Forum

Strony : 1

#1 25-08-2020 o 17h29

Straż Cienia
Suzuya
Akolita Jednorożców
Suzuya
...
Wiadomości: 382

https://fontmeme.com/permalink/200825/ec10d3ace49a13f596251266bbcaabaa.png
https://i.pinimg.com/564x/6e/c2/1e/6ec21ee55ab2cf3194dd7ebc9a6b3f03.jpg
Generator 064 powstał w wąskim wąwozie na północy Wielkiej Brytanii.
Nowy Edynburg to miasto, które żyje w porządku i dziennej dyscyplinie.
Tam właśnie żyją pokłóceni dawni przyjaciele z lat dziecięcych.
To własnie w nim ich życie zostanie wywrócone do góry nogami.


Występują
Suzuya & Morenn

Ostatnio zmieniony przez Suzuya (25-08-2020 o 17h59)


https://i.imgur.com/50xsk2j.png

Offline

#2 25-08-2020 o 18h25

Straż Absyntu
Morenn
Żołnierz Straży
Morenn
...
Wiadomości: 553


https://cdn.discordapp.com/attachments/631822868845690884/747952444012757012/PicsArt_08-26-12.53.54.png


https://cdn.discordapp.com/attachments/631822868845690884/747955244247285870/ezgif-7-b91e0d72934a.gif
Mężczyzna                                                 22 lata
186 cm                szatyn                 piwne oczy
dobrze zbudowany      blizna na plecach
od          osiemnastego          roku        życia
z        w        i        a       d        o       w        c        a
urodzony      w        piątek        trzynastego
września                  w                 Winterhome
osierocony      przy        wybuchu        w. w.
do                   Nowego                    Edynburga
dostał   się   jako   jeden    z    uchodźców
mając         niespełna         dziewięć         lat
do            szesnastego           roku           życia
mieszkał         u        państwa        Boltonów
którzy                   go                 zaakceptowali
i         przyjęli         pod           swój           dach
https://cdn.discordapp.com/attachments/631822868845690884/747955241361866862/ezgif-7-3da43a978998.gif

Ostatnio zmieniony przez Morenn (20-11-2020 o 16h28)

Offline

#3 25-08-2020 o 18h52

Straż Cienia
Suzuya
Akolita Jednorożców
Suzuya
...
Wiadomości: 382

https://i.pinimg.com/564x/46/8a/07/468a07c43ffc57cd2c7ac421363c8664.jpg
https://fontmeme.com/permalink/200825/25be3ec8ebf6d9f5aa474b02581986e3.png
Hana Alice Bolton      Pchełka      dwadzieścia jeden lat      kobieta
urodzona w Nowym Edynburgu      według kalendarza był to 15 lipca
jedyna córka Hirama i Sophie Boltonów            młodsza siostra Floyda
lekarka w jednej z lecznic    opiekunka najgroźniejszych psów w mieście
metr sześćdziesiąt sześć    drobna, smukła sylwetka    pełno drobnych blizn
długie, złociste włosy    bystre, szaroniebieskie oczy    blada, nieco rumiana cera

Ostatnio zmieniony przez Suzuya (26-08-2020 o 08h35)


https://i.imgur.com/50xsk2j.png

Offline

#4 29-08-2020 o 08h51

Straż Cienia
Suzuya
Akolita Jednorożców
Suzuya
...
Wiadomości: 382

___________________________https://media.discordapp.net/attachments/747818177370783875/748954378790240266/PicsArt_08-28-07.16.37.jpg
        Zimny wiatr ze świstem przemykał między deskami domu, wybudzając Hanę ze snu. Z pomrukiem niezadowolenia podciągnęła ciężką, pikowaną kołdrę na wysokość nosa i niechętnie otworzyła jedno oko. Zza oszronionych okien dobiegał słaby blask wschodzącego dnia, który był znakiem pobudki. Wnętrze domu było ciemne i bardzo ciche, nie dobiegały do niej żadne dźwięki. Najwyraźniej większość sąsiadów jeszcze spała. Dziewczyna powolnym ruchem przeciągnęła się na swoim cienkim, słomianym materacu, a następnie usiadła. Kołdra zsunęła się jej z ramion, a ją przeszedł lekki dreszcz. Niewiele jednak myśląc obróciła się i opuściła stopy w dwóch parach, grubych wełnianych skarpet na podłogę, aby nie zaskrzypiała pod jej ciężarem. Kiedy wstała to wolnym krokiem pomaszerowała do prowizorycznej kuchni, otwierając kratkę pieca i zaczynając dorzucać do niego węgla. Po odmierzeniu czterech łopatek, tak jak uczyła ją mama, sięgnęła po ukryte pod sąsiadującą z piecem szafką zapałki i odpaliła dwie, wrzucając je na węgiel. Potem zamknęła kratę i podreptała z powrotem w stronę łóżka. Pościeliła je starannie, a następnie we wczorajszej zimnej wodzie zamoczyła szmatę i przetarła stare lustro. Przejrzała się w nim szybko, lecz zaraz odwróciła wzrok; świeżo po obudzeniu zawsze wyglądała źle. Wiedząc, że już za niedługo jej rodzice, podobnie jak reszta domu, zacznie się budzić do życia, wzięła miskę z wodą i wylała zawartość do domowego zlewu. Woda była jedynym surowcem, którego w Nowym Edynburgu nie było szkoda. Woda leżała wszędzie, wystarczyło ją rozmrozić i podgrzać na piecu. Teraz musiała przynieść świeżej wody, a potem zbierać się szybko do pracy, jeśli chciała zachować swoje stanowisko w szpitalu. Z tą myślą zarzuciła na siebie płaszcz, który był na nią o wiele za duży, a potem wciągnęła na wełniane skarpety sfatygowane buty, które służyły jej do pracy w obejściu. Wyszła z domu cicho, zamykając za sobą powolutku skrzypiące drzwi, a następnie szybko zeszła po schodach na sam parter budynku. Naparła na główne drzwi ramieniem, mając zajęte obie ręce, a te otwarły się bez protestu pozwalając jej wypaść na zaśnieżony chodnik. Dziewczyna podnosząc wysoko nogi, aby nie ugrząźć w zaspie przeszła kilka kroków w lewo od wejścia. Nim zdążyła pojawić się zza zakrętem, już na powitanie wyskoczyły jej psy. Wszystkie przeskakiwały się nawzajem i napierały na kraty kojca, aby przywitać się z właścicielką.
        Wszystkie bestie były większe od przeciętnego wilczura i mocniej zbudowane. Patrzyły na nią skośnymi, wilczymi oczami i szczęśliwie merdały ogonami, kiedy blondynka zbliżała się z każdym krokiem. Z podłużnych pysków wyrywały się piski radości, więc Hana również parsknęła śmiechem, co spotkało się z aprobatą zwierząt. Kiedy podeszła wystarczająco blisko, psy odsunęły się od ogrodzenia i usiadły w rzędzie, obserwując swoją opiekunkę. Długie, trójkątne uszy obracały w każdą stronę, z której nadchodził dźwięk, lecz bystre oczy o zupełnie niewilczych kolorach patrzyły na nią z uwagą. Sądziły, że dziewczyna przyniosła im śniadanie.
        - Wybaczcie kochani - powiedziała na wstępie, kucając i starając się nabrać stosunkowo czystego śniegu do miski. - Jedzenie przyniosę wam dopiero po pracy... Wszystko już zjedliście - dodała, rzucając im spojrzenie pełne dezaprobaty. Żaden z psów nawet nie drgnął, więc uśmiechnęła się pod nosem. Najwyraźniej nie czekały tylko na śniadanie. Rozejrzała się badawczo, a potem naprędce ulepiła w gołych dłoniach śnieżkę i rzuciła ją z rozmachem do kojca między kratami. Wtem wszystkie stworzenia rzuciły się na nią, starając się złapać ją w locie. Psy w wirze zabawy i bitwy o śnieżkę nie usłyszały już pożegnania ze strony Hany.
        Po powrocie do domu ustawiła żeliwną misę z śniegiem na ciepłym piecu, a następnie zdjęła z siebie płaszcz i buty. Zaczęła zacierać wychłodzone ręce i chuchać w nie, aby szybciej je rozgrzać. Z krzesła stojącego przy łóżku wzięła swój codzienny strój roboczy, składający się z dwóch ciepłych koszul, dwóch par wełnianych rajstop, zwężanych po starszym bracie roboczych spodni oraz skórzanej kurty po ojcu. Wszystko to położyła na łóżku, a następnie wróciła do misy na piecu. Ostrożnie zanurzyła w wodzie czubek małego palca, a kiedy uznała, że woda jest wystarczająco ciepła, wyciągnęła z szafki mały ręczniczek i przez niego chwyciła rozgrzaną miskę. Powoli przeniosła ją na stolik pod lustrem, ręczniczek wrzuciła do wody i zaczęła się rozbierać. Zdjęła z siebie dwa grube swetry, koszulę, skarpety, stare kalesony, rajstopy. Sięgnęła po ręczniczek i zaczęła się myć. Po kilkunastu minutach była już ubrana, prawie gotowa do wyjścia. Z pomocą grzebienia przeczesała splątane jasne włosy, starając się je okiełznać. Kiedy rozczesywała już jeden z ostatnich kołtunów, słyszała jak jej ojciec podnosi się z łóżka, a zza okien dobiegł ją ryk tuby motywacyjnej ustawionej przy pobliskim młocie węglowym.
        - Już gdzieś zaraz powinna wrócić ekspedycja, prawda?
        Hana uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała o co chciał zapytać.
        - Floyd powinien wrócić jutro - powiedziała, odkładając grzebień.
        Usłyszała pomruk aprobaty, więc kiwnęła głową zadowolona i ubrała na siebie szary wełniany, gruby płaszcz (jedna z niewielu rzeczy w domu, której nie miała po tacie lub bracie), naciągnęła futerkowe nauszniki i wciągnęła rękawiczki na dłonie.
        Po wyjściu z domu Hana wciągnęła głęboko w płuca zapach miasta. Szósta już minęła kwadrans temu, niektóre zakłady już rozpoczęły pracę. Poranny apel już dawno minął, lecz ona nie miała obowiązku się na nim stawiać - pacjenci nie mogli czekać. Gęsty dym unosił się znad kopalni węgla, która wybudowana została niemalże na samym krańcu kanionu. Potem uśmiechnęła się pod nosem i dziarskim krokiem ruszyła wyłożoną deskami oraz brukiem ulicą. Minęła chłopca rozdającego propagandowe ulotki i wykrzykującego hasła dnia. "Wypadek w hucie parowej". "Trwa rozbudowa cieplarni przemysłowej". "Pobliska lecznica przepełniona! Czemu szpital nie interweniuje?". Dziewczyna zmarszczyła lekko brwi w geście irytacji. Sytuacja w szpitalu również nie wyglądała zbyt ciekawie, jednak wszyscy musieli grać swoje role. Było wielu pacjentów czekających na długotrwałe leczenie lub zabieg mający na celu amputowanie kończyny. Ale wszystko to musiało trochę potrwać. Ludzie jednak mijali chłopca bez większego zainteresowania, mechanicznie odbierając ulotki i spiesząc się do pracy. Po paru minutach marszu na horyzoncie już zamajaczył jej niebieski dach szpitala. Zatrzymała się jednak przez chwilę pod pobliskim węzłem grzewczym. Przywitała kilka znajomych twarzy, ale przed dalszą wędrówką odwróciła się jeszcze w stronę krawędzi kanionu.
        Ciepłe promienie słońca musnęły wychłodzoną twarz Hany. Wychodząc w pośpiechu z domu zapomniała o czapie. Zamyślona odwróciła się w stronę balonu obserwacyjnego, który bujał się wysoko. Widok stamtąd musiał być obłędny. Niezbadane połacie śniegu i lodu. Gdzie okiem nie sięgnąć śnieżnobiały horyzont. Niezbyt często zauważano odsłonięte przed wiatr drednoty czy automatony nadające się już do rozebrania. Floyd powinien wrócić już jutro, przemknęło jej przez myśl.
        Potem odwróciła się i ruszyła w stronę szpitala. Pacjenci nie uratują się sami.

Ostatnio zmieniony przez Suzuya (29-08-2020 o 08h52)


https://i.imgur.com/50xsk2j.png

Offline

#5 29-08-2020 o 14h19

Straż Absyntu
Morenn
Żołnierz Straży
Morenn
...
Wiadomości: 553

___________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/631822868845690884/748842410443931698/PicsArt_08-28-11.52.04.jpg

           Obudził go skrzekliwy dźwięk rozchodzący się po okolicy z ustawionej na zewnątrz tuby motywacyjnej, poprzedzony sprzężeniem, które wysokim piskiem postawiło do pionu większość mieszkańców baraku 4C. Szmer niezadowolenia przetoczył się dookoła jak brzęczenie owadów, ale już po chwili prycze jęknęły i jego sąsiedzi niechętnie zaczęli się zbierać do wstania. We wspólnej sypialni na chwilę zrobiło się gwarno - nikt nie chciał spóźnić się na poranny apel.
Felix leżał jeszcze chwilę na swoimi miejscu, wpatrując się w górną pryczę śpiącego nad nim sąsiada. Łóżka były piętrowe dla oszczędności przestrzeni w niewielkiej sypialni rozplanowanej tak, by było na niej jak najcieplej. Było to zdecydowanie najbardziej komfortowe miejsce w barakach, ogrzewane oddechami dziesięciu mężczyzn i niewielkim węglowym piecykiem, jednak chłopak wiedział, że wystarczy wystawić stopę poza kołdrę by wrażenie ciepła zniknęło. Szyba zaparowała od wewnątrz i chociaż Felix nie znał innego życia, to naprawdę nie lubił zimna.
Ktoś potrząsnął go za ramię.
- Spóźnisz się, młody. - przeniósł wzrok na stojącego nad nim mężczyznę w średnim wieku. Steve pracował w dole na ciała, brakowało mu górnej dwójki i zwykle miał brudne paznokcie - Felix wolał nie zgadywać, od czego - ale był jednym z serdeczniejszych ludzi, jakich poznał. Co prawda Boltonowie mieli w jego sercu niepodważalnie pierwsze miejsce, ale od kiedy nie mógł już liczyć na łagodną pobudkę ze strony cioci Sophie czy wujka Hirama, brał co dawał mu los. Albo Hany... Potarł oczy, kiwając głową Steve'owi. Był prawie pewien, że znowu mu się śniła.
            Felix skrzywił się, gdy jedynym ruchem odchylił kołdrę i postawił bose stopy na parkiecie, który jęknął pod jego ciężarem. Przyzwyczaił się już, że powinien robić to szybko. Dreszcz był paskudny, ale stopniowe przyzwyczajenie się do temperatury otoczenia wiele nie zmieniało. Nieco przedłużało cierpienie i tylko tyle. Wciągnął na nogi skarpety i przeszedł korytarzem do zamykanego na kłódkę małego, prywatnego pomieszczenia, w którym na kilku metrach kwadratowych mieściła się szafka na ubrania, pudło na rzeczy osobiste, stolik z krzesłem i haczyk, na którym odwieszał odzież wierzchnią, gogle i plecak, który zabierał na patrole. Odruchowo poprawił skórzane sprzączki przygotowując się mentalnie na zdecydowanie rześką wizytę w łaźni, która go czekała. Pomyślał, że zwiad wraca następnego dnia i aż się uśmiechnął na tę myśl. Wiedział, że będzie z nimi Floyd.
           Jego ciało wciąż przeszywały dreszcze po hartującej ciało porannej toalecie, jego ciało pokryła gęsia skórka i szczękał zębami gdy zmuszony był się rozebrać. Na smukłym, dość umięśnionym ciele chłopaka brzydko odcinała się biała, poszarpana blizna, biegnąca od lewej łopatki skosem przez kręgosłup aż po prawe biodro - pamiątka po wybuchu generatora, który przeżył w dzieciństwie. Przeczesał włosy palcami i pociągając nosem tak szybko jak mógł wciągnął na siebie kolejne warstwy ubrań - koszul, cerowanych wielokrotnie swetrów i ocieplanych kalesonów, na które dopiero włożył ocieplaną futrem kurtę i sięgające za kostkę ciężkie trapery. Dopiero wtedy wyszedł w chłód miasta. Przy każdym oddechu z jego ust wydobywały się kłęby pary, a śnieg pod stopami skrzypiał równomiernie gdy chłopak ruszył przed siebie, nadając swoim krokom szybki rytm - byle się rozgrzać.
           Niezbyt zwracał uwagę na frazesy, którymi raczono ich na porannym apelu. Już jakiś czas temu zauważył, że strażnicy powtarzają to samo tylko w innej kolejności i czasami dodają jakieś zwyczajowe, nośne hasła, które w zamyśle miały nieco ich ogrzać, skuteczniej niż węglowe piecyki, wpuszczając do skostniałych serc nadzieję.  Starając się nie rzucać w oczy i nie sprawiać wrażenia znudzonego czy zniecierpliwionego włączał się do chóralnego głosu gdy tego od nich oczekiwano, ale niezbyt to do niego trafiało. Dyskretnie pociągał nosem i grzebał w śniegu ciężkimi traperami, pokrzykując zgodnie kiedy było trzeba i wyczekując chwili, gdy będzie mógł wreszcie udać się na swój posterunek. Apel zakończył się całkiem nowym hasłem, z którego strażnik wydawał się być bardzo zadowolony - to je zresztą usłyszał Felix, gdy już ruszył w stronę balona obserwacyjnego
- To nie zimno jest naszym wrogiem, lecz bezczynność! - huknął ktoś do jego ucha przedrzeźniając ton strażnika, aż chłopak się skrzywił i obejrzał odruchowo.
- Kiedyś cię zamkną, Ed. - mruknął pod nosem Felix, wskazując kciukiem rozgrzebane pod budowę więzienia miejsce nieopodal, nie próbując nawet kryć rozbawienia. Ed był jedynym młodszym od niego zwiadowcą, zwinnym i szczupłym osiemnastolatkiem, jednym z tych, z którymi naprawdę lubił pracować - Dostaniesz celę z widokiem. Na śnieg.
- Będę się czuł jak na posterunku! - ucieszył się, zamaszyście zgarniając od roznoszącgo propagandę chłopca ulotkę i przyjrzał jej się z uśmiechem - O! Załatwię ci po znajomości widok na szpital!
Felix spojrzał na niego spode łba, zaglądając mu przez ramię z marsem na czole i znowu pociągnął nosem. Szpital przepełniony. To oznacza, że Hana musi mieć pełne ręce roboty...
- Masz katar czy co?
- Nieżyt nosa.
Ed pokiwał głową z mądrą miną, jakby Felix zdradził mu jakąś tajemnicę świata i zaraz uśmiechnął się ironicznie.
- Idź do lecznicy, dostaniesz dodatkową porcję rumianku.
Szatyn westchnął cierpiętniczo, ale nic już nie odpowiedział.

           W balonie obserwacyjnym pracowali w zmianach po dwie osoby, czasem trzy - głównie na nocnej warcie lub jeśli wymagały tego panujące warunki. W środku zawsze ktoś czuwał, gotów podnieść alarm gdyby na horyzoncie zamajaczyło coś budzącego niepokój. Tym razem nie spodziewali się trudności i zmieniając nocną wachtę rozłożyli się we dwóch na swoich stanowiskach i po zapoznaniu się z notatkami poprzedniej zmiany wzięli się za obserwowanie okolicy. W Nowym Edynburgu panował ruch, odpowiedni dla tej pory dnia - wydeptanymi w śniegu ścieżkami przemykały co rusz zamotane w płaszcze postacie i Felix nie mógł sobie odmówić wypatrzenia tej jednej, konkretnej, tak łatwo rozpoznawalnej pośród innych sylwetek za sprawą spływających na jej plecy włosów, wyłapujących promienie słońca. Znowu zapomniała czapy, a złociste, proste włosy przypominały w swojej strukturze drogi materiał, zupełnie niepraktyczny przy tej pogodzie, ale zachwycający. Wyostrzył obraz lornetki marudząc w myślach, że jak nic się przeziębi, ale gdzieś w głębi duszy cieszył się egoistycznie, że nie założyła tej czapki i mógł chociaż na chwilę uwiesić spojrzenie na jej zamotanej w warstwy ubrań sylwetce, powiewającej włosami niczym flagą. Nie znał nikogo kto z równym uporem nosiłby podobną fryzurę... Nagle odwróciła się i spojrzała w jego stronę. Miał wrażenie, że spogląda prosto na niego pomimo dzielącej ich odległości i chociaż wiedział, że to niemożliwe, jego serce na moment zamarło. Mógłby przysiąc, że czuł karcące spojrzenie jej przeszywających, chłodnych oczu, gdy nagle obraz znikł. Felix zamrugał, odsunął okular od twarzy i dopiero podnosząc wzrok dostrzegł niezadowolonego Eda.
- Nie słuchasz mnie.
- Co jest? - burknął niechętnie Felix i chociaż uciekł jeszcze na moment spojrzeniem w stronę węzła grzewczego, to nie mógł gołym okiem już jej rozróżnić od innych plamek w dole. Ed przesunął znacząco jego lornetkę, celując w miejsce gdzie śnieg spotykał się z niebem.
- Pytałem czy to nasi. Widać sanie na horyzoncie.

Ostatnio zmieniony przez Morenn (29-08-2020 o 15h19)

Offline

#6 29-08-2020 o 21h17

Straż Cienia
Suzuya
Akolita Jednorożców
Suzuya
...
Wiadomości: 382

___________________________https://media.discordapp.net/attachments/747818177370783875/748954378790240266/PicsArt_08-28-07.16.37.jpg
        Dotarcie do szpitala zajęło Hanie mniej niż dziesięć minut. Zaraz po wejściu zaszła do małej dyżurki lekarskiej i zdjęła z siebie płaszcz, kurtę oraz buty. Zawiesiła wszystko na swoim haczyku, zakładając na koszulę poplamiony niedopraną krwią fartuch i wciągnęła na stopy wytarte buciory. Zawiązała prowizoryczną kokardkę węzełek za plecami i biorąc głęboki wdech, ruszyła w stronę sali chorych. Przed wejściem do pomieszczenia zatrzymała ją Susan, młoda dziewczyna, która mogła mieć nie więcej niż piętnaście lat. Drobna, obcięta na chłopaka brunetka, która bała się niemalże wszystkich pacjentów, którzy nie byli osobami starszymi.
        - Hana! - zawołała, łapiąc blondynkę za łokieć. Ta spojrzała na nią z góry pytająco. - Przepraszam, że ci przeszkadzam od samego przyjścia w pracy... Ale jakiś pacjent chciał, żebyś tylko ty go obejrzała...
        - Hm? Pacjent? - mruknęła pytająco. Niezbyt często się zdarzało, żeby ktoś chciał tylko i wyłącznie ją. To zjawisko dotyczyło głównie jej stałych podopiecznych. - A jak wygląda?
        Susan zdawała się trząść na samą myśl o tajemniczym pacjencie, jednak kiwnęła głową i zaczęła niepewnie gestykulować, starając się jak najdokładniej opisać osobę, która trafiła do przychodni.
        - T-to taki... bardzo wielki facet. Ma rude wąsy i brodę - tutaj już Hana zdawała się wiedzieć o kogo chodzi, jednak pozwoliła nastolatce kontynuować. - I ma bliznę na czole! Trafił tutaj dzisiaj nad ranem, ale sterroryzował personel i powiedział, że tylko ty możesz go obejrzeć - wyjaśniła, jakby chciała usprawiedliwić zastój w przychodni.
        Młoda Bolton kiwnęła głową w geście zrozumienia i ruszyła szybkim krokiem przez szpital, wchodząc na piętro wąską klatką schodową. Był tylko jeden wystarczająco głupi facet, który mógłby walczyć o nią jak lew. Stanęła przed gabinetem, obrzucając zirytowanym spojrzeniem kolegów po fachu. Znaczną większość personelu szpitala stanowiły kobiety, jednak Hana nie mogła wybaczyć ani Gunnarowi, ani Henremu tego, że tak dali się rozstawiać po kątach pijanemu facetowi. Szybkim ruchem wygładziła fartuch, a następnie z rozmachem weszła do pomieszczenia obrzucając pacjenta słowami.
        - Isaac, ty cholerna moczymordo! Nie możesz paraliżować ruchu w szpitalu tylko dlatego, że ja jestem w domu i śpię! - warknęła, podwijając rękawy koszul. W odpowiedzi doszło ją rozbawione prychnięcie. Zmarszczyła zirytowana brwi, a potem podeszła do Irlandczyka i chwyciła go za ucho, starając się zmusić mężczyznę by usiadł na prowizorycznej kozetce. Ten posłał jej szeroki uśmiech, choć pozbawiony dolnej jedynki. To była pierwsza ofiara Hany, której samoobrony przed mężczyznami uczył sam Floyd Bolton. - Co się stało tym razem? - spytała retorycznie. Wiedziała, że najpewniej wymiana zdań oraz ciosów w pubie nie poszła po jego myśli. Nadal było czuć od niego bimbrem. - Naprawdę musisz tyle pić?
        Fabrykant niemrawo wzruszył ramionami, nie odzywając się słowem tym razem. Hana westchnęła tylko cicho i sięgnęła po gazę oraz jodynę. Uważnie obejrzała złamany nos pacjenta. Nie sądziła, aby była szansa doprowadzić go do stanu wcześniejszego, więc tylko zrobiła co mogła, aby mężczyzna już jutro wrócił do pracy. Podejrzewała, że jeszcze dzisiaj wieczorem zastanie żonę Isaaca trzymającą ich dzieci za ręce i będzie jej dziękować za cierpliwość, a także obiecywać, że następnym razem przyniesie mydło jej własnego wyrobu. Mówiła tak zawsze, kiedy Hana doprowadzała jej męża do stanu bliskiego normalności. Już po kilku minutach opuściła gabinet, prosząc Susan by podała Irlandczykowi coś na kaca, którego najpewniej miał.
        Oprócz porannego incydentu, niewiele rzeczy działo się w szpitalu. Miało miejsce kilka operacji, w których dziewczyna nie brała udziału. W wolnej chwili przeszła na spokojniejsze skrzydło szpitala, gdzie leżeli pacjenci ciężko chorzy. Większość z nich już za niedługo miała zostać przeniesiona do domu opieki, gdzie pracowała Sophie Bolton. Hana jednak nadal nie mogła się pożegnać z jedną pacjentką, która leżała na łóżku przy samym oknie i obserwowała bujający się wysoko balon. Dziewczyna lekko przysiadła na krawędzi materaca i spojrzała na staruszkę, posyłając jej pokrzepiający uśmiech. Leżąca niemalże w bezruchu Tylda otworzyła nagle oczy, kiedy poczuła obok siebie obecność młodej lekarki. Na jej widok uśmiechnęła się uprzejmie.
        - Och, Hana... Dzisiaj dalej jesteś pokłócona z Felixem?
        To był ich standardowy dialog. Odkąd staruszka zaczęła mieć poważne zaniki pamięci, blondynka nie mogła sobie poradzić z tym, że niegdyś jej ulubiona sąsiadka i opiekunka, leży sama w tej okropnej sali.
        - Chłopcy są głupi - powiedziała, niczym sześciolatka, siląc się na naburmuszony ton.
        - Nie martw się... Mężczyzn zaczynamy doceniać dopiero, kiedy dorastają. Kiedyś to zrozumiesz - zaśmiała się staruszka, klepiąc drobną, pomarszczoną ręką dziewczynę po ramieniu.
        Blondynka również się zaśmiała i pokiwała głową. Lubiła te codzienne wizyty u Tyldy. To ona zajmowała się nią i Felixem, kiedy zostawali sami w domu. A potem wszyscy we trójkę rozrabiali, robiąc psikusy nieobecnym domownikom. Po krótkim pożegnaniu opuściła oddział paliatywny, decydując się wrócić do pracy. Nie miała czasu na długie przerwy. Już miała otwierać drzwi do kolejnego gabinetu, gdzie czekał kolejny pacjent, kiedy wysoko nad miastem podniósł się tyk syreny. Dziewczyna zamarła i poderwała głowę, spoglądając stronę drzwi wyjściowych. Floyd wraca dzisiaj!, pomyślała natychmiast. Już miała zerwać się do biegu, aby się przebrać, jednak w ostatniej chwili zamarła. Bądź co bądź nadal była w pracy i nie mogła opuszczać swojej zmiany tylko dlatego, że jej brat wrócił do miasta. Niech jej rodzice wyjdą mu na spotkanie, a ona spotka się z nim w domu. Najpierw wykona wszystkie swoje obowiązki... Mimo, że tak bardzo już chciała rzucić się bratu na szyję i wypytać o tyle rzeczy z terenu. Wspierali się nawzajem od zawsze, więc byłby dumny, że bez względu na wszystko poświęciła się pracy, która nie była jej powołaniem. Dlatego wzięła głęboki wdech, odwróciła się by wrócić do pacjentów, kiedy podbiegła do niej Susan.
        - Ekspedycja wraca dzisiaj! Pogoda im sprzyjała!
        - Fakt, miejmy nadzieję, że sprzyjały im wiatry i nic nie zagraża ich życiu - wyznała Hana, kierując się z dziewczyną na salę.
        Na pewno jeszcze się zobaczą wieczorem i porozmawiają.


https://i.imgur.com/50xsk2j.png

Offline

#7 30-08-2020 o 20h08

Straż Absyntu
Morenn
Żołnierz Straży
Morenn
...
Wiadomości: 553

___________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/631822868845690884/748842410443931698/PicsArt_08-28-11.52.04.jpg

           Edowi się nie wydawało - na horyzoncie naprawdę majaczył im kształt, który przy bliższym przyjrzeniu okazał się być wracającym do miasta patrolem. Felix dłuższą chwilę wpatrywał się w ciągnięty przez psy zaprzęg, nie rozumiejąc dziwnego ukłucia niepokoju, które mu towarzyszyło przy obserwowaniu rosnącej plamki pomiędzy śniegami, nie mogąc pozbyć się kotłującego się gdzieś na dnie żołądka nieprzyjemnego uczucia ucisku, przeświadczenia że coś jest nie tak.
- Włączyć syreny? - zapytał trzeźwo Ed, odsuwając lornetkę od twarzy.
- Co? A, tak. Tak, to nasi. - rozmyślenia na temat wcześniejszego powrotu zwiadowców pozostały zawieszone pomiędzy nimi, nie wypowiedziane po żadnej ze stron. Skrócony o dobę pobyt poza miastem mógł oznaczać szereg rzeczy, niekoniecznie problemów samych w sobie. Felix wiedział, że jego niepokój nie jest w pełni racjonalny, nie chciał martwić nim młodszego kolegi, nawet jeśli w tym wszystkim miał wrażenie, że nie może doliczyć się całej piątki zwiadowców, chociaż z tej odległości nie sposób było mieć całkowitą pewność. To było zwykłe przeczucie, a przeczucia mają to do siebie, że niektóre się sprawdzają, inne nie.
Wpatrywanie się w horyzont przerwał mu dźwięk uruchomionej przez Eda syreny, która zawyła nad miastem informując wszystkich o przybyciu patrolu i dopiero to nieco go otrzeźwiło. Odłożył lornetkę, za to sięgnął po kurtę.
- Poradzisz sobie?
- A ty dokąd?
- Wyjdę po nich, w razie gdyby czegoś potrzebowali.
Ed obrzucił go spojrzeniem, w którym można by dostrzec błysk niepokoju - gdzieś głęboko w szarych tęczówkach, pod pozorem opanowania tliła się obawa, podobna tej która rozgościła się w umyśle Felixa, drapiąc nieprzyjemnie gdzieś z tyłu głowy. Z pewnym opóźnieniem młodszy zwiadowca przytaknął skinieniem, w milczeniu obserwując jak jego towarzysz zarzuca na siebie grubą kurtę i nie tracąc czasu schodzi po chyboczącej się na wietrze sznurowej drabince, wkrótce dołączając do mrówek w dole, które jeszcze kręciły się po udeptanych w śniegu ścieżkach Nowego Edynburga.
           Mężczyzna nie zamierzał czekać, aż powracający ze zwiadu patrol dotrze do balonu obserwacyjnego z raportem - energicznie stawiał kroki w ubitym śniegu, byle prędzej się tam znaleźć i upewnić, że wszyscy są cali - nie oszukiwał się, że źródło jego obaw miało miejsce w osobie Floyda. Brat Hany był mu osobą bliską, taką na której mógł polegać - nie raz i nie dwa korzystał z jego doświadczenia i wsparcia, zwłaszcza jeśli chodziło o zwiad. I chociaż próbował sam się uspokajać, że doświadczenie Floyda trzyma go z dala od niebezpieczeństw, to sam wiedział dobrze, że czasem i to może nie wystarczyć.
Minął lecznicę, przy czym odruchowo podniósł wzrok na charakterystyczny błękitny dach, zanim poszedł dalej - zupełnie jakby się spodziewał zastać Hanę w oknie, nawet jeśli nie miał pojęcia, co zrobiłby dalej z tym faktem. Kluczył pomiędzy budynkami, rzadko kiedy kogoś mijając i nie zwalniał, dopóki nie spostrzegł zwiadowców wychodzących mu naprzeciw. Im bliżej jednak był tym mniej sprężysty był jego chód, a serce coraz silniej uderzało mu w piersi. Sanie, dziesięć psów, cztery ludzkie sylwetki. Felix zatrzymał się, nie mając odwagi zrobić kolejnego kroku i raz po raz wodził wzrokiem po zakapturzonych postaciach, nie mylił się jednak. Cztery. Nie było piątego. Nigdzie nie widział Floyda.

           Felix czuł jak serce niewiarygodnie mu ciąży, gdy wstał wreszcie z progu drzwi Boltonów, gdzie udał się natychmiast po tym, jak dotarły do niego fatalne wieści. Sinnett nigdy tak nie żałował, że zdecydował się wyjść na spotkanie zwiadowcom i jako pierwszy dowiedzieć o tym, co się wydarzyło. Jako bliski Boltonom szybko został wyznaczony do odprowadzenia do domu psów Floyda i - siłą rzeczy - zostania posłańcem ponurych wieści. Ich syn, jego przyjaciel bliski mu jak brat, miał nie wrócić. Ani teraz, ani nigdy.
Felix wszystkie czynności wykonywał mechanicznie - odprowadził ich wielkie, niespokojne psy do kojca, przekazał to, co miał za zadanie przekazać, ale zaraz potem wyszedł tłumacząc się pracą jakby się bał że jeszcze moment w uścisku cioci mu wystarczy, żeby całkowicie się przy nich rozsypać i dopiero za progiem drzwi poczuł, że kolana się pod nim ugięły. Usiadł na stopniach wiodących do domu, który przez osiem lat był mu własnym, ukrył twarz w dłoniach i kołysał rytmicznie, jakby dopadła go choroba sieroca, pociągając nosem już nie z powodu w kataru. Dopiero gdy powiedział to na głos wydało mu się takie pewne, ostateczne jak wyrok, odbierające jakąś dziwną nadzieję że to nieprawda - że syn Boltonów zaraz wbiegnie na schody przeskakując po dwa stopnie, zatrzyma się nad nim i oznajmi, że to był żart i nic mu nie jest. Nic z tego się nie wydarzyło - był tylko on i przerażająca świadomość, że jest jeszcze jedna osoba, która o niczym nie wie, a zdecydowanie powinna. Dopiero to pchnęło go do wstania z miejsca i ruszenia w stronę szpitala z plecami przygarbionymi od spoczywającego na nich ciężaru. Zwykle brał drogę na skróty, teraz jednak szedł bez werwy, zamyślony i okrężną drogą jakby to mu miało jakkolwiek lepiej pomóc ułożyć sobie w głowie to, co musiał tak czy siak z siebie wyrzucić.
            W środku śmierdziało środkiem do odkażania i chorobą, co tylko spotęgowało jego podły nastrój. Rozglądał się bez przekonania szukając jakiejś znajomej sylwetki - jakiejkolwiek - jednak wszyscy dookoła byli zbyt zajęci by zwrócić na niego uwagę, a on nie chciał przeszkadzać. Pacjentów było sporo, personelu znacznie mniej, a on nigdzie nie widział platynowych włosów spływających na plecy. Wypatrzył za to coś zgoła innego - Susan czasem kręciła się w pobliżu Hany, stanowiąc interesujący kontrast. Znacznie od niej niższa, ciemnowłosa, obcięta krócej niż on i sprawiająca wrażenie permanentnie przerażonej. Zatrzymał ją bezbarwnym tonem, matowo i bez zwyczajowego błysku w oku poprosił o zaprowadzenie go do Hany.
Nawet jeśli nadal nie miał bladego pojęcia, jak jej to powie.

Offline

#8 31-08-2020 o 09h45

Straż Cienia
Suzuya
Akolita Jednorożców
Suzuya
...
Wiadomości: 382

___________________________https://media.discordapp.net/attachments/747818177370783875/748954378790240266/PicsArt_08-28-07.16.37.jpg
        Skupienie się na pracy wymagało od Hany maksymalnego skupienia. Odkąd usłyszała syreny myślami już nie była w szpitalu, a w domu. Tam już pewnie zmierzał Floyd prowadząc Herolda i Unikę (dwa psy, które zabrał ze sobą do pracy), witając się ze wszystkimi mijanymi sąsiadami. Mama już zapewne szybciej urwała się z pracy, żeby ugotować wodnistej zupy ziemniaczanej. W tym czasie ona powinna zdobyć jedzenie dla psów, żeby mogli poświęcić więcej czasu na rozmowę i opowieści z Frostlandu.
        Wchodząc na piętro zerknęła na kilka osób, które czekały na diagnozę z jej strony. Susan dreptała za nią jak trzęsący się, malutki piesek i trzymała w dłoniach listy segregacji. Dzięki nim prościej było zajmować się pacjentami przy tak niewielkiej ilości personelu medycznego. Otworzyła na oścież drzwi do gabinetu i zaczęła zapraszać każdego człowieka po kolei, przeprowadzając sprawne wstępne badania. Przeziębienie. Odmrożenie. Odmrożenie. Martwica tkanek, noga do amputacji. Odmrożenie. Nadwyrężenie. Katar. I Hana miała wrażenie, że wpadła w błędne koło. Cały czas to samo. Diagnozy nie różniły się od siebie zbytnio, Susan ciągle biegała w tę i z powrotem, rozdając pacjentów na odpowiednie, choć prowizoryczne, oddziały. Hana wykonywała czynności mechanicznie, starając się czym prędzej skończyć pracę, pójść na salę zabiegową i potem biec do domu. Zdziwiła się jednak, kiedy usłyszała drżący głos Susan.
        - P-proszę poczekać! Powinieneś zająć miejsce w kolejce! H-Hana nie przyjmuje bez kolejki - mówiła nastolatka, ewidentnie starając się kogoś zatrzymać na korytarzu. Blondynka pokazała pacjentce w ciąży, żeby się nie denerwowała i już miała podejść do drzwi, kiedy w progu stanął Felix z Susan, która ciągnęła go za rękaw kurtki. Widząc jednak zdziwione spojrzenie Hany, niemalże natychmiast puściła szatyna i zaczerwieniła się z oburzenia. - Przepraszam, ale chciał się z tobą zobaczyć. Mówiłam, że musi czekać w kolejce i nie powi-
        - W porządku Susan, słyszałam - parsknęła Hana, kiwając głową ze zrozumieniem. Lekkim ruchem założyła złote kosmyki za ucho i skrzyżowała ramiona pod biustem. - Przyjmę go bez kolejki - stwierdziła, taksując go spojrzeniem i zauważając nadal formalny ubiór. - Zszedł z posterunku, więc to musi być coś poważnego - dodała, widząc jak Susan próbuje protestować. - Niech na razie pacjentów przyjmuje Gunnar, jak tylko skończę to odprowadzisz panią Harrison do drzwi.
        Susan pokiwała głową, a Hana wróciła do ciężarnej i posłała jej uspokajający uśmiech. Wydała jej kartkę do cieplarni, aby mogła pobrać stamtąd pokrzywę na napar. Potem wstała i pożegnała ją, odprowadzając kobietę spojrzeniem, a następnie kiwnęła ręką na Felixa. Czym prędzej zamknęła drzwi gabinetu za nim, potem wyciągnęła swój sprzęt do badań. Starała się nie myśleć o nim, jak o kimś w kim kiedyś się kochała. Niemniej nie mogła powstrzymać się od zerknięcia na niego. Felix Sinnett był już wysokim mężczyzną i nic w nim nie było z zabiedzonego dziesięciolatka, którym był, kiedy trafił do ich domu. W złotych oczach chłopaka teraz było coś niewyraźnego, ale zwykle tliły się w nich iskierki, podobne do tych, które skaczą na końcu odpalanej zapałki. Ciemne włosy miał już przydługie, zmierzwione w sposób tak niesforny, że Hana automatycznie by je poprawiła, gdyby nie ich aktualna relacja. Teraz Felix był dorosłym mężczyzną, który spełniał swoje marzenia. A mimo to siedział w jej gabinecie, nie wiedząc gdzie podziać oczy.
        - Proszę zdjąć kurtkę i wystawić przed siebie dłonie - powiedziała, sięgając po świeczkę, którą zapaliła zapałką. Pochyliła się na rękami chłopaka, jednak nie widziała na nich cienia obrzęku czy czerwonosinego zabarwienia. Przesunęła powoli pod nimi płomieniem, jednak widząc jak palce drgają pod wpływem ciepła zdmuchnęła płomień. Problem nie leżał w wychłodzeniu. - Odruchy poprawne, brak śladów odmrożenia. Proszę o otworzenie szeroko ust i powiedzenie "Aaaaa" - poleciła, spoglądając na gardło Felixa. Tutaj też czysto, zero obrzęku. Zdziwiona uniosła lekko cienkie brwi, ale kiwnęła głową. Zwykle zwiadowcy mogliby być przykładem dla chorujących wiecznie mieszkańców Nowego Edynburga. - Żadnych śladów infekcji. Odchylić głowę i oddychać spokojnie - mruknęła, sięgając po stalowy wziernik. Ubrała okulary z grubymi szkłami, usiadła naprzeciw Sinnetta i wetknęła końcówkę do nosa Felixa. Podrażniona błona śluzowa, matowa wydzielina. - Katar jak malowany, raczej się nie rozniesie. Zalecam inhalację rumiankiem, ale picie naparu też nie zaszkodzi - poinformowała chłopaka, zdejmując okulary i wrzucając wziernik do kubła wypełnionego do połowy alkoholem.
        Szybkim ruchem otworzyła okno, zbierając z parapetu garść śniegu. Potem zamknęła je z trzaskiem, ubijając śnieg w metalowym kubeczka. Postawiła go na malutkim piecyku w rogu, a potem z wielkiego słoja wyciągnęła kilka lichych gałązek rumianku. Połamała je na maleńkie kawałki i wrzuciła do rozpuszczającego się śniegu, czekając aż się zaparzy. Między nią, a chłopakiem zapadła cisza przerywana jedynie dochodzącym z korytarza piskiem Susan. Nim się obejrzała, napar był gotowy, więc przelała go przez sitko do drewnianej miseczki. Podeszła do Felixa i podała mu miseczkę.
        - Trochę powdychać opary, a potem wypić - zaleciła, stając naprzeciw niego i opierając się o potężny stół, który służył jej za prowizoryczne biurko.
        Nie sądziła, że dawny przyjaciel będzie jej zawracał głowę głupim katarem. Najwyraźniej musiał mieć tutaj swój udział kapitan albo ktoś inny z centrali, kogo irytowało ciągłe pociąganie nosem. Była jednak ciekawa, czy szatyn spotkał się już z Floydem. Może katar to była tylko przykrywka, a chłopak tak naprawdę miał przekazać Hanie jakąś informację od brata...


https://i.imgur.com/50xsk2j.png

Offline

#9 01-09-2020 o 14h13

Straż Absyntu
Morenn
Żołnierz Straży
Morenn
...
Wiadomości: 553

___________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/631822868845690884/748842410443931698/PicsArt_08-28-11.52.04.jpg

           Felix z jednej strony chciał mieć już to wszystko za sobą, z drugiej - podświadomie odwlekał w nieskończoność moment, kiedy stanie twarzą w twarz z Haną, a ona przeszyje go pytającym spojrzeniem chłodnych, jasnych oczu. Ileż to razy wyobrażał sobie, jak elektryzujące, chłodne tęczówki topnieją za jego sprawą - w jego fantazjach potrafił to zrobić. Wodził za nią spojrzeniem gdy myślała że zajmuje się czymś innym, przyglądał się jak się porusza, jaką ma minę gdy nie może znaleźć ulubionego swetra, jak się uśmiecha na jakiś rzucony ironiczny żart i wyobrażał sobie jak jej spojrzenie zmienia się gdy bierze ją w ramiona. To było tak dawno, ale z jakiegoś powodu to sobie przypomniał, gdy dotarł już do miejsca jej pracy i był dosłownie o krok od zobaczenia się z nią, ale zamiast Hany wyskoczyła mu na spotkanie Susan. Nie chciał być wobec niej obcesowy, ale z drugiej strony nie miał siły, ochoty ani czasu jej porządnie tłumaczyć z czym przyszedł - dotarli więc do drzwi gabinetu w dość dziwnej konfiguracji, w której nastolatka była uwieszona jego rękawa niczym tchórzofretka, apelując o zajęcie miejsca w kolejce, a on starał się zgrabnie ją wyminąć i nie wyjść przy tym na kompletnego gbura, przy coraz większym poruszeniu wśród czekających w kolejce pacjentów Hany.
Natykając wreszcie na jej spojrzenie poczuł jak jego determinacja topnieje i chociaż przez moment uporczywie patrzył jej w oczy jakby samym spojrzeniem chciał jej przekazać wiadomość to długo tak nie wytrzymał, zwłaszcza gdy wspomniała o tym, że to musi być coś ważnego, a on pomyślał że wolałby by było to ważne w tym sensie, w jakim Hanie się wydawało. Obserwował ją ukradkiem gdy czekał na swoją kolej, udając że bardziej go zajmuje kontemplowanie ściany niż jej zgrabnej sylwetki, profesjonalnego podejścia i złotych włosów spływających na plecy, stanowiących fenomen na skalę miasta. Patrząc na nią w szpitalu miał dziwne wyrzuty sumienia. Wiedział, że nie tego chciała od życia, a sam fakt, że on to dostał budziło w nim podświadomy żal, jakby był za to odpowiedzialny. I po części słusznie - im był starszy tym częściej wspominał ich ostatnią kłótnię i tym bardziej rozumiał to, czego wówczas nie chciał do siebie dopuścić - zawiódł ją. Rozczarował łamiąc ich wzajemnie złożoną sobie przysięgę że się nie rozdzielą i nieważne jak naiwna mogła się wydawać była wiążąca, a on ją zdradził, nawet jeśli starał się usprawiedliwiać swoją decyzję sam przed sobą. Hana byłaby świetnym zwiadowcą, pewnie nawet lepszym od niego, dziwnie mu więc było patrzeć na poplamiony roboczy fartuch który miała na sobie. Sumienie drapało go gdzieś z tyłu głowy, bo wiedział, że nigdy nie powinien był dopuścić do tego, by ona była tu, a on tam - poróżnieni i rozdzieleni. Mógł się tylko zastanawiać gdzie podziało się tych dwoje nierozłącznych dzieciaków, które uważały że będą trzymać się razem do końca życia.
         A teraz przyszedł do niej. By oznajmić jej, że jej ukochany brat nie żyje.
Chciał wyrzucić to z siebie od razu gdy Hana zamknęła za nimi drzwi gabinetu, ale coś było w stanowczej nucie jej głosu że gdy nakazała mu zdjąć kurtę po prostu spełnił jej polecenie, przyglądając się z bliska jej pełnym skupienia i chłodnego profesjonalizmu ruchom. Zbadała jego dłonie poszukując śladów odmrożeń, nachylając się przy tym ku niemu tak blisko, że miał ją na wyciągnięcie ręki. Czuł ciepło, momentami wręcz nieprzyjemne gorąco świecy nad dłonią, i jej skórę pomieszaną z zapachami szpitala, jednak jeśli była świadoma jego spojrzenia na sobie to nie dała niczego po sobie poznać, profesjonalnie kontynuując badanie. Posłusznie otworzył usta i z wysuniętym językiem pozwolił jej obejrzeć swoje gardło i dotknąć węzłów chłonnych chłodnymi, długimi palcami, wodząc za nią bez słowa uważnym spojrzeniem. W odruchu chciał w pewnym momencie chwycić ją za nadgarstek, zmusić do zatrzymania się na chwilę i wysłuchania go, ale ostatecznie tylko odchylił głowę i skrzywił nieco gdy poczuł metal wetknięty do nosa. Diagnoza w ogóle go nie zaskoczyła, ale pomyślał że Hana musi być zmieszana tym, że przyszedł do niej z tak błahą sprawą. Nie miał zwyczaju zawracania innym głowy zwykłym katarem, chociaż i ten zdarzał mu się sporadycznie. Wydawało mu się że w jej spojrzeniu spostrzegł nieme pytanie, ale ostatecznie nic nie powiedziała przygotowując dla niego porcję rumianku i pozwalając by zaległa między nimi ciężka cisza. Felix patrzył na nią, to na swoje dłonie, mnąc w ustach to co miał jej powiedzieć jak starą gumę do żucia, od której zaczyna już mdlić. Miseczkę z rumiankiem przyjął od niej bezwiednie, przez moment patrząc na zmarszczki na powierzchni cieczy. Czuł że napięcie zaczyna robić się nieznośne, a ucisk na żołądku coraz mocniejszy. Poczuł, że musi się wreszcie odezwać.
- Dziękuję, ale... Hana, ja nie przyszedłem po to. - wyrzucił z siebie wreszcie. Podniósł się z kozetki na której wcześniej go posadziła i przez moment nie wiedział co ma zrobić, niezręcznie zakręcił się po pomieszczeniu, odstawiając miseczkę na stolik i stanął naprzeciwko opartej o biurko kobiety. Nie wiedział co powinien zrobić, chwycić ją za rękę, przytulić? Czy był jakiś sposób by złagodzić wydźwięk tych słów?
- Hana, jest mi potwornie przykro. - odchrząknął, czując że jego głos zachrypł, patrząc jej z bólem w oczy - Patrol zjechał dzisiaj, ale nie było z nimi Floyda. On już nie wróci, Hana. Przykro mi. - minęło kilka uderzeń serca, w czasie których Felix czuł lodowate zimno rozchodzące się po ciele -  Chciałem ci powiedzieć, że jeśli będę mógł coś zrobić... Dla ciebie, dla was... To tylko powiedz. - dodał cicho, przyglądając się jej z troską.

Ostatnio zmieniony przez Morenn (01-09-2020 o 16h41)

Offline

#10 01-09-2020 o 17h58

Straż Cienia
Suzuya
Akolita Jednorożców
Suzuya
...
Wiadomości: 382

___________________________https://media.discordapp.net/attachments/747818177370783875/748954378790240266/PicsArt_08-28-07.16.37.jpg
        Zadziwiona śledziła go spojrzeniem, kiedy wstał i nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Odłożył napar na stolik, a następnie stanął naprzeciw niej. Blisko, za blisko, przemknęło jej przez myśl. Starała się minimalnie odsunąć, jednak biurko za jej plecami uniemożliwiło jakąkolwiek próbę ucieczki. Już otwierała usta, aby ostrzec dawnego przyjaciela, że posuwa się za daleko. On jednak ją ubiegł swoimi słowami, a świat Hany zatrzymał się tak gwałtownie, że zrobiło się jej niedobrze.
        "Nie było z nimi Floyda". Nie. NIE, to niemożliwe. Floyd jej obiecał, że wróci. Ledwo tydzień temu żegnała się z bratem gorącym uściskiem pod psim kojcem. Prowadząc Herolda i Unikę odwrócił się w ostatniej chwili, posyłając siostrze rozgrzewający serce uśmiech. Pomachał do niej i rzucił obietnicą jak najszybszego powrotu. Hana znała swojego brata lepiej niż kogokolwiek innego. Jak Floyd Bolton składał jej obietnicę, spełniał ją niezależnie od wszystkiego. Skoro powiedział jej, że wróci... Los mógłby mu odjąć obie nogi i wzrok, ale wróciłby do niej. Jego rozległe doświadczenie, wiedza na temat przetrwania we Frostlandzie oraz silna czteroosobowa drużyna nie mogły sprawić, że zginął.
        - Nie... To niemożliwe - powiedziała stanowczo, choć głos załamał się jej zdradliwie. Zaczęła szybko mrugać, starając się odgonić łzy. - Floyd obiecał mi, że wróci - dodała, odchodząc na środek pomieszczenia i zaczynając po nim krążyć niespokojnie.
        Nie bądź dzieckiem, Hana, zganiła się w myślach, Nie możesz wierzyć we wszystko co ci obiecują. Miała wcześniej już podobne doświadczenie Felixem, który również złamał ich dziecięcą przysięgę. Nigdy nie mogła od niego wymagać, żeby porzucił swoje marzenia dla niej. Czymże była w obliczu spełnienia pragnień, które były na wyciągnięcie ręki. Tym razem zawiódł ją Floyd, choć jeszcze ani razu mu się to nie zdarzyło. Był najbardziej słownym człowiekiem w domu. Przez jej głowę zaczęły z zawrotną prędkością przemykać wspólne chwile ze starszym bratem. Pamiętała jak po raz pierwszy wprowadził ją do psiego kojca przy domu, kiedy miała pięć lat. Tłumaczył jej jak obchodzić się ze zwierzętami, pokazywał poszczególne psy, które kładły się przed nią ufnie i prosiły o drapanie po brzuchach. Opowiadał jej wtedy, że mama przynosiła ją zaraz po urodzeniu do bestii, aby już od początku zapoznawały się z jej zapachem. Żeby poznały nowego członka rodziny, za którego mogłyby zagryźć każde zagrożenie.
        W następnym wspomnieniu miała dwanaście lat i siedziała obrażona na Felixa w kuchni. Miała wówczas swój mały kąt w rogu pomieszczenia między piecem, a szafką. Teraz tego pustego miejsca nie ma, ale jak była mała to miała swój kącik zabaw. Floyd zapukał w blat nad jej głową, ale skuliła się jeszcze bardziej i pociągnęła żałośnie nosem. Zapukał jeszcze raz, ale kazała mu sobie iść. Zamiast tego jej brat klęknął na zimnych deskach i spojrzał na nią z lekkim uśmiechem. "Co się stało, mała?, zapytał wtedy. Skarżyła się zapłakana, że Sinnett ciągnął ją za warkocze i przezywał od pcheł. Słyszała cichy śmiech, ale zaraz potem poczuła ciepłą rękę chłopaka na swojej głowie. "Nie przejmuj się... Kiedyś te włosy będą twoją dumą, wiesz? Wszystkie dziewczynki będą ci zazdrościć", tłumaczył jej, delikatnie przesuwając palcami po plecionce z warkocza. Spojrzała na niego znad podciągniętych do twarzy kolan i otarła łzy spływające po policzkach. "N-naprawdę?", spytała, jakby nie chcąc uwierzyć w swoja brata. On posłał jej wtedy uśmiech tak promienny, że udzielił się również Hanie. Bardzo powoli wszedł na czworakach do jej kącika, a potem usiadł obok i przytulił ją mocno. "No pewnie! A ja już wiem, co mówię... Może nawet podobają się Felixowi? Albo ty mu się podobasz?", zaśmiał się w ten swój charakterystyczny sposób, marszcząc zadarty nos. Ona wtedy spojrzała na niego prawie oburzona i szturchnęła w ramię; "Felixowi? Chłopcy są fuuu", stwierdziła. W odpowiedzi otrzymała już jedynie śmiech.
        Tym razem miała piętnaście lat i Floyd dowiedział się, że Hana kilka miesięcy temu dostała pierwszej miesiączki. Zaprosił ją na swoje łóżko, klepiąc pościel w miejscu, gdzie chciałby by usiadła. Niepewnie przysiadła, spoglądając na brata z niepewnością w jasnych oczach. Młody Bolton odchrząknął wówczas i chwycił siostrę za dłoń. "Hana... Wiem, że nadszedł ten czas i stałaś się kobietą. Dlatego chciałbym podzielić się z tobą niezwykle ważną wiedzą". Dziewczyna zmarszczyła brwi, ale kiwnęła powoli głową, starając się przyswoić słowa brata. Nie była pewna do czego zmierzał. "Wiem też, że to czas, kiedy zaczynasz ściągać na siebie zainteresowanie chłopców... Nawet jeśli nieświadomie!", dodał szybko, kiedy siostra zaczęła przewracać oczami. Chyba zaczynała już wiedzieć do czego to zmierza, chociaż z mamą już przebyła rozmowę na ten temat. Wiedziała o swoim ciele już chyba wszystko co wiedzieć mogła, co Floyd chciał jej jeszcze powiedzieć? "Dlatego chciałbym, żebyś nauczyła się bronić przed tymi chłopcami, którzy zaczynają się robić... niemili w stosunku do ciebie". Co? Hana mrugnęła kilka razy, jakby nie rozumiejąc. Miała nauczyć się bronić przed nachalnymi dupkami? Podniósł swoją dłoń na wysokość jej oczu, a następnie wskazał na kości nadgarstka u podstawy ręki. "To będzie twoja broń. Uderzenie tym miejscem najmniej boli ciebie, twarda podstawa. Przeciwnik musi się zniechęcić, żeby zaatakować cię ponownie. Są cztery czułe punkty. Stopa, kolano, krocze i nos. Chodź, pokażę ci", powiedział, wstając z łóżka. Ćwiczyli tak prawie godzinę. Floyd pokazywał Hanie całe sekwencje ruchów, osobne ciosy, którymi mogłaby się posłużyć w sytuacji (wydawałoby się) bez wyjścia oraz sprawdzał z nią większość możliwych scenariuszy. Nie mógł pozwolić, aby ktokolwiek skrzywdził jego kochaną siostrzyczkę.
        Hana byłaby w stanie narysować swojego brata lepiej niż zrobiłby to profesjonalny artysta. Mimo, że nie miała żadnego talentu artystycznego, Floyda oddałaby tak dobrze, że mógłby wyjść do niej z rysunku. Pamiętała wszystko. Wysoką, tyczkowatą sylwetkę, która zaczynała nabierać mięśni dopiero po zaciągnięciu się w szeregi zwiadowców. Jasne, niemalże białe włosy, które wiecznie miał nierówno obcięte nożem przez ojca. Duże i mądre oczy w kolorze nieba przez burzą śnieżną. Policzki oraz nos usiane ciemnymi piegami, tak licznymi, że nawet gdyby chciała to nie dałaby rady ich policzyć. Usta miał wąskie, a górną wargę pełniejszą. Jak był młodszy posiadał drobną przerwę między jedynkami, lecz ta zanikła, kiedy zaczął dojrzewam i rosnąć. Floyd miał też ciepłe dłonie o długich, kościstych palcach. Zawsze były ciepłe, niezależnie od okoliczności. A teraz miał już się do niej nie uśmiechnąć? Nigdy już nie potargać jej włosów? Ani nie nazwać jej "małą"? Niemożliwe, on nie mógł zginąć jak nowicjusz.
        - Niemożliwe! Floyd zawsze wracał, nie umarł jak pierwszy lepszy żółtodziób! - krzyknęła, łapiąc w dłoń szklaną zlewkę, w której odkażała narzędzia po operacji i cisnęła nią o przeciwległą ścianą tuż obok okna. Szkło rozprysło się we wszystkie strony. W jej oczach stanęły łzy. - On zawsze dotrzymywał słowa! Zawsze do mnie wracał! - powiedziała, pociągając nosem. Przygryzła wargę, kiedy usta jej zaczęły drżeć a z gardła chciał wyrwać się szloch. Zamiast tego otworzyła z hukiem drzwi, przebiegła korytarz, przemknęła przez klatkę schodową. Miała gdzieś, że być może zachowuje się dziecinnie. Kobieta w jej wieku najpewniej powinna zareagować inaczej na wieść o stracie, zamiast trzymać się obietnic jak tonący brzytwy. W dyżurce zerwała z siebie fartuch, przebrała buty i porwała z haczyka kurtę oraz płaszcz. Narzuciła je na siebie byle jak i wypruła ze szpitala, zostawiając osłupiałych pacjentów za sobą. Brnęła śliskimi ulicami jak najdalej przed siebie, zapinając po drodze okrycie wierzchnie, starając się wysuszyć cieknące z oczu łzy. Pociągała nosem, dławiąc w sobie szlochy. Nowy Edynburg był teraz właściwie wyludniony; większość ludzi była w pracy. Tylko matki z malutkimi dziećmi oraz w miarę zdrowe staruszki spacerowały gdzieniegdzie, jednak wszystkie omijały płaczącą Hanę niczym woda w rzece olbrzymi głaz. Niedługo później usiadła jednak na śniegu niedaleko węzła cieplnego i ukryła twarz w zaczerwienionych, skostniałych dłoniach. Nigdy nie złamał danego jej słowa, więc... Dlaczego teraz zostawił mnie samą?, przemknęło jej przez myśl.

Ostatnio zmieniony przez Suzuya (01-09-2020 o 17h59)


https://i.imgur.com/50xsk2j.png

Offline

#11 02-09-2020 o 02h13

Straż Absyntu
Morenn
Żołnierz Straży
Morenn
...
Wiadomości: 553

___________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/631822868845690884/748842410443931698/PicsArt_08-28-11.52.04.jpg

          Felix był pewien, że nie ma dobrych słów, dobrych momentów ani odpowiednich gestów by przekazać podobną wiadomość. Floyd nie był mu obojętny - wręcz przeciwnie - ale to Hana była jego rodziną, kochającą siostrą która stale szukała i znajdowała w nim oparcie. Czuł się tak, jakby to on osobiście odebrał jej brata przychodząc do niej i mówiąc o tym - nie śnieg i lód. Floyd był doświadczony, ale nawet doświadczeni zwiadowcy ginęli. Zapuszczanie się poza miasto, na lodową pustynię gdzie wszystko może pójść nie tak, było niebezpieczne samo w sobie. Floyda pokonał lodowy labirynt, ale Felix nie znał szczegółów, które mógłby przekazać Hanie gdyby dopytywała. Ona jednak wpatrywała się w niego przez chwilę, jakby przemówił w jakimś obcym języku i znaczenie jego słów nie dotarło do niej od razu, a później miała nadzieję, że to żart i jeśli mu zaprzeczy to przyzna to od razu. Mógł jednak jedynie pokręcić głową, odruchowo zrobił ruch w jej stronę ale zaraz się zmitygował dając jej moment na ochłonięcie. Zaczęła nerwowo krążyć po pomieszczeniu, jakby nie była w stanie znaleźć sobie miejsca, jakby nigdzie odtąd miało go no być dla niej wystarczająco. Obserwował ją niespokojnie jak kręcące się po klatce dzikie zwierzę, niepewny co powinien zrobić. W odruchu chciał do niej podejść, objąć, żeby czuła że nie jest sama, jednak coś go powstrzymywało. Ich aktualna relacja daleka była od choćby właściwej, czy takiej dopuszczającej podobne gesty. Coś go hamowało, sprawiało że dłuższą chwilę przyglądał się jak coraz bardziej nerwowo stawia kroki pogrążona w jakichś własnych myślach, zupełnie jakby prawda stopniowo do niej docierała. Wybuch nie nastąpił nagle, przeciwnie - Felix miał wrażenie, że wszystkie te emocje wzbierają w niej niczym w rzece, w której poziom wody podnosi się stopniowo aż zaczyna występować z brzegów, przelewając żal i frustrację jak mulistą wodę z samego dna. Zdążył jedynie zrobić krok w jej stronę, gdy wściekłość pchnęła ją do sięgnięcia po szklane naczynie i ciśnięcia nim na oślep przez całą długość gabinetu. Zlewka dokonała żywota na ścianie w powodzi odłamków, jednak to nie na nich skupił całą uwagę. W oczach Hany błysnęły wreszcie łzy, a kolejne słowa przepełniał żal. Z piersi kobiety wyrwał się długi szloch, od którego Felix poczuł ciężar w okolicy serca. Lekarka rzuciła się przed siebie bez opamiętania, drzwi od gabinetu szarpnęła zamaszyście aż uderzyły w ścianę, po czym wypadła na korytarz zanosząc się płaczem.
- Hana! Hana, poczekaj! - Felix chwycił swoją kurtkę i mnąc w ustach przekleństwo wybiegł za nią z gabinetu. Scena wywołała poruszenie pośród czekających w kolejce pacjentów - oglądanie Hany Bolton w tym stanie zdecydowanie nie było częstym zjawiskiem. Prawie wpadł na Susan, która wyrosła przed nim i posłała mu pytające spojrzenie, jednak on tylko pokręcił głową.
- Hana! - zawołał wymijając ją w biegu i ruszył w ślad za blondynką korytarzem.
           Pędziła, jakby szok, strach i ból sprawiły, że wstąpiła w nią jakaś nadludzka siła. Felix nawoływał jakby to miało ją powstrzymać, nie łudził się jednak, by to ją zatrzymało - nie był nawet pewien czy słyszała. Przez nieuwagę stanął na oblodzonym fragmencie progu szpitala, musiał przytrzymać się drzwi by złapać równowagę, a Hana zniknęła mu z oczu. Nie zawracał sobie głowy zakładaniem kurtki, po prostu pobiegł ubitą ścieżką przed siebie, tam gdzie wydawało mu się że ją znajdzie - znalazł za załomem budynku cieplarni, gdzie pod węzłem grzewczym dostrzegł kulącą się w śniegu sylwetkę. Zbliżył się do niej ostrożnie, pociągającej nosem i sprawiającej wrażenie całkowicie bezbronnej. Była przemarznięta i zrozpaczona, jak wtedy gdy jakiś chłopak ze świetlicy jej dokuczał ciągnąc ją za warkocze i przezywając, aż nie była w stanie ukryć przykrości. Felix pobił się z nim tamtego popołudnia, zarobił fioletowego sińca pod okiem, a Hanę znalazł tak jak teraz, zupełnie jakby znowu mieli po trzynaście lat i pocieszył ją oddając największe smakołyki ze swojej racji żywnościowej. On sam nieraz robił to samo co tamten chłopak, ale to nie o to chodziło - jego intencją nigdy nie było umyślne sprawienie jej cierpienia i był przekonany, że to coś oczywistego. Był gotów bić się o nią z każdym, kto sprawiał jej przykrość. W końcu była jego Pchełką, a że w złocistych puklach próżno było szukać pcheł, o czym oboje zresztą doskonale wiedzieli, to dokuczliwe z początku przezwisko szybko nabrało pieszczotliwego wydźwięku im byli starsi. Teraz czuł się jakby miał deja vú. Podszedł do niej i przyklęknął obok w śniegu.
- Hana. Pchełko. Na litość, zaziębisz się... - szepnął miękko, nieśmiało dotykając jej ramienia. Pewnym ruchem zarzucił swoją kurtkę na niechlujnie zapięty płaszczyk, a na złote włosy wcisnął własną, ciepłą i bezkształtną grubą czapkę. - Jestem z tobą. - mruknął, ocierając łzy z rumianych policzków, które zaraz pogładził kciukami, zanim po prostu zamknął ją w uścisku, czując że i sam tego potrzebuje. Pachniała przyjemnie i znajomo wszystkim co kojarzyło mu się z domem, jej ciepło przebijało spod grubych warstw ubrań. - Chodź ze mną, Pchełko. Zabiorę cię do domu. - wymruczał do jej ucha. Wiedział, że Floyd by chciał, żeby się nią zaopiekował. I sam czuł, że chce się nią zaopiekować.

Offline

#12 03-09-2020 o 14h46

Straż Cienia
Suzuya
Akolita Jednorożców
Suzuya
...
Wiadomości: 382

___________________________https://media.discordapp.net/attachments/747818177370783875/748954378790240266/PicsArt_08-28-07.16.37.jpg
        Nie wiedziała, ile trwała w tej pozycji. Łzy płynęły po jej twarzy potokiem, a płaszcz zaczynał przemakać od siedzenia na śniegu. To wszystko nie mogło się dziać naprawdę. To wszystko było jednym, wielkim nieporozumieniem. Czuła się potwornie osamotniona, mimo że zostali jej jeszcze rodzice. Pociągnęła żałośnie nosem, czując nagły i ostry ból rozchodzący się w zatokach. Nie miała czapy, a w pośpiechu nie zabrała szalika; w tym tempie odmrozi sobie wszystkie uszy, nos lub policzki. Słysząc zbliżające się kroki, skuliła się bardziej na swoim miejscu i schowała głowę między ramionami. Nikt nie powinien jej widzieć w takim stanie, a już zwłaszcza on. Słysząc znajome, czułe przezwisko drgnęła nieznacznie. Kiedyś obrażała się na niego, denerwowała się, ale im starsza była tym bardziej zaczynało jej się to podobać. Felix nigdy nie wiedział, kiedy powinien odpuścić. Za punkt honoru wziął sobie bycie dla niej oparciem.
        Czuła na swoim ramionach ciężar kurtki, a na głowie przyjemne ciepło czapki. Spojrzała na niego szklistymi oczami, czując jak chłopak ociera łzy z jej policzków. Felix tak bardzo różnił się od Floyda. Nie miał tak bladej skóry, ani tak nierówno obciętych włosów. Jego dłonie też nie były tak przyjemnie rozgrzane. Jednak wcale nie musiały takie być, ponieważ ten chłopak nie był jej bratem. Był jej pierwszą miłością, pierwszym prawdziwym przyjacielem i ostatnim człowiekiem, którego chciałaby okłamywać. Dlatego pozwoliła sobie mocno objąć Felixa i kiwnęła głową na jego propozycję. Chyba faktycznie powinna wrócić do domu.
        Szli, zdawałoby się, całe wieki. Nie odsunęła się od zwiadowcy nawet na chwilę, chcąc pobrać od niego jak najwięcej ciepła. Chyba właśnie tego najbardziej potrzebowała po tym, jak wypadła na ten ziąb nieprzygotowana. Skupiali na sobie uwagę nielicznych, ale nie zwracała na to uwagi. Kiedy przechodzili koło domu, spojrzała w stronę kojca, gdzie psy skupiały się wokół czegoś co najpewniej dał im ojciec. Faktycznie, miała przynieść im coś do jedzenia z pracy. Nie miała do tego zupełnie głowy. Pozwoliła się wprowadzić powoli po schodach, a następnie do mieszkania. Musiała się położyć, bolała ją głowa. Chyba musiała przespać najgorszy okres swojego życia. Dlatego nie oponowała, kiedy przyjaciel pomógł  jej rozebrać się z odzienia wierzchniego. Potem podreptała powoli do łóżka Floyda, kładąc się. W kuchni słyszała cichą rozmowę rodziców z Felixem, ale nie poświęciła jej uwagi. Nie miała na to siły, więc wtuliła twarz w poduszkę i zasnęła, choć za oknem dzień nadal trwał w najlepsze.

        Minął prawie tydzień, odkąd po Nowym Edynburgu rozeszła się wieść, że Floyd Bolton nie wrócił z wyprawy. Cały ten czas Hana spędziła głównie zakutana w pościel na łóżku brata lub w psim kojcu. Zajmowanie się psami pozwalało jej chociaż na chwilę uciec myślami od ponurej rzeczywistości. Czuła się pusta w środku. Niektóre czynności wykonywała mechanicznie, jednak nie kiedy słyszała pukanie do drzwi. Każda wizyta to były kolejne kondolencje z powodu utraty syna oraz brata. Ona to wszystko ignorowała, starając się odciąć od zewnętrznych bodźców. Ubrana w stary, rozciągnięty sweter brata czuła pewniej. Tego dnia miało się coś zmienić. Siedząc między czworonożnymi bestiami spoglądała na ścianę kanionu, która rzucała cień na jej dom. Niebo ciemniało zapowiadając nadejście nocy. Jak było na zewnątrz? Czy wyruszyła jakaś wyprawa tam, gdzie zaginął jej brat? Takie pytania dzień w dzień przemykały przez głowę dziewczyny. Tak zamyślona nie zauważyła nawet jak zbliża się do niej jedna z pięciu suk, w których posiadaniu byli Boltonowie. Ta miała kremowobiałą sierść, jedną czarną skarpetkę na tylnej łapie oraz błękitne oczy. W potężnych, silnych szczękach niosła szmacianą lalkę, którą dała jej Hana kiedy miała sześć lat. Wydma trąciła swoją ukochaną zimnym nosem, jakby chcąc wyrwać ją z zadumy. Blondynka spojrzała na nią, a następnie uśmiechnęła się słabo, drapiąc podopieczną za uszami. Przyjęła od psa zabawkę, obracając ją trochę w dłoniach. Lalka była brudna, cała w sierści, mokra, a także była dowodem na to, że Hana kiedyś bawiła się takimi rzeczami. Raczej miała niewiele przedmiotów do zabawy jako dziewczynka, ale zawsze ceniła sobie pluszowego pieska, którego pożyczała Felixowi w pierwszych miesiącach pobytu w ich domu. Budził się z koszmarów w środku nocy, płakał lub krzyczał...
        Młoda Bolton zamarła na sekundę, badawczo obracają lalę w rękach. Dowód jej dzieciństwa. Dowód, dowód... Dowód!, krzyknęła w myślach. W jej piersi zapłonął płomyk nadziei, nie było żadnych dowodów śmierci Floyda. Nie przywieziono im kurtki, plecaka pełnego przyborów zwiadowczych, ani żadnych innych przedmiotów, które do niego należały. Spojrzała na Wydmę, chwyciła ją za sierść po bokach pyska i ucałowała ją w głowę.
        - Jesteś genialna! - stwierdziła, oddając jej lalkę i wypadając biegiem z kojca. Czym prędzej weszła do domu, wspięła się po schodach i stanęła przed drzwiami. Nie mogła tak tego zostawić, ale też wiedziała, że jej rodzice bardzo to wszystko przeżyli. Rozdrapywanie ran nie jest dobre, ponieważ zostają po nich brzydkie blizny, jednak musiała spróbować. Powoli weszła do mieszkania, nie zdejmując butów, ani nie rozpinając płaszcza. - Czy wyruszyła jakaś wyprawa, żeby sprowadzić Floyda?
        Hiram siedzący przy stole podniósł wzrok na córkę, a następnie pokręcił głową, wracając do czyszczenia dłoni z węgla. Wcześniej musiał go przynieść z najbliższego składu zasobów.
        - Twój brat nie żyje, nie ma czego sprowadzać.
        - A ciało? Czy nie byłoby dobrze zobaczyć go ten ostatni raz? - stwierdziła hardo, mierząc się spojrzeniami z ojcem.
        - Nikt nie będzie ryzykował życia dla jednego trupa - powiedział beznamiętnie.
        Hana czuła jak zaczyna się w niej gotować. Jak Hiram Bolton, człowiek, który kochał syna najbardziej, mógł tak powiedzieć?!
        - A jak jednak żyje? Czemu nikt się nie podejmie, żeby otrzymał jakikolwiek pochówek? - kontynuowała, czując na sobie ostrzegawcze spojrzenie matki. Wiedziała, że drążenie tematu nie jest dobrym wyjściem na wyprowadzenie taty z równowagi. - Przecież nawet ja bym mog-
        - Hana, dość! - huknął ojciec, trzaskając pięścią w stół. Sophie nie drgnęła nawet, spuszczając głowę. - Twoje dziecięce mrzonki nie sprawią, że Floyd do nas wróci! Pogódź się z tym! - powiedział głośno, tak by cały dom doskonale go słyszał.
        Dziewczyna rzuciła mu pełne gniewu spojrzenie, ale nic się nie odezwała. Zacisnęła mocno wargi i sięgnęła tylko po czapę, którą wcisnęła na głowę. Następnie opuściła dom, trzaskając drzwiami. Skoro nikt jej nie słuchał, musiała pójść do kogoś kto mógł to zrobić. Z tą myślą wyszła w padający śnieg, nie zatrzymując się nawet na chwilę. Jeśli Floyd faktycznie mógł żyć, liczyła się każda chwila.
        Hana stanęła przed barakiem 4C i spojrzała na niego sceptycznie. Budynek nie wyglądał na tak dobrze ocieplony jak jej dom, chociaż pewnie zapewniał schronienie dziesięciu osobom. Najpewniej wszyscy byli robotnikami. Pamiętała jak dumny był Felix, kiedy oznajmił Boltonom, że się przeprowadza do baraku i nie będzie już ich obciążał. Jakby jeszcze to właśnie robił, pomyślała sarkastycznie. Podobno nie chciał sprawiać problemów jej rodzinie. Teraz po raz pierwszy odkąd się wyniósł z domu, ona przyszła do niego. Podeszła do drzwi i łupnęła w nie kilka razy, czekając aż ktoś otworzy. Słyszała ciężkie kroki, a w progu stanął wysoki i łysy mężczyzna. Zerknął pytająco na Hanę, taksując ją spojrzeniem od stóp do głów, ale nie dała mu dość do słowa.
        - Ja do Felixa Sinnetta - oznajmiła, przepychając się koło niego i wchodząc po stopniach na piętro, skąd dochodził największy gwar. W międzyczasie zdjęła z siebie czapę i zatrzęsła złocistymi włosami, aby pozbyć się z nich resztek śniegu. Kiedy zajrzała do pomieszczenia, gdzie mieściły się piętrowe łóżka. W środku zastała tłum mężczyzn, ale nie przejęła się tym. Niemalże od razu wypatrzyła ciemną czuprynę Felixa i ruszyła w jego stronę. - Muszę z tobą porozmawiać - mruknęła cicho nad jego uchem, kiedy nie odwrócił się od gry w karty.
        Czuła na sobie spojrzenia wszystkich mężczyzn, kiedy rozpięła przód płaszcza. Pod spodem miała tylko krzywo zapiętą koszulę i porozciągany sweter brata, który zsuwał się jej z jednego ramienia; prawie cały dzień spędziła w domu i nie sądziła, że będzie urządzać sobie wycieczki do baraku 4C. Zaduch jednak panujący w tym pomieszczeniu był nie do zniesienia.


https://i.imgur.com/50xsk2j.png

Offline

#13 05-09-2020 o 10h28

Straż Absyntu
Morenn
Żołnierz Straży
Morenn
...
Wiadomości: 553

___________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/631822868845690884/748842410443931698/PicsArt_08-28-11.52.04.jpg

           Felix zawsze sądził, że dobrze znał Hanę. Wiedział jaka jest, czego się po niej spodziewać, jak reaguje w stresowych sytuacjach, kiedy należy ją przytulić, a kiedy zostawić w spokoju. Instynktownie wiedział czego jej trzeba, ale lata mijały, a oni oddalali się od siebie coraz bardziej, aż w końcu niektóre rzeczy zaczęły się zacierać. Rzeczy do których nawykł przez lata stały się coraz odleglejszymi wspomnieniami, te o których myślał że będzie pamiętał zawsze zaczęły się rozmywać i blaknąć, a dziewczyna którą znał tak dobrze że był w stanie odtworzyć z pamięci układ drobniutkich piegów na jej nosie zamieniła się w drobną plamką przemykającą w dole pod węzłem cieplnym w drodze do szpitala, wyraźną jedynie w okularze lornetki.
           Teraz jedyne czego był pewien, to że nie może jej tak zostawić. Praktycznie nie zwracał uwagi na zimno, gdy podążył jej śladem na mróz, zdeterminowany by się nią zająć. Coś głęboko zakorzenionego w jego podświadomości pchało go w jej kierunku, wytyczając mu Hanę niczym północny kierunek wskazywany przez igłę kompasu. Nie przeszkadzało mu że sam marznie, tak długo jak jego zmartwieniem było, że w tym samym czasie marznie i dodatkowo cierpi też ona.
            Otulił ją warstwami własnych wierzchnich ubrań, przyciągnął do siebie i objął czując, jak poddaje się jego działaniom, wtulając się w niego kiedy ją objął i podnosząc się ze śniegu, gdy powiedział z że ją stąd zabierze. Hana dreptała posłusznie u jego boku wczepiona w niego gdy prowadził ją do domu Boltonów doskonale znajomą drogą. Pociągała nosem, moczyła mu łzami sweter i miała lodowate dłonie, które Felix pocierał dla rozgrzewki, troskliwie przygarniając ją do siebie aż dotarli do budynku i wprowadził ją po schodach na górę, do ich części mieszkalnej. Hana miała skostniałe z zimna policzki gdy pomógł jej zdjąć kurtkę, płaszcz i czapę, a gdy poczłapała do łóżka Floyda zsunął jej z nóg także ciężkie buciory, żeby nie położyła się w nich w pościel. Lekko przeczesał palcami jej włosy i aż coś w nim drgnęło boleśnie na widok złocistych pukli rozsypanych po poduszce jej brata, zupełnie jakby poszukiwała ostatnich śladów jego obecności czy zapachu i miała nadzieję jeszcze je tutaj znaleźć. Lekko przycisnął usta do jej skroni jakby chciał jej coś obiecać i dopiero wówczas schludnie ustawił jej buty w rogu pomieszczenia, odwiesił płaszcz Hany na wieszak i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.
            Na dole znalazł ciocię Sophie i wujka Hirama, którzy zmartwieni dopytali co z nią i zaprosili go na miskę zupy - przyjął je po chwili wahania, ale jak zawsze ciepło cioci go przekonało, że powinien zostać. Odruch nakazywał mu zostawienie rodziny samej, by mogli w spokoju przeżyć żałobę - z drugiej strony Boltonowie zrobili wszystko, żeby czuł się jak pełnoprawny członek ich rodziny, a on wiedział, że nigdy im się za to nie odwdzięczy. Czuł się częścią ich życia w tak wielu aspektach, dzięki nim miał się czego uczepić, a nie wszystkie spojrzenia które mu posyłano w Nowym Edynburgu były wrogie. Miał się gdzie podziać.
Zjadł ciepły posiłek i chociaż ledwie czuł smak, to od rozchodzącego się po ciele ciepła poczuł się lepiej. Wyszedł dziękując dopiero gdy poczuł że się zasiedział - miał tego dnia jeszcze kilka rzeczy do zrobienia. Chciał się czymś zająć, nie dać sobie szansy długo się zastanawiać i roztrząsać tego, co się stało z Floydem. Zanim wrócił do swoich zajęć udał się jeszcze do szpitala, by usprawiedliwić nieobecność Hany przed jej przełożonym i wyjaśnić co się stało, że jedna z najlepszych lekarek opuściła swoje stanowisko pracy, pozostawiając pacjentów samym sobie w długiej kolejce.
A potem aż do wieczora, gdy położył się w swoim łóżku i zapatrzył w pryczę nad sobą czując, jak w jego oczach wzbierają łzy, starał się nie myśleć.

            Kolejny tydzień upłynął mu pomiędzy pracą, własnym barakiem, a domem Boltonów. Do tego ostatniego zaglądał co jakiś czas starając się ich nieco odciążyć - coś donieść czy załatwić. Zawsze odruchowo jego spojrzenie wędrowało w stronę krzywych schodków gdzie znajdowała się sypialnia, ale zazwyczaj kiedy przychodził Hana spała, zamotana w pościel i zwinięta w kłębek. Zdawał sobie sprawę, że sen musi być dla niej prawdziwym błogosławieństwem, chociaż chwilową ucieczką od bolesnych rozważań nad tym, że już więcej nie zobaczy ukochanego brata i nie ukoi swojej tęsknoty inaczej, niż po prostu stopniowo go zapominając.
            Sam starał się przede wszystkim być wsparciem dla Boltonów, rzucając się w wir zajęć i nie dopuszczając do siebie ponurych myśli, aż nie wracał wieczorem do łóżka i długo leżał, wpatrując się w górną pryczę. Kolejny zwiad został przełożony i chociaż na razie nic w tym kierunku nie zrobiono, to Felix wiedział, że prędzej czy później ich przełożony podejmie pierwsze kroki by zastąpić wakat. A Felix dobrze wiedział, kogo chciałby widzieć jako zwiadowcę i miał już nawet przygotowane argumenty, które zamierzał przedstawić, świadczące za tym, że najlepszym zastępstwem za Floyda będzie jego rodzona siostra. Przynajmniej to mógł zrobić, miał do tego zresztą realną szansę. Wiedział, że Floyd by tego chciał.
            Popołudnie po pracy spędzał w sypialni swojego baraku, zdecydowanie najcieplejszym miejscu. Na wąskiej przestrzeni między pryczami ustawiono chwiejący się taboret służący za prowizoryczny stolik do gry w brydża, stanowiącej jedną z wąskiej puli rozrywek. Ręcznie malowane karty były poprzecinane od starości i wielokrotnego używania, powyginane i stare. Większość mieszkańców wróciła już do baraku, sprawiając że w środku było duszno - jedyne pomieszczenie w budynku, o którym można było powiedzieć coś podobnego. Felix skupiał się na grze ze Stevem i Bobem - przysadzistym brygadzistą i nie zwrócił uwagi gdy do pomieszczenia weszła jeszcze jedna osoba - co ciekawe, kobieta. Nie oznaczało to że damskie towarzystwo nie zdarzało się w baraku 4C - nieraz bywało, że ktoś przyprowadzał sobie partnerkę, ale i tak każda podobna wizyta wiązała się z ciekawością zamieszkujących barak mężczyzn. Felix nie uniósł wzroku, dopóki nie poczuł czyjejś obecności tuż obok - ciepły oddech przy uchu i policzku, dobrze znajomy, chociaż niespodziewany głos. Uniósł wzrok zaskoczony, natykając się na chłodne tęczówki.
- Hana? - zapytał bez sensu. Widział doskonale, że to ona - złote włosy były lekko naelektryzowane od czapki, ale nie przeszkodziło im to spływać kaskadami na plecy i ramiona. Spod materiału płaszcza który zdążyła rozpiąć widać było odsłonięty obojczyk i smukłe ramię, co sugerowało że musiała wyjść w pośpiechu i przy okazji sprawiło, że przez chwilę gapił się na nią oniemiały. Z szoku wyrwał go dopiero dwuznaczny gwizd, któremu towarzyszył rubaszny śmiech w jej stronę - Felix posłał ostrzegawcze spojrzenie sąsiadowi, odłożył talię z powrotem na stolik i podniósł się z zasłanego łóżka.
- Nie tutaj, chodź. - powiedział, łapiąc jej dłoń, chłodną w dotyku po spacerze na mrozie i poprowadził ją za drzwi, gdzie wąskim, ciemnym korytarzem przeszli do ciągu niewielkich, prywatnych pomieszczeń. Felix otworzył drzwi do pokoju w którym miał swoje rzeczy, puścił Hanę przodem i zamknął za nimi drzwi. Było tam dużo chłodniej, maleńki grzejnik w rogu nie gwarantował komfortu. W pokoju było mało wolnego miejsca i panował w nim lekki rozgardiasz - porządki nigdy nie były mocną stroną Felixa i o ile starał się nie robić strasznego bałaganu, to nie sprzątał jeśli nie musiał. Prawie stykali się z Haną ramionami na tej przestrzeni.
- Jak się czujesz? Co się stało? - zapytał, badawczo i z troską przyglądając się jej twarzy, lekko podpuchniętym od płaczu oczom, zaróżowionym od mrozu policzkom i niedbałemu ubiorowi. Sądził, że jeśli wybiegła z domu w tym stanie, to sprawa musi być pilna.

Ostatnio zmieniony przez Morenn (05-09-2020 o 23h30)

Offline

#14 14-09-2020 o 08h55

Straż Cienia
Suzuya
Akolita Jednorożców
Suzuya
...
Wiadomości: 382

___________________________https://media.discordapp.net/attachments/747818177370783875/748954378790240266/PicsArt_08-28-07.16.37.jpg
        Wiedziała, że był bardzo zaskoczony. Świadczył o tym jego wzrok, którym ją taksował. W złotych tęczówkach kryło się niedowierzanie, jak i pewna... iskra, której Hana nie mogła w tej chwili rozgryźć. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek lekarka pojawi się w baraku 4C. Przemknął szybko oczami po jej ubiorze, na który dziewczyna w tym momencie nie zwracała szczególnej uwagi. Nie myślała o przebieraniu się, cały dzień kręciła się po psim kojcu lub wokół domu; nie sądziła, że będzie gnała do Felixa na złamanie karku. Słysząc swoje imię z jego ust posłała mu uśmiech tak słaby, że prawie niewidoczny. Zniknął on jednak szybko, kiedy usłyszała przeciągły gwizd i rubaszny śmiech. Gdyby Hana w dalszym ciągu nie czuła pustki po utracie brata, rzuciłaby sprawcom zabójcze spojrzenie i rozbiła jednemu z nich nos. Teraz jednak zakłopotana spuściła lekko głowę, niezdarnie starając się poprawić spadający sweter. Nie mogła zobaczyć jak Felix spogląda w stronę swoich sąsiadów, ale czuła jak ujmuje jej zimną dłoń i gdzieś prowadzi. Zainteresowana spoglądała spod kurtyny włosów, obserwując otoczenie. Barak poza sypialnią miał bardzo wąski korytarz, wzdłuż którego ciągnęły się pozamykane na kłódki drzwi. Ciekawa była, dokąd mogły prowadzić... Składzików w końcu nikt by tak nie zamykał.
        Odpowiedź nadeszła sama, kiedy przyjaciel ją wprowadził do jednego z tych pomieszczeń. W środku było bardzo ciasno i panował tam swoisty nieporządek. Na haczykach po lewej stronie od drzwi wisiało zwiadowcze oprzyrządowanie Felixa, a w rogu stała szafka, której drzwiczki były niedomknięte. Widziała nierówno poskładane koszule, spodnie i swetry, na których widok prychnęła cicho rozbawiona; doskonale wiedziała, że Sinnett nigdy nie przykładał wielkiej wagi do utrzymywania porządku. Oprócz tego w pokoju stał jeszcze krzesło i niewielki stół, a także ukryte pod nim pudło na rzeczy osobiste. Gdzieś w głębi duszy była ciekawa, czy dalej Felix ma tego szmacianego kota, którego na drutach zrobiła mu Sophie. Zapuszczała nieco żurawia w stronę pudełka, jednak opanowała się, kiedy usłyszała zamykane drzwi. Pytania szatyna były jak najbardziej uzasadnione, widywała go sporadycznie przez ostatni tydzień. Wykonywał proste zadania, o które prosiła do Sophie i raczej nie mieli czasu, żeby porozmawiać.
        W pierwszej chwili wzruszyła ramionami, rozplątując szalik, który wcześniej w pośpiechu niedbale zawiązała.
        - Wiesz... Nie jest łatwo, szczególnie w domu. Smutna mama mnie trochę przygnębia, a tata stara się udawać, że nic się nie stało - westchnęła, drapiąc się po policzku. Wolała mu nie opowiadać o zachowaniu ojca, wobec jej pomysłu. - Ale nie ukrywam, że mogło być znacznie lepiej... Staram się wrócić do rzeczywistości, chociaż jest... ciężko - dodała, posyłając przyjacielowi niepewny uśmiech. Pozwoliła sobie zdjąć płaszcz, który wraz z czapą i szalikiem przewiesiła przez oparcie krzesła. Jasne włosy przeczesała ręką, a potem zaczęła nerwowo nawijać kosmyk na wskazujący palec. - Przyszłam do ciebie, ponieważ wiem, że przynajmniej ty wysłuchasz tego co mam do powiedzenia - wyznała.
        Wzięła głęboki wdech, a potem rozejrzała się i usiadła blacie stolika, który zaskrzypiał pod jej ciężarem. W tym czasie zaczęła się drapać po obojczyku i ramieniu. Wełniana koszula ją drażniła i przeszkadzała w zebraniu myśli. Nie była pewna jak zacząć swoją rozmowę; przecież jej pomysł był szalony. Nie miała pewności, że Felix poprze jej pomysł. Ba! Nie sądziła, że w ogóle uzna go za mądry czy poważny. W głowie nadal tylko miała wizję tego, że Floyd mógłby żyć, ponieważ nic nie przywieziono z powrotem, oprócz psów. Musiała jednak spróbować, Felix był jej ostatnią deską ratunku. W końcu rozpięła jeszcze jeden guzik koszuli, odsłaniając górny brzeg przerobionego przez siebie gorsetu. Znad materiału wystawała jedynie wykonana na szydełku prosta, ale krzywa koronka oraz kokardka przedniego wiązania.
        - A jeśli... A jeśli Floyd jednak żyje, Felix? Nic nam nie przywieziono. Ani plecaka, ani kurtki, ani nawet emblematu z ramienia. Nic. Jakby nigdy z nimi nie wyruszył, ani nie istniał - zaczęła, starając się przedstawić chłopakowi swój punkt widzenia. - Nie wysłano żadnej grupy po niego, prawda? - zapytała, nachylając się lekko by znaleźć się bliżej szatyna. - Chcę dowodu, że on naprawdę już nigdy nie wróci. Chcę mieć pewność - wyznała, spoglądając w oczy przyjaciela. - Chcę wyruszyć i sprowadzić jego, albo jego ciało, z powrotem do domu - dokończyła, krzyżując ramiona pod biustem.
        Oczekiwanie na reakcję było stresujące jeszcze bardziej niż wypowiedzenie swojego pomysłu. Nie była pewna czego się spodziewać, jednak gdyby poddał w wątpliwość jej przygotowanie, mogła się wziąć przecież to czego nie zabrał ze sobą Floyd. I miała psy, a to była jedna z najważniejszych rzeczy, kiedy człowiek miał się gdziekolwiek wybierać. Ona miała wszystko, potrzebowała tylko pomocy i czyjegoś wsparcia. Jeśli Floyd żył to tylko ona mogła być jego nadzieją na powrót do domu.


https://i.imgur.com/50xsk2j.png

Offline

#15 17-10-2020 o 23h42

Straż Absyntu
Morenn
Żołnierz Straży
Morenn
...
Wiadomości: 553

___________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/631822868845690884/748842410443931698/PicsArt_08-28-11.52.04.jpg

          W ciągu ostatniego tygodnia Felix miał wrażenie, że rzeczywistość to koszmarny sen, z którego niedługo się obudzi. Śmierć Floyda spadła na nich jak grom z jasnego nieba, nagła i rozdzierająca serce, a w utrzymaniu się przy zdrowych zmysłach pomagało mu rzucanie się w wir zajęć i dokładanie starań, by nie poświęcać się myśleniu o tym wszystkim, co stracili. Praktycznie nie widywali się z Haną, co w gruncie rzeczy potraktować było można jak powrót do nabytej na przestrzeni ostatnich kilku lat normalności w ich relacji, może i z gruntu przykrej, ale z drugiej strony do tego już zdążył przywyknąć. Tęsknił za nią, ale i do tej tęsknoty w końcu nawykł, jak do drapiącego swetra, który noszony codziennie staje się niemalże drugą skórą.
Jej zjawienie się w baraku z jednej strony w naturalny sposób go ucieszyło, z drugiej jednak zastanowiło. Skoro się tutaj zjawiła, to musiało się coś stać, ewentualnie miała do przekazania coś pilnego... co raczej się łączyło, jak o tym myślał. Wpatrywał się w nią, jakby chciał z jej twarzy wyczytać powód dla którego przyszła, ale mięśnie twarzy miała napięte, jakby cały czas usiłowała kontrolować każde drgnienie kącików ust. Dopiero gdy zamknął za nimi metalowe drzwi miał wrażenie że nieco się rozluźniła, ale po jej minie nabrał pewności, że coś ją trapi. Na pytanie o samopoczucie odpowiedziała dość krótko, nie wdając się w nieprzyjemne detale życia rodzinnego Boltonów i Felix pokiwał głową że zrozumieniem. Hiram miał w zwyczaju reagować pozorną obojętnością na wydarzenia dookoła niego - zupełnie jakby bał się okazywania słabości, smutku czy żalu. Jakby uważał, że nieokazywane uczucia samoistnie znikną. Odwzajemnił niepewny uśmiech Hany i przyzwalająco kiwnął głową gdy ściągnęła ubrania wierzchnie i przerzuciła przez oparcie chyboczącego się krzesła.
- Czuj się jak u siebie. - mruknął, bezwiednie przyglądając się jak płynnym ruchem przeczesuje zjawiskowe włosy i nawija jeden z kosmyków na palec. Tyle razy sam chciał to zrobić... Nie sądził, by do końca mu przeszło.
- Słucham. Oczywiście, że słucham. - zapewnił, podchodząc bliżej. Nie było to w zasadzie trudne - wystarczyło pół kroku, by mieć ją na wyciągnięcie ręki, robiąc kolejne pół stanąłby z nią nos w nos. Nie krył zainteresowania tym, o co mogło chodzić, zaproponowałby jej coś do picia, ale bał się, że jeśli teraz wyjdzie Hana się rozmyśli zanim on zdąży wrócić i zamiast kobiety zastanie puste pomieszczenie, pełne tylko jego rzeczy i hulającego wiatru. Trochę bezwiednie powędrował spojrzeniem za jej dłonią zsuwającą się ku dekoltowi i rozpinającą guzik koszuli, który odsłonił rąbek bielizny - Felix dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że się gapi i na co, odchrząknął i zmusił się by przenieść wzrok wyżej, na jej twarz. Hana z całą pewnością nie była już trochę chuderlawą dziewczynką ani płaską nastolatką o miejscami wystających kościach. Zaokrągliła się kusząco w odpowiednich partiach ciała, a wciąż wystające pozostały jej jedynie obojczyki, jednak nie wystawały one jak u wychudzonego dzieciaka, bo i Hana już nim nie była. A dla niego... jak o tym myślał, to nigdy jej taką nie widział. Zawsze dostrzegał jej atuty i postrzegał jako piękną - zjawiskowe włosy, duże, mądre oczy, gładką, rumianą cerę. Teraz ich lista dodatkowo się wydłużyła, a Hana stała się atrakcyjną, młodą kobietą. A on się na nią gapił w nieodpowiedni sposób.
            Skrzyżował ręce na piersi, jakby chciał powstrzymać się przed odruchem sięgnięcia ku niej pod pozorem poprawienia dekoltu, przesunięcia po gładkiej skórze palcami. Zamiast poświęcać się fantazjom postarał się skoncentrować na jej słowach - a im dłużej jej słuchał, tym wyżej wędrowała jego brew.
- Żyje? Co chcesz przez to powiedzieć? To prawda, że Floyd był świetnym zwiadowcą, jednym z najlepszych jeśli nie najlepszym... Ale... - zaciął się, kiedy Hana zadała pytanie o to, czy kogoś za nim wysłano i tylko przecząco pokręcił głową. Była tak blisko, że czuł jej ciepły oddech, ale mógł wpatrywać się w nią tylko z niedowierzaniem. Spoglądając mu w oczy kontynuowała zdradzając mu swoje zamiary, a on jeszcze chwilę po tym jak wybrzmiały ostatnie słowa patrzył na nią jakby miał nadzieję, że zaraz się zaśmieje i przyzna że żartowała, a on dał się podejść. Nic z tego jednak nie nastąpiło, Hana miała nieugięty wyraz twarzy, a on westchnął, potarł twarz, zanurzył dłoń w gęstych włosach mierzwiąc je jeszcze bardziej i znowu na nią spojrzał, próbując ułożyć sobie w głowie odpowiedź. Czy był zaskoczony? Znał ją i poniekąd nie dziwiło go, że podobny pomysł mógł od niej wyjść, jednak to nie zmieniało faktu, że propozycja z jaką do niego przyszła była co najmniej szaleńcza.
- Hana, wysłuchaj mnie. - zaczął miękko i powoli - Floyd był fantastycznym zwiadowcą. Był genialny. Ale w warunkach które panują na zewnątrz nawet on nie mógłby przetrwać. Dlaczego mieliby porzucać go żywego na śmierć? Poza tym, ciało? Hana, czego chcesz szukać? Wszystko dawno pokrył śnieg, nawet wiedząc w jakim dokładnie miejscu byli, nigdy byśmy go nie odnaleźli, a potem najpewniej sami zginęli nie mając dokąd wrócić. Nigdy byśmy nie dostali zgody, a bez niej... Hana, myślałaś o Sophie i Hiramie? Dobrze wiesz, że to bilet w jedną stronę, nie możesz ich tak zostawić. Nie mogą stracić dwojga swoich dzieci, potrzebują cię. Słuchaj, Pchełko. - delikatnie ujął jej podbródek i skierował spojrzenie błękitnych oczu na siebie, łagodniejąc natychmiast - Wiem, że to bolesne pogodzić się z jego stratą. Wszystkim jest ciężko, a ty byłaś z nim najbardziej związana. Ale pomyśl o swoich rodzicach, pomyśl... - przełknął ślinę, ale zamiast dokończyć myśl odezwał się jeszcze raz, cicho - Masz dla kogo żyć. I Floyd na pewno by tego chciał.

Offline

#16 29-10-2020 o 12h14

Straż Cienia
Suzuya
Akolita Jednorożców
Suzuya
...
Wiadomości: 382

___________________________https://media.discordapp.net/attachments/747818177370783875/748954378790240266/PicsArt_08-28-07.16.37.jpg
        To nie tak, że spodziewała się poparcia dla swojego pomysłu. Ba, nie sądziła, że nawet Felix weźmie ją na poważnie. Jednak jego słowa... Nie podobały się jej. Nie dlatego, że powołał się na jej rodziców, a dlatego, że nie wierzył w jej intuicję. Hana zmrużyła gniewnie oczy i zeskoczyła z blatu stolika, zbliżając się do chłopaka jednym krokiem. Dzieliło ich dobre dwadzieścia centymetrów we wzroście, jednak teraz blondynka czuła się znacznie większa dzięki emocjom, które się w niej kotłowały.
        - Ja wiem, że Floyd żyje - powiedziała kładąc nacisk na drugie słowo. - Gdyby było inaczej poczułabym to. Zaczęłoby kłuć o tutaj - dodała, stukając palcem w lewą pierś, gdzie miarowo biło jej serce. Hana miała wrażenie, że Felix jest w stanie je usłyszeć. Tłukło się pod żebrami jak wojenny bęben. - To prawda; był geniuszem. Człowiekiem, który mógł wykorzystać w praktyce całą naszą wiedzę... Ale przecież nadal był tylko człowiekiem - wyznała, przeczesując nerwowym ruchem włosy.
        Wypuściła ze świstem powietrze z płuc, starając się opanować emocje. Nie przyszła prosić Felixa o pozwolenie, ani nie przyszła by rozprawiać o swoich rodzicach. Myślała już o nich wielokrotnie w kontekście swojej wyprawy. Wiadomo, że będą się martwić - stracili już jedno dziecko. Pierworodnego syna, który był oczkiem w głowie Hirama Boltona. To nim ojciec chwalił się przed przyjaciółmi, rozpowiadał jakim to będzie jego godnym następcą. To jemu wybaczał wszystkie przewinienia i niedociągnięcia. Hana była tylko dobrą pomocą w domu, bo wiedziała o swoich obowiązkach wobec wszystkich. Uczyła się tego co do niej należało (zamiast tego, czego pragnęła), rzucając tylko tęskne spojrzenia na starszego brata, który nie spał po nocach ucząc się regulaminu obowiązującego w balonie obserwacyjnym lub siłował się z psami zapiętymi w uprzęże do ciągnięcia sań. Był dla Hany słownikowym przykładem nieosiągalnego ideału. I wiedziała, że osiągnął ten status w jej oczach dzięki swojej pracy oraz zapałowi.
        - Sophie i Hirama boli to, że Floyd przepadł bez wieści i starają się go wyprzeć z pamięci. Po to, żeby nie bolało... Matka chce, żebym podkuliła ogon pod siebie i zaprzestała dyskutowania z ojcem, ale nie dam się teraz tak łatwo zatrzymać. Mam swój rozsądek i nie musisz być jego głosem, Felix - westchnęła, krzyżując ramiona pod biustem. Ich spojrzenia się skrzyżowały. - Boltonowie nie stracą wszystkich dzieci, jeśli tylko z nimi zostaniesz. Kochają cię jak własną krew, więc wiem, że gdyby coś poszło nie tak to dobrze im nas zastąpisz. Jesteś dobrym synem... - powiedziała cicho, klepiąc go po ramieniu.
        Odwróciła się, żeby narzucić płaszcz na plecy. Na zewnątrz musiało zrobić się nieprzyzwoicie zimno... Owinęła szyję byle jak szalikiem, a czapę chwyciła w dłoń, miała zamiar założyć ją dopiero przed samym opuszczeniem baraku 4C. Wyminęła przyjaciela z trudem w ciasnej przestrzeni i położyła dłoń na klamce, aby wyjść. Zatrzymała się jednak z ostatniej chwili, spoglądając na zwiadowcze ubrania Sinnetta zawieszone na haczyku. Na lewym ramieniu kurty przyszyte były naszywki wykonane z zaskakującą starannością oraz szczegółowością. Ich ilość zależała od zasług wobec miasta i doświadczenia. Floyd miał ich dużo, pamiętała jak obrysowywała kształt każdej z nich czubkiem palca. Teraz zrobiła mimowolnie to samo, jednak zmarszczyła brwi i przesunęła kciukiem po naszywce z podobizną generatora 064, który zasilał ich miasto. Była gładka... Na kurtce Floyda pod emblematem w pewnym momencie było czuć wyraźne wybrzuszenie, jakby coś się pod nią znajdowało. Kiedy o to zapytała, pamiętała, że zbył ją z uśmiechem. Mówił, że to błąd materiału i zniekształcił się pod wpływem temperatury. Po tylu latach włókna mogły w końcu zwariować i się zniszczyć...
        Zerknęła ponad swoim ramieniem na Felixa. Zlustrowała go uważnym spojrzeniem, a potem wbiła wzrok z swoje buty. Floyd też był przystojny... Nawet bardzo, a jednak nigdy nie przyprowadził nikogo do domu. Czasami tylko odwiedzali go koledzy, jednak szybko wychodzili wspólnie na miasto by pić w pubie. To nie była wina temperatury...
        Musiała to przemyśleć w spokoju. Zebrać do kupy wszystkie wspomnienia, reakcje, słowa. Nie mógł zataić przed nią czegoś aż tak ważnego. Zacisnęła dłoń na klamce, lecz po chwili jednak pokręciła zirytowana głową. Coś musiało być na rzeczy!
        - Czy... Ktoś często odwiedzał balon obserwacyjny? Floyd dziwnie się zachowywał przed wyprawą?


https://i.imgur.com/50xsk2j.png

Offline

#17 02-11-2020 o 11h56

Straż Absyntu
Morenn
Żołnierz Straży
Morenn
...
Wiadomości: 553

___________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/631822868845690884/748842410443931698/PicsArt_08-28-11.52.04.jpg

        Dla Felixa to, co mówiła i czuła Hana nigdy nie było bez znaczenia. Nie była gadatliwa, potrafiła używać ostrego jak brzytwa języka, ale nie miała w zwyczaju zalewać go pozbawionym sensu morzem informacji służącym jedynie temu, by się wygadać. Była konkretna i niewylewna, nie była typem osoby, która zaczyna znikąd mówić rozwlekle o emocjach. Tym razem jednak potrafił tylko wpatrywać się w nią z coraz to większym i większym niedowierzaniem, starając się na chłodno przeanalizować to, o czym mówiła. Czy rzeczywiście podobne rzeczy można było wyczuć? Czy on sam czuł coś podobnego? Wpatrując się w błyszczące determinacją oczy Hany zaczął nerwowo przeczesywać i własną pamięć w poszukiwaniu wspomnień o rodzicach. Skąd wiedział, że zginęli? W końcu nie widział ich ciał – w momencie wybuchu ojciec był tak blisko, że powiedziano mu że zginął na miejscu, a dla matki śmiertelna okazała się panika która z siłą lawiny narosła niedługo potem, nakazując tym którzy pozostali przy życiu ratować siebie nie patrząc na innych, tych którzy upadali, których stratowano bez opamiętania. Skąd wiedział że nie żyją? Felix usiłował przypomnieć sobie to tak bardzo, że aż ściągnął brwi. Nie miał przecież nic ponad to, co powiedzieli mu sąsiedzi. Czy poczuł coś, cokolwiek, poza dziwacznym uczuciem pustki i dopiero narastającym w dziecięcym sercu żalem, gdy z początku nie docierał do niego ogrom straty jaki poniósł i w istocie nie wiedział, jak mógłby z nim żyć? Nie pamiętał. Musiał przyznać, po prostu nie pamiętał. Nie wierzył i nie rozumiał, ale nie wiedział czy jakkolwiek to podważał. Może wiedział to podświadomie. Może czuł w sercu to, czego nie czuła teraz ona. Może.
        Hana stała tak blisko, że wystarczyłoby aby się nachylił, żeby zetknęli się nosami. Było w jej postawie coś, co w równej mierze mu imponowało co i przerażało, w miarę jak coraz silniej docierało do niego, że ona naprawdę w to wierzy i naprawdę zamierza zrobić z tej wiary użytek. Jego słowa nie wydawały się jakkolwiek do niej trafiać, ale podświadomie byłby poważnie zaniepokojony, gdyby było inaczej. Gdyby położyła uszy po sobie i potulnie bąknęła że ma rację, nie byłaby tą Haną. Jego Haną. Dopiero gdy wspomniała o zastępowaniu Boltonom ich dzieci coś w nim drgnęło nieprzyjemnie, jakby jakaś napięta do granic możliwości struna w jego ciele właśnie puściła.
- Nie możesz mówić poważnie. – rzucił, nie mając pojęcia co jej odpowiedzieć na podobne słowa. Niedowierzanie i niepokój zaczynały mieszać się z frustracją, której starał się nie okazywać. Nie mógł rozpatrywać pomysłu Hany w innych kategoriach, niż czyste szaleństwo. Nie mógł patrzeć na to inaczej. Jakim cudem Floyd mógłby przeżyć? Po co zwiadowcy mieliby ich okłamać? I jakim cudem ona zamierzała go znaleźć? Wiedział, że nie może tam pójść, że nie może jej puścić, ale jak mógł się kłócić z tym, co Hana czuła? Nie mógł patrzeć na to inaczej niż jak na samobójstwo, zwłaszcza wiedząc jak jest poza Nowym Edynburgiem. Chciał jej to powiedzieć licząc, że kolejne próby przemówienia jej do rozsądku po niej nie spłyną, ale zamiast tego wpatrywał się w nią oniemiały jak go mija i sięga po płaszcz, zupełnie jakby uważała ich rozmowę za zakończoną. Miejsce, w którym go dotknęło paliło żywym ogniem. Dopiero gdy położyła dłoń na klamce zdał sobie sprawę, że przecież nie może pozwolić jej odejść – że jeśli nie może zatrzymać jej słowem, zrobi to gestem, jakkolwiek, nawet gdyby miał objąć ją ramionami i trzymać przy sobie tak długo, aż wybije jej z głowy podobne pomysły.
- Hana, nie… - zaczął, robiąc w jej stronę ruch, urwał jednak gdy spostrzegł, jak wpatruje się w jego kurtkę. Powiódł wzrokiem bezwiednie za jej spojrzeniem, na ruch w jakim niemalże czuła przesunęła opuszkiem palca po naszywce. Miał ich trochę, znacznie mniej niż Floyd, ale i z tych które udało mu się zdobyć był bardzo dumny. Hana skupiła się na tej najzwyklejszej. Tknęła go nagle myśl, że gdyby oboje znaleźli się pomiędzy zwiadowcami, zapewne droczyliby się i porównywali ich ilość. W oszołomieniu tym co mu powiedziała i tym, co zamierzała zrobić, nie od razu zarejestrował jej pytanie i zanim dotarło do niego jego znaczenie minęło kilka dłużących się sekund. Było w niej coś nieugiętego i miała ten specyficzny wyraz twarzy który świadczył o tym, że usiłowała się z czymś uporać. Nie ze stratą, nie z bólem – to by było oczywiste i zrzucenie jej pomysłu na karb wyłącznie radzenia sobie ze śmiercią brata, mimo tego jaka była, byłoby znacznym nadużyciem. Coś się działo, a Felix czuł się coraz bardziej skołowany myślą, że niewiele z tego rozumie.
- Co?... Nie. Chyba nie. Nie wydaje mi się. Chociaż… - zaczął, gdy nagle coś sobie uzmysłowił – Sytuacja była dość napięta. Nie jestem pewien. – tamtego dnia niezbyt przywiązał do tego wagę, ale teraz gdy o tym myślał całkiem nieźle zapamiętał moment, gdy wszedł do balona, żeby zwyczajowo życzyć wyruszającym na partol zwiadowcom powodzenia i pożegnać się, zwłaszcza z Floydem. Przypomniał sobie podniesione głosy, które ucichły jak ucięte nożem gdy tamci zdali sobie sprawę że nie są sami, a sam Floyd nie dał nic po sobie poznać, ale w jego wyrazie twarzy było coś dziwnego i niepodobnego do niego. Drobne utarczki się zdarzały wszystkim, Felix nie zwrócił więc na to wtedy wielkiej uwagi. W zamyśleniu pokręcił głową.
Chyba słyszałem kłótnię pomiędzy zwiadowcami. Ale nie wiem o co poszło, to pewnie była zwykła sprzeczka. – powrócił do niej spojrzeniem, robiąc głęboki wdech – Hana, proszę. Możesz mi na spokojnie powiedzieć, co się dzieje? – był pewien, absolutnie pewien, że to wszystko ma jakąś przyczynę. A skoro Felix wiedział, że nie może pozwolić jej na zrobienie tego co sobie najwyraźniej umyśliła, pozostało mu jedynie spróbować załatwić to inaczej.  W jakikolwiek, który nie byłby samobójczą wyprawą, sposób.

Offline

Strony : 1