Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 2 3 4

#76 05-09-2020 o 11h38

Straż Obsydianu
Asame
Pokonała Dahu
Asame
...
Wiadomości: 2 797

______________________https://i.imgur.com/2Eik7Ou.png
       Pierwszy raz została ukarana przez babkę kiedy miała dziewięć lat. Stała w sieni, przez którą w ciągu dnia przeciągało się kilkadziesiąt osób z okolicznych wsi, prosząc starszą kobietę o pomoc w zwalczaniu chorób. Jej babka zawsze wyglądała na zmęczoną. Lekko przygarbiona, z kolorową chustą na głowie wiecznie przyrządzała maści, eliksiry i ziołowe mieszanki. Pachniała smutkiem, samotnością i lasem. Mała Olga jedynie przypatrywała się zza ramienia babki mając nadzieje, że kiedyś przyjdzie do niej choć jedna osoba prosząc o ratunek. Obydwie żyły w skrajnej biedzie. Babcia – jako konserwatywna mieszkanka wsi, zawsze mówiła, że nie powinno brać się pieniędzy za udzielenie pomocy. I choć na pierwszy rzut oka ta postawa wydawała się godna pochwały, tak kiedy z biegiem czasu żywiły się tylko tym, co któryś z uzdrowieńców przyniósł i wręcz wcisnął w dłonie młodej dziewczyny po kryjomu, zaczął im doskwierać głód. W dniu swoich dziewiątych urodzin, Olga dostała od swojej babki pierwsze poważne polecenie, jakim było nazbieranie odpowiednich ziół na wysypkę jednego z chłopców mieszkających niedaleko nich. Olga czuła się zaszczycona, w końcu babka zaufała jej na tyle, że pozwoliła sama przyrządzić maść, którą mogła wyleczyć swojego pierwszego pacjenta.
      W uczuciu uniesienia, adrenaliny i amoku ruszyła do lasu pozbierać odpowiednie składniki. W okolicznych lasach rosło od groma wszelakich ziół, od tych standardowych aż po te cięższe do znalezienia i odpowiedniego przyrządzenia. Zebrała kilka garści nagietka lekarskiego, mniszka, skrzypu i dziurawca, po czym wróciła do starej chaty przyrządzić odpowiednią maść na wstrzymanie wysypki. Babka nie ingerowała w proces produkcji maści, co jeszcze bardziej satysfakcjonowało Olgę, która mogła na swój sposób stworzyć zupełnie własny lek. Po kilku godzinach wytwarzania, wcisnęła lekko zielonkawą maść do małego słoiczka, podpisała się na nim swoim nazwiskiem i z szerokim uśmiechem wręczyła do rąk matki chłopca.
      Po kilku dniach, do ich chaty wdarł się głośny huk walenia w drzwi. Zdezorientowana babka otworzyła drzwi i ujrzała w nich matkę z chłopcem na rękach, który teraz wyglądał tragicznie. Cały spuchnięty, pełny ropiejącej wysypki. Chłopca ledwo odratowali w niemagicznym szpitalu i surowo zakazali kupowania czegokolwiek od kobiet w chacie. Olga źle dobrała tylko jedno zioło, które wywołało reakcję odwrotną do zamierzonego. Rozwścieczona babka wymierzyła Oldze cios z otwartej dłoni prosto w twarz. Olga upadła i kurczowo chwyciła się czerwonego śladu na jej twarzy, który pulsował i piekł niemiłosiernie. - Nigdy nie będziesz jak Twoja matka. – odrzekła na odchodne. To właśnie nie cios w twarz, a prosto w serce na skutek usłyszanych słów zabolał Olgę najbardziej. Jej matka była idealną znachorką, duma babki i całej wioski, nigdy się nie myliła i potrafiła wyleczyć nawet najcięższe przypadki. Tylko, że matki już nie było, a Olga została sama z babką, która od tego momentu traktowała ją jak gorszy sort.
       Stała teraz w rogu polany, wpatrując się w kołysany wiatrem jałowiec, który kilkanaście lat temu pomyliła ze skrzypem. Ta jedna roślina przekreśliła ją w oczach babki. Teraz ten sam chwast bezceremonialnie rósł przed nią, przed dorosłą już kobietą, na którą babka wciąż nie patrzyła poważnie. Do jej głowy zaczęły napływać kolejne przykre wspomnienia, która postanowiła stłamsić kilkoma kieliszkami mocnego alkoholu, który poza skrzywieniem obrzydzenia obdarował ją również chwilowym rozluźnieniem. Nie znalazła Miry, która teraz pewnie bawiła się w innym miejscu, kompletnie oderwana od rzeczywistości.  Zanim wlała w siebie kolejne dwa kieliszki wódki, przeniosła swoje spojrzenie na polane z której z każdą minutą ubywało ludzi. Niektórzy wracali do akademików, inni przenosili tam imprezę, a jeszcze inni zostali na polanie delektując się widokiem gwieździstej nocy. Nie dostrzegła znajomych twarzy, wzruszyła ramionami i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę ścieżki prowadzącej do akademików.
       Po kilkunastominutowej wędrówce w kierunku pokojów, nieznajoma dłoń spoczęła na jej ramieniu, lekko wzdrygnięta podskoczyła i odwracając się rozpoznała znajomą twarz. Filip, na którego twarzy rysowały się dosłownie wszystkie emocje, od zrezygnowania, przez wściekłość aż do obojętności stał przed nią jak gdyby nigdy nic, próbując zachować się jak najbardziej normalnie. Sam wciąż pozostawał pod wpływem alkoholu, ale zgrabnie tuszował to swoją nonszalancją. - Stracony? To chyba jak my wszyscy na tym uniwersytecie – odrzekła z wymuszonym uśmiechem, próbując ukryć fakt, że sama czuła się kompletnie stracona. Nie znała Filipa dobrze, właściwie kojarzyła go z tylko z widzenia i z kilku wspólnych przedmiotów, ale sprawiał wrażenie dobrego chłopaka. Kiedy ten zaproponował jej wspólne napicie się alkoholu, pomyślała – dlaczego nie?. - Jasne, i tak mamy jedną z nielicznych okazji napić się przed rozpoczęciem roku akademickiego, prowadź. Udali się na stronę polany i zaczęli pić po trochę z każdego rodzaju trunków. Wymieniali się spostrzeżeniami na temat akademika, studentów i swoich umiejętności. Pierwszy raz mogła poznać Filipa bardziej prywatnie i dowiedzieć się czym się zajmuje. Po kolejnych kieliszkach nawet Olga zauważyła w nim przystojnego faceta, który za miną wiecznego dowcipnisia chowa zdecydowania bardziej  czułą stronę.
       Spojrzała na zegarek i skupiając wzrok próbowała dostrzec dwie wskazówki, które wskazywały godzinę czwartą. -Późno już, będziemy powoli wracać? – odrzekła, stłumiona dużą ilością alkoholu. Filip jednak kiwająco zaprzeczył i odrzekł, że chce pokazać jej coś jeszcze. Wziął ją pod rękę i razem, pijackim krokiem zaczęli kierować się w stronę przeciwną do akademików – prosto do mroczniejszej części lasu.

Ostatnio zmieniony przez Asame (05-09-2020 o 12h10)


https://i.imgur.com/IRv3670.jpg https://i.imgur.com/oaXDxSK.jpg

Offline

#77 05-09-2020 o 12h13

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 5 094

_______________________https://i.imgur.com/1KA5Ise.png
                  Na moment zatrzymał wzrok na parze wąskich warg, spomiędzy których wydobyło się krótkie „och”. To ciche, pojedyncze mruknięcie, które zadźwięczało w uszach, na stałe osadziło się w katalogu zapamiętanych przez niego tonacji. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego stało się na tyle istotne, że wyostrzyło wszystkie jego zmysły i niemalże natychmiast przywiodło na myśl wspomnienie chęci zakneblowania wypowiadających je ust za pomocą musztardowego swetra. O ile wizja bezbronnego Kazickiego dostarczała mu przedziwnej, przyjemnej – jakże przyziemnej, niemalże zwierzęcej – ekscytacji, o tyle miał świadomość, że nijak miała się do rzeczywistej postawy Filipa. Zaczął przyglądać się innym fragmentom twarzy mężczyzny, szukając choćby najdrobniejszej szczeliny, dzięki której mógłby przedostać się do jakiejkolwiek oznaki słabości. Pragnął odnaleźć obawę, lęk, nienawiść, zawahanie, strach czy obrzydzenie. Cokolwiek, z czym doskonale wiedział, jak się obchodzić – jak wykwalifikowany klucznik rozpoznający rozpościerające się przed nim drzwi, potrafiący bez problemu dobrać do nich właściwy klucz. Tymczasem oto zmuszony został do stanięcia przed zupełnie nowym wyzwaniem, czymś, z czym dotychczas nie miał do czynienia.
                  Obojętnością.
                  Im dłużej spoglądał na Filipa i błądził wzrokiem po jego szerokim, idealnie wymodelowanym uśmiechu, konfrontując się z jego aurą nienagannego spokoju, tym usilniej doskwierało mu narastające w okolicy lędźwi pragnienie uzyskania nad nim bezwzględnej kontroli. Mężczyzna zupełnie wymykał się spod jego wpływu. Feliks cedził w jego kierunku poszczególne słowa, na które każda inna osoba zareagowałaby w jakiś konkretny sposób, a tymczasem Kazicki kompletnie go nie słuchał. Jednocześnie zdawał się nie kierować w tym wszystkim jakąś ukrytą złośliwością, tak, jak miało miejsce to w przypadku Gawkowskiego; wszystko wskazywało na to, że zachowanie Łukasiewicza po prostu po nim spływało – i to spowodowało, że Feliks poczuł się, jakby dostał czymś w twarz. Bynajmniej nie gaciami w serduszka, ale czymś równie odstręczającym.
                  Na wzmiankę o własnym przewrażliwieniu zacisnął usta w jedną, wąską linię, odwzajemniając spojrzenie intensywnie brązowych tęczówek. Nie należał do osób ustępujących innym w jakikolwiek sposób, toteż ani na moment nie przerwał kontaktu wzrokowego. Nastąpiło to dopiero w momencie, gdy Filip zajął się podnoszeniem Daniela, dotychczas żałośnie kurczącego się gdzieś pod jego nogami. Łukasiewicz przez moment zdawał się wręcz lekko zdziwiony tym faktem, zupełnie jakby zapomniał o obecności Wrońskiego w tym miejscu. Dla niego blondyn zupełnie przestał już istnieć; był wyłącznie słabą, nędzną karykaturą człowieka, którymi brzydził się bardziej, niż całą resztą ludzkości. Zdecydowanie wolał tłumaczyć swą chwilową niesprawność umysłu w taki sposób, niż przyznać, iż żółty materiał swetra, uwydatniający chude obojczyki Kazickiego, w przedziwny sposób koił jego zmysł estetyczny.
                  Chłodny powiew październikowego powietrza wpełzł do pomieszczenia przez uchylone okno, rozwiewając nieprzyjemną, drażniącą nozdrza woń. Nie pozbył się jednak ciężkiej atmosfery, która zdawała się wręcz dodatkowo wzburzać ich stojące w napięciu sylwetki. Gdy Filip ruszył w stronę wyjścia, rzucając w jego kierunku krótkie „poradzisz sobie”, przez moment miał wręcz ochotę chwycić go za ramię i pociągnąć w swoją stronę. Na Welesa, nie miał prawa nim dyrygować. Gdyby obaj w tak szybkim tempie nie opuścili pomieszczenia, być może zdążyłby zablokować drzwi za pomocą zaklęcia, a następnie kazać pozostać im w pokoju na tyle długo, aż zniknąłby z niego cały ten syf. Niemniej jednak fakty były inne i pozostało mu wyłącznie zostać sam na sam z wszechobecnym chaosem. Filip co prawda pozbył się ubrań uwalonych zawartością żołądka Daniela, niemniej jednak wszędzie wciąż walały się jego rzeczy. Feliks zdecydowanie nie czuł się z tym swobodnie.
                  Podniósł się z zajmowanego dotychczas łóżka mężczyzny i machnął ręką, pozbywając się zeń jego pozostałych ubrań. Podszedł do własnych walizek i zaczął je rozpakowywać, zajmując drugą, na ten moment pustą szafę, która w domyśle miała należeć do niego. Ubrania wyciągał pojedynczo, z należytą starannością układając je na odpowiednich miejscach. Z ironią dostrzegł, że wraz ze swoją dokładnością zahaczającą o lekki pedantyzm, stanowił zupełne przeciwieństwo Kazickiego.
                  Usilnie starając się nie patrzeć na wszechobecny burdel, w końcu zakończył opróżnianie swych bagaży. Wyciągnął z szafy długie, dresowe spodnie i czarną koszulkę, a następnie wyszedł z pokoju i skierował się w stronę męskiej łazienki, stanowiącej centralny punkt długiego korytarza.
                  O tej porze pierwszego dnia roku akademickiego w środku nie było jeszcze nikogo. Zwykle studenci kończyli imprezy integracyjne dużo później, niekoniecznie wracając do akademików z na tyle dużą trzeźwością umysłu, by decydować się na wzięcie szybkiego prysznica. Prędzej odnaleźć można ich było w toaletach, które, na szczęście, ktoś projektujący rozkład pomieszczeń wspaniałomyślnie oddzielił od łazienek.
                  Łukasiewicz wpełzł pod jeden z prysznicy i odkręcił kurek. Rozebrał się i pozostawił ubrania wraz z okularami na specjalnie przeznaczonej do tego celu półce, magicznie chronionej przed zetknięciem się z wodą. Pozwolił, aby strumień ciepłej, ale nie gorącej cieczy zalał jego ciało, rozluźniając mięśnie. Stał tak dość długo, nie zwracając uwagi na upływ czasu – zupełnie jakby sądził, że dzięki temu woda zmyje z niego wszystko, łącznie z emocjami, które zawładnęły nim, gdy znajdował się w obecności Kazickiego. Nie rozumiał ich i nade wszystko pragnął uwolnić się od obsesyjnego poczucia zawładnięcia jego osobą, które obecnie rozsadzało mu czaszkę.
                  Oparł dłonie o chłodne kafelki, a następnie zetknął z nimi własne czoło, szukając jakiegokolwiek ukojenia od natarczywych myśli. Krople wody, które nieustannie spływały po jego ciele, zatrzymywały się na ścieżkach starych blizn wyrytych na jego prawym ramieniu. Sprawiały wrażenie, jakby chciały wydrążyć dla siebie dodatkową przestrzeń, próbując dostać się głębiej, prosto do wnętrza jego spaczonej duszy.
                  Problem w tym, że doskonale wiedział, że nie miały tam czego szukać.

                  Wrócił do pokoju już w zmienionych ubraniach. Poprzednie wrzucił do własnego kosza na pranie stojącego w rogu pokoju, odnotowując w myślach moment, kiedy będzie musiał je odświeżyć. Wpełzł do lóżka Kazickiego, z trwogą stwierdzając, że mimo wakacyjnej przerwy, w jego pościeli wciąż dało się wyczuć charakterystyczną, leśną woń. Usilnie starając się ją zignorować, ściągnął okulary i położył je na szafce nocnej, a następnie przewrócił się na drugi bok. W końcu zasnął.


https://i.imgur.com/aa6ZNOW.png







       i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain, but…
https://i.imgur.com/WnQCqcQ.gif https://i.imgur.com/KC10HqW.gif https://i.imgur.com/Y75NdbJ.gif https://i.imgur.com/d6Im1PQ.gif








I ’ M    T H E    P E R S O N    L E A S T    L I K E L Y    T O    B E    F O R G O T T E N .
https://64.media.tumblr.com/5c8699507f09de13ab88fbdce700132c/tumblr_p5aep042dg1qzh21go2_400.gifv https://64.media.tumblr.com/d0f83ff4e399860573b48b102aa084af/tumblr_p5aep042dg1qzh21go3_400.gifv

Offline

#78 05-09-2020 o 21h26

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 769

https://i.imgur.com/E4QJJmO.png


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#79 07-09-2020 o 00h03

Straż Cienia
Hayal
Pokonała Dahu
Hayal
...
Wiadomości: 2 523

Lidia       

          Jeżeli chodzi o aspekt uczuciowo-erotyczny, życie Lidii nie było do tej pory jakąś eksplozja doznań. Ot, jedno niespodziewane pogłębienie znajomości ze szkolną koleżanką, nazbyt dojrzały nauczyciel fortepianu, kilka wieczorów w towarzystwie wokalisty, znanego na Instagramie z licznych zdjęć własnego torsu. Jedynym wyjątkiem na tle tych jakże krótkofalowych relacji był aspirujący piosenkarz jazzowy Marianek, syn kompletnie niemagicznych polskich emigrantów w drugim pokoleniu. Hoży ten młodzieniec poza wyrzeźbioną sylwetką i blond puklami posiadał także nader przeciętny wokal, czego Lidia, nawet w fazie pierwszej fascynacji, nie zdołała niestety przeoczyć. Być może ta obserwacja w połączeniu z brakiem wrodzonego instynktu opiekuńczego sprawiła, że wspólnie wynajmowane poddasze przy Rue Sedaine szybko ewoluowało z ciepłego gniazdka w pole bitwy.
          Marianek, dziecię wychowane w poczuciu własnej wyjątkowości, z trudem przyjmował zwłaszcza dwie rzeczy: krytykę oraz konieczność podjęcia jakiegokolwiek wysiłku. Wielokrotnie zatrudniany dzięki prezencji, szybko pokazywał pracodawcom prawdziwą twarz, w związku z czym to Lidia zmuszona była łożyć na utrzymanie obojga, zaopatrzając lodówkę w duże ilości nabiału, pochłaniane następnie przez lubego w czasie, który ona spędzała na uczelni. Niespełniony artysta zwykł nie zauważać licznych chałtur, które musiała podejmować, a jeśli już, to po to, by zdziwić się, czemuż to matka nie może zaopatrzyć jej w większe środki. Sam, jak lubił podkreślać, pochodził z kręgów raczej niebogatych, co nie przeszkadzało mu czuć obrzydzenia do niemarkowego obuwia oraz wina tańszego niż 10 euro. Lidia, z perspektywy czasu, musiała sama przed sobą przyznać, że kompletnie przeoczyła moment, w którym zachwyty nad jej finansowym wsparciem ze strony rodziny zmieniły się w jadowite uwagi, wygłaszane tonem nieodmiennie pokrzywdzonym. Solą w oku Marianka, poza regularnymi wpływami na konto ukochanej, były jej magiczne umiejętności oraz wszelkie sukcesy w obszarze artystycznym - wręcz uwielbiał głośno podkreślać to, jak niedaleko zaszłaby gdyby ,,zaczynała od zera jak on” oraz teatralnie przewracać oczami, gdy zdarzyło jej się włączyć zaklęciem światło lub czajnik. Choć dla jego polskiej rodziny istnienie magii nie było żadną tajemnicą, lubił głośno rozmyślać o tym, jak wyczarować pieniądze, potrzebne mu do dbania o estetykę własną oraz rozwój talentu. Lidia wiedziała, że w niewielkiej głębi jego duszy tkwi przekonanie o jej złej woli, jedynym czynniku, który wstrzymuje dzień bycia obsypanym przez walutę oraz zaszczyty.
          Właściwie tylko aspekt łóżkowy kazał jej nie przerwać tej idylli już po kilku miesiącach - ostatecznie wytrwała u boku Marianka niemal cały rok akademicki. Zakończywszy go z sukcesem, wymówiła wynajęte na siebie mieszkanie, zostawiwszy właścicielce przyjemność poinformowania artysty o terminie wyprowadzki. Po czym wróciła do Polski, niemal prosto na obóz musicalowy, którego kolejne turnusy pozwoliły jej uzupełnić nadszarpnięte niefortunnym romansem zasoby gotówki. W tym roku pojechała na niego jako instruktorka już trzeci raz, poza zarobkiem, zyskując relaks, przydatny przed inauguracją roku w Axis Mundi.
          Która to, tym razem, naprawdę była wyjątkowo strawna, nawet jeśli ilość pięknych dziewczyn przy stole zmalała nagle o połowę z nagłym odejściem Antoniny. Wyraźnie wstawiona blondynka była rozkoszna jak jakieś małe zwierzątko, z tymi źrebaczkowatymi ruchami i nieopanowanym słowotokiem. Nie miała jednak tego seksapilu co ciemnowłosa barmanka, zajęta konfidencjonalną rozmową z Ignacym. Lidia nie musiała udawać, że nie słucha ich wymiany zdań - nie zważała na nią istotnie, zajęta dyskretną obserwacją koleżanki znad talerza pełnego pikli. Nina była jak espresso z brandy - napój ten, zwany przez pomysłowych Włochów caffe coretto najpierw pobudzał, by potem prowadzić do przyjemnego rozleniwienia. Miało to wiele wspólnego z aktualnym stanem ducha Lidii - czuła w żołądku miłe ciepło, rozlewające się na całe ciało i umysł, a źródłem tego był zarówno doskonały posiłek, jak towarzystwo.
          Może do momentu, gdy do świadomości dziewczyny dotarło słowo ,,adoratorzy”, wypowiedziane rozbawionym półgłosem Ignacego. Poprawiła się gwałtownie na krześle, czując ukłucie, które mogłaby powiązać z metką w modelujących majtkach, ale pochodziło ono jakby ze środka. Cóż, nie należało się dziwić istnieniu chętnych chłopców w życiu Niny - poza urodą odznaczała się pogodnym usposobieniem oraz ogólną aurą silnej kobiety, która żadnej pracy się nie boi - co za kontrast z nieudacznikiem Mariankiem! Wspomnienie byłego sprawiło, że Lidia nadała sobie absyntu, chcąc natychmiast usunąć jego obraz sprzed oczu wyobraźni. Niesłusznie, znajomy smak przywołał jej tylko dodatkowo na myśl jedno ze spotkań, podczas którego blondyn prezentował istne rezerwuary intelektualnego podrywu.
- Czy musisz za barem słuchać o kluczykach, które pasują do skrzyneczki? - zagaiła Ninę, dolewając sobie nieco mimo wszystko. Nie to, że chciała, by brunetka zdradziła się ewentualnie z tym, czy któryś z klientów zdołał skraść jej serduszko.
- Mój były robił to na ciekawostki przyrodnicze - na pierwszej randce opowiadał mi, że Jenisej przepływa przez wszystkie strefy klimatyczne Syberii, w związku z tym u jego brzegów mogą żyć zarówno wielbłądy, jak niedźwiedzie polarne. On sam był raczej pijawką.
          Skrzywiła się, pociągnąwszy z kieliszka niewielki łyczek. Miły ciężar w żołądku ciężarem jednakże pozostawał, i zaczynała czuć pewien dyskomfort, siedząc za stołem tak, by nie podwinąć sobie sukienki oraz nie zacząć siedzieć zgoła nie jak dama. Coś jednak zostało w jej podświadomości po posądzeniu o zasilanie szeregów służby Axis Mundi.
- Co zrobimy z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? Widzę, że impreza zaczyna się trochę rozłazić. Planowaliście wrócić do pokoju? Ja bym się przeszła okrężną drogą, spacer dobrze mi zrobi, i nie wiem, czy śpieszno mi do poznania nowej współlokatorki. Chyba, że ty nią jesteś, Nino.
          Uśmiechnęła się lekko do obojga - nie była jeszcze w stanie, który kazałby jej naruszyć zwyczajową powściągliwość. Niebo nad nimi miało bogaty odcień granatu, muzyka wypełniała powietrze przyjemną wibracją, a pobliski las szumiał zachęcająco.

Ostatnio zmieniony przez Hayal (07-09-2020 o 00h12)



https://i.imgur.com/bne8BcV.gif

Offline

#80 07-09-2020 o 20h05

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 769

Aleksy Strojek

  Uśmiechnął się lekko i wystawił język, na którym spoczywało coś na kształt malutkiego, zielonego kryształu. Zrobił dwa kroki w stronę stojącej przed nim dziewczyny z farbowanymi na niebiesko włosami, chwycił ją lewą dłonią za szyję i zmusił, by odchyliła głowę w tył. Czuł, jak cała drżała w oczekiwaniu na jego kolejny ruch, który był tylko kwestią kilku sekund. Przeciągał ten moment nieco dłużej, wwiercając spojrzenie w zielone tęczówki swojej towarzyszki, która raz po raz próbowała go ponaglać, bo najwyraźniej nie mogła doczekać się finału. Gdy usłyszał cichy, ledwo słyszalny jęk, wpił się w jej usta zachłannie, ruchami języka przekazując Diabelski Odlot. Lubił nazywać swoje specyfiki, zwłaszcza te, które sam opatentował, a miał już ich na swoim koncie dość sporo. Fascynację do tego typu rzeczy zaszczepił w nim dziadek, którego chłopak kochał nad życie, a chcąc podreperować nieco domowy budżet, postanowił zarabiać na swojej pasji. Nie było to zajęcie, którym mógł się chwalić, ale cieszył go fakt, że mógł pomóc dziadkowi, choć ten nigdy o to nie prosił. Mężczyzna zawsze ciężko pracował, aby zapewnić wnukowi dostatnie życie, ale robił się już coraz starszy, a czesne w Axis Mundi było dość wysokie. Pan Józef był przekonany, że jego wnuk otrzymał stypendium Potockich, dlatego do domu nie przychodziła już korespondencja z opłatami za szkołę.
  Klara, bo tak miała na imię jego klientka, marzyła o spotkaniu samego Welesa, a on mógł jej to zapewnić i bynajmniej nie za sprawą wywoływania demonów. A może miała na imię Klaudia? Cóż, nigdy nie miał pamięci do imion. Łatwiej było mu zapamiętać rozmiar miseczki biustonosza, ale mimo wszystko był dżentelmenem. Kiedy w końcu oderwał się od jej ust i ponownie spojrzał na nią, wiedział już, że zaraz dostanie to, czego chciała, to po co tu przyszła. W ciemności jej oczy lśniły, jak dwa ogniki, co było skutkiem ubocznym działania Diabelskiego Odlotu. Halucynacje trwały zazwyczaj do dwóch godzin przy silniejszych składnikach, ale wszystko było dopracowane w taki sposób, by nikomu nie stała się krzywda i nikt się nie uzależnił. Najważniejszym aspektem tego wszystkiego był brak ofiar w ludziach, bo w końcu poodpadaliby mu wszyscy klienci, dlatego tak wielką wagę przywiązywał do bezpieczeństwa i doboru odpowiednich proporcji w swoich mieszankach.
  - Oczywiście, co złego, to nie ja. Nie chwal się nikomu, że mnie tu widziałaś. Stawka się nie zmienia - odezwał się, czekając aż chyba Klara ureguluje należność. Dziewczyna wcisnęła mu w rękę zwinięty banknot i chwiejnym krokiem lecz wyraźnie zadowolona, ruszyła w stronę ogniska, by dołączyć do zabawy. Aleksy jeszcze przez chwilę opierał się o drzewo, czując na ustach sztuczny smak arbuza i lepkość taniego błyszczyku do ust. Odprowadził dziewczynę wzrokiem tak długo aż w końcu zniknęła wśród tłumu w centrum Zielonej Polany. Nie całował się z każdym swoim klientem, ale dziś sam miał ochotę zaszaleć. Sądząc po ilości uczniów, którzy się do niego zgłosili, nie tylko on wczuł się w klimat imprezki. Przeczesał szybkim ruchem włosy i sam ruszył w stronę miejsca, gdzie studenci bawili się w najlepsze. Zgarnął piwo ze stołu z alkoholem i od razu upił spory łyk, by pozbyć się smaku kosmetyku. Obserwował towarzystwo z zaciekawieniem, zastanawiając się czy powinien z kimś przywitać się osobiście. Osoba, na której najbardziej mu zależało była poza jego zasięgiem, więc albo Kazik był już w swoim pokoju albo włóczył się po lesie z jakimiś podejrzanymi typami. Fascynacja jego osobą zaczęła się już dawno, ale on sam długo musiał do tego uczucia dojrzeć i upewnić się, że to na sto procent było to. Sprawy nie ułatwiał fakt, że Florian ewidentnie go nie poznawał, a przecież znali się na długo przed rozpoczęciem nauki w AM. Aleksy był tym wszystkim oburzony, więc miłość mieszała się z nienawiścią do tego stopnia, że niekiedy sam nie wiedział czy bardziej chce go ze***** czy mu na***** Kazicki działał na niego, jak płachta na byka, ale nie zawsze tak było. W dzieciństwie, gdy ich umysły nie były jeszcze w żaden sposób spaczone, a relacja była bardzo niewinna, ganiali się po prostu po lesie i cholera jasna, to był jego najlepszy czas. Mieszkanie w leśnej chacie nie pomagało nawiązywać kontaktów z rówieśnikami, a do najbliższej wioski było ponad trzydzieści kilometrów. Jedynym sąsiadem był pan Janek Kazicki, którego dość często odwiedzał wnuk Florian i tak właśnie narodziła się przyjaźń między nimi. Dni spędzone na zabawie z Kazikiem były jak Szczodre Gody w zwykły poniedziałek, a najważniejsze było to, że żaden z nich nie musiał nikogo udawać i obaj się akceptowali. Aleksy nie był „tym dziwakiem z lasu” i to podobało mu się najbardziej. Wizyty Floriana w pewnym momencie stały się coraz rzadsze, co niezwykle smuciło Strojka. Ich ostatnie spotkanie było dość dziwne, tak jakby Kazik nie miał pojęcia kim był Aleksy albo po prostu udawał i dłużej nie chciał się z nim zadawać. Czuł ogromny żal do ciemnowłosego, ale nigdy nie miał odwagi zapytać wprost, co właściwie się stało. Należały mu się jakieś wyjaśnienia! Pomijając fakt, że prawie zeżarli ich Dzicy Ludzie, to było nawet miło. Mogło być ciekawiej, gdyby Florian nie odwrócił się na pięcie i nie odszedł zaraz po tym, jak uratował mu życie. Dla Aleksego wszystko działo się w slow motion i było, jak w filmie z Czakiem Norisem. Kazik niczym Strażnik Teksasu rozprawił się ze stworami, zarzucił czarną czupryną i czmychnął w głąb lasu, jak na prawdziwego bohatera przystało. To wtedy właśnie serce zabiło mu szybciej.
  Zielona Polana pękała w szwach, a chłopak mimo to odczuwał znudzenie. Uczniowie byli już mocno wstawieni, co zauważyć można było choćby po kocich ruchach w tańcu. Gdzieś tam siedziała sobie Lidia, z którą lubił rozmawiać o fortepianach i innych skrzypcach. Słodki Ignacy, którego raz próbował poderwać, ale chyba ten nie odczytał dobrze jego sygnałów. Cóż, może mógł po prostu powiedzieć, czego chce, a nie udawać romantyka. Znudzenie właśnie pchnęło go do żartu, który był dość ryzykowny, ale jakże epicki. Istniało prawdopodobieństwo, że coś może pójść nie tak i w najgorszym przypadku wszyscy zaczną wymiotować, ale czego nie robi się dla chwili rozrywki. Sięgnął do kieszeni i wydobył z niej płócienny woreczek, który wrzucił w ogień i oddalił się, jakby nigdy nic. Osoby siedzące bezpośrednio przy ognisku oberwały najbardziej, a te będące nieco dalej znacznie mniej. Szałwia wieszcza lub po prost Wieszcz, była jedną z tych roślin, która działała pobudzająco na poszczególne partie mózgu i sprawiała że osoby nią odurzone słyszały głosy w swojej głowie, niekiedy w różnych językach, a nawet same się nimi posługiwały. Zapowiadał się bardzo ciekawy spektakl, którego Aleksy nie chciał ominąć i warto też było uwiecznić go na filmie, dlatego wyciągnął telefon i przygotował się do nagrania.

Ostatnio zmieniony przez Charo (07-09-2020 o 20h20)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#81 08-09-2020 o 15h54

Straż Obsydianu
Parrie
Akolita Jednorożców
Parrie
...
Wiadomości: 366

____________________https://i.imgur.com/NyT378v.png

Zaśmiał się promiennie na komentarz Olgi, nie pozwoliwszy choć nucie goryczy wkraść się w ten perlisty dźwięk. Śmiech ten zdawał się zupełnie nieadekwatny do wydźwięku słów Olgi oraz jej wymuszonego uśmiechu, jednakże Kazik ani myślał poddać się tej grobowej atmosferze, próbującej przedrzeć się na pierwszy plan i popsuć im zakończenie imprezy. Już Kazik zadba o to, żeby zarówno on jak i, najwyraźniej również czymś strapiona, Olga, kojarzyli tę imprezę ze wszystkim innym, ale na pewno nie z życiowymi bolączkami. Nie na jego warcie!
   
    – Wiesz co, człowiek to jednak ma przesrane – bełkotał, przechodząc zgrabnie z niezobowiązujących rozmów o ziołach, uniwerku i opowiastkach z przeszłości, na ciężkie tematy, które kołatały mu się uparcie po głowie, niezależnie od tego, ile alkoholu już w siebie wlał. Olga, wbrew pozorom, które tworzyła jej delikatna postura, była świetnym kompanem do picia. Na tyle świetnym, że Kazik nie miał bladego pojęcia, ile czasu już ze sobą dyskutowali, robiąc przerwy tylko na pochłonięcie szota, wina, whisky, tequili i pewnie jeszcze kilku innych rodzajów alkoholu. A może to tylko on tak zachłannie wszystko w siebie wlewał? Nieważne. Ważne, że całkowicie stracił poczucie czasu i najprościej rzecz ujmując – czuł się nieziemsko dobrze z tym głośnym szumem zagłuszającym niewygodne myśli i świeże wspomnienia. Obraz już jakiś czas temu zaczął mu falować przed oczami, ale nie miał nic przeciwko temu, bo dwie Olgi, to nawet lepiej niż jedna. Kazik odnajdował dziwną satysfakcję w patrzeniu na rusałkę, która niemal w każdym względzie wpasowywała się w jego zmysły estetyczne. Wcześniej nigdy nie zwracał większej uwagi na dziewczynę i jej atuty. Nie mieli ze sobą zbyt wiele do czynienia, przez co nie było okazji ku dłuższemu zawieszeniu na niej spojrzenia. Teraz, gdy przez kilka przyjemnych godzin przed oczyma miał praktycznie tylko ją, zaczynał rozumieć Daniela i jego daleko idące zauroczenie. Nie chodziło tylko o wygląd. Olga choć zawsze wydawała się Kazikowi raczej pełna dystansu, klasy i wszystkiego tego, co mogło onieśmielać człowieka, przy bliższym kontakcie okazywała się zupełnie normalną, klawą laską. Wciąż zachowywała ten charakterystyczny rodzaj dostojności i ogłady, co jednak w dziwny sposób zupełnie nie gryzło się z sięganiem po kolejne szoty i byciem wybornym kompanem do niepoważnych, luźnych rozmów i obrzucania się żartami. Kazikowi przyszło na myśl, że gdyby nie jego orientacja, sam pewnie by poleciał na połączenie tej wysublimowanej urody i wielowymiarowego, fascynującego sposobu bycia.
    – Łazi za kimś przez cztery lata jak kretyn, boi się zagadać, a potem może sobie tylko patrzeć, jak on całuje jakiegoś frajera i jeszcze – zrobił przerwę na zwilżenie gardła palącym płynem niezidentyfikowanego rodzaju – jeszcze włazi ci do pokoju, krzyczy na twojego ziomka, krzyczy na ciebie, krzyczy na rzygi… no p$^%#. Znaczy nie no, ja go nie obrażam, nie mógłbym. Zresztą to chyba Dani krzyczał na rzygi. Nieważne, Olga. Nieważne. Ale smutne. – Podkreślił swój pozbawiony sensu wywód skwaszoną miną, którą zaraz skrył za szkłem, ostatecznie tracąc poczucie kontroli nad tym co robi i spluwając na własne granice alkoholowe, które już lata temu dokładnie wyliczył.
    Dalsza część wymiany zdań musiała brzmieć podobnie filozoficznie, jednak ciężko stwierdzić, bo Kazik zapominał treści własnych słów z momentem, w którym ostatnie z nich opuszczało jego usta. Olga nie wydawała się jednak zrażona, sama też już była dość trącona i chyba nawet odnajdywała jakiś rodzaj rozrywki w pozwalaniu na wciągnięcie się w te przedziwne dyskusje.
    Nie wiedzieć kiedy, tłumy na polanie znacznie się przerzedziły. Najwidoczniej Tereszczenko też to spostrzegła, bo wysunęła przed oczy zegarek, przy czym zabawnie mrużyła oczy, jakby to miało jej pomóc w odczytaniu godziny. Kazik postanowił pomóc i chwiejnie nachylał się nad tarczą, również używając pełnej mocy mrużenia oczu.
    – No późno – zgodził się łaskawie, choć wciąż nie udało mu się wyostrzyć spojrzenia na tyle, aby którakolwiek ze wskazówek przestała przypominać rozmazaną plamę.
    – Ja muszę jeszcze coś zrobić, Olga – wyznał, wkładając w ton zaskakującą ilość poczucia obowiązku, które nim targnęło. Zupełnie, jakby od jego ważnej misji zależały losy ludzkości. Wagę swych słów podkreślił entuzjastycznym kiwaniem głową, a rozmyte spojrzenie wlepione w oczy rusałki zdawało się przeforsowywać konieczność tego co miało nadejść.
    Musiał coś zrobić, w końcu robił to co roku, ale… Ale nie chciał jeszcze wyzbywać się miłego towarzystwa dziewczyny. Co za szczęście, że wpadł na wyśmienity pomysł! Po prostu zrobią to razem! Pokaże jej wymiar wolności, której Kazik potrafił tyle zasmakować tylko tej nocy, tylko gdy z dzikim zaangażowaniem biegł przed siebie pomiędzy drzewami, a potem…
    – Chodź, pokażę ci coś! – Z szerokim uśmiechem złapał Olgę za dłoń i pociągnął ją za sobą, niemal natychmiast porzucając szybki krok na rzecz nieco chwiejnego biegu. Wbiegli między drzewa, pozwalając by pochłonął ich mrok nocy. Kazik śmiał się bez większego powodu, czując jak rześki wiatr smaga jego policzki, jak świeże, chłodne powietrze wdziera się w nozdrza. Widząc, jak drzewa gęstnieją coraz mocniej, otulając ich dwójkę swym odwiecznym, niezmierzonym majestatem.
    To była wolność. Gdy mógł biec przed siebie bez większego celu, ciesząc się darami bogów, ciesząc się dźwiękami i dotykiem natury, ciesząc się tym rodzajem ciszy, na który składał się tłumiony szum i odgłosy dzikiej zwierzyny, które choć nie bezdźwięczne, nie mogły zostać nazwane hałasem. Dla Floriana to właśnie była prawdziwa cisza, z rodzaju tych wprawiających w błogie otępienie, w inny wymiar relaksacji i oderwania od przyziemnych spraw.
    Nie wiedział jak długo biegli, lecz gdy w końcu Filip spowolnił krok, obydwoje byli porządnie zziajani. Zabrnęli głęboko w las, o czym świadczyła nie tylko nagła cisza i wszechobecna ciemność przełamywana jedynie blaskiem gwiazd, ale także przejmujący chłód, znacznie mocniejszy niż u wejścia do lasu.
    – Widzisz to? – stanął przodem do Olgi i uśmiechając się szeroko, powoli robił kroki do tyłu. Rozłożył ręce jakby chciał objąć wspaniałość tego, co oferował rozległy teren demona Leszego. Powiódł oczyma wokół, jeszcze mocniej pogłębiając uśmiech. – Czy jest coś piękniejszego niż to uczucie? – rzucił w eter, unosząc głowę i zaciągając się głęboko zapachem dzikiej natury.
    Zatrzymał w płucach całe zebrane powietrze, przymykając oczy. Gdy zaś je lekko uchylił, wpatrując się w spokojne niebo, zaczął uwalniać swą klatkę od niemal bolesnego napięcia. Z rozwartych warg nie wydobył się jednak pełen ulgi oddech.
    Leśną ciszę przeszyło głośne, rozdzierające wycie.
    Florian stał z rozłożonymi ramionami, wpatrzony w gwiazdy i pozwalał swemu gardłu na wyrzucenie dźwięku, którego żaden ludzki organizm nie powinien być w stanie z siebie wydobyć. Pobliska zwierzyna rozpierzchła się w przestrachu. Wycie przeciągało się, choć z każdą chwilą traciło na wyrazistości, proporcjonalnie do tego, jak napięte ciało Kazika widocznie się rozluźniało. Ostatni dźwięk opuścił wargi Floriana wraz z niewyraźnym obłoczkiem pary. Uśmiechał się do swojej formy wolności, jedynej, która naprawdę pozwalała mu wierzyć, że jest wyzwolony. Jedynej, dzięki której czuł się w pełni sobą.
    Nie robił tego często. Wilki wcale nie używały tej formy do porozumiewania się wtedy, gdy było to zbędne. Ale co roku w ten właśnie sposób witał się z watahami zamieszkującymi ten las, a one nie tylko to akceptowały, ale zdawały się przyzwyczaić do swego corocznego rytuału powitalnego z jedynym człowiekiem, którego do siebie dopuściły. Nie minęło pięć sekund, a cały las opanowało wilcze nawoływanie. Nie jeden, nie dwa, a dziesiątki wilczych gardeł odpowiedziały na wezwanie Floriana.
    Gdy zrobił to po raz pierwszy, nie miał pojęcia, że swoim głośnym przywitaniem sprawi, że wśród studentów powstanie swego rodzaju legenda o wilkach zamieszkałych tereny wokół Axis Mundi. Głosiła ona przede wszystkim, że te żyją w zgodzie z ludźmi, jednakże w dniu inauguracji, gdy studenci przejmują nocny spokój na rzecz swoich zabaw, wilki w końcu ostrzegają o kończącej im się cierpliwości. Rozlegające się nad ranem wycie symbolicznie kończyło głośne zabawy, ponaglając uczniów do rozejścia się i spoczęcia w swoich łóżkach.
    Kazik roześmiał się z uciechą i z tym dźwiękiem na ustach padł na plecy, z rozkoszą wtapiając się w wilgotną ściółkę. Wianek, który w przypływie desperacji zabrał wcześniej z pokoju, opadł lekko na ziemię obok zupełnie potarganych włosów. Wyzwolony z ciążących mu emocji, Kazik uniósł się do siadu i posłał Oldze przyjazny uśmiech.
    – Chodź, zobacz, jak jest pięknie – złapał ją za nadgarstek i bez uprzedzenia pociągnął w dół, asekurując upadek dziewczyny własnym torsem. Uśmiechnął się z rozbawieniem, lekko zsuwając delikatne ciało na ziemię, by mogła, tak jak on, zapomnieć o tym co wypada, o tym, że ciuchy się brudzą i o tym, że leżenie w głębi lasu przy tej temperaturze nie jest zbyt mądre. By mogła się położyć na lekko rozmiękłej ziemi i ograniczyć swe pole widzenia do niesamowicie rozgwieżdżonego nieba, przysłoniętego gdzieniegdzie rozległymi koronami drzew.
    – Prawda, że cudownie? – wyszeptał niewyraźnie, wpatrzony w konstelację Wielkiej Niedźwiedzicy. Gdy przekrzywił głowę w bok, by poszukać na twarzy dziewczyny wskazówek odnośnie tego, jak podoba jej się widok, nie spodziewał się tego, czego zaświadczył.
    Piękno Olgi leżącej wśród korony jasnych włosów, nienaturalnie w niego uderzyło. Jej lekko zarumienione policzki podbijały się pod wpływem naturalnego, wesołego uśmiechu. W jasnych oczach odbijał się blask gwiazd. Zdawała się pasować tu niemniej niż opadłe, różnorakie listowie, otaczające jej delikatną, dziewczęcą sylwetkę.
    Filip nie zauważył momentu, w którym uniósł się na jednym ramieniu. W głowie mu szumiało, obraz się rozmywał, a las grał melodię, którą zdawał się słyszeć tylko on. Ogarnięty przez euforię, otoczony pięknem nie z tego świata, rozbity przez wydarzenia dzisiejszego dnia, poszukał ujścia tam, gdzie nigdy nie powinien. Rozchylone usta rusałki skusiły go swym urokiem, choć, gdy pochylał się nad nimi, by w końcu nakryć swymi własnymi, nie miał w głowie oczu błyszczących od entuzjazmu, lecz te błyszczące od wściekłości i rozdrażnienia. Nie widział gęstwiny jasnych, zalotnie rozrzuconych włosów, lecz ciemne kosmyki, które zbyt długo nieprzycinane, zakręcały się w uroczy sposób. Nie widział dziewczęcego uśmiechu, lecz wygięty w kpiącym wyrazie kącik cudownych, męskich ust.
    Gdy rozchylał językiem miękkie wargi, nie wiedział już kogo całuje. Zamknął oczy i dał pochłonąć się chwili, przez ten krótki moment ciesząc się przyjemną, otępiającą pustką w głowie.

Ostatnio zmieniony przez Parrie (08-09-2020 o 16h11)


https://media.discordapp.net/attachments/738806225172693113/758775491553132584/o_welesie.png

Offline

#82 08-09-2020 o 21h42

Straż Obsydianu
AidaThorsen
Piechur Straży
AidaThorsen
...
Wiadomości: 2 167

Nina

-Touché - Nina teatralnie złożyła dłoń na piersi po słowach Ignacego, ale udawana powaga nie trwała dłużej niż kilka sekund. - Drogi Ignacy, od nieświeżych adoratorów również można czerpać ogromną naukę, choć może nie jest to wiedza z zakresu dydaktyki akademickiej. Gdybyś w tym roku zaszczycił naszą spelunę swoją obecnością, sam byś się przekonał, że można się tam dowiedzieć wielu interesujących rzeczy.
Nina parsknęła lekko na słowa Lidii, która najwyraźniej wciąż jeszcze odkuwała się po nieudanym związku. Związek. Nie było to ulubione słowo Niny. Głównie dlatego, że brzmiało jak przywiązanie a od przywiązania już bardzo bliska droga do uwiązania. To oddawanie kawałka swojej wolności, chodzenie na kompromisy, nadużywanie słowa "nie".
-Za pozbycie się pijawki! - Nina wzniosła w górę kieliszek i jednym haustem wlała jego palącą zawartość do gardła. Gorzki posmak piołunu i anyżu rozlał się po ustach. Właśnie dlatego powinno się go słodzić. - Niech wraca do swojego mętnego bajora i szuka innej  żywicielki.
Miała już odpowiedzieć na pytanie Lidii, ale najwyraźniej ktoś postanowił rozwiązać ich dylemat za nich. Płomień ogniska piął się wysoko w górę, wysyłając w aksamitnie granatowe niebo kaskady złotych iskier. Ale coś się zmieniło. Ruchy ludzi tańczących w jego blasku, dla nich widocznych tylko jako czarne sylwetki rzucające długie cienie, stały się inne, spowolniły, płynęły jak nocna mara. Wiatr zerwał się nagle i gałęzie nad ich głowami zaszumiały, przekazując sobie tylko znane słowa. Przez ułamek sekundy Nina miała wrażenie, jakby potrafiła wyłuskać z nich znajomo brzmiące wyrazy.
W ich domu była świadkiem zbyt wielu podobnych sytuacji, żeby nie wiedzieć co się święci. W swoich progach gościli samozwańczą bohemę, fanów życia w komunie, a czasami tylko tych, którzy chcieli zobaczyć "jak to jest". Jak w cholernej, magicznej agroturystyce. Halucynogenne zioła, chociaż w Polsce nielegalne, zawsze były jednym z punktów kulminacyjnych każdego takiego spotkania.
-Ktoś właśnie uszczuplił swoje zapasy - Nina wskazała ruchem brody ludzi przy ognisku. - Mamy dwie opcje. Albo wstaniemy teraz, dopóki nie jest za późno, licząc na to, że dym jeszcze nie dotarł do nas i odejdziemy, unikając konsekwencji. Albo zostaniemy i zobaczymy co się stanie - Nina przeniosła roziskrzone, zaciekawione spojrzenie z Ignacego na Lidię. - Decydujcie.
Była ciekawa. Nawet bardzo. Wzięła głęboki wdech, pozwalając, żeby zapach świerkowego dymu wdarł się do jej nozdrzy i wypełnił każdą komórkę jej ciała, chociaż był to odruch bardziej bezwarunkowy, czuła się jeszcze bezpieczna. Czuła, że jeszcze stoi na tej granicy, w której jest o jeden krok nad przepaścią, ale wciąż może z niej zawrócić.
Bywała już w tym miejscu i znała je doskonale. Było jak obietnica czułych ramion, w których można zanurzyć się na całą, nieskończoną noc a o świcie wymknąć się z nich po kryjomu. W ciszy zamknąć za sobą drzwi i już nigdy więcej ich nie otwierać i nie zaglądać do środka.
Ale znała też jego mroczne strony. W tych wędrówkach przez odmienne stany świadomości, człowiek potrafił natknąć się na samego siebie, nagiego, prawdziwego, dokładnie takiego, jakim nigdy nie odważyłby się być. I nie zawsze był to widok ładny.
Wzrok Niny prześlizgnął się po jasnych ramionach Lidii i spłynął po wijących się na jej rękach wzorach. Ptaki z tuszu rozkładały skrzydła, wzbijały się do lotu gotowe odfrunąć w ciemność nocy.
Może już jest za późno.


https://i.pinimg.com/564x/24/25/d9/2425d94b0665a40f210fb25745bb359f.jpg

Offline

#83 09-09-2020 o 09h46

Straż Obsydianu
Nietzsche
Akolita Sargousetów
Nietzsche
...
Wiadomości: 5 031

Ignacy Sz.

     Uszczuplił zapasy? Przez kilka sekund nie potrafił rozszyfrować o co właściwie chodzi Ninie, ale wszystko stało się przynajmniej częściowo jasne, gdy usłyszał za plecami rozmyte w szumie koron drzew i cichnących powoli pijackich krzykach wołanie. Głos należał jakby do jego babki, drżący pretensją i wysoką glukozą. Było to o tyle nieprawdopodobne, że kobieta nie żyła od niemal dekady, pomijając inne czynniki towarzyszące w tym jej brak umiejętności magicznych – jak miałaby go wzywać do siebie w miejscu takim jak obrzeża lasu Axis Mundi?
    Ignacy często oddawał kontrolę nad swoim ciałem i znajdował w tym przyjemność, ale ten specyficzny rodzaj utraty panowania nad percepcją wyjątkowo mu nie odpowiadał. Było mu nieco głupio przez to jak gwałtowanie obrócił się przez ramię, porównywalnie z uczuciem gdy idzie się prostą drogą nie w tym kierunku co trzeba, aż w końcu trzeba zawrócić na pięcie, niezręcznie zerkając na telefon i udając, że otrzymało się niespodziewanego SMSa. Zastanawiał się nad podobnym usprawiedliwieniem w oczekiwaniu na zaskoczone spojrzenia towarzyszek, ale ku niejakiej uldze dziewczęta wwiercały lśniące szklisto oczy w siebie nawzajem – bogowie jedni wiedzą o czym myśląc i co zamierzając. Ignacy którego nagle bardzo ściśniętą czaszkę wypełniało już po brzegi wołanie, wycie wilków które zrzucił na karb natrętnych omamów słuchowych i niepokój spowodowany rozkwitającymi mu pod powiekami z każdym mrugnięciem różnokolorowymi świetlikami podniósł się z miejsca. Wziął książkę pod pachę nieomal chwytając za półmisek, gdy przedmioty zastawiające stół na moment zbiły się w jego oczach w jedną, bezkształtną masę i odszedł szybko z zamiarem dojścia do siebie w zaciszu sypialni.
    I tak przekroczył tego wieczoru swoje możliwości w zakresie kontaktów, używek, nieswoich uśmiechów i spożytych węglowodanów. Sam nie zarejestrował jakimi słowami pożegnał się z Niną i Lidią, było to coś w rodzaju „dzięki, ja już wrócę do siebie”, ale nuty własnego głosu wydały mu się tak obce, że chyba nie dał rady dokończyć zdania, które stworzył w głowie.
    Szedł szybko i zaskakująco pewnie jak na swoje możliwości, na tyle pewnie, że okuty róg dzierżonej książki odbił się tego wieczoru siniakiem na wielu żebrach i łokciach mijanych przez Ignacego osób. W drodze do upragnionego zacisza miał spotkać jednak jeszcze jedną ludzką przeszkodę – Aleksy Strojek. Wyciągnięta komórka w dłoniach szeroko uśmiechniętego blondyna dzierżona bladą, silną dłonią, która swojego czasu spoczęła na udzie Ignacego do wtóru pytania o to, czy jest zmęczony po całonocnym bieganiu po jego myślach.
Nawet mimo działania środków psychoaktywnych i ogólnego zmęczenia Ignacy na samo wspomnienie wydarzenia wzdrygał się w swoim środku i na zewnątrz – do dziś nie wiedział, czy Aleksy się z niego nabijał, czy naprawdę sądził, że będzie to dobra zachęta do dalszego poznawania. W obu wypadkach skreślało go to w oczach Ignacego, choć pozostawiało też pewien posmak ciekawości, który wzmagał się z każdym krokiem zmniejszającym dystans między nimi.
    Chwilę potrwało zanim rozbawiony chłopak go zauważył, czy to z powodu zdezorientowanego tłumu, który zaczął kotłować się dookoła jak ławica sardynek, czy niewielkiej postury Ignacego, czy skupienia Aleksego na uwiecznianiu chaosu, który zrodził. Zanim odwrócił się odrywając iskrzące oczy od ekranu, Ignacy mógł dokładnie obejrzeć jego prosty nos i krągłe usta cherubinka uwydatnione przez tło blasku ognia. Aleksy zdążył uśmiechnąć się jeszcze szerzej orientując się, że stopy niosą Ignacego właśnie w jego kierunku, zanim uśmiech nie przerodził się w zabawny grymas, gdy został przełamany przez zaskoczenie – błyszczące drobinami cudzego błyszczyka wargi uformowały półotwarte O. Najpierw podmuch zaklęcia spróbował wyrwać mu telefon z dłoni – nieskoordynowane i niepełne rozwiało z impetem włosy opadające mu na czoło. Ignacy zaklął głośno, ale potencjalni świadkowie niecodziennego przejawu pewności siebie byli zbyt zajęci przepędzaniem z głów kolorowych wizji, aby docenić kreatywność i obrazowość wiązanki.
Chłopak pomógł sobie dłonią – jej kościsty wierzch podbił spód dłoni Aleksego w efekcie czego telefon upadł w kępę trawy ekranem do dołu, od tej chwili nagrywając niebo, które samo w sobie było spektaklem efektownym równie mocno co studenckie rozpasanie. Ignacy starał się nie zerkać w jego kierunku, bo dym z ognisk stał się przerażająco mocno namacalny, wijący jak cielska szarych węży upstrzone gwiezdnymi oczami. Wiedział, że węże nie istnieją, ale profilaktycznie wolał nie sprawiać wrażenia, jakby myślał że istniały. Mógł jedynie dziękować swojemu panicznemu lękowi przed wyjściem na idiotę, który zwykle trzymał go we względnej trzeźwości jak psychicznie bolesne wędzidło, nawet on jednak uginał się, gdy na gładkie lico Aleksego powoli powracał nieco zmieszany uśmiech.
    Kolejne zaklęcie było o wiele celniejsze, precyzyjne jak skalpel i niespodziewane właściwie przez obie strony. Ignacy mimo swojego liberalnego podejścia do dzielenia się informacjami o swoich pobocznych działalnościach był raczej dość skryty w momencie, gdy tematem stawała się magia krwi – używana przez wykwalifikowanych uzdrowicieli, w codziennym życiu czarodzieja traktowana raczej jako magiczne tabu, wywodząca się z mrocznych sztuk i dość ściśle z nimi przeplatająca. Całe ciało pedagogiczne z dyrektorką na czele zapewne byłoby mocno niepocieszone faktem, że w murach szkoły ta dziedzina zaklęć zarezerwowana wyłącznie do celów ratowania ludzkiego życia, aktualnie jest używana do zasilania krążenia w narządach płciowych niespodziewających się ofiar. Towarzyszyło mu jednak pewne poczucie bezpieczeństwa – nie sądził, by z taką ilością przewinień na uczniowskim koncie Aleksy okazał się donosicielem.
    - Bolało cię jak spadłeś z nieba? - Ignacy usłyszał własny, ociekający kpiną głos, który próbował przebić się do jego świadomości przez grubą, ciepłą i rozkoszną watę oszołomienia. Banalne słowa sprawiły mu dużą trudność nie tylko ze względu na nieco nadwyrężony aktualnie ośrodek mowy i tańczące wokół dymne węże, do których w ciągu ostatnich kilku sekund dołączyły roztaczające się wokół głowy Aleksego płomienne skrzydła. Wyglądał jakby zstąpił z jednej z ikon zawieszonych nad łóżkiem rodziców Ignacego i lada moment miał przemówić językami, albo przebić włócznią jakiegoś bogu ducha winnego jaszczura. Z tym dogłębnie, ale pogodnie zaskoczonym wyrazem twarzy i dłonią która bezwiednie powędrowała w kierunku zaatakowanego przez podstępne zaklęcie obszaru ciała, mógł śmiało zapozować Boticellemu i stać się częścią barokowego wystroju piekarskiej bazyliki, która ciężkim piętnem odbiła się we wspomnieniach z dzieciństwa Ignacego.
    Dystans między nimi zmniejszył się jeszcze bardziej, tak, że Ignacy musiał unieść nieco głowę, aby zajrzeć szkolnemu świętemu patronowi pranksterów w oczy. Czuł, że zaliczył kolejną stację moralnego i społecznego upadku w swojej drodze krzyżowej, ale cieszył się, że gdy będzie tego żałował za kilka dni, z pomocą i ukojeniem przyjdzie mu zrzucanie winy na stan narkotycznego upojenia.

Ostatnio zmieniony przez Nietzsche (09-09-2020 o 12h29)

Offline

#84 09-09-2020 o 13h38

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 769

Aleksy Strojek

  Nie spodziewał się, że Wieszcz zadziała na uczniów aż tak silnie, zwłaszcza że woreczek był w połowie pusty, bo wcześniej sprzedał część liści dwóm Pierwszoroczniakom. Zapewne wypity alkohol sprawił, że wszystko odczuwalne było znacznie bardziej niżeli działała w rzeczywistości roślina. Taki obrót sprawy był na rękę Aleksemu, który też powoli zaczynał odczuwać skutki upojenia, jednak nie tak, jak pozostali, gdyż stał znacznie dalej. Część studentów zaczęła najpierw rozglądać się nerwowo, jakby chcieli się upewnić czy nikt ich nie woła, a kilka chwil później spektakl chaosu rozpoczął się na dobre. Doszło nawet do kilku przepychanek, co oczywiście spotkało się z aprobatą chłopaka, o czym świadczył choćby jego szeroki uśmiech zadowolenia wymalowany na twarzy. Dawno już nie bawił się tak dobrze na imprezie inauguracyjnej, no może pomijając tą, kiedy dolał do ponczu napar z Lulka Czarnego i wszyscy wymiotowali dalej niż wzrok sięga. Nagrywał wszystko, łącznie z namiętnym pocałunkiem dwóch dziewczyn, które wyglądały tak, jakby zaraz miały pójść na całość oraz osobą Ignacego, która ewidentnie zmierzała w jego stronę. Wyszczerzył się jeszcze bardziej, nie spodziewając się zupełnie tego, co ten wątły chudzielec zamierza zrobić. Gdyby przez jego umysł przeszedł choćby cień niepewności, to nie witałby go aż tak entuzjastycznym uśmiechem, a próbował bronić się w jakikolwiek sposób. Szub zazwyczaj trzymał dystans, był wręcz niedostępny, co w jakiś sposób działało pobudzająco na Aleksego. Zawsze był ciekaw, o czym myśli ciemnowłosy lub co robi, gdy nikt nie patrzy. Lubił obserwować ludzi i kolekcjonować informację o nich, bo nigdy nie wiadomo, co los przyniesie i co mu się w życiu przyda. Dlatego nie miał z nikim żadnych negatywnych relacji, nawet jeśli w duchu za kimś nie przepadał, to starał się okazywać sympatię, by nikogo do siebie nie zrazić.
  O ile pierwsze zaklęcie nie zrobiło na Strojku wrażenia i nawet zaśmiał się cicho, gdy jego telefon wylądował gdzieś w trawie, tak wszystko co działo się później wprawiło go w osłupienie. Śmiałe posunięcie Szuba, jego bliskość i nagła śmiałość zbiły go z pantałyku. Poczuł się dziwnie osaczony, a to była jedna z tych rzeczy której nie lubił. Zazwyczaj to on rozdawał karty i kontrolował sytuację,  a teraz jakieś chuchro poczyniło sobie z jego ciałem według własnego uznania. Stał tak przed nim i wgapiał się w niego tymi swoimi wielkimi oczyma, jak w święty obrazek, będąc na tyle blisko, że słodki zapach wanilii przyjemnie łaskotał nozdrza blondyna. To, co działo się poniżej pasa było już inną historią i z pewnością nie taką dla dzieci i choć wszystkie myśli uciekały właśnie w to jedno miejsce, Aleksy usilnie starał się odzyskać panowanie nad sobą, by nie musieć jutro winić bogu ducha winnego Wieszcza, że sponiewierał Ignacego pod drzewem, choć ten bez dwóch zdań sam się o to prosił.
   Wyprężył się dumnie po chwili konsternacji i nim Szub zdążył zareagować, chwycił go pod łokcie i odwrócił tyłem do siebie, tak by mógł czuć na sobie skutki zaklęcia. Aleksy przytrzymał go mocniej, napierając na tylną część ciała chłopaka i nie zamierzał odpuszczać, póki ten nie dostanie nauczki. Nie udawał nawet, że mu się to nie podobało, bo było całkiem przyjemnie. Mógłby wciągnąć go do namiotu i zapewne chłopak nie opierałby się temu, co zamierzał zrobić, jednak miał w sobie jeszcze na tyle silnej woli, by trzymać swoje popędy w ryzach. Nie wiedział tylko, jak długo będzie w stanie to robić.
  - A ja miałem cię za grzecznego chłopaka – odezwał się szeptem, wprost do ucha Ignacego. Wargi Strojka musnęły delikatnie płatek ucha jego towarzysza, a ciepłe powietrze sprawiło, że zadrżał. Był sporo od niego niższy, więc Aleksy musiał pochylać się w jego stronę znacznie i gdyby inni uczniowie nie byli pod wpływem rośliny, to zapewne zwróciliby na nich uwagę. W obecnej sytuacji jednak obaj byli zupełnie niewidzialni, więc tym bardziej Strojek miał pełne pole do popisu i nie zamierzał tak szybko odpuszczać.
  - Powiedziałbym raczej, że wypełzłem z najgłębszych czeluści piekła, ale jeśli wolisz, to mogę dla ciebie udawać nawet anioła – dodał z uśmiechem, którego stojący tyłem Ignacy i tak nie widział. Jedną rękę obwinął w talii chłopaka niczym wąż, jeszcze bardziej przyciskając go do siebie i zrobił dwa kroki w tył, by zmienić ich położenie i aż tak nie rzucać się w oczy. Studenci byli pod wpływem, ale wydawało mu się że z lasu dobiegło wycie wilków, co zwiastowało rychły koniec imprezy, choć być może i na niego zaczynał działać Wieszcz i wilki wyły tylko w jego głowie. Dla pewności wolał zejść z oczu nauczycielom, którzy mogli pojawić się w każdej chwili na Polanie i zastać go w dwuznacznej sytuacji, zwłaszcza że długo już udaje mu się mydlić im oczy.
   Nie miał opracowanego konkretnego planu działania, dlatego też nie spieszył się, gdy wolną ręką zaczął bezczelnie badać ciało chłopaka, odkrywając że i jemu taka bliskość najwyraźniej się podoba. Miał ochotę przybić piątkę ze wszechświatem, bo spodziewał się raczej że wróci do swojego pokoju znudzony i nic ciekawego nie wydarzy się już tego wieczoru. Ignacy Szub mile połechtał jego ego, zwłaszcza gdy czuł jak na niego działał.
  - Oberwałeś rykoszetem? - zapytał chrapliwie, ściskając lekko wyraźnie wypukłe miejsce nieco poniżej pasa ciemnowłosego. Aleksy nie były ordynarny, wszystko robił delikatnie i z wyczuciem, nie chcąc spłoszyć swojej ofiary zbyt szybko.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#85 10-09-2020 o 14h49

Straż Obsydianu
Asame
Pokonała Dahu
Asame
...
Wiadomości: 2 797

______________________https://i.imgur.com/2Eik7Ou.png
        Filip w jednym momencie przybrał poważną postawę, wyprostował się na tyle na ile pozwalał mu umysł zamroczony alkoholem i z kamienną twarzą odrzekł, że musi coś jeszcze zrobić. Olga nie protestowała, a była wręcz zaciekawiona zbliżającą się historią, którą Filip tak nagle, o piątej nad ranem musi wykonać. W blednącym świetle księżyca chłopak wydawał się jeszcze bardziej przystojny, szeroki uśmiech, włosy, które niezdarnie plątały się na jego głowie tylko dodawały mu buntowniczego charakteru. Ludzi na Polanie już właściwie nie było, byli jednymi z ostatnich osób na terenie imprezy, zdani tylko na siebie, a teraz idący w głąb ciemnego lasu, który rozchylonymi gałęziami zapraszał do siebie wędrowców. Olga znowu miała dziewięć lat. Znowu szła pozbierać zioła dla babki, ale tym razem nie sama, zagubiona i niepewna. Miała kompana, który na pewno jej pomoże. Nie zawiedzie babki, nie tym razem.
        Te tereny lasu znała bardzo dobrze. Wieczna wilgoć, która panowała w tej sekcji gęstwin była idealna dla wielu roślin, dlatego to właśnie tutaj udawała się zbierać potrzebne składniki na zaliczenie przedmiotów i do pracy własnej. To w tych miejscach spędzała większość czasu w poprzednim semestrze, to tutaj spotkała przemiłego chłopaka z okularami na nosie. Olga szybko potrząsnęła głową, próbując wybudzić się z tych wspomnień. Teraz szła z Filipem, który był kompletnie innym facetem, nie chciał wykorzystać i czuła się przy nim bezpiecznie, nawet jeśli nie znali się aż tak dobrze. Biegli przez ciemny las potykając się o własne nogi i coraz głośniej śmiejąc się ze swojej żałosnej niezdarności. Luźna sukienka Olgi już dawno wyglądała tragicznie, a kolejne dodatki w postaci wilgotnej ziemi i trawy tylko potęgowały wrażenie beznadziejności, teraz już tylko kawałków materiału na jej ciele.
       W jednym momencie Filip zatrzymał się nagle na polanie w środku lasu, która jakimś cudem uniknęła zalesienia. Chłopak puścił rękę dziewczyny i odwrócił się do niej, cały zziajany, spocony, ale z cudownie szerokim uśmiechem na ustach.
       - Jest naprawdę cudownie, nie wiedziałam, że jesteś aż takim fanem lasu. – odpowiedziała nieco zaskoczona. Rzadko spotykała kogoś, kto tak głęboko zapuszczał się w leśne tereny. Nie dość, że Filip wyglądał na bardzo rozluźnionego, to sprawiał wrażenie, jakby właśnie wszedł do domu, do swojego azylu w którym znajdzie schronienie przed otaczającym go światem. W jednej chwili wyszedł kilka kroków przed nią, rozpostarł ramiona i spojrzał w gwieździste niebo. Kiedy cały teren wokół nich zaczął drżeć pod wpływem donośnego wycia, a korony drzew zdawały się kołysać pod wpływem kolejnych fal donośnych dźwięków, Olga otwartymi dłońmi zakryła uszy, a z wrażenia opadła na gęsty mech znajdujący się pod nią. Kiedy w końcu z jego gardła przestały wydobywać się wilcze dźwięki, Olga stanęła na chwiejnych nogach i usłyszała kolejne wycia wilków, tym razem o wiele bardziej oddalone. Swoim głosem zdawały się pozdrawiać Filipa, który właśnie teraz stał dumnie na polanie z wciąż otwartymi ramionami. Jego głowę oplatał kwiecisty wianek, z którym w aktualnym stanie wyglądał jak mistyczny władca lasu.  Znała te dźwięki. To właśnie one co roku kończyły imprezy na Polanie, oznaczając tym samym, że zwierzęta domagają się spokoju. Czyżby to Filip był za nie odpowiedzialny?
       Wpatrzona jak w obrazek, podziwiała piękno lasu i majestatyczność chłopaka, który w jej oczach stał się jeszcze bardziej ciekawy i atrakcyjny niż jeszcze przed kilkoma minutami. Podszedł do niej, widocznie nabuzowany pozytywnymi emocjami przyciągnął ją do siebie. Leżeli razem na gęstym mchu i wpatrywali się w korony drzew.
       - Naprawdę cudownie, dziękuje, że mi to pokazałeś, na pewno jest to dla Ciebie coś osobistego – odpowiedziała nieco nieśmiało, wpatrując się w oczy chłopaka. W jednym momencie Filip wydawał się najprzystojniejszym facetem na świecie, pełnym uroku i niewymuszonego luzu. Kiedy jego twarz zaczęła niebezpiecznie zbliżać się do niej, dostrzegła w jego oczach błysk i coś niewypowiedzianego. Może gdyby była bardziej trzeźwa i jej umysły byłby bardziej klarowny to jakoś by zareagowała, ale nie tym razem. Kiedy ich usta połączyły się w romantycznym pocałunku jej ciało ogarnęła fala ciepła, która od razu zignorowała wszechogarniający chłód, która szalał, wokół ich wątłych na tle ogromnego lasu, ciał.  Przechyliła się bardziej i oplotła zimnym dłońmi twarz Filipa, który nie przerywał ciągłych pocałunków. Jego zapach był odurzający, przypominał jej coś delikatnego, ale jednocześnie niezwykle męskiego, a w połączeniu z zapachem lasu tworzył idealną kompozycję. Pijany umysł obojga przedłużył moment pocałunku do maksimum, a kiedy w końcu  oderwali swoje usta od siebie, a Olga spojrzała w oczy Filipa - ujrzała pustkę. Gdyby była trzeźwa prawdopodobnie byłoby jej niezmiernie głupio i nie wydukałaby z siebie nawet jednego słowa, ale jej pewność siebie widocznie wzrosła na wskutek kieliszków alkoholu wlanych do swojego organizmu. Znów położyła się obok bruneta i wsunęła zimne dłonie pod musztardowy sweter Filipa.
       - Będziemy żałować za kilka godzin, dobrze? – wyszeptała prosto do ucha chłopaka i nie czekając na odpowiedź wtuliła się w jego ciało.


https://i.imgur.com/IRv3670.jpg https://i.imgur.com/oaXDxSK.jpg

Offline

#86 10-09-2020 o 22h54

Straż Obsydianu
Raspberry
Akolita Sylfy
Raspberry
...
Wiadomości: 1 125

Mietek
    Prycha śmiechem słysząc historię o koledze od płynu do wycieraczek. Normalnie, jako szanujący się student uzdrowidzielstwa, stwierdziłby że jest to niebezpieczne i można się w najlepszym wypadku nabawić problemów żołądkowych. W tym momencie jednak zastanawia się jak smakuje taki płyn i jak mocnego kopa daje. Ma ochotę spróbować i nawet próbuje sobie przypomnieć lokalizację najbliższej stacji benzynowej, żeby taki zdobyć. Konkluzja z tego była jedna. Mietek zdecydowanie nie powinien dostawać więcej alkoholu, bo zdecydowanie zbyt często zaczyna miewać głupie pomysły. Przejmuje butelkę od przyjaciela i upija z niej dość duży łyk, żałując że nie jest to środek do czyszczenia szyb. Całe szczęście dobrze kopie.
    Uspokaja się z wariackim machaniem gdy Mira ich zauważa. Kątem oka widzi jak kilkoro typków przed nimi obdarza go pobłażliwym spojrzeniem. I pomyśleć, że to on przed chwilą o nich żartował z Jankiem. Jednak niezbyt się tym przejmuje. Dumnie poprawia czarną ortalionową kurtkę, której neonowe, fioletowe i niebieskie ornamenty kontrastują z jego rudymi włosami. Zasuwa zamek szeleszczącej wiatrówki, bo mimo wypitego alkoholu było mu trochę chłodno. W końcu to był ten słynny sezon Jesieniar.
    — No co ty Mirka? — oburza się, podnosząc nieco głos, a przez jego stan wychodzi on nieco piskliwie, zupełnie jakby nawdychał się helu. — Jesteśmy o wiele lepszym towarzystwem niż oni wszyscy razem wzięci. Można nawet powiedzieć, że z nas taka elita. — Dumnie kiwa głową, zgadzając się ze samym sobą. Wzrokiem szuka potwierdzenia swoich słów u Jonathana, który podaje mu puszkę z farbą. Chłopak obraca przedmiot w rękach zbliżając się do ściany przed nimi i wbijając w nią swój wzrok. Marszczy nos widząc kilka wypisanych na niej określeń na męski narząd rozrodczy, chociaż sam czuje się kuszony, żeby dopisać swoje. Jednak dobrze zdaje sobie sprawę, że za takie coś drugi chłopak by go udusił.
    Słuchając dziewczyny w myślach stwierdza, że w tym momencie jest strasznie urocza. Znowu przenosi swój wzrok na nią i uśmiecha się.
    — Hardbass jest idealny do tańczenia na stole, Dżony coś o tym wie. — Szturcha kolegę. Do tej pory tańczenie na stole było dla nich obowiązkowym punktem każdej imprezy, jednak zwykle kończyło się to sklejaniem go na taśmie. Meble może i były wytrzymałe, ale dwór dorosłych facetów skaczących jak wariaci po blacie załamałoby nawet najlepszy mebel. Całe szczęście Janczak zawsze miał przy sobie srebrny wynalazek bogów.
    — Wakacje, nudno. Łaziłem po górach, trochę siedziałem nad zalewem. — Wzrusza ramionami. W końcu wakacje na jakimś wypizdowie w bieszczadach po którymś razie znudziłyby się każdemu. Nawet jeśli okolica była piękna. — Z bardziej ekscytujących rzeczy mamy pięć nowych owiec i kilka kur. Ich zdrowie! —  Unosi butelkę alkoholu do góry, jakby wznosił za te zwierzęta toast, po czym upija łyka i podaje ją dziewczynie zachęcając, żeby ona też wypiła zdrowie zwierząt.
    — Niecnego? —  Unosi brwi ze zdziwieniem, chociaż w sumie jego też korciło żeby jakoś inaczej wykorzystać energię, mimo że lubił tworzyć sztukę z przyjacielem, a może bardziej patrzeć z boku jak on to robi i trochę go irytować swoimi głupimi pomysłami.
    Rudzielec rozgląda się. Na chwilę jego wzrok zatrzymuje się na zachmurzonym niebie, przez chwilę czuje on dziwny niepokój. Zupełnie jakby o czymś nie pamiętam, jednak nie potrafi sobie przypomnieć. Światło księżyca bez skutku próbuje się przebić przez gęste chmury i nie jest na tyle silne, żeby zaalarmować Zawiszę. Potrząsa głową i kontynuuje swój “zwiad”. Teraz jego oczy zawszymują się na pomniku nieopodal, a w głowie pojawia się pomysł na coś niecnego dla Mirki. Uśmiecha się zawadiacko i pochyla żeby objąć drugiego rudzielca ramieniem.
    — Wiesz co, jakoś nie przepadałem za Mickiewiczem. — głową wskazuje na pomnik i wyciąga w stronę dziewczyny rękę z puszką farby.
    —  W końcu kto powiedział, że grafitti musimy robić na ścianie.


┈┈⋆ A N D  W H E N  I  F E L T  L I K E  I  W A S  O L D  C A R D I G A N  U N D E R  S O M E O N E ' S  B E D  Y O U  P U T  M E  O N  A N D  S A I D  I  W A S  Y O U R  F A V O U R I T E⋆┈┈
https://i.imgur.com/IgRToUX.gif https://i.imgur.com/Gw035Xl.gif https://i.imgur.com/96SrFVH.gif

Offline

#87 11-09-2020 o 00h44

Straż Obsydianu
Nietzsche
Akolita Sargousetów
Nietzsche
...
Wiadomości: 5 031

Ignacy Sz.

    Z ciekawością poddawał się dotykowi Aleksego, dając mu pełne poczucie panowania nad sytuacją. Podążał za przejmująco ciepłymi mimo chłodu wieczora dłońmi, które zmieniały jego pozycję niby zdecydowanie, ale z drżącą nutą delikatności, jakby z obawy przed reakcją zwrotną. Nie było to do końca tym, o czym fantazjował umilając sobie wieczory po ciężkim dniu i których to fantazji bohaterami stawali się jego realni, lub wyimaginowani kochankowie, prześcigający Aleksego latami życia i latami specyficznego rodzaju doświadczenia. Większość z nich charakteryzowała się też jednak w mniejszym lub większym stopniu dozą sadystycznego egoizmu, przez co Ignacy takie spotkania rzadko kończył usatysfakcjonowany, choć z własnej woli zwykle wyłącznie do takich dążył. Była to w jego niewielkiej osobie jedna z największych z sprzeczności.
    Dzięki swojej wrodzonej lordozie kręgosłupa lędźwiowego i staraniom Aleksego o to, aby jak najdobitniej zaakcentować skutki drobnego zaklęcia, dopasował idealnie wypukłość swoich pośladków do napierającego na nie ciała, czując jednocześnie jak zaciskające mu się dookoła tułowia ramię niebezpiecznie podnosi zawartość żołądka w kierunku dogłowowym. Nie chcąc psuć chwili zamknął oczy by zniwelować nieco dezorientujący czynnik zacierającego się w kątach pola widzenia obrazu i przełknął wzbierającą w przełyku kwaśną treść przełamaną absyntową nutą. Miał nadzieję, że Aleksy skupiony na wędrowaniu dłonią wzdłuż wzgórz i dolin jego żeber nie zauważył tych ułamków sekund niedyspozycji, a szczęśliwie i uchwyt jego ramienia, dotychczas mocny jak żelazo zelżał, gdy palce zacisnęły się w miejscu do którego zmierzały od ostatnich kilkunastu sekund.
    - Domyślam się, że wolałbyś usłyszeć, że to co tam aktualnie miętosisz, to wyłącznie twoja zasługa - odrzekł z nadal zaciśniętymi powiekami w obronie przed gwałtownym wirowaniem świata dookoła. Właściwie czuł się aktualnie jakby nie miał kontaktu z podłożem, do tego stopnia, że przez chwilę głupio się zastanawiał, czy to jego towarzysz nie zdołał go faktycznie unieść na tak długo. – więc tak też odpowiem. W przeciwnym razie nie tylko nie sprawiłbym ci przyjemności, ale musiałbym przyznać, że jestem podatny na własną magię. A nie jestem.
        Poruszał płynnie biodrami, na tyle subtelnie by Aleksy sam wypychał swoje mocniej do przodu z mimowolnej niecierpliwości, a gdy pochylił się nad nim, zapewne by wyszeptać więcej buńczucznych deklaracji o swoim piekielnym pochodzeniu, Ignacy ugryzł go mocno w kąt żuchwy. Podźwięk zaskoczenia w westchnieniu które wyrwało się blondynowi sprawił, że miła rewolucja ciepłem rozlała się w jamie miednicy.
    - Możesz udać dla mnie dzisiaj, że jesteś sobą. Nie wiem, czy nie zaszkodziłoby to twojemu wizerunkowi, ale przyznam, że jesteś o wiele bardziej interesujący gdy nie biegasz z telefonem i głupim uśmiechem przylepionym do twarzy. - kontynuował ze zwykłą sobie teatralną nutą tragizmu w głosie, wygiętą do tyłu dłonią oddając Aleksemu pieszczotę. - Chyba, że narkotyzowanie ludzi dla zabawy to faktycznie przejaw twojego bogatego charakteru. W takim razie, żeby wytłumaczyć mi urok tego typu żartów, musisz mi pokazać jak je profesjonalnie wykonywać. - po ostatnich słowach wypowiedzianych w ciepłą skórę szyi Aleksego ugryzł go raz jeszcze, tym razem mocniej, całym sobą czekając na reakcję jego ciała, czując między zębami drgający mięsień napinający się pod wpływem niespodziewanego bólu. - Jutro i tak będziemy się ignorować tak jak przez wszystkie poprzednie lata, więc może to jedyna okazja do tego, żebym zrobił coś p*************.
    Pojedyncze wilcze głosy nadal rozlegały się gdzieś w tle, ponaglały do powrotu do rozsądku, nieprzyjemną szpilką wewnętrznego niepokoju trzymały Ignacego w kontakcie z rzeczywistością, jak nerwowe ruchy Brygidy zwiniętej w kieszeni jego kamizelki. Poddenerwowana nieopatrznym ściśnięciem jej drobnego ciałka szczurzyca wychynęła na zewnątrz, a Ignacy przesunął dłoń obejmującego go chłopaka spoza zasięgu jej imponujących mimo podeszłego wieku zębów – to ugryzienie byłoby raczej pozbawione walorów erotycznych.
Był ciekawy decyzji Aleksego, choć niemalże pewny odmowy. Pytając go o współtowarzyszenie w poddawaniu ludziom środków psychoaktywnych poczuł się tak, jakby zapytał ulicznego magika o sekret jego sztuczki – tak nietaktowne wtargnięcie w tajemnice zawodu miało prawo spotkać się z każdym rodzajem negatywnej reakcji.

Offline

#88 11-09-2020 o 15h50

Straż Absyntu
Sadystyczny
Straż na szkoleniu
Sadystyczny
...
Wiadomości: 178

https://i.ibb.co/Ld3mWQv/Bez-nazwy.png
          Kiedy Mira otwiera usta to trochę tak jakby gdzieś upadała tama: zdania płyną jak wściekła rzeka, równie rwąca co bezlitosna, a jej wody pochłaniają ich obu ─ jego i Zawiszę ─  ściągając w bezdenną toń słowotoku. Potem rżną o zeskorupiały grunt cudzych uszu, nie potrafią się zatrzymać, często nie mając też przy tym zbyt wiele sensu ─  zwłaszcza te pędzone przez nurt wypitej wódki. Dziewczyna unosi nieco głos, potem zwalnia, później przyśpiesza, cichnie albo się waha, a własny szczebiot zdaje się upajać ją pogodą ducha, od której jej ciemne oczy lśnią jakoby oblepione szafranem latarnie. Mira i Mieczysław nie przypominają Jonatanowi ludzi, których zna ─ albo raczej tych, których znał kiedyś i, którzy przez lata wecowali rysy jego natury. Ludzi, którzy nie mieli domu ponieważ go nie chcieli, szczęście odkrywali w kolorowych drażetkach ułożonych na wierzchach dłoni i z namaszczeniem odrzucali wszystko to co świat miał im do zaoferowania.
          ─ Podejrzewam, że do wszystkiego da się tańczyć  ─ kiwa nieznacznie głową i podnosi się z klęczek. ─ Czasem wystarczy do tego połówka toruńskiej i bluza w trzy paski. Chcesz? ─ pyta wręczając jej jedną z puszek.
          Jonathan nie jest pewien czy graffiti, w które opływają korytarze gdańskiego metra mają cokolwiek wspólnego z zaspiańskimi muralami i czy w ogóle można określać je mianem jakiejkolwiek sztuki, ale lubi myśleć, że rzeczywiście tak jest. Blaszanki z akrylową farbą obijają się o siebie w jego plecaku jak za czasów gdy on, i paru jemu podobnych,  późnymi nocami przemierzali podziemne przejścia na Okopowej dekorując surowe ściany komiksowymi malowidłami. Nie miały one zbyt wiele wspólnego z artyzmem  ─ dziś sam, lecz bez cienia skruchy czy żalu, ochrzciłby to raczej aktami wandalizmu. Oraz czymś co takim jak oni, bojącym się snopów światła tryskających z ulicznych jarzeniówek, pozwalało szprycować się adrenaliną aż do świtu, do momentu aż ulice znów zalewał blask wschodzącego słońca.
          ─ Nic nie wiem o tańczeniu na stole. ─ odpiera ze spokojem na słowa Zawiszy, wciąż nie odrywając wzroku od gałęzi drzew, które ryglują obraz nocnego firmamentu. ─ To zdecydowanie moja najmniej lubiana czynność.
          Kilka kroków kroków dalej, na skraju Jaźwińskiego lasu, ziemię ścieli rumowisko, które kiedyś mogło być zarówno izbą jak i leśnym cmentarzyskiem. Gdzieś pomiędzy tymi gruzami stoi obłupany pomnik, statua w kolorze spiżu o wyłamanych rękach i przeżartych czasem rysach ─ betonowa płyta, na której stoi jest zwalista i zzieleniała od mchu, ale miejscami wciąż nieomal gładka. To właśnie u jej stóp Jonatan kładzie plecak, w którym głucho przewalają się puszki z farbą. Gdyby świat ofiarował mu chociaż resztkę ściany nośnej, na której mógłby wymalować rozwarty pysk owczarka, w hołdzie SBE, czułby się szczerze wzruszony ─ niemniej los rzuca mu do stóp zimnego, wyciosanego w kamieniu trupa i tym również postanawia się nacieszyć.
          Oparty o posąg, z ramionami zaplecionymi na piersi, obserwuje jak Zawisza wznosi toast za zwierzęta hodowlane. Jonatan jest nieomal pewien, że są dużo lepsze rzeczy, za które można pić, ale nie zamierza kłócić się z cudzymi przekonaniami. Butelka wędruje z rąk do rąk, a księżyc spoziera spomiędzy mgławicy chmur i liści, zmieniając w płynne srebrno trawę, w której tonie leśne poszycie.
          ─  On ma nawet rację. ─  zauważa i, z farbą w dłoni, podchodzi do pozostałej dwójki. Wbija spojrzenie w Mirę, unosząc prawy kącik ust.  ─ Nikt nie powiedział, że trzeba demolować ściany i pomniki.
          Potrząsa delikatnie puszką, a potem prostuje rękę w łokciu ─ dysza wydaje z siebie głośne, agresywne syknięcie i wytryskuje czarną, mazistą mgłę prosto na Zawiszę, pokrywając go od pasa po brodę. Substancja jest gęsta, ale wciąż cieknąca, a kolor ciężki do odgadnięcia w nieprzeniknionych ciemnościach lasu. Kojarzy się Jonatanowi z powoli krzepnącą krwią.
          ─ Działa.
          Chłopak odwraca się w kierunku rzeźby i pochyla nad kamienną płytą, żeby naznaczyć pomnik pierwszymi smugami akrylowej farby, ale łoskot rozbijanego szkła zmraża go od palców, aż po kręgosłup. W jednej chwili chłód robi się dziwnie przenikliwy, chwyta go za kark nawet pod połami ciemnej bluzy i trzyma tak mocno jak nigdy, wspina się wzdłuż lędźwi i barków, żeby dopaść dłonie. Jonatan spogląda przez ramię i dopada wzrokiem Mirę oraz to co zostało z Mieczysława ─  przygarbioną, wygiętą sylwetkę, zadurzoną w blasku księżycowej poświaty. Październikowy wiatr niesie ku nim niespokojną symfonię, sonatę skomponowaną przez wilki zawodzące w głębi starego lasu.
          Ten psi lament wystarczy, żeby Jonatan zrozumiał czego są świadkami. Trzask kości i kwilenie, nie są jedynymi dźwiękami, które rozpruwają dotychczas wiszącą nad nimi ciszę. Jonathan daje susa w bok, okrąża Zawiszę, ani na chwilę nie odrywając wzroku od jego powoli przepoczwarzającej się postaci. Chwyta Mirę za łokieć i, nie siląc się na łagodność, odciąga ją daleko w tył, daleko poza zasięg chłopaka. Czegoś co jeszcze niedawno było chłopakiem. Nagle przed oczami staje mu wiele obrazów z przeszłości: wersety na pożółkłych, papierowych stronach oraz rycinowe ilustracje likantropów rysowane pośród stronic rozpadających się ksiąg.
          Wilkołak zatacza się naprzód: wyprostowany, stojący na dwóch tylnych nogach jest nieomal tak wielki jak sponiewierany pomnik. Ten widok wstrzymuje im oddech w gardłach. Zwierzę wydaje z siebie boleściwy ryk, a potem rzuca się w kierunku lasu, tratuje zarośla i drzewa, skowycząc przy tym przeraźliwie. Ginie pośród leśnej toni, zostawiając za sobą dwójkę bladych jak marmurowe posągi ludzi i spływającą z astenicznych sosen poświatę księżyca.

Ostatnio zmieniony przez Sadystyczny (11-09-2020 o 16h03)


▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉      A   S         I   F         Y   O   U         W   E   R   E           O   N          F   I   R   E          F   R   O   M           W  I  T  H  I  N       ▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉
https://i.ibb.co/nL3hXfG/SDSD2.gif  https://i.ibb.co/pXpSRzF/SDSD.gif
▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉      T  H  E        M  O  O  N       L  I  V  E  S      I  N        T  H  E       L  I  N  I  N  G       O  F        Y  O  U  R       S  K  I  N       ▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉▉

Offline

#89 11-09-2020 o 23h27

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 769

Aleksy Strojek

Wiatr przeleciał ponad granią, wprawiając w ruch korony wysokich drzew, które kołysały się niespiesznie. Szum rozchodził się po całej okolicy, ale prawie nikt nie zwracał na niego uwagi, będąc zbyt zajętym własnymi sprawami. Gdyby tylko choć jedna osoba uniosła głowę i spojrzała w górę, mogłaby być świadkiem przejmującego spektaklu, który grała natura. Liście w różnych kolorach unosiły się w powietrzu tworząc przeróżne wzory na tle czarnego, jak smoła, nieboskłonu. Blask księżyca, ogniska i lampionów odbijał się w nich sprawiając, że wyglądały jak zahipnotyzowane świetliki poruszające się w rytm wygrywanej melodii. Atmosfera nie mogła być bardziej sprzyjająca wszelakim uniesieniom, ale mało kto zdawał sobie z tego sprawę. Gdy tylko wiatr ustanie, a liście opadną na ziemię, wszystko na powrót stanie się zwykłe, zupełnie pozbawione głębszego znaczenia. Niebo stanie się znowu po prostu niebem, na którym wisi księżyc otoczony jasną łuną. Ot co, nic nadzwyczajnego. Ludzie dawno już przestali zwracać uwagę na piękno otaczającego ich świata i wbijali wzrok w ekrany telefonów lub monitory komputerów, nie zdając sobie nawet sprawy, co tracą. Oceniali rzeczy ze względu na ich wartość, a nie ich znaczenie. Wszyscy chcieli żyć na wierzchołku wielkiej góry, ale zapomnieli, że prawdziwe szczęście kryje się w samym sposobie jej zdobywania. Józef Strojek mawiał, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego człowieka z góry tylko wtedy, kiedy chce mu pomóc wstać i Aleksy właśnie tą mądrość zapamiętał najbardziej ze wszystkich lekcji dziadka. Nigdy się nie wywyższał, choć lubił skupiać na sobie wzrok i być w centrum uwagi. Zawsze starał się służyć pomocą i nigdy jej też nie odmawiał, bo nie wiedział, kiedy sam będzie w potrzebie. Lubił być przygotowany na każdą ewentualność, dlatego obserwował innych, co ułatwiało zdobywanie informacji. Uczniowie, nauczyciele, a nawet pomoc kuchenna – każdy miał dla niego jakieś znaczenie i od każdego był w stanie dostać to, czego chciał. Tylko jedna osoba była poza jego zasięgiem.
   Ugryzienie Ignacego i znaczenie jego słów wyrwały chłopaka z letargu, w którym tkwił od dłuższej chwili, a przynajmniej od momentu, w którym Szub w magiczny sposób postawił go do pionu. Blondyn zmarszczył lekko brwi, przetwarzając w myślach wszystko, co powiedział jego towarzysz, a entuzjazm (i nie tylko on) opadał z sekundy na sekundę. Strojek odsunął się lekko i widać już było po jego minie, że zabawa dobiegła końca, a poziom jego rozczarowania sięgnął zenitu. Czuł się bardzo dziwnie i niekomfortowo, jakby obudził się z głębokiego snu w zupełnie obcym miejscu. Właściwie to był wściekły, ale bardziej na siebie niż na Ignacego, który najwyraźniej chciał go po prostu wykorzystać. Nie mógł uwierzyć, że faktycznie mogłoby do czegoś dojść, gdyby tylko ciemnowłosy nie zaczął kłapać dziobem.
  - Zrobiłeś to tylko po to, żeby skłonić mnie do spółki? - warknął, poprawiając nerwowo mankiety idealnie wyprasowanej koszuli. Nie patrzył na niego, uczucie wstydu było zbyt silne. Dał się podejść, jak głupiutka nastolatka i sam był sobie winien, bo gdyby nie Wieszcz, to Ignacy zapewne nigdy nie odważyłby się na coś takiego. Wypadałoby go chyba za to przeprosić, bądź co bądź, to on był sprawcą całego tego zamieszania. Stał się ofiarą swojego własnego żartu, co było dość bolesną nauczką, która niczym żmija zygzakowata, kąsała jego wybujałe ego. Teraz leżało ono gdzieś w kącie i cichutko płakało, przypominając mu o tym, że tak naprawdę jest beznadziejnym, marnym śmieciem, którego można traktować jak chwilową zachciankę. Kogo właściwie chciał oszukać? Był i będzie dziwakiem z lasu, z którego wyśmiewały się dzieciaki, kiedy tylko pojawił się w zasięgu ich wzroku. Dawno już nie było w nim aż tyle żalu, co w tym właśnie momencie. Ignacemu udało się skutecznie roztrzaskać budowane latami poczucie własnej wartości i to za sprawą zaledwie kilku słów.
  - Mógłbyś mnie ignorować po tym, co by się stało? Albo wiesz co, nie odpowiadaj. Dość już powiedziałeś. - wymamrotał, wzrokiem błądząc gdzieś po trawie w poszukiwaniu telefonu, który wcześniej Szub wytrącił mu z ręki. W końcu spojrzał na chłopaka i choć bardzo chciał, nie potrafił już widzieć w nim tej osoby, którą widział wcześniej. Cała magia prysnęła, opadła (he he) jak te liście gdzieś na Polanie, które wiatr jeszcze nie tak dawno temu wzbijał do lotu. Nie chciał już odkrywać jego tajemnic, nie chciał wiedzieć o czym myśli i co robi, gdy nikt nie patrzy. Jedyne o czym marzył, to by zapaść się pod ziemie i nigdy już nie wychodzić na powierzchnie. Podniósł telefon i wytarł, mokry od rosy ekran, odkrywając na nim kilka zadrapań więcej. Wcisnął go zaraz do kieszeni i pozostawiając w niej rękę, odwrócił się na pięcie, by jak najszybciej uciec z tego miejsca hańby. Czuł się jak d***** po raz pierwszy w życiu i nie było to nic przyjemnego.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#90 12-09-2020 o 01h57

Straż Obsydianu
Nietzsche
Akolita Sargousetów
Nietzsche
...
Wiadomości: 5 031

Ignacy Sz.


    Ignacy zmrużył oczy, a kąciki jego warg uniosły się do góry w cierpkim uśmiechu. Odwrócił się przodem do Aleksego i słuchając jego gorzkich słów myślał jakież to ironiczne, że osoba, której „żarty” regularnie stawały się przyczyną cudzego wstydu, dyskomfortu, wspomnień, które chciałoby się wymazać z pamięci, ostatecznie okazuje się tak dogłębnie pokrzywdzona wykreowaną przez samego siebie sytuacją.
    - Oh, to nie tyle kwestia moich zamiarów, co twojej interpretacji. Ale na pewno nie mam zamiaru żadnej ci narzucać. Tym bardziej, że dobrze wiem, jakim świetnym usprawiedliwieniem dla wszystkiego jest poczucie krzywdy. - obserwował jak Aleksy szybko poprawia eleganckie niewspółmiernie do rodzaju imprezy ubranie i gorączkowo szuka w trawie telefonu. Widział pobłyskującą obudowę z daleka i miał ochotę kopnąć ją dalej, choć wiedział, że byłoby to wyjątkowo godne pożałowania zachowanie. - I wybacz, że jednak odpowiem, ale tak, doskonale umiem sobie wyobrazić jak cię ignoruję. Dałeś mi świetny instruktaż ignorując mnie po tym, jak nie dałem ci się obmacać w barze. A jak już wpełzniesz z powrotem do swojego piekła, to zechciej zwrócić uwagę na to, że najłatwiej jest oskarżać innych o to, co leży nam na własnym sumieniu.
    Odwzajemnił rzucone mu gniewne i rozczarowane spojrzenie, które przeszyłoby go jak nóż, gdyby tylko żywił do Aleksego odrobinę cieplejsze uczucia i gdyby tylko towarzyszyła mu w tej sytuacji zwykła wrodzona powściągliwość, która w obecnym stanie ciała i ducha Ignacego była w stanie krytycznie rozluźnionym. Mierzyli się jeszcze przez chwilę wzrokiem, jakby wyzywając się do dalszego dialogu, który jakoś rozwiązałby szczytowo zagęszczoną atmosferę, ale nie doszło do niego – gdy iskrzące wyzywającą kpiną oczy Ignacego zwróciły się na chwilę w stronę książki, którą porzucił gdzieś pod nogami kilkanaście minut temu i schylił się aby ją podnieść, Aleksy odwrócił się gwałtownie i odszedł krokami tak wielkimi na jakie tylko pozwoliły mu jego długie, opięte czarnym jeansem nogi.
    Uciekaj Strojek, uciekaj. Może znajdziesz jeszcze dzisiaj ofermę którą się dowartościujesz.
Odchodząc patrzył na dziewczyny, które bez zmysłów leżały w kępach rdestu i zdeptanych mleczy nadal trzymając się wzajemnie za dłonie i biusty, chłopaka który przechylony przez oparcie krzesła krzyczał coś o upadku polskiego rolnictwa na rzecz rozpasania politycznego kraju i postać skuloną w pozycji embrionalnej przy dogasającym ognisku, słabym wymachiwaniem skostniałych z zimna i wyczerpania dłoni opędzającą się od wyimaginowanych napastników.  Sam ledwo stawiał kroki – te, które wydawały mu się najpewniejsze stawiał zbyt wcześnie, by z impetem dać nura do przodu, balansując na granicy upadku, lub zbyt późno, aby sekundę potem całym ciałem odebrać wstrząs zbyt gwałtownego spotkania z podłożem. Bolały go kolana, biodra, kręgosłup, pękała mu głowa. Dobitnie czuł, że wraca do życia i było to wybitnie nieprzyjemne uczucie. 
    Świeże powietrze nadało oczom i umysłowi nieco klarowności – skorzystał z tej poprawy percepcji, aby lawirując między ostatnimi, nieco zużytymi biesiadnikami trafić w końcu do akademika. Odetchnął głęboko kilka razy i obciągnął na bokach kamizelkę, która pomarszczyła się nieco odsłaniając spód kremowej koszuli. Raczej nie było szans na to, by doprowadzić się tego wieczoru do lepszego porządku, ale ze względu na specyfikę osoby Maniorek i utrudnienia przy wydawaniu kluczy z których słynęła, wolał nie podpaść jej nie tylko nieopatrznym słowem i spojrzeniem, ale również nieestetycznym strojem.
    Zgodnie z oczekiwaniami, zmierzyła go wzrokiem tak lodowatym, że nawet mimo stanu zobojętnienia który coraz mocniej go ogarniał, poczuł lekki niepokój. Prawdopodobnie uratował go jednak fakt, że kobieta była zmęczona nie mniej niż on – po chwili obustronnego milczenia prychnęła jak zirytowana kocica i rzuciła mu przez całą długość wypolerowanej na wysoki połysk lady listę do podpisania, a następnie cisnęła w niego kluczami, jakby chciała (w najbardziej optymistycznym scenariuszu) pozbawić go nimi oka. Przyjął to z godnym milczeniem – tego wieczoru wypowiedział więcej słów niż przez całe minione wakacje i postanowił nie nadużywać daru mowy w starciu słownym z różowoustą matroną.

    Sypialnia była pusta, cicha i ciemna, co było doskonałą wiadomością – zamierzał zapaść w sen tak szybko, by w miarę możliwości uniknąć interakcji ze swoim współlokatorem, którego tożsamości nie udało mu się poznać tego wieczora. Sądząc jednak po tym jak wyglądały walizki, oraz po braku ogólnie panującego alkoholowo-pornograficznego chaosu, mógł się wstępnie domyślić, że nie był to Jusupow ani nikt jego pokroju. Napełniło to jego serce nikłymi podrygami radości. Nie chciał być wścibski i na pewno nie miał też siły na węszenie w poszukiwaniu jakichkolwiek znaków charakterystycznych, które na podstawie wyglądu bagażu podpowiedziałyby mu tożsamość sypialnianego towarzysza, ale wśród detali które przyciągnęły jego uwagę bez nadmiernego skupienia, niewątpliwie wyróżniał się mały, jaskrawoczerwony, nadgryziony zębem czasu breloczek w kształcie jabłka. Zwisał smętnie przy zapięciu plecaka leżącego na schludnie pościelonym łóżku odbijając łunę dogasających ognisk, która przedzierała się przez ciężkie zasłony.     Ignacy padł na swoją pościel pachnącą czystością i obietnicą słodkiej ucieczki od wrażeń dnia, zbyt zmęczony by się rozebrać lub umyć. Szczur cudem unikając przygniecenia wypełzł z jego kieszeni układając się do kontynuacji drzemki w puklach włosów swojego właściciela. Ignacy był w trakcie myślenia o tym, że da sobie pięć minut na ochłonięcie i podniesie się by doprowadzić się do porządku, ale zanim skończył snuć ten ambitny plan, powitał go Morfeusz.

Offline

#91 16-09-2020 o 17h52

Straż Obsydianu
Aku
Artylerzysta Straży
Aku
...
Wiadomości: 4 482

_______________________https://images90.fotosik.pl/410/88ce144498bde731.png

            Ciemna toń nieboskłonu rozpościerająca się nad ich głowami przywodziła mu na myśl wieczorne spacery poza zasięgiem wzroku ciotki Elżbiety. Scenariusz zawsze wyglądał tak samo; ciotka krzątała się po domu, chwilę czasu spędzała w kuchni, a gdy zapach gotowanej grochówki już całkowicie obległ obydwa piętra budynku, siadała na fotelu wyszywając kolorowe hafty do sukienek dla dziewcząt z Koła Gospodyń Wiejskich. Wtedy zwykle zasypiała w nim ze zmęczenia, a Dezy miał co najmniej godzinę na spokojną ewakuację przez okno, zanim ciotka zdąży się obudzić i przetransportować na piętro do sypialni. Okiennice były jednak stare, drewniane i ciężko było je otworzyć; uchylały się jedynie do połowy, ale Gawkowski zawsze był szczupłym dzieciakiem i prześlizgnięcie się przez otwór nie stanowiło dla niego problemu. Stawiał wtedy stopy na przeżute czasem dachówki, badał butami grunt wyznaczając trasę do drzewa, a z niego już była prosta droga na ziemię.
            Wtedy właśnie pochłaniało go to samo uczucie, które zgubiło go w jego rodzinnym mieście. To, którego nie była w stanie znieść Anna Gawkowska.
            Dezydery zamykał powieki, wsłuchiwał się w szelest listowia targanego przez wiatr, a nogi już same zdawały się go nieść w tylko sobie dobrze znanym kierunku. Upojony błogim uczuciem swobody szedł przed siebie, jakby w amoku, nie do końca zachowując trzeźwość umysłu, dopóki nie trafił na szczyt pobliskich gór. Przebudzał się wtedy, jak ze słodkiego snu, siadał na pniu i spoglądał w upstrzone gwiazdami czarne niebo i rozciągającą się pod nim konstelację jezior. Ciemne tafle wody odbijały światła stojących w pobliżu chatek. Pachniało lasem.
            Pachniało wolnością.
            Dezydery starł kciukami spływające łzy po policzkach przyjaciółki. Antonina wpatrywała się ciemnymi oczami pełnymi tęsknoty i rozgoryczenia.
            Pachniało samotnością.
            ─ Na Peruna, tyle babeczek zmarnowanych ─ jęknął z udawanym żalem, choć zdradzały go kąciki ust.
            Wilgotny od łez kciuk znacząc ślady na piegowatej skórze, zbłądził w kierunku blond kosmyka, którego nawinął na palec wskazujący, powoli, niespiesznie, zupełnie jakby widział Antoninę po raz pierwszy. Badał strukturę, oceniał odcień, studiował miękkość włosia, jakby chcąc zapamiętać każdy możliwy szczegół.
            Jakby chciał utkać ze wszystkich bodźców żywy obraz, którego mógł przywołać na szczycie góry, gdy znów zostanie zupełnie sam.
            Bo przecież nie ma czegoś takiego jak wolność, są tylko różne rodzaje niewoli.
            Nienawidził swojego ojca za tą celną zgryźliwość, jednak lata wypierania z siebie ukrytej w słowach prawdy miast go uchronić przed bólem, tylko wepchnął go do czeluści, ryglując za sobą wszystkie wyjścia. Nigdy nie czuł się tak potwornie świadomy swojej niewoli, bo i nigdy nie chciał tego zrozumieć. Wiedział, że uzmysłowienie sobie głębokiego poczucia odrzucenia i osamotnienia zabiłoby to, co w życiu uważał za najcenniejsze. Zabiłoby całą magię. Całe piękno, które odkrywał wśród gór. A czym by się stał, gdyby stracił to, w czym odnajdywał swoją siłę? To, w czym odnajdywał spokój?
            Przypadkiem lekko trącił kciukiem wargę Antoniny, która rozchyliła się lekko.
            Dezydery zawiesił na niej dłużej wzrok, niż powinien, a całe ciśnienie w uszach niespiesznie poczęło spływać do lędźwi.
            Pleciona bransoletka zsunęła się na nadgarstku.
            ─ Będę tutaj na pewno ─ odparł powoli, nie odrywając wzroku od pełnych ust przyjaciółki. ─ Z własnej woli cię nie zostawię, tego możesz być pewna.
            Chwilowe rozchwianie zamknął w szczelnych ryzach samokontroli, delikatnie przyciągając ją do piersi, by mogła uspokoić oddech. Nie mógł przecież myśleć o niej w taki sposób, to było zbyt ryzykowne. Byłby głupcem, naiwnym głupcem, gdyby poddał się prostym popędom i stracił ją drugi raz. Z tą różnicą, że tym razem już na zawsze.
            ─ To skoro tak bardzo się boisz, że stanę się drzewem, to co proponujesz? ─ zagaił w końcu, odkładając butelkę wina pod pień drzewa. ─ Co masz ochotę porobić? ─ zapytał z uśmiechem, opierając się plecami.


───────────────────────────       W A R S Z T A T      P R O F I L I      I      S Y G N A T U R       ───────────────────────────
https://i.imgur.com/0MFZNDx.gif https://i.imgur.com/j16EZTZ.gif https://i.imgur.com/8JykjeA.gif
JUŻ            PRAWIE            SPALIŁEM            SIĘ           CAŁY            I            PRAWIE           Z           TEGO           JUŻ           POWSTAŁEM,           UROSŁEM           PONAD           TYM




https://images90.fotosik.pl/366/2f7a0467fbe1f6b1.png

Offline

#92 17-09-2020 o 13h02

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 769

Antonina

  Każdy jego dotyk sprawiał, że całe ciało dziewczyny pokrywało się gęsią skórką. Nigdy wcześniej nie czuła czegoś takiego, jakby dopiero teraz odkryła tajemnice obcowania z drugą osobą i to, jaką można czerpać z tego przyjemność. Gdy byli dziećmi wszystko było niewinne i proste, a teraz miała wrażenie, że w każdym ich kolejnym oddechu można doszukiwać się niedopowiedzeń, czegoś, co zaplątało się między słowami i najwyraźniej oboje są tym nieco zaskoczeni. Przecież nawet nie spodziewała się go tutaj spotkać, a teraz siedzieli sobie blisko siebie i na wszystkich istniejących bogów, on też musiał czuć to napięcie. Antonina obserwowała, jak Dezydery owija sobie wokół palca kosmyk jej włosów i wiedziała już, że przepadła na ament, czy jak to tam się mówi po chrześcijańsku. Chciała zatrzymać czas właśnie w tym momencie, by trwająca chwila pozostała z nimi na dłużej, a te elektryzujące ogniki jeszcze kilka sekund dłużej ją łaskotały. Gdzieś w dole brzucha do lotu wzbiła się chmara motyli, która sprawiała że ledwo już mogła usiedzieć w miejscu. Wszystko było zupełnie nowe, nawet śpiew jakiegoś ptaka gdzieś nad ich głowami wydawał się jej obcy, ale był tak nieistotny w tym momencie, że nie zwróciła na niego większej uwagi. Ciężko było jej się skupić na czymś innym niż na bliskości przyjaciela i na odkrywaniu na nowo miękkości jego skóry.
  Gawkowski spoglądał na jej usta, a ona spoglądała na niego i trwali tak jakby wieczność, a minęły zaledwie ułamki sekund. Później na powrót znalazła się w jego ramionach, wciskając twarz tak mocno w pachnącą koszulkę, że omal straciła oddech. Musiała teraz zrobić coś, co sprawi że chłopak nie będzie widział w niej tylko płaczki i zagubionej pośród pospólstwa księżniczki, ciągle potrzebującej od niego pomocy. Najbardziej na świecie chciała stać się dla niego znowu ważna, chciała by myślał o niej, kiedy nie będą się widzieć i żeby nie mógł oderwać od niej rąk, gdy będą razem. To wszystko wykraczało daleko poza obszar przyjaźni, bo przyjaźń już jej nie wystarczyła. Dorosła i potrzebowała, pragnęła czegoś więcej.
  - Kąpiel dobrze mi zrobi, a tam jest chyba jakaś woda – odezwała się, ocierając twarz z resztek łez i ruchem głowy wskazując wspomniany wcześniej kierunek. Między drzewami wyraźnie lśniła tafla wody, w której odbijał się księżyc otoczony kilkoma puszystymi chmurami. Poderwała się zaraz na równe nogi i chwyciła Deza za nadgarstek, by nie miał nawet okazji przemyśleć tego, co powiedziała. Nie chciała, aby ją powstrzymywał, chociaż kąpiel o tej porze roku nie była raczej dobrym pomysłem i zdawała sobie z tego sprawę, jednak czuła bezbrzeżną ochotę zobaczenia przyjaciela w pełnej krasie. Kiedy zorientowała się, że będzie to działo również w drugą stronę, w duchu podziękowała Perunowi, że ubrała dziś elegancką bieliznę.
  - To gorące źródło! - pisnęła, kiedy dotarli na miejsce. Zbiornik wodny, a w zasadzie coś nie większego od kałuży, znajdowało się pośród gęstych drzew i kilku sporych rozmiarów głazów, które zapewne stoczyły się z góry. Los jej sprzyjał, bo teraz chłopak nie będzie mógł użyć argumentu, że mogą się przeziębić, a źródło było na tyle małe, że będą musieli siedzieć blisko siebie. To wszystko nie mogło się lepiej potoczyć.
  Potocka szczerzyła się od ucha do ucha, z trudem powstrzymując się, by nie zacząć zacierać rąk i chichotać złowrogo, jak sukub który zwabił swoją ofiarę do nory. Trochę tak się czuła, sama nie zdając sobie sprawy z tego, że ma również taką naturę. Zerknęła na chłopaka i zaczęła rozpinać sukienkę, by po chwili zsunąć ją z siebie i pozostać jedynie w bieliźnie. Policzki paliły ją żywym ogniem, ale starała się nie zwracać na to uwagi, chcąc by Dezydery zobaczył w niej przede wszystkim kobietę, którą bez wątpienia się stała. Stanęła na jednym z kamieni i zamoczyła w wodzie stopę, by sprawdzić czy faktycznie jest ciepła.
  - No chodź, co tak stoisz? - zapytała, odwracając się w stronę chłopaka z uśmiechem. Chwilę później wsunęła się do wody, wydając z siebie ciche westchnięcie, sygnalizując tym samym że woda jest bardzo przyjemna. Przymknęła oczy i zamoczyła się cała. Po raz pierwszy w życiu poczuła się naprawdę wolna, choć wiedziała że długo to uczucie nie potrwa. Nie zamierzała jednak martwić się na zapas, a korzystać z czasu spędzonego z Dezyderym, nawet jeśli nigdy już mieliby się nie spotkać. Liczyła się tylko ta chwila i ten moment. Dotarło do niej, że nie potrzebowała niczego innego, by poczuć szczęście, a już z pewnością nie swojej rodziny.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#93 19-09-2020 o 17h30

Straż Lśniąca
Lexi
Nemesis
Lexi
...
Wiadomości: 5 043

----------------------------------------------M I R A   M A Z U R
            Huragan. Mieczysław był cholernym huraganem.
            Wszystko zaczęło i skończyło się jednocześnie, a jedynym świadkiem tych wydarzeń był ten przeklęty księżyc wiszący nad ich głowami.
Mira kilka minut wcześniej, w przerwach, gdy odrywała wzrok od pracującego Jonatana, zerkała na przepiękne ciało niebieskie znajdujące się na niebie. Pamiętała z lekcji fizyki, że on samoistnie nie wytwarzał światła, jednakże teraz wręcz nim emanował. Boże, wyglądał tak pięknie, gdy wyglądał zza chmur. Potem – zupełnie bez powodu – wróciła myślami do języka polskiego, gdzie wielokrotnie omawiali symbolikę księżyca: tajemnica, dzikość, intuicja, dusza, niebezpieczeństwo…
- Dzikość – szepnęła, przypatrując się farbie, którą dosłownie chwilę temu Jonatan wystrzelił z puszki. Nagle usłyszała trzask. Nie jeden czy dwa. Ale nie musiała się odwracać, by wiedzieć, co się dzieje. Mina malującego chłopaka powiedziała jej wszystko – Mieczysław był dziki, niebezpieczny i był huraganem. Żadne obrazki w podręcznikach nie odzwierciedlają sylwetki wilkołaka znajdującej się za nią. Boże, przytomność Jonatana pozwaliła im na oddalenie się od niebezpiecznej istoty. Istoty? On przed chwilą był żartującym, w połowie pijanym, studentem. Mira zagryzła wargę, aż poczuła metaliczny posmak krwi. Nie puściła jednak jej w strachu, iż wilkołak ją wyczuje. Czy jest do tego zdolny? Czy to będzie jakimś zapalnikiem dla niego?
            Panika walczyła o wygraną z rozsądkiem – nawet informacje, które przyswoiła na lekcjach nie pozwalały Mirze na uspokojenie się. To dopiero ciepło, które wytwarzała ręka Jonatana na jej łokciu, przywróciło ją do zmysłów. Spokojnie wypuściła wcześniej wstrzymywane powietrze i obserwowała wilkołaka oświetlanego jedynie przez kilka oddalonych lamp ulicznych i księżyc. Niczym nie przypomniał ciepłego, przyjemnego Mieczysława sprzed kilku chwil. Może był bestią. Może był… Mira przymknęła oczy, gdy wilkołak skanował pobliski teren, a gdy nie znalazł niczego, co zwróciłoby jego uwagę na tak długo, zniknął w pobliskich krzakach, wyjąc.
            Pozwoliła sobie na chwilową, krótką panikę. Nie było już tutaj wilkołaka, który mógł ją zabić dwoma ruchami. Wydawało jej się, że przez kilka chwil hiper wentylowała powietrze, a zobaczywszy mimikę Jonatana, naprawdę się o tym przekonała. Kilka sekund zajęło jej doprowadzenie oddechu do porządku, ale to jej dłonie i nogi były problemem. Drżały przeraźliwie i nie chciały przestać. Janczak pozwolił jej na te chwile – nie mogli przecież ruszyć w pościg za wilkołakiem, prawda?
            Czy mogli?
            Huragan zawył gdzieś w oddali. W oddali, z której wcześniej dochodziły do nich radosne śmiechy zwykłych ludzi. Pobliska miejscowość pełna zwykłych ludzi, bawiących się w swoim szczęśliwym, niemagicznym towarzystwie. Mira wypluła z siebie tyle przekleństw, ile tylko zdołała spamiętać i podniosła swoją bladą twarz, by zerknąć na Jonatana. Zobaczyła w jego spojrzeniu dokładnie to, co czuła, że ma w swoim – pewną panikę, zaniepokojenie i strach. A potem jakby coś mignęło w ich oczach i oboje ruszyli biegiem w stronę oddalającego się wycia.
            Wilkołaki były przerażające dla osób magicznych, a czym były dla zwykłych ludzi, którzy nawet o wilkołakach nie marzyli? Szczególnie, że Mieczysław różnił się od idealizowanych bestii we współczesnym świecie.
            Gdy dobiegli do rynku, zobaczyli kilku roztrzęsionych ludzi, którzy szeptali albo do siebie, albo do innych pobliskich ludzi. Mira mogła wychwycić tylko część słów, ale to i wystarczyło do tego, by wiedzieć, co się stało przed kilkoma chwilami. Zniszczenia pobliskich przedmiotów też jej w tym pomogły – włochata, psiopodobna bestia pojawiła się znikąd i rozszalała się niczym huragan. Wilkołak, dziki wilk, zmutowany pies.
Rudowłosa uważnie przyjrzała się każdej z osób, jednakże nie znalazła nic szczególnie niepokojącego u nich. Żadnych ran otwartych, spowodowanych na przykład ostrymi kłami zwierzęcia. Żadnego mięsa walającego się po ulicach.  Wszystko było w z nimi w porządku.
            No dobra. Oprócz tego, że widzieli wilkołaka, który de facto nie powinien istnieć według ich świata. Wszystko było nie tak jak powinno, ale przynajmniej nikt nie zginął.
Gdzieś w oddali Mieczysław znowu zawył. Jonatan zwrócił się w stronę lasu, jakby wiedział, że tam schował się jego przyjaciel. Może tak było. Może wesołe, dzikie miasto nie zainteresowało wewnętrznej bestii rudowłosego chłopaka. Mira modliła się o to. Nie chciała znaleźć jakichś zwłok ludzi. Zwłoki ptaków, sarenek czy królików jej wystarczą. Miała nadzieję, że i Mieczysławowi wystarczą.
            Mira z delikatnym, na pewno nieodpowiednim do sytuacji, uśmiechem zerknęła na Jonatana. Wiedziała, że powinna przejmować się wszystkim, co dzieje się wokół niej. Szeptami i plotkami, które z niesamowitą prędkością się rozpowszechniały. O dzikim wilku, o bestii przypominającej krzyżówkę człowieka i wilka. O wilkołaku. Ale dla niej to było nieważne. Mieczysław zetknął się z ludźmi i ich nie zabił – to było dla niej najważniejsze.
- Szukajmy pozytywów – zaczęła, zerkając w tę samą stronę, co Janczak. Wilkołak znów zawył; był jednak dalej niż wcześniej, głębiej. Adrenalina zaczęła opadać, a Mirę złapało nagłe zmęczenie: całą nocą – taniec, spotkanie z Feliksem, picie, więcej tańca i rosyjskich studentów. Wiedziała o konsekwencjach, które na nich zapewne spadną w ciągu kilku najbliższych dni. Wiedziała o kłopotach z wilkołakiem. – Przynajmniej ładny ten widok na księżyc, co nie? – Zwróciła uwagę na ciało niebieskie znikające za chmurami. – I mieliśmy niezapomnianą wycieczkę – dodała, pozwalając sobie na szerszy uśmiech. Boże, naprawdę była padnięta.


https://1.bp.blogspot.com/-dZhx9xEYILU/X2jRYEqkMuI/AAAAAAAAE7s/TB6hHUrZU5YHMuHZMXf4RptyrkSgOcK2ACLcBGAsYHQ/w640-h170/wow2.png

Offline

#94 19-09-2020 o 20h11

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 5 094

_________________________________MISTRZ GRY

2 października, piątek

                  Impreza rozgrywająca się na Zielonej Polanie nie zakończyła się bynajmniej wraz z pierwszym wyciem wilków. Niektórzy studenci zabalowali na niej znacznie dłużej, kotłując się gdzieś w pobliskich krzakach; inni wrócili do akademika wiele godzin po świcie, kompletnie tracąc poczucie czasu.
                  Zdecydowanie innego zdania na temat tego typu rozpoczynania roku akademickiego pozostawała kadra nauczycielska, z dyrekcją na czele. Helena Zgorzelska zwykle przymykała oko na poczynania studentów, wychodząc z założenia, że to, co dzieje się na Zielonej Polanie, powinno zostać na Zielonej Polanie, niemniej jednak w tym roku wydarzyło się coś, czego nie mogła zignorować.
                  Wszystko przez list z Ministerstwa Magii, który odebrała od swego jastrzębia pocztowego wczesnym rankiem, mniej więcej wpół do siódmej. Odziana wyłącznie w długą koszulę nocną i bambosze – przez te cholerne kamienne ściany i posadzki wiecznie było jej zimno w stopy – podeszła do starych okiennic i wpuściła ptaka do środka, odbierając przesyłkę. Będąc na pół przytomna, powoli otworzyła kopertę. Treść wiadomości niemalże natychmiast postawiła ją na nogi. 
                  Nie dbając o godzinę i potencjalny stan studentów, magicznie nagłośniła swój głos, sprawiając, że zaczęła być słyszalna na terenie całego kampusu – w pojedynczych pokojach w akademiku, na korytarzach, salach wykładowych, barach, lesie i na samej Zielonej Polanie również.
                  - Witam wszystkich. Nie mówię „dzień dobry” z konkretnego powodu – tym razem nie będzie miło. Ostatniej nocy wydarzyła się skandaliczna sytuacja, której z całą pewnością nie będziemy tolerować w tej prestiżowej placówce. Jeden z naszych studentów w trakcie zabawy na Zielonej Polanie wymknął się w stronę Jaźwin. Dla tych, którzy znajdują się obecnie w zbyt kiepskim stanie, aby wiedzieć, o jakim miejscu mowa – dodała, nie mogąc powstrzymać się przed tą kąśliwą uwagą – mam na myśli pobliską niemagiczną wioskę. Niemagiczni widzieli jednego z naszych studentów, przemienionego w wilkołaka. Poza tym, wioska doznała niezwykłego aktu wandalizmu. Nie muszę chyba wspominać o tym, że sprawą zainteresowało się samo ministerstwo, które od samego rana wysyła mi listy, domagając się wyjaśnień. Jestem ogromnie zawiedziona waszym zachowaniem i zapowiadam, że nie obejdzie się ono bez konsekwencji. Wybrane osoby, które teraz wymienię z nazwisk, w dniu dzisiejszym będą odbywały kary porządkowe, starając się doprowadzić Jaźwiny do poprzedniego stanu. To chyba wszystko. A, jeszcze jedno – ci, którzy z jakiegoś powodu znajdują się w tak złym stanie, że nie dotarł do nich niniejszy komunikat, będą słyszeli go dziś jeszcze wielokrotnie.
                  Doniosły głos Heleny Zgorzelskiej grzmiał w murach placówki i na całym kampusie jeszcze przez długi czas, kiedy wymieniała nazwiska wszystkich tych osób, które miały w dniu dzisiejszym zająć się swoistym odkupieniem win. Tak jak zapowiedziała, nagranie odtwarzało się ponownie dla wszystkich tych osób, których z jakiś powodów nie obudziło grzmienie dyrektorki za pierwszym razem.


https://i.imgur.com/aa6ZNOW.png







       i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain.                      i don’t wanna be a pain, but…
https://i.imgur.com/WnQCqcQ.gif https://i.imgur.com/KC10HqW.gif https://i.imgur.com/Y75NdbJ.gif https://i.imgur.com/d6Im1PQ.gif








I ’ M    T H E    P E R S O N    L E A S T    L I K E L Y    T O    B E    F O R G O T T E N .
https://64.media.tumblr.com/5c8699507f09de13ab88fbdce700132c/tumblr_p5aep042dg1qzh21go2_400.gifv https://64.media.tumblr.com/d0f83ff4e399860573b48b102aa084af/tumblr_p5aep042dg1qzh21go3_400.gifv

Offline

#95 19-09-2020 o 21h40

Straż Obsydianu
Parrie
Akolita Jednorożców
Parrie
...
Wiadomości: 366

____________________https://i.imgur.com/NyT378v.png

Olga miała rację. To co robił, było bardzo osobiste. Gdy stał pod gołym niebem w blasku gwiazd, sięgał wzrokiem księżyca i krzyczał w eter, wyobrażając sobie swoich wilczych kompanów, był… odsłonięty. Niemal bezbronny. Obnażał pewną część siebie, która być może powinna pozostać w sferze prywatnej, może wcale nikt nie powinien tego oglądać. Do tej pory przecież tego się trzymał. To był jego mały rytuał, który nie potrzebował widzów. A jednak obecność Olgi mu nie przeszkadzała. Co więcej, dzięki niej odkrył inny wymiar przyjemności płynącej z tego, co robił. Dzielenie z kimś tej chwili było wyjątkowe. Gdyby miał ubrać w słowa dlaczego, musiałby porządnie się zastanowić, odkrył jednakże, że to, co do tej pory było tylko jego, nie musi być wcale gorsze, dzielone z drugą osobą. Ile więc dałby za to, by po otwarciu oczu zobaczyć fascynującą mieszankę zieleni i brązu, skrytych za cienkim szkłem okularów. Czy Feliks byłby podobnie zachwycony, jak Olga? Czy dotarłyby do niego wszystkie uczucia, którymi Filip wypełnił swój głos? Zapewne nigdy się tego nie dowie.
    Zaangażował się w pocałunek tak, jakby wcale nie przeszkadzała mu delikatność z niego płynąca. Świadomość tego, że pod dłonią, którą ulokował gdzieś na szyi rusałki, miał kobietę, wcale nie przeszkadzała mu w wyładowaniu swojej frustracji i trudów dnia poprzez pogłębianie pieszczoty. Choć było to pozbawione charakterystycznej namiętności, miało w sobie pewien rodzaj dzikości stworzonej przez kotłujące się uczucia i przyjemnie otępiające poczucie, że to co się działo, było tylko miłym ujściem dla tychże. Czymś, co miało przeminąć, stanowić odskocznię, pomóc w zapomnieniu.
    Miało, lecz nie pomogło. Bo gdy tylko Filip uchylił powieki i napotkał duże, dziewczęce, wpatrzone w niego oczy, zrozumiał, że to wcale nie działa. Nawet jeśli pocałunek sam w sobie był przyjemny, jedynym czego mógł dostarczyć, było jeszcze więcej problemów. Na szczęście Kazik był zbyt pijany, by zatrzymać się na tej myśli. Ponadto, w głowie kręciło mu się znacznie mocniej niż jeszcze kilka chwil wcześniej, a to nie sprzyjało myśleniu o czymkolwiek.
    Przymknął delikatnie oczy, czując jak drobne, lodowate dłonie wsuwają się pod jego sweter, badając strukturę równie zmarzniętego ciała. Ułożył głowę na ziemi, czując coraz mocniej ciążące powieki. Uśmiechał się bez konkretnego powodu i celu. Świat wirował, a słowa Olgi dotarły do jego uszu nieprzyjemnie zniekształcone.
    – Za kilka godzin – powtórzył bełkotliwie, zgadzając się, choć nie wiedział już sam, czego mieli żałować. Myśli Filipa zakleszczyły się na leśnym krajobrazie, rumianych policzkach, echu wilczych głosów i chłodzie płynącym od błotnistej ziemi.
    Wyciągnął ramię, by ciasno objąć dziewczynę i przyciągnąć ją bliżej siebie w poszukiwaniu ciepła. Schował nos w jasnej czuprynie, wdychając delikatny, odurzający zapach. Pomyślał, że w innym świecie być może ich dwójka byłaby dla siebie stworzona. On, przesiąknięty zapachem lasu i ona, owionięta wonią ziół. Jednak w tym świecie istniał Feliks Łukasiewicz, a Florian Kazicki był gejem i to zalanym w sztok, tak, że nie musiała minąć choćby minuta, by wirująca czerń całkowicie pochłonęła go w świat niespokojnych snów.

    Lubił poranki, które rozpoczynały się śpiewem ptaków, cichym szumem wiatru i przyjemnym zapachem świeżego powietrza, wdzierającego się przez uchylone okno. Zwykle doceniał tę scenerię, szczególnie, gdy budził się, a słońce robiło to razem z nim, wciąż wznosząc się na nieboskłon, onieśmielając niebo podarunkiem stworzonym z ferii intensywnych kolorów. Uchylał wtedy powieki i napawał się dłuższą chwilę pięknem otaczającego go świata.
    Dziś świat był okrutny, śpiew ptaków zdawał się skrzeczeniem, wiatr wdzierał się boleśnie w każdy zakamarek ciała, powietrze śmierdziało stęchlizną rozmiękłej ziemi, a słońce zdawało się wciąż spać głęboko za szarymi chmurami. Kazik otworzył oczy gwałtownie i syknął natychmiast, porażony jasnością, wskutek której mdłości, jakie poczuł sekundę później niż mróz, nasiliły się gwałtownie. Jeżeli trup zdolny byłby do czucia, to czułby się z pewnością dokładnie tak, jak teraz Filip. Skostniały, ledwie zdolny ruszyć kończyną czy choćby palcem, skołowany, nie wiedząc co począć z własnym istnieniem, bezsilny i zdominowany przez ból głowy, suchość w gardle oraz nawracające odruchy wymiotne.
    Zamrugał gwałtownie oczyma, przyzwyczajając je do światła, a przy tym może miał trochę nadzieję, że delikatna postać skulona przy jego torsie, chowając się tam przed zimnem, to tylko złudzenie.
    Przesadził. Przesadził tak mocno, że aż się wystraszył. Kazik zawsze skrajnie się pilnował, gdy chodziło o substancje odurzające. Nie ćpał, pił tyle, ile wiedział, że może, aby nie stracić nad sobą panowania. Nie dopuszczał do sytuacji, w których mógłby stracić kontrolę, ukazać przed kimś tę stronę siebie, którą nie chciał się dzielić z przypadkowymi ludźmi. Jak więc mógł dopuścić do tego, by skończyć noc, zasypiając w środku lasu przy tak niskiej temperaturze, na dodatek w towarzystwie dziewczyny, którą ledwo znał, a na domiar złego, będącą zauroczeniem jego przyjaciela?
    Co jednak było najgorsze, to fakt, że nie pamiętał wszystkiego. Wiedział, że pili, całkiem dobrze się bawiąc, choć nie kojarzył o czym dokładnie rozmawiali. Pamiętał, że zaciągnął Olgę między drzewa, biegli potykając się o gałęzie, dotarli tu, przywitał się z wilkami, a potem… Potem…
    – Nie – sapnął z nadzieją w głosie, patrząc na budzącą się dziewczynę, jak na obcego. Ta część z pocałunkiem, to musiał być sen, prawda? Uroił coś sobie i tyle. Dlaczego tylko ten sen wydawał się tak realny?
    Miał jedynie nadzieję, że pocałunek to najgorsze, czego dopuścił się tej nocy. Że nie uciął mu się film, a rzeczywiście po tym po prostu zasnął. Mógł powiedzieć coś, co Olga uznałaby za dziwne lub niepokojące. Mógł coś zrobić. Jednak fakt, że dziewczyna leżała w jego objęciach dawał mu nadzieję, że nic więcej nie nawyczyniał.
    – Olga? – Na Peruna, jego głos brzmiał jak miliony żyletek próbujących przebić się przez stop żelaza.
    Ułożył dłoń na ramieniu dziewczyny, żeby ją dobudzić i natychmiast zrobił wielkie oczy, czując pod palcami rozdygotane ciało.
    – Jesteś przemarznięta – zauważył z zaniepokojeniem, choć naturalnie nie mógł się dziwić. On sam stukał zębami z zimna, a przecież miał na sobie sweter, podczas gdy Olga nakryta była tylko tym, co zostało z jej zwiewnej sukienki.
    Z trudem podniósł się do siadu, czując jak koszmarnie strzelają mu kości. Wilgoć leśnej ściółki wdarła się w czarne loki, kładąc je smutno. Nie oszczędziła również reszty ciała, potęgując przejmujące zimno, w którym obydwoje spali przez… Kazik nie wiedział, która była godzina, ale podejrzewał siódmą bądź ósmą. Spędzili tu na pewno kilka godzin.
    Nie zastanawiając się długo, ściągnął z siebie ciepły, zupełnie sponiewierany sweter i przyklęknął przy dziewczynie, starając się ignorować własne wyziębienie oraz nieprzyjemne szpikulce, stworzone przez wiatr smagający jego nagą skórę.
    – Chodź tutaj – pomógł Oldze się podnieść, samemu również stając na nogi i niezainteresowany jakimikolwiek protestami, przełożył sweter przez jej głowę. Chwilę później stała przed nim niemal tonąc w splotach bawełny. Kazik pośpiesznie schylił się po wianek, narzucił go niedbale na głowę i objął się ciasno ramionami.
    – Wracajmy. – Znał tę część lasu jak własną kieszeń, więc zaledwie sekundę zajęło mu zorientowanie się w drodze powrotnej, którą też obrał nim zdążył dobrze wypowiedzieć swoją propozycję.
    Przez jakiś czas milczeli ponuro, pochłonięci własnymi myślami. Kazik w kółko wałkował wydarzenia poprzedniego wieczoru, czując ciężar kaca moralnego. Nie dość, że sam zainicjował ten pocałunek, nie licząc się kompletnie z uczuciami Olgi i tym, że istniało ryzyko, jakoby ten mógł na nią wpłynąć emocjonalnie, to jeszcze… Przecież ona, do czorta, była wybranką Daniela! Jak mógł zrobić coś takiego najlepszemu przyjacielowi? Fakt, że nie miał dobrego powodu, by ją pocałować, jeszcze mocniej działał na jego niekorzyść.
    – Słuchaj… – zaczął nieco niepewnie, unosząc głowę. Spojrzał na dziewczynę z widoczną skruchą w oczach. – Nie powinienem… – Nie wiedział, jak ubrać to w słowa tak, by nie urazić dziewczyny, a jednocześnie nie zabrzmieć głupio. Odetchnął ciężko ze zrezygnowaniem.
    – Nie wiem czemu to zrobiłem, było miło, swobodnie, wtedy wydawało się to właściwie. Z reguły nie interesuję się dziewczynami, naprawdę nie wiem co mi odbiło. Zabrzmię jak dupek, ale możemy zapomnieć o tym, że cię pocałowałem? – No i proszę, wyszło niesmacznie i zabrzmiało głupio.
    – I… – zatrzymał się na chwilę – Olga, proszę, nie mów o tym Danielowi.
    Ostatnie wybrzmienia jego ochrypłego głosu zostały pochłonięte przez donośny skrzek Zgorzelskiej, od którego w pierwszym odruchu aż zmrużył oczy i tylko cudem powstrzymał się od zatkania uszu. Głowa wystarczająco mu pękała, na dodatek ledwie się obudził, a jego dzień już zakrawał o koszmar, więc zdecydowanie nie potrzebował do kompletu jazgotu dyrektorki. W dodatku… Chwileczkę, czy on dobrze słyszał? Nie, jego umysł musiał płatać figle. Nie usłyszał wcale gdzieś tam pomiędzy ciągiem nazwisk „Kazicki”, prawda? Bardzo wyraźnie odnotował w głowie „Łukasiewicz”, ale… Zaraz, chwila. No tam definitywnie wystąpiło jego nazwisko! Ale przecież on nie miał nic wspólnego z żadnymi wilkołakami! Oprócz tego, że zwykle siedział w ławce z Mietkiem, ale przecież to jeszcze nie powód, żeby odpowiadał za (prawdopodobnie) jego niedopatrzenia! Świetnie. Cóż za absurd. Był w tej chwili tak zmęczony życiem i niedogodnościami, że nie udało mu się nawet wychwycić ogromnego plusa w całej tej przykrej sytuacji. No bo przecież… Będzie odbywał niezasłużoną karę z Feliksem!
    W zasadzie, może i dobrze, że się nad tym nie zastanowił dłużej. Bo gdyby to zrobił, przypomniałby sobie, że Feliks kilka godzin temu całował Dezyderego, a Kazik niemal sprowokował go do słownej, bądź fizycznej potyczki. I jedyny plus okazałby się największym minusem, a tego już by nie przetrwał.

Ostatnio zmieniony przez Parrie (19-09-2020 o 21h42)


https://media.discordapp.net/attachments/738806225172693113/758775491553132584/o_welesie.png

Offline

#96 20-09-2020 o 21h56

Straż Cienia
Hayal
Pokonała Dahu
Hayal
...
Wiadomości: 2 523

Lidia

          Znikąd pojawiło się przedziwne uczucie, otaczające całe ciało trochę przyjemnie, a trochę obco, jak pościel o chemicznym zapachu, słabo udającym leśne poszycie. Odejście Ignacego było ostatnim, co Lidia odnotowała pełnią świadomości, i tak lekko już przytłumionej mieszanką wina z absyntem. Może to dzięki spożyciu tychże trunków tak szybko poddała się zagadkowej niemocy, rozmywającej obrazy i przytłumiającej wypełniające Polanę dźwięki. Całe szczęście, swoją drogą. Teraz nad stylizowanymi na folk żenadnymi przyśpiewkami o tematyce romantycznej dominował gwar głosów, w których dało się dosłyszeć emocje skrajne - od niepokoju po ekscytację.
          Umysł Lidii, nader skłonny do koloryzowania i bez podejrzanych oparów, skupił się na tym drugim. Poczuła jak zalewa ją odprężenie, nie leniwe, przeciwnie - przyprawione wyraźną nutką ożywienia. Uśmiechnęła się szeroko do grupki chłopaków, zatrzymanych opodal niczym bardzo współczesna grupa Laokona, wyposażona w puste butelki oraz dżinsy z dziurami. Nawet nie odczuła zdziwienia, gdy jeden z nich, odkleiwszy się od towarzyszy, padł przed nią na kolana i wtulił głowę w jej podołek. Wydało się to nieoczekiwanie całkiem na miejscu, nawet, gdy została nazwana mamunią i poproszona o wybaczenie za powodowane kacem zanieczyszczenie wymiocinami świeżo zakupionej narzuty typu włochacz.
- U mojej matki miałbyś przesrane, ale ja ci totalnie wybaczam, Damian. Tylko nie płacz, bo będziesz jutro brzydko wyglądał. Tak masz na imię, no nie? Wyglądasz na Damiana.
          Zamiast odpowiedzi usłyszała jedynie ciche posmarkiwanie, poklepała więc delikwenta współczująco po plecach.
- Tak to bywa Damian, dzieci ma się po to, by poczuć czasem w życiu ten posmak rozczarowania i dzięki temu, na przykład, tworzyć sztukę. Ona jest lekarstwem na wszystko, nie wiem, czy to wiedziałeś. Teraz jesteś smutny, ale zobacz, trafiłeś na mnie, co za szczęście, bo zaraz obdarzę cię największym darem, darem muzyki.
          Odsunęła chłopaka, pozwoliwszy mu opaść bezwładnie na wilgotniejącą  już trawę. Następnie wspięła się po krześle na stół, gdzie znalazła kawałek wolnego miejsca między pętami kiełbas a obfitymi jak z obrazka kiściami winogron. Do domniemanego Damiana i jego towarzyszy dołączyło kilka osób, niekoniecznie zainteresowanych osobą Lidii - nie w jej mniemaniu, jednakże. W nozdrzach miała odurzającą woń igliwia, a przed sobą wytwór napędzanej halucynogenami imaginacji, wpatrzone w siebie tłumy, napierające, niecierpliwe.
          I, jak wabiące światła ostatniego czynnego baru przy pustej drodze, oczy Niny. Ich widok dodałby Lidii odwagi, gdyby już teraz nie miała jej tyle, co piany w nadmiernie wstrząśniętej butelce coli.
- Spokojnie, moi fani - uśmiechnęła się dobrotliwie, machając w przypadkowym kierunku - Przecież wiecie, że wystąpię, nie odmówiłabym wam tej przyjemności. Zanim przejdziemy do dedykacji, klimaty szkolne.
          Wystukała pomocniczo rytm słupkowym obcasem, przewracając przy okazji butelkę wina. Odgazowana, różowa ciecz popłynęła po stole, zalewając pobliski talerz wędlin, ale dziewczyna już tego nie widziała, skupiona na wyimaginowanej publice i na piosence.
My name is Regina George
and I am a massive deal
Fear me, love me
Stand and stare at me
An these
These are real

          Lidia, tak samo jak blond bohaterka w spektaklu, wskazała oburącz na swój biust, po czym zachichotała figlarnie. O dziwo, udało jej się przykucnąć i powstać z powrotem, po to, by unieść butelkę z sosem o smaku solonego karmelu.
- Wiem, że to nie mikrofon, okej? Nie jestem aż tak pijana - zastrzegła w stronę publiki, uniosła jednak do ust pozyskany obiekt, by kontynuować do niego śpiewanie.
I've got money and looks
I am, like, drunk with power
This whole school
Humps my leg
Like a chihuahua
I'm the prettiest poison you've ever seen
I never weigh more than one-fifteen

- Coś wam zdradzę: ostatnie to nieprawda. Dziękuję, że kochacie mnie mimo dodatkowych kilogramów. Bez was nie byłoby mnie tu, gdzie teraz jestem.
          Dziewczyna otarła niewidzialną łzę widząc, jak faluje tłum, a może las? Chyba bardziej nie chciała niż nie potrafiła wyłuskać fragmentów rzeczywistości z tej upajającej iluzji. Odetchnęła głęboko chłodnym, wieczornym powietrzem, w którym nadal można było wyczuć iglasto-dymne nuty. Już nie obce - teraz były jak śpiewane od zawsze piosenki i różowe wino o niewinnym wyglądzie, to, z którym zawsze się przesadzi, choćby i znając konsekwencje.

***

          Obudziło ją dojmujące uczucie dyskomfortu w okolicy lewej nerki. Przetoczyła się na bok z pewnym trudem, wydobywszy spod własnej osoby butelkę karmelowego sosu. Pamiętała, że używała go jako mikrofonu na Polanie, ale za nic nie mogła sobie przypomnieć, jak długo śpiewała i jakim sposobem trafiła finalnie do pokoju. Co prawda, własnego, sądząc po obecności walizki, jak również bez żadnego spontanicznie nabytego towarzystwa.
         Za oknami było ciemno, co nie dawało rzecz jasna żadnej wskazówki co do tego, jak długo spała. Leżała nieruchomo, obserwując przesuwające się po suficie cienie, a wraz z nimi w jej pamięci pojawiały się obrazy minionej nocy. Ostatnim, co potrafiła przywołać, było nienaturalne ożywienie na Polanie i początek własnego występu na stole. Teraz, gdy efekty specjalne po zmieszanych trunkach oraz sosnowym dymie opuściły ją nieco, domyśliła się, że nieoczekiwane zakończenie imprezy było spowodowane jakimiś zakazanymi substancjami. Myśl o tym zafrasowała Lidię jedynie na krótką chwilę. Nawet jeśli śpiewała dla naćpanej gawiedzi stojąc wśród rozrzuconego garmażu, mogła być pewna jednego - jej wokalowi w żadnym stanie upojenia nie można było niczego zarzucić. To jedno ją interesowało, zwłaszcza, że przesunąwszy dłońmi wzdłuż ciała stwierdziła, że jest nadal kompletnie ubrana.
          Uspokoiwszy samą siebie w ten sposób, wstała, nieco tylko chwiejnie, zdjęła buty, po czym wróciła do łóżka, gdzie okryła się kołdrą. Zanim znów zmorzył ją sen, dostrzegła jeszcze, że w pokoju przygotowano również drugie posłanie, mogła zatem być pewna przybycia nowej współlokatorki. Ta obserwacja na krótką chwilę przypomniała jej Ninę i to, że kompletnie nie pamiętała momentu, w którym rozstały się tej nocy.




Dla fanów Mean Girls: https://www.youtube.com/watch?v=kvkRyk0AG-4&ab_channel=MusicalSongsLyrics



https://i.imgur.com/bne8BcV.gif

Offline

#97 21-09-2020 o 20h56

Straż Obsydianu
AidaThorsen
Piechur Straży
AidaThorsen
...
Wiadomości: 2 167

Nina

Nina bardzo żałowała, że nie zna utworu, który wykonywała Lidia. Mogłaby jej przygrać na tamburynie, mogłaby... Mogłaby w pełni cieszyć się widokiem Lidii, której twarz przyozdobiły rumieńce, gdyby nie irytujący głos wołający ją z lasu. Kilka razy obróciła się przez ramię sycząc w szumiące krzaki i uciszając natarczywy głos.
Ale on nie dawał za wygraną i w końcu Nina na wpół zaciekawiona i na wpół zirytowana dźwignęła się od stolika, pozostawiając swoją śpiewającą towarzyszkę i jej tłum wiernych fanów, składający się z kilku studentów, którzy wyglądali jakby zobaczyli właśnie Lady Gagę na polskiej wsi.
Im dalej zagłębiała się w las, tym głosy z polany cichły. Nawołujący głos stawał się coraz wyraźniejszy, ale zdawał się oddalać.
-Czekaj! - Nina krzyknęła za nim, jednocześnie szarpiąc się z gałęziami ostrokrzewu, który zaczepił się w jej sweter. Zniecierpliwiona zrzuciła okrycie na ziemię, nie zważając na mroźne powietrze.
Głos zdawał się oddalać coraz szybciej, więc Nina przyspieszyła kroku. Gałęzie nad jej głową falowały i szumiały niczym morskie fale wzburzone sztormem. Wszystko zdawało się żyć i pulsować, zwijać i rozwijać konary, chwytać mackami.
Nagle głos zamienił się w gwizdanie. Znała te melodie, które odbijały się echem i rozpływały w gęstej jak mleko mgle wiszącej nad wrzosowiskiem. Jej ojciec tak porozumiewał się z jaskółkami. Gwizdał, a one zrywały się w niebo w szalonym tańcu, jakby latały tylko dla niego. Czasami miała wrażenie, że z jaskółkami rozmawiał częściej niż z własną rodziną. Ale.. Był tutaj?
Nina zatrzymała się na środku wrzosowiska, gdzie niebo nad nią było otwarte i upstrzone setkami migoczących gwiazd z Orionem widocznym jak na dłoni. Dopiero wtedy zrozumiała, że nie jest sama.
Wszystko ucichło, głosy, gwizdy, szum wiatru. Jej przesiąknięty alkoholem i otumaniony wieszczem umysł odzyskał przebłysk świadomości i zamarła w bezruchu tak samo jak samotna postać stojąca po drugiej stronie polany. Postać wydawała się być tak samo zaskoczona obecnością drugiego człowieka, była wysoka, postawna. Jej twarz skrywał cień, ale Nina była pewna, że patrzy dokładnie na nią, czekając na jej ruch.
Obróciła się przez ramię, szukając drogi ucieczki, ale ta prowadziła jedynie przez ciemny, głuchy las. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale wydobyła się z nich jedynie perlista para. Objęła ramiona, chcąc dodać sobie otuchy i chociaż odrobinę się ogrzać. Postąpiła krok do tyłu i pojedyncza gałąź pod jej butem złamała się, wypełniając polanę głuchym trzaśnięciem. W tej samej sekundzie postać zerwała się z miejsca i Nina wiedziała, że nie ma już szans.
W ostatnim odruchu zerwała się do biegu, próbując wezwać myślami Patrunusa, ale zanim jej umysł skończył składać nieme sylaby w słowo Expecto, nieznana siła powaliła ją na ziemię. Ostatnie co zapamiętała, to zapach igliwia, na które upadła. W oddali zawyły wilki.


https://i.pinimg.com/564x/24/25/d9/2425d94b0665a40f210fb25745bb359f.jpg

Offline

#98 22-09-2020 o 10h30

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 769

Aleksy Strojek

  Przeciągnął się leniwie, zrzucając przy tym wszystkie poduszki na ziemie. Otworzył powoli oczy, ale zaraz tego pożałował, bo nim kładł się spać nie zasłonił okien i teraz światło wdzierało się do pokoju boleśnie dając znać, że już ranek. Kilka sekund później, gdy zdołał już przywyknąć do jasności, zamordowano mu uszy. Dyrektor Zgorzelska nie zamierzała nikomu odpuszczać, zwłaszcza jeśli sprawa dotyczyła nadszarpniętej reputacji szkoły i co więcej, ministerstwo wyciągało w ich stronę łapy. Powszechnie wiadomym było, że urzędnicy nie odpuszczali takich spraw, więc zapewne Helena chciała przeprowadzić skrupulatne śledztwo, które koniec końców mogłoby doprowadzić do jego osoby. Wydalenie z AM w tym przypadku było prawdopodobnie najbardziej pozytywnym scenariuszem zakończenia tej historii i o ile byłby w stanie poradzić sobie z tym, tak pobyt w więzieniu przyprawiał go o mdłości. Jedyne, co przyszło mu w tej chwili do głowy, to zatarcie wszelkich śladów po sobie tak skutecznie, jak tylko potrafił. Było to możliwe, ale wymagało nieco więcej zachodu niż zazwyczaj. Gdyby jakiemuś uczniowi rozwiązał się przypadkiem język, byłby w stanie odeprzeć wszelkie ataki i skierować podejrzenia na kogoś spoza uczelni i to był jedyny słuszny kierunek, który należało obrać. Nie tak wyobrażał sobie pierwszy poranek w szkole, ale jak to mawiali Niemagiczni, kiedy naważyło się piwa, to trzeba je wypić, a Aleksy ważył to przeklęte piwo niemal całą noc.
  Wyskoczył z łóżka, jak oparzony i nie zwracając uwagi na to, czy jego współlokator jest w pokoju, czy go nie ma, wciągnął na siebie pierwszą lepszą koszulkę i spodnie od dresu, wciskając się w trampki już na korytarzu. Zazwyczaj nie pozwalał sobie na tak luźny strój, ale przecież nie miał czasu kompletować garderoby, gdy stawka była tak wysoka. Czas nie był po jego stronie, tak samo jak sposobność, bo na zewnątrz kręciło się już sporo osób i to nie tylko uczniów. Wszyscy byli poruszeni, szeptali między sobą i wymieniali znaczące spojrzenia, a on udawał że ma zamiar poprawić swoją kondycję. Gdy tylko opuścił budynek akademika, ruszył biegiem w stronę Zielonej Polany, mijając po drodze Bareje i Gawrońskiego, którzy zainteresowali się, a jakże, jego porannym joggingiem.
  - Witam serdecznie – odezwał się Strojek, gdy nauczyciele postanowili go zatrzymać, nie kryjąc swoich podejrzeń. Przystanął, zaczesując do tyłu kilka jasnych pasemek włosów opadających mu na twarz. Uśmiechnął się lekko, nie dając po sobie poznać, jak bardzo jest zdenerwowany.
  - Nie słyszałeś komunikatu, chłopcze? To nie czas na tego typu wygłupy, jesteśmy na celowniku ministerstwa i lepiej się pilnuj, bo nie …
  - Dajże spokój, Rysiu. To chyba dobrze, że Aleksy dba o sprawność fizyczną. Kto, jak kto, ale ty powinieneś to docenić. Przecież nie robi nic złego – zauważył Teodor Bareja, poklepując po ramieniu kolegę po fachu. Nauczyciel Zielarstwa zawsze był spokojny i opanowany, ciężko było wytrącić go z równowagi, choć oczywiście byli uczniowie którym się to udawało. Na szczęście Aleksy do nich nie należał i żył w dobrej komitywie z Bareją i nie było tajemnicą, że wpływ na to miało jego zamiłowanie do różnego rodzaju roślinek. Inaczej sprawa wyglądała z Ryszardem Gawrońskim, który nauczał Bezpieczeństwa Magicznego. Mężczyzna zawsze trochę go przerażał i choć starał się nie wychylać, to ten zawsze znalazł coś, o co mógłby się do niego przyczepić i tak też było tym razem. Dziękował w duchu Barei, że ten wstawił się za nim. Gdyby Gawroński go przycisnął, to może i domyśliłby się, że ma coś na sumieniu.
  - Obudził mnie dźwięczny głos pani Zgorzelskiej i postanowiłem dobrze spożytkować ten czas. - odezwał się, przyklejając do twarzy jeszcze szerszy uśmiech i nim Gawroński zdołał ponownie się zdenerwować, oddalił się pospiesznie, życząc im miłego dnia.
   Niewiele brakowało, a mógłby zostać zdemaskowany. Siedziały w nim jeszcze emocje z wczorajszej nocy, gdy na horyzoncie pojawił się p******** Ignacy Szub. Aleksy nie żałował nigdy niczego tak bardzo, jak tego że dał mu się tak łatwo zmanipulować. Zacisnął mocno pięści na samo wspomnienie tego, co wczoraj miało miejsce pod drzewem i zaklął w duchu siarczyście. Ciężko było mu pogodzić się z faktem, że stracił czujność i dał się ponieść pożądaniu, które i tak kierował w stronie zupełnie innej osoby.
  Gdy dotarł w końcu do miejsca, w którym wczoraj było ognisko, rozejrzał się jeszcze uważnie, czy nikogo nie ma w pobliżu i wyciągnął z paleniska kawałek niedopalonego drewna, które pachniało w charakterystyczny sposób. Słodka woń sprawiała, że ktoś mógłby od razu zorientować się, że w ogniu wylądowały jakieś nielegalne zioła i być może to one między innymi doprowadziły do przemiany ucznia i sprowokowania aktów wandalizmu w wiosce. Trzeba było działać szybko, więc chłopak ruszył dalej, kierując się w stronę rzeki, by porzucić w niej dowód zbrodni. Nim drewno gdzieś się zatrzyma, woda wypłucze już zapach Wieszcza, a on będzie mógł skierować podejrzenia na kogoś innego. Zadbał również o swoje alibi, które było nie do podważenia, jednak sprawa była na tyle poważna, że nie dawało mu to spokoju. Tym razem niespiesznie, zaczął wracać w stronę akademika, aby doprowadzić się do stanu, w którym nie będzie wyglądał, jak Sebix z Jaźwin.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

Strony : 1 2 3 4