Forum

Strony : 1 2

#1 16-11-2020 o 21h05

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 499


https://i.imgur.com/GsCXbsG.png

https://i.imgur.com/vAk1GQT.png
i am all in a sea of wonders.  i doubt;  i fear; i think strange things, which i dare not confess to my own
soul    ●    oh,  the  terrible  struggle  that  i  have  had   against  sleep  so  often  of late;   the pain  of  the
sleeplessness,  or   the   pain  of the  fear  of sleep,  and   with   such  unknown  horror  as  it has  for  me!
how blessed are some people,  whose lives  have no fears, no dreads; to whom sleep is a blessing that
comes nightly,  and brings nothing  but sweet dreams    ●    no man knows till he experiences it,  what
it is like to feel his own life-blood          CHARO  &  METHRYLIS     drawn away into the woman he loves
how good and thoughtful he is;      VENATOR     IMMORTALIUM     the world seems full of good men -
even if there are monsters in it    ●    no  man  knows  till  he  has  suffered  from  the  night  how  sweet
and dear to his heart and eye the morning can be    ●    for life be, after all,  only a waitin’ for somethin’
else than  what  we’re  doin’;  and  death  be all that  we can rightly depend  on    ●    do  you  believe  in 
destiny?    that  even  the  powers   of  time  can  be  altered for a single purpose?  that the luckiest man
who walks on this earth is the one who finds... true love?   ●   i have crossed oceans of time to find you
https://i.imgur.com/LQ1ByQ2.png
cytaty: Bram Stoker, "Dracula", Londyn 1897; "Bram Stoker's Dracula", reż. Francis Ford Coppola, 1992

https://i.imgur.com/Wa540kx.png











https://i.imgur.com/kr1j0Mp.png

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (Dzisiaj o 00h38)


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#2 18-11-2020 o 13h13

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 795

Karta Postaci

Ostatnio zmieniony przez Charo (18-11-2020 o 13h16)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#3 18-11-2020 o 22h57

