieniu.
     Było jednak za późno i cokolwiek Daniel zamierzał zrobić, musiał to dociągnąć do końca. Choć nie było w nim już tyle pewności siebie i złości, co jeszcze chwilę temu.
     — Ty! — krzyknął i natychmiast ogromnie się przeląkł, gdy usłyszał, jak mocno drżał mu ten jego absurdalnie cienki, piskliwy głos. — Ty — powtórzył, specjalnie zaniżając sobie ton, by brzmieć jak jakiś potworny złoczyńca. Dodatkowo gęsiarz wycelował w Łukasiewicza palcem, coby nie było wątpliwości, że zwracał się właśnie do niego. — Co zrobiłeś z Olgą? Gzie ona jes? Gadaj! — pogonił go nerwowo. — Tańszy… tańszyliście…! Co jej zrobiłeś?!
     Krzycząc coraz bardziej piskliwie i mniej pewnie, Daniel przypomniał sobie swoją wulgarną wizję, która na szczęście okazała się nieprawdziwa. Jednak wyobraźnia gęsiarza działała na pełnych obrotach i zaraz wymyśliła co innego. Obrazy krwi, porozrzucanych po lesie ludzkich szczątków oraz rozdzierający, przeraźliwy wrzask Olgi dogłębnie zmroziły Daniela, uświadamiając mu, że ten zwyrodnialec mógł z nią zrobić naprawdę wszystko.
     A przecież już kiedyś zabił!, tłumaczył gęsiarz samemu sobie. Wprawdzie nie człowieka, a krowy, lecz zbrodnia to zbrodnia!
     — T-ty… — jąkał czując, jak poziom jego pewności siebie dramatycznie spada. To też słyszało się w głosie Daniela, który zaczął drżeć i brzmieć jak podrapana przez kota dziewczynka. — Ja si tego nie daruję… zobaszysz! Bo tak nie… nie… — Wroński zastanowił się, czego „nie”. — Nie wolno! — wrzasnął nagle, uradowany tym, że sobie przypomniał. Przy okazji jednak zdążyło mu wylecieć z głowy, o co tak naprawdę wściekał się na Feliksa, więc postanowił skorzystać z innej broni. — Nie wolno krzywzić… innych… i zaczepiać małych chłopców… i małych, ładnych gąsek też nie wolno zaczepiać! Krów też nie — dodał po chwili namysłu.
     Oburzony wspomnieniem o mordercy zwierząt, wziął głęboki oddech, marząc o tym, by zamachnąć się porządnie i strzelić Feliksowi w pysk. Wiedział jednak, że miał za mało odwagi, a za dużo promili w organizmie, dlatego z głębokim żalem zrezygnował z tego pomysłu. Wtem odwrócił się do Kazika, mając nadzieję, że może on ma jakieś oskarżenia w rękawie. Kiedy jednak nic się na to nie zanosiło, Daniel raz jeszcze postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.
     — Mój pszy… przyjasiel… o ten, tu — mamrotał — on mi pomaga. I wiziałem… tak, wiziałem, jak się z nim witałeś. I widziałem jegho minę! I była o taka, o, taka — Wroński wykrzywił się niemiłosiernie, próbując odtworzyć kazikowy wyraz twarzy. Swoją drogą, że Daniel wcale tego nie widział, będąc zbyt przerażony obecnością Feliksa, ale to nie miało żadnego znaczenia. — I on też tobą gardzi. Tak jak ja! I też ci splunie w twarz! O tak! — Daniel zachłysnął się, zakasłał, splunął, po czym spojrzał z największym zaskoczeniem na swój sweter, nie rozumiejąc, co ślina robiła tam zamiast na pysku Feliksa. — Tfu… oplułem się… Niedobrze mi, Filip — jęknął słabo, niemal czując, jak blednie — zabierz mnie stąd…
     Wiedząc, że ledwo trzyma się na nogach, oparł się o przyjaciela, który zdawał się w ogóle tego nie zauważać. Znieruchomiały jak słup soli i blady jak… jak słup soli, wyglądał tak, jakby ktoś uderzył w niego jakiś zamraczającym umysł zaklęciem. Ostatecznie jednak Daniel był zbyt pijany, by się tym przejąć, więc szarpnął nim do przodu, żeby zmusić do jak najszybszego odwrotu. Próbując strzepać zalegającą na swetrze ślinę, rozejrzał się panicznie dookoła, przypominając sobie, że przez gniew połączony ze strachem całkowicie skupił się na oskarżaniu i obrażaniu Łukasiewicza, nie pytając go o najważniejsze — o to, gdzie przebywała Olga. Zrozpaczony swoją klęską ani myślał wracać do tego potwora i znowu o cokolwiek go pytać, dlatego uznał, że sam podejmie się tego trudnego zadania odnalezienia jego małej gąski.
     Niestety, niedane mu było odejść daleko. Przelazłszy między coraz bardziej denerwującymi go ludźmi i zbyt kolorowymi i rozłożystymi namiotami poczuł, że oto nastał kres jego wędrówki. Najwyraźniej wódka, jak na porządny i szlachetny trunek przystało, postanowiła zrobić porządki w organizmie Daniela, bo już po chwili gęsiarz poczuł w ustach paskudny smak żółci, by następnie zgiąć się wpół, zwymiotować i odetchnąć głęboko, rad z tego, że faktycznie poczuł się odrobinę lepiej. Wierzchem dłoni otarł zabrudzone kąciki ust, rękę zaś wytarł o nędznie porastającą trawę, zdając sobie sprawę, że na inne środki czystości nie miał co liczyć.
     A próbując użyć magii w tym stanie, mógłby sobie w najlżejszym wypadku urznąć rękę, czego wolał nie próbować.
     Na szczęście lub nieszczęście, gdy pokuśtykał jeszcze kilka metrów dalej, dostrzegł tę, której szukał z takim utęsknieniem. Wyglądająca jak nimfa leśna, jaśniejąca delikatnym, miękkim blaskiem, klęczała na środku niewielkiej polany z lekko pochyloną głową. Daniel nie był w stanie dostrzec, co tam robiła, choć bardzo zmartwił go fakt, że Olga siedziała tam sama. Nie mógł uwierzyć, że nikt nie otoczył ramieniem kobiety tak wspaniałej, dobrej i ujmującej swym niezwykłym czarem. Nie mógł uwierzyć, że ktokolwiek z tam biesiadujących był obojętny na jej samotność i że nikt nie rzucił się z pomocą, aby dotrzymać jej towarzystwa i wywołać uśmiech na jej jaśniejącej pięknem twarzy. Sam Daniel miał ogromną ochotę zerwać się na równe nogi i czym prędzej do niej podbiec wrzeszcząc, że wreszcie ją znalazł i że ma być jego gąską. Jednak pan Wroński, opluty, ośmieszony przez samego siebie, wypruty z godności osobistej, a na dodatek pachnący wymiocinami i kompletnie pijany, wykorzystał resztki zdrowego rozsądku, jakie znalazł i uznał, że to kiepski pomysł. Zmęczony, poniżony i zdruzgotany, osunął się na ziemię i oparł smętnie o drzewo, z zaskoczeniem zauważając, że wcale nie było aż tak niewygodne, na jakie wyglądało. Czując, że powieki stają się ciężkie jak ołów, przymknął je na moment, obiecując sobie, że tu nie zaśnie i zaraz wróci do zabawy.
     — Już wiem — wysapał resztkami sił, zwracając się do Kazika. Nie miał wprawdzie pojęcia, czy przyjaciel wciąż znajdował się u jego boku i czy czasem nie gadał do siebie, ale to wtedy nie miało już żadnego znaczenia. — Już wiem, o co chciałem cię zapytać. Dlaczego ja nazywam się Wroński? Wrona też… też ptak, ale ja gęś jestem! Gęsiarski powinien być… Gęgowski… Gąsiewski… Głupi jak ta gęś jestem…
     Powieki stawały się coraz cięższe, a w głowie Daniela zrodziła się myśl, że po dzisiejszym wieczorze pełnym porażek chciałby zemrzeć pod tym drzewem.


https://i.imgur.com/HGv2gQz.png


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...



..
.
.
[/color]
                        ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Online

#50 16-08-2020 o 23h53

Straż Obsydianu
Nietzsche
Akolita Sargousetów
Nietzsche
...
Wiadomości: 5 215

Ignacy Sz.


    Ignacy z nieukrywanym entuzjazmem pozwolił Lidii przejąć inicjatywę i za jej niewerbalną namową natychmiast skierował się w stronę dębowych stołów uginających się nadal pod tonami wiktuałów, mimo nieustającego trzebienia przez stada wygłodniałych studentów.
Miał szczerą nadzieję, że Antonina dotrzyma im towarzystwa – dziewczyna obudziła w nim coś, czego dawno nie czuł. Coś, do czego nawet sam przed sobą by się nie przyznał – szczere, niepodszyte ani niechęcią, ani strachem, ani nawet poczuciem niższości zainteresowanie nową znajomością, zakwitło w nim, tak jak na alabastrowych policzkach Antoniny kwitł rumieniec zakłopotania. Wydawała się słaba i zagubiona i w tej niepewnej aurze czuł się bezpiecznie, a wręcz w pewnej przewadze, co było wielką rzadkością. Poza tym podobała mu się. Nie jako obiekt uczuć, bo to miejsce od dwóch ostatnich lat nieustannie okupował jeden z profesorów, dzieląc się od czasu do czasu przestrzenią w sercu i głowie Ignacego z krewkim, ogorzałym ogrodnikiem opiekującym się zielenią szkoły. Ale czysto sensualnie, trafiała w jego estetykę ludzkiego ciała, jaśniejąc w mroku zapadającego wieczoru niczym piękna zjawa. Dodatkowo nie była rusałką. Sprawiało to, że czuł się komfortowo w zasięgu jej nieodpartej kobiecości, mogąc podziwiać ją jak sztukę, nieprzymuszony do tego niechcianym urokiem.
    Z Lidią było nieco inaczej. Wodził wzrokiem po ciemnym rysunku jej misternych tatuaży odczuwając onieśmielenie, gdy tylko jej dźwięczny głos zawisał w powietrzu jak srebrny dzwonek, lub gdy jej perfekcyjnie podkreślone makijażem oczy spotykały jego spojrzenie. Gdy chciał w wieku szesnastu lat wykonać swój pierwszy tatuaż, ojciec zagroził, że nie opłaci mu szkoły – mężczyzna w swoim małomiasteczkowym przekonaniu ratował syna w ten sposób przed fałszywym oskarżeniem o bycie czymś, co określał szerokim mianem „patologii”, a w czym mieściło się wszystko, począwszy od użytkowników nikotyny, poprzez ludzi nie wykonujących pracy zawodowej, a skończywszy na posiadaczach piercingu, ateistach i homoseksualistach. Niestety, Ignacy wpasowywał się przynajmniej w kilka spośród tych podgrup i nie ułatwiało mu to życia w zaciszu domowego ogniska. Dosłownym zaciszu, bo ich dom oddzielony od sąsiedztwa zapuszczoną miedzą, hektarami sadu, a od tyłu pasem cmentarza był jak szklana kula w której zatrzymywały się wszystkie wewnętrzne nawałnice. Dla osoby postronnej dom Ignacego był świetlistym przykładem wzajemnego szacunku, miłości i rodzinnego ciepła i poza tę fasadę ciężko było Ignacemu wyjść, trochę z obawy przed konsekwencjami, a trochę z troski o to, jak zatrzęsłoby to stabilnością jego relacji z rodzicami, której niezaprzeczalnym wynikiem była zależność finansowa. A od niej zależał jego pobyt w Axis Mundi.
    Tego Lidii chyba najbardziej zazdrościł – odwagi i niezależności. Nawet jeśli przez brak bliższej znajomości jej osoby mogło być to jego złudne wrażenie, powierzchowny ogląd zbudowany na jej pewnym, sprężystym kroku, wyrazistych kształtach i kontrastujących kolorach w które była obleczona.
    - Koleżanka Lidia nie jest pomocą kuchenną – łagodnie zwrócił się do Antoniny, która pozostawała w wyraźnej konsternacji, próbując udzielić odpowiedzi na pytanie Lidii odnośnie wyboru jej kierunku edukacji – i nie chciałabyś żeby była. Codziennie jedlibyśmy makaron z serem i bagietkę czosnkową. Ale twój szacunek do klasy pracującej jest istotnie godny podziwu. Mógłbym obcinać twój żywopłot tylko po to, żeby patrzeć jak wciągasz dżdżownice.
    Zbliżali się do stołów, a nad gwarem rozmów coraz wyraźniej unosiło się drżące, wysokie C głosu który wydał mu się znajomy. Nie do końca umiał ułożyć sobie w głowie skąd kojarzy ten specyficzny tembr (co samo w sobie nie było dziwne, bo większość osób ze szkoły była mu znana jedynie ze skojarzeń), ale gdy usiedli w końcu przy wolnym stoliku, a Lidia z jakiegoś powodu natychmiast utworzyła mocarną barykadę z półmisków oddzielającą ich od źródła hałasu, wszystko stało się względnie jasne – Daniel Wroński padał ofiarą alkoholowej rozpusty swojego towarzysza. Nie wzbudziło to w Ignacym entuzjazmu. Gdyby był częścią otoczenia Wrońskiego - tej podatnej na zakusy świata i ludzi istoty - sumienie nie dałoby mu spokoju. Dodatkowe wystawianie go na pośmiewisko tłumu świadczyło jak dla niego o niczym innym, jak o głębokim upośledzeniu empatii. Ale nie był jego częścią, a w jego otoczeniu właśnie zaistniał półmisek z grillowaną cukinią która pobudziła jego uwagę zdecydowanie bardziej, niż Daniel przypuszczający atak na wyprostowaną i piękną jak antyczna kolumna sylwetkę Feliksa Łukasiewicza. Postanowił jednak w swoim wnętrzu, że gdyby gęsiomówca stracił w starciu kilka zębów, albo strukturę nosa, z miłą chęcią i całkowicie nieodpłatnie pomoże mu naprawić uszczerbki w fizjognomiina tyle, na ile aktualnie pozwalają mu jego umiejętności.
    Spróbował wywiać nieszczęsnego chłopaka z myśli przysuwając do siebie parujące jeszcze i nieco trącące spalenizną warzywa.
    - Mam nadzieję, że wakacje minęły wam milej niż ta przeurocza impreza. - zagaił przerywając swym monotonnym, mdłym i ciepłym jak mleko z miodem głosem chwilową ciszę. - Moje były równie koszmarne.
Czekając na słowa swoich towarzyszek zaczął kroić plaster kabaczka w miniaturową kostkę, co po chwili wywołało kilka zainteresowanych spojrzeń. Umiejętności Ignacego w obsłudze noża mogły zarówno zadziwiać jak i niepokoić, a istota dla której wykazał się tak czułą precyzją w rozdrabnianiu posiłku okazał się być gryzoń. Dotychczas skryty w kieszeni przykrytej połą kamizelki szczur, po wyciągnięciu zwinął się w kłębek w stulonych dłoniach właściciela, najwyraźniej nie mając ochoty na interakcje z otoczeniem. Był to, sądząc po wyglądzie, bardzo schorowany, lub bardzo stary szczur. Kręgosłup opięty skórą, przerzedzona sierść i zamglone oczy błyszczące jak paciorki z mrożonego szkła spomiędzy białych palców Ignacego dawały wrażenie, jakby stworzonko miało zamiar zejść z tego świata lada moment.
    - To Brygida – pospieszył z wyjaśnieniami unosząc lekko szczura za luźną skórę na karku, tym samym prezentując swoim nielicznym świadkom guz wielkości solidnej śliwki węgierki zlokalizowany pod jego pachą – nie mogłem zostawić jej w pokoju. Muszę ją dokarmiać, poza tym denerwuje się gdy mnie nie ma. Ma już siedem lat, ma swoje odchyły jak każda starsza pani.
Podsunął Brygidzie pod sam nos najbardziej rozmiękły kawałek kabaczka.
    - Jest bardzo zasłużonym dla nauki szczurem.  Dostarczała mi komórek nowotworowych pod mikroskop gdy dopiero zaczynałem się bawić cytologią. Antonino, czy widziałaś kiedyś szczura? Nie wyglądasz na zachwyconą.
Pytanie było zadane z czystej ciekawości reakcji, bo odpowiedź zdawała się raczej oczywista – Antonina odsunęła się od niego tak gwałtownie, że zadźwięczały stojące przy nich butelki.

Offline

Strony : 1 2 3 4 ... 7