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 499

......................................................................................................https://i.imgur.com/4EhDzT0.png
     Na całą salę rzucono nieznany nikomu czar. Czar słodki, rozkoszny, obklejający umysły cukrową watą, aby uniemożliwić dostęp do jakichkolwiek negatywnych myśli. Czar, który wytężał zmysły i pozwalał wchłaniać całym swoim istnieniem to, czego wszyscy byli właśnie świadkami.
     Czar motyla, który tworzył rzecz najpiękniejszą na świecie — muzykę.
     Muzyka, płynąca cudownym, nieprzerwanym strumieniem, hipnotyzowała każdego gościa zgromadzonego w sali balowej. Delikatna, jakże piękna melodia rozbrzmiewała w sercach, pobudzając wszystkie najpiękniejsze wspomnienia, odważne i romantyczne plany, a nawet dzikie, dotąd uśpione żądze. Dźwięki panina delikatnie krążyły po pomieszczeniu, będąc niczym życiodajne powietrze, którym sycili się wszyscy goście.
     Jednak jeszcze większym pięknem był sposób wygrywania tej jakże cudownej melodii. Artysta, który w tym jednym momencie zdawał się mentalnie połączony z instrumentem, spoglądał na klawisze z miłością, zawzięciem, determinacją i skupieniem. I choć ruchy jego długich, smukłych palców w szaleńczym, niemal agresywnym tempie przesuwały się po tafli, tak ostrożność i delikatność, z jakimi naciskał na białe i czarne kafelki, budziła największy respekt. W myślach słuchaczy natychmiast rodziło się zrozumienie, że tak piękna melodia była efektem właśnie tej największej pasji, jaką emanował występujący muzyk.
     Naturalnym następstwem tego pokazu były głośne owacje na stojąco, wobec czego cisza nie zaległa w sali ani na moment. Ludzie głaskali, płakali i wzdychali z największym zachwytem, a czerwony z dumy mistrz uroczystości tarmosił zawzięcie swoje sumiaste wąsy, z takim zapałem zachwalając pianistę, że aż zaczął chrypieć.
     — Raz jeszcze podziękujmy — wrzasnął prowadzący, gdy już skończył wychwalanie artysty — szanownemu lordowi Tismaneanu za tak wspaniałe przyjęcie, na którym mamy zaszczyt się bawić. Radujmy się, przyjaciele, radujmy się!
     Na sali raz jeszcze rozbrzmiały brawa, a oczy wszystkich zostały zwrócone na mężczyznę siedzącego na honorowym miejscu. Wysoki i szczupły, ubrany był w ciemny, delikatnie połyskujący garnitur, który na pierwszy rzut oka leżał tak dobrze, że mógłby być jego drugą skórą. Twarz miał pociągłą i ostro zarysowaną wydatnymi kośćmi policzkami, oczy zaś były wąskie i lekko zmrużone o kolorze głębokiej czerni. Krótko ostrzyżony, czarny zarost był wyrównany niemal od linijki, a całość okalały czarne, długie włosy opadające delikatnie na ramiona, a w swej pełnej długości sięgające połowy pleców.
     Athanasius Tismaneanu wstał, po czym ukłonił się głęboko, co spotkało się z kolejnym odgłosem oklasków. Uśmiechając się szeroko, zasiadł ponownie na miejscu, nie odezwawszy się ani słowem. Nie miał żadnej ochoty brać udziału w tej uroczystości i właśnie z tego powodu najął kogoś, kto wziął jej prowadzenie na swoje barki. Gdyby to od niego zależało, całkiem by z niej zrezygnował, lecz coroczny bal z okazji święta hrabstwa Norfolk stał się już tradycją — którą zresztą zapoczątkował sam Tismaneanu ledwie kilka lat temu.
     — Skąd ty wziąłeś tego pianistę? Jak mu tam… Andrewsa? — spytał mężczyzna siedzący obok niego. Ishmael Drawson, jego bliski przyjaciel, przyglądał się całej tej farsie z nieukrywaną kpiną, lecz nawet on nie potrafił ukryć zachwytu nad młodym pianistą, który chwilę temu zszedł ze sceny. — W życiu o nim nie słyszałem.
     — Dobrze wiesz, że jestem koneserem — mruknął, uśmiechając się pobłażliwie — a wyszukiwanie niszowych twórców to moja mała pasja. Dla nich to przepustka do większego świata i początku kariery. Po cóż więc miałbym tu zapraszać jakiegoś starego wyjadacza, którego każdy już zna, więc nikogo już niczym nie zaskoczy? Dostałby wynagrodzenie, dzięki któremu dalej pławiłby się w luksusach — które pewnie zdążył sobie zapewnić długie lata temu. O tym „jak mu tam Andrewsie” usłyszy jutro ktoś więcej.
     Złośliwy uśmiech Ishmaela poszerzył się na tyle, że na jego bladych policzkach pojawiły się niewielkie dołeczki.
     — Gdybym cię nie znał, to bym pomyślał, że jesteś altruistą.
     — Trochę jestem — odparł, zaśmiawszy się cicho.
     — Nie jesteś.
     Athanasius nie odezwał się ani słowem. I choć uśmiech jeszcze przez chwilę błąkał się na jego twarzy, to momentalnie spełzł, gdy podszedł do niego lokaj, niosąc na tacy list. Idealnie biała koperta aż raziła w oczy, budząc irracjonalny niepokój. Kto mógł wysłać do niego list, zwłaszcza w XXI wieku, kiedy wszelkie wiadomości słało się przez internet? Musiało to być coś bardzo oficjalnego i właśnie to go tak niepokoiło.
     — Urzędasy czegoś od ciebie chcą? — zainteresował się Ishmael, patrząc, jak Athan sięga po kopertę.
     — Mam nadzieję, że nie — mruknął ponuro. Nie otworzył jej od razu, a zamiast tego obejrzał z drugiej strony. Właśnie tam znalazł adres, lecz nie musiał go odczytywać, by zrozumieć, kto był nadawcą. Wystarczył mu charakter pisma. Bardzo dobrze znany charakter pisma.
     Niepokój raz jeszcze silnie nim szarpnął, pobudzając dreszcze, które nagle rozbiegły się po całym ciele. Miał wiele pytań jeszcze zanim odtworzył kopertę, a to z jakiegoś niezrozumiałego powodu bał się uczynić. Dlatego dumał, dlaczego napisała do niego Marisa Cavendish? Dlaczego napisała do niego małżonka jego najlepszego przyjaciela, a nie on sam?
     Bał się. Bardzo się bał otworzyć ten list, odczytać jego treść oraz zrozumieć, co zawierał.
     Jego umysł przejęła największa trwoga granicząca z szaleństwem. Bo to właśnie ono wyło w myślach z rozpaczy, jednocześnie tworząc wewnątrz ogromny chaos nie pozwalający na ułożenie sobie tego, co zostało zapisane na kawałku białego papieru. Panika rozlała się gorącym wywarem po całym ciele, które momentalnie przejął lodowaty chłód, gdy Athanasius raz jeszcze przeczytał list. A potem kolejny raz. I następny.
     Czytał go tak długo, że w pewnym momencie zachciało mu się śmiać. I choć jego twarz wciąż wyglądała jak zmrożona bólem maska, tak wewnątrz zapanowała chorobliwa wesołość tłumacząca umysłowi, że treść listu nie była prawdziwa. Nie mogła, bo przecież to wszystko jest tak absurdalne, że aż niemożliwe. Niemożliwe, by to była prawda. Niemożliwe, by to mogło się wydarzyć. Niemożliwe…
     Niemożliwe, by Elijah był martwy.
     Ten obłąkańczy chichot jeszcze długo pustoszył zupełnie już rozbitą duszę Athana, lecz z każdą sekundą był coraz mniej słyszalny i mniej przekonujący, pozostawiając po obie jedynie głuchą, niezręczną, ciężką niczym ołów ciszę. Ciszę, która brutalnie kazała mu się pogodzić ze straszliwą prawdą.
     — Elijah nie żyje — rzucił chorobliwie słabym głosem, nim wstał z krzesła i odszedł.
     Ishmael miał prawo znać powód tak nagłego pogorszenia się jego stanu, lecz nie musiał wiedzieć nic więcej. Tismaneanu zaś nie mógł znieść w tej sali ani chwili dłużej. Musiał stamtąd wyjść, zanim całkiem udusi go wszechobecna radość gawiedzi, która tak okrutnie ścierała się z jego dogłębnym żalem i rozpaczliwym niedowierzaniem.

     Tegoroczna zima wyjątkowo dopisała i sypnęła śniegiem, otulając białym, miękkim puchem niemal całą Anglię. Przeszczęśliwe dzieciaki biegał wkoło, obrzucając się śnieżkami i śmiejąc się w głos. Ich rodzice obserwowali pociechy, rozmasowując dziarsko ramiona, aby zrobiło się im choć trochę cieplej. Starcy spacerowali powoli po skrzypiącym śniegu, a ptaki rzucały się łakomie na rzucane przez przechodniów okruszki. „Prawdziwa” zima była czymś tak wyjątkowym, że każdy Anglik zdawał się chcieć to zobaczyć na własne oczy i skorzystać z tego uroku natury, nim całość zamieni się w niezbyt ładną, ale jakże typową dla tej pory i regionu błotnistą chlapę.
     Wszyscy byli tak obrzydliwie radośni. Tak obrzydliwie pełni życia. Mijający ich Athanasius nienawidził ich całym sobą i modlił się w duchu tylko o to, aby już wkrótce spotkała ich ogromna przykrość, która starłaby z ich twarzy te przebrzydłe uśmieszki.
     Chciał, by wszyscy czuli to, co on. Chciał, by każdy był zdruzgotany, przybity i zgnębiony. Chciał, by każdy nie mógł uwierzyć w tak wielkie nieszczęście, jakie go spotkało. Chciał, by wszystkich ogarnęła ta przeklęta niepewność i bezradność, nie pozwalająca na zrobienie jakiegokolwiek ruchu lub podjęcie jakiejkolwiek decyzji.
     Bo cóżże on mógł zrobić w obliczu śmierci kogoś, kogo przez setki lat traktował jak brata?
     Gdy dojechał na miejsce, przywitał go doskonale znajomy, olbrzymi dwór, który po raz pierwszy w życiu jawił mu się jako ponure zamczysko, w którym nie czekało na niego nic poza bolesnymi wspomnieniami i załzawionymi mieszkańcami snującymi się niczym zniewolone duchy. Mury z szarej cegły, spiczaste, czarne dachy smukłych wieżyczek, pogaszone w licznych oknach światło oraz wiszące nad pałacem pochmurne niebo tylko podsycały tragedię, z którą zaraz wszyscy musieli się zmierzyć.
     Gdy wprowadzono go do środka, nawet wszechobecne lampy ścienne nie dawały tak jasnego i radosnego blasku, jak powinny. Nie przynosiły otuchy, nie rozświetlały duszy, nie dawały nadziei. Rozległy hol o marmurowych ścianach i podłogach zdawał się ziać potworną, chłodną pustką, a szerokie schody będące centralnym i najważniejszym punktem pomieszczenia, zdawały się zbyt strome i wysokie, by mieć ochotę na nie wejść. Athanasius zbyt wiele razy po nich chodził, zbyt dobrze je znał. Natychmiast odwrócił wzrok, pozwalając poprowadzić się wgłąb dworu. W środku na szczęście było stosunkowo niewielu gości. Większość z pewnością miała dopiero dotrzeć, dlatego dotychczas spotykał tylko służbę, która krzątała się nerwowo, przygotowując posiadłość do uroczystości pogrzebowych i stypy. Tylko od czasu do czasu kiwał na przywitanie komuś obcemu, zupełnie nie mając ochoty tego kogoś poznawać.
     — Athanasiusie! Jesteś wreszcie!
     Nim zdołał się odwrócić, poczuł, jak niska, drobniutka kobiecina wtuliła twarz w jego pierś, nagle wybuchając płaczem. Przejęty tym widokiem Athan nie powiedział ani słowa. Zamiast tego przytulił ją delikatnie, ostrożnie gładząc ją po jej długich, czarnych włosach. Zdrętwiały ze strachu i ogarniającej go paniki, trwał w tak bez ruchu i choćby słowa, cierpliwie czekając, aż to kobieta zechce zabrać głos.
     — Athanasiusie… Elijah… Elijah, mój ukochany…
     Nie dokończyła, nie była w stanie. Athan w pełni to rozumiał; także on nadal się bał uformować pełną myśl, która z całym okrucieństwem przedstawiłaby mu tę tragedię. I choć jednocześnie pragnął jak najszybciej poznać okoliczności śmierci swojego przyjaciela, doskonale wiedział, że to nie był najlepszy moment.
     — Najszczersze kondolencje — wychrypiał wciąż oszołomiony Tismaneanu. — Jestem… wstrząśnięty i przejęty bólem. Nie mogę uwierzyć, że nasz Elijah…
     Marisa długo milczała, na zmianę spoglądając na Athana i spuszczając wzrok. Oboje nie wiedzieli, co więcej mogli powiedzieć, więc mimowolnie zezwalali na nieme przeżywanie śmierci kogoś, kogo oboje kochali.
     — Przejdźmy do pokoju muzycznego — odezwała się cichutko, a w jej oczach choć na chwilę błysnęła stal, którą Athan tak dobrze znał. — Dotarła tylko część gości i tych na szczęście w większości powinieneś znać. Reszta jest w drodze, ostatni powinni dojechać maksymalnie jutro do południa.
     — Jak długa jest lista gości? — spytał Athanasius, znacząco spoglądając na Marisę.
     — Zaprosiłam tylko naszą rodzinę. Dlatego nie musisz się krępować, jeśli jesteś głodny.
     Athan pokiwał głową. Cieszył się, że na pogrzeb zaproszono tylko wampiry; choć nigdy nie miał nic przeciwko ludziom, to wolał tak ważną i bolesną chwilę przeżywać w gronie najbliższych, tym samym niczego sobie nie odmawiając, niczego nie ukrywając i skupiając się jedynie na żałobie, jaką wszyscy przeżywali.
     Gdy otworzono przed nimi dwuskrzydłowe, biało-złote drzwi prowadzące do pokoju muzycznego, Athanasius nie mógł powstrzymać westchnienia żalu. Często wraz z Elijahem przesiadywali w tym pokoju, chcąc tym samym oderwać się od całej reszty dworu i porozmawiać o sprawach tak śmiesznie nieistotnych, że aż nie pasujących do ich zwykle poważnego oblicza. Zrzucali wtedy ciasne maski, które nosili na co dzień, by zaśmiewać się z głupich żartów, planować najdziwniejsze szaleństwa, które chcieli wspólnie zrealizować i wspominać stare, dobre czasy.  Dlatego z największym żalem przyglądał się wielkiej sali, której przeciwległa do drzwi ściana była w całości oszklona. Cieniutkie zasłonki nie przesłaniały widoku rozległego sadu, który pod śnieżną pierzyną wyglądał jak wyjęty z bajki. Na środku pomieszczenia ustawiono kilka sof i foteli o złotych ramach i białych obiciach. Pod jedną ze ścian stał kominek, w którym wesoło trzeszczał rozpalony ogień, porozwieszane wszędzie obrazy cieszyły oko, a poustawiane gdzieniegdzie wszelkiej maści instrumenty aż się prosiły, by cokolwiek na nich zagrać. Jednak ten jeden raz w pokoju muzyki panowała potworna, ciężka cisza, której nikt nie śmiał przerywać.
     Po krótkim przywitaniu się z pierwszymi gośćmi, Athan zajął swoje miejsce. Nie miał nastroju na poznawanie nowych wampirów ani na wdawanie się z nimi w jakiekolwiek dyskusje. I nawet gdyby miał spędzić cały ten czas w ciszy i samotności, w niczym by mu to nie przeszkadzało. Być może nawet pomogło.
     Siedząc niemal pod oknami, miał dobry widok na drzwi, dzięki czemu obserwował każdego nowo przybyłego gościa. Jednak im dłużej tam przebywał i słuchał tych podnieconych szeptów, miał coraz bardziej dość. Nagle poczuł silny impuls i podniósł się z fotela. Przeprosił cicho wszystkich obecnych, po czym wyszedł z pomieszczenia pod pretekstem przewietrzenia. Jednak nie odszedł daleko, ledwie kilka metrów dalej znajdowało się wejście na niewielki taras, z którego prezentował się przepiękny widok na sad. Mimo to Athan nie wyszedł na zewnątrz. Zamiast tego zatrzymał się przy oknach, wpatrując się w oślepiającą biel śniegu. Usilnie starając się nie myśleć zupełnie o niczym, po prostu patrzył. Patrzył. I walczył ze swoim wewnętrznym smutkiem, który nadal uparcie tarmosił mu ducha i umysł.
     Wtedy ją ujrzał.
     Ledwie kątem oka, niewyraźnie, przelotnie. Gdyby nie pełne zaufanie do swoich umiejętności, pomyślałby, że mu się przywidziało, lecz to niemożliwe. Niczym duch wyjęty wprost z jego mętnych wspomnień, przemknęła bezszelestnie brzegiem korytarza. Z pewnością go zauważyła, lecz nie dała tego po sobie poznać — podobnie zresztą jak on. Zgodnie udając, że dla siebie nie istnieli, ona po chwili zniknęła, on zaś raz jeszcze skupił się na ośnieżonym sadzie.
     Lecz tym razem nie próbował oczyścić myśli. Wiedział, że to bezskuteczne, zwłaszcza że kilka chwil temu ktoś brutalnie się do nich włamał i Athan wiedział, że nie da się łatwo stamtąd wyprowadzić.
     Aria Vasco zawsze była uparta.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (18-11-2020 o 23h19)


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#4 19-11-2020 o 11h35

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 795

Aria Vasco

  Szum oceanu wprawiał ją w jeszcze bardziej melancholijny nastrój. Ściskała w dłoni telegram, który kilka chwil temu zawiadomił ją o śmierci bliskiego przyjaciela i mentora, o stracie jedynej osoby, która kiedykolwiek była jej przychylna. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio coś wzbudziło w niej aż tyle emocji i wydobyło z zakamarków duszy takie pokłady smutku i żalu. Jak to bywa w takich momentach, obwiniała siebie o brak częstego kontaktu i odwiedzin, choć nie raz była zapraszana w rodzinne strony. Zawsze coś było ważniejsze, zawsze uważała, że zdąży odwiedzić Elijaha, bo przecież mają przed sobą całą wieczność. Nic bardziej mylnego.
  - Samochód czeka, przygotowałam twoje rzeczy – usłyszała za plecami znajomy, kobiecy głos. Odwróciła się powoli i skinęła głową w stronę Glorii. Młoda dziewczyna w wieku około dwudziestu czterech lat była od kilku miesięcy towarzyszką podróży dla Arii, a przy tym chodzącym workiem krwi. Układ był prosty – ona oddaje jej dobrowolnie swoją krew, a w zamian zwiedza świat i żyje w luksusach, przynajmniej do momentu aż Vasco nie znudzi się jej obecność. Koniec historii był równie prosty, co cała jej fabuła, ale nie kończył się tragicznie dla głównej bohaterki. Utrata pamięci była dość optymistyczną opcją jeśli weźmie się pod uwagę obcowanie z wampirem.
  - Dziękuję kochana. To chyba czas naszego pożegnania, choć muszę przyznać szczerze, że ciężko mi się z tobą rozstać – oznajmiła z uśmiechem ciemnowłosa kobieta, zbliżając się do Glorii. Ujęła w dwa palce jasne kosmyki jej włosów i przez chwilę bawiła się nimi, podziwiając jak tańczą w nich promienie karaibskiego słońca. Tego właśnie brakowało jej najbardziej w tym całym nieśmiertelnym życiu wampira. Móc opalać się bez cholernego bólu głowy.
  Wampiry wyższych rzędów mogły pozwolić sobie na przywilej posiadania totemu Ra, egipskiego boga  i stwórcy świata, pana ładu we Wszechświecie. Czczony w starożytnym Egipcie, przedstawiany z głową sokoła bądź jastrzębia. Uważany był przez Egipcjan za najważniejszego z bogów i władcę ludzi, a także wszelakich istot zamieszkujących Ziemie. Nabycie totemu nie było wcale łatwe i wymagało przejścia próby ognia, która była swego rodzaju rytuałem przeprowadzanym przez najstarszego szamana. Wypalał on na ciele delikwenta symbol oka Horusa, który miał go chronić przed słońcem oraz dodawać sił w blasku księżyca. Dłuższe używanie totemu powodowało potworne migreny, które mogły doprowadzić do szaleństwa i utraty człowieczeństwa.
  Gloria posłała ciemnowłosej smutny uśmiech, wiedząc już, że jej przygoda właśnie dobiegła końca. Pozwoliła wampirzycy upić jeszcze trochę krwi z nadgarstka nim ta wymazała jej pamięć i odjechała, pozostawiając ją z pokaźnym zasobem gotówki w pokoju hotelowym.


  Śnieg skrzypiał pod butami, gdy przemierzała krótki odcinek drogi pieszo, nie mogąc podjechać bliżej posiadłości samochodem, bo droga była zasypana niemal po pas. Znając kaprysy pogodowe w Anglii, domyślała się że jutro rano może przywitać ją deszcz zamiast białego puchu. Nie przeszkadzał jej spacer, wręcz przeciwnie. Zdołała zebrać myśli i przygotować się na spotkanie z dawno nie widzianymi przyjaciółmi, którzy zapewne tak jak ona pojawią się na pogrzebie. I o ile z niektórymi z nich miło jej będzie się spotkać, to była jedna osoba której chciała uniknąć.
Athanasius – gdy tylko to imię pojawiło się w jej myślach, dostrzegła mężczyznę stojącego na tarasie i on również ją dostrzegł. Wyczuła jego spojrzenie na sobie, choć trwało zaledwie ułamek sekundy. Czuła, że niewidzialna nić, która ich łączyła, nagle zacisnęła się jej na szyi. Skierowała kroki w stronę pokoju muzycznego, gdzie odnalazła Marisę.
  - Najszczersze kondolencje...och...nie mogę w to uwierzyć – wychrypiała obejmując ciemnowłosą kobietę, która zaczęła mocno ją ściskać.
  - Elijah w końcu cię do nas ściągnął – zażartowała gorzko, ocierając łzy z policzków. Aria poczuła się jeszcze gorzej niż przed chwilą i choć wiedziała, że wdowa nie miała nic złego na myśli, to jednak te słowa ją zabolały.
  - Przepraszam, ja … Cóż, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – odezwała się cicho, ale wyglądało na to, że Marisa miała zamiar już zmienić temat i to na taki, który jeszcze bardziej jej nie odpowiadał. Zamierzała się wycofać, ale nie zdążyła.
  - Athanasius tu jest. Widzieliście się już? Nie! No to chodźmy, widziałam go na tarasie – pociągnęła Arię za sobą, nie zwracała uwagi jej  protesty. Stanęła w drzwiach niemal wepchnięta w futrynę przez przyjaciółkę, która ewidentnie chciała zabawić się w swatkę.
  Mężczyzna odwrócił się w ich stronę, a Vasco omal nie zemdlała przytłoczona mocą jego spojrzenia. Zadrżała niemal jak głupiutka nastolatka i z trudem powstrzymała nerwowy chichot, gdy zorientowała się, że Marisa zniknęła, a ona została sam na sam z wampirem. Wiedziała, że prędzej czy później wpadliby na siebie, ale nie była gotowa na to, że stanie się to w taki niespodziewany sposób.
  - Cześć – wymruczała, robiąc kilka kroków w jego stronę. Czy powinna podać mu dłoń, czy go objąć? Uśmiechnęła się delikatnie postanawiając iż zachowa się, jak kobieta z klasą i schowa na moment dumę do kieszeni. Wyciągnęła ramiona przed siebie i objęła go serdecznie, czując jak jej ciało otula jego zapach.

Ostatnio zmieniony przez Charo (19-11-2020 o 12h03)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#5 19-11-2020 o 21h44

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 499

......................................................................................................https://i.imgur.com/4EhDzT0.png
     — Niepamięci słodka, bądźże mym wytchnieniem i skryj pod skrzydłami czasu myśli, słowa, czyny straszne, których pod piaski swego przebaczenia zasypać nie mogłem.
     Recytował te słowa po cichu, wchłaniając całym sobą ich znaczenie. Próbował przypomnieć sobie dalszą treść pieśni, lecz to może podświadomość ukryła ją gdzieś głęboko, dając tym samym znak, że tylko to jedno zdanie miało symboliczne znaczenie. To właśnie tym fragmentem syciły się jego myśli, które nie były w stanie walczyć z wciąż wdzierającym się weń obrazem Arii Vasco.
     Nie spodziewał się, że ją tu ujrzy, mimo że jej obecność była w pełni uzasadniona. Wszak Elijah był dla Arii bliskim przyjacielem, a nawet drugim mentorem. A jednak Athanasius nie zaprzątał sobie tym głowy, zbyt przejęty śmiercią swojego druha. Ten paraliżujący szok, którego doświadczył na jej widok, szybko ustąpił, zastąpiony przez coś, co Athan podejrzewał, a co mimo wszystko mocno go zaskoczyło.
     Czuł, jak jego ciało oblewa przyjemny, ekscytujący dreszczyk niechęci i pogardy: czegoś, co tak dobrze znał i przez lata zdążył oswoić. Lecz właśnie fakt, że ta trująca mieszanka emocji zalała go akurat na widok Arii, zmusił go do zastanowienia się nad ich relacjami. Rozstali się bardzo dawno temu w wysoce nieprzyjemnej atmosferze, a krzywda, jaką wyrządziło mu to dziewczę, bardzo mocno uraziła jego dumę. Tego nie mógł jej wybaczyć, dlatego robił co mógł, aby zapomnieć o istnieniu tej kobiety, wmawiając sobie, że jej odejście nie było nieszczęściem, a wręcz darem od losu.
     Ucieszył się, gdy zobaczył, że Aria rusza w stronę sali muzyki, choć miał świadomość, że wkrótce i on musiał się tam stawić. Lecz jednocześnie uderzyło w niego poczucie pustki, a gdzieś z najgłębszych zakamarków jestestwa odzywał się cichutki żal, że jednak się nie zatrzymała. Athan prychnął, na powrót wywołując u siebie palącą pogardę. Wiedział, że będzie musiał znosić jej obecność, ale miał nadzieję, że ich rozmowy będą ograniczone do absolutnego minimum. Wolał całą swoją uwagę skupić na śmierci Elijaha oraz na poznaniu odpowiedzi, kto stał za tą tragedią.
     Prędko przekonał się, że los lubował się w płataniu mu okrutnych figli, gdy usłyszał, jak zbliżają się ku niemu dwie damy. Bez trudu zorientował się, kto zamierzał go odwiedzić, dlatego odetchnął głęboko, przygotowując się psychicznie na to spotkanie. A gdy odwrócił się z gracją, stając twarzą w twarz z Marisą i Arią, uśmiechnął się uprzejmie, kłaniając się delikatnie w geście powitania. I mimo że Marisa wciąż pozostawała w pomieszczeniu, szczebiocząc coś pod nosem, spojrzenie Athanasiusa natychmiast osiadło na Arii, uważnie, niemal nachalnie jej się przyglądając. Przechylił delikatnie głowę, chcąc ocenić zmiany, jakie w niej zaszły. Zupełnie nie przypominała tej młodej, wystraszonej dziewuszki, którą poznał przeszło dwieście lat temu. Zmieniła się, bardzo wyraźnie się zmieniła. I właśnie to wzbudzało w Athanasiusie największą odrazę.
     — Witaj, Ario — przywitał się cicho, ani na moment nie spuszczając z niej wzroku. Czy chciał jej w ten sposób przekazać, jak bardzo go rozczarowała? Nie. Ona sama doskonale o tym wiedziała. — Rad jestem, że widzę cię w pełnym zdrowiu.
     Spodziewał się wszystkiego. Tego, że jego towarzyszka go wyśmieje lub z niego zakpi. Tego, że odpowie równie suchą formułkę grzecznościową. Że po prostu odejdzie.
     Ale nie tego.
     Zamarł, gdy poczuł, jak Aria delikatnie się do niego przytula. Co nią kierowało? Dlaczego postąpiła w taki sposób? Nie wiedział, lecz usilnie stłumił w sobie zaskoczenie i ostrożnie odwzajemnił gest. Przez moment czuł, jak po jego ciele spływa przyjemnie ciepły dreszcz, lecz ten zaraz został zamieniony na chłód gniewu i niechęci. Prostując się z dumą, delikatnie, acz stanowczo odsunął od siebie Arię na bezpieczną odległość, raz jeszcze lustrując ją od stóp do głów.
     — Zmieniłaś się — odparł idealnie wyzbytym z emocji tonem. — Podróże kształcą, pozwalają się rozwijać. Tobie ten tryb życia najwyraźniej bardzo służy. Bo wciąż podróżujesz, jak mniemam?
     Te uprzejmości były oczywistym fałszem, ponieważ to głód poznawania świata był czymś, czego Athanasius nienawidził w Arii najbardziej. Właśnie ta pasja podróżowania, smakowania nowości, tym samym wzgardzając wszelkim tradycjom i przypisanym im wartościom, doprowadziła do ich rozstania, o co Athan od zawsze oskarżał wyłącznie ją. I, ku swojej udręce, nie mógł o tym rozczarowaniu zapomnieć.
     — Przykro mi, że spotykamy się w tak tragicznych okolicznościach — dodał ponuro. — Wiem, jak bliski był ci Elijah.
     Delikatnie zacisnął usta, gdy ból o utracie przyjaciela raz jeszcze nim wstrząsnął. Potrzeba odnalezienia mordercy wciąż w nim narastała; momentami miał ochotę znaleźć sobie wymówkę, opuścić pogrzeb i natychmiast ruszyć na poszukiwania. Gdyby chodziło o samego Elijaha, Athanasius na pewno by tak zrobił. Lecz nie potrafiłby zawieść Marisy i dołożyć jej jeszcze jednego powodu do zmartwień. Jednak z nikim nie zamierzał poruszać tematu zemsty. A zwłaszcza z Arią.
     — Jak mniemam, zostajesz również na stypie — stwierdził, wciąż uważnie lustrując ją spojrzeniem. Lecz ton głosu brzmiał coraz chłodniej, a i uprzejmy uśmiech całkiem się poddał, czyniąc z twarzy Athana przerażającą maskę, na której obojętność graniczyła z gniewem. — Jak długo zamierzasz tu zostać? I gdzie chcesz ruszać, gdy będzie już po wszystkim?
     Sucha rozmowa. Suche gesty, formułki i uśmiechy. Suchość była bronią Athanasiusa przed Arią oraz wspomnieniami, które budziła. I choć podskórnie bardzo by tego chciał, nie zamierzał pytać, jak się czuła, czy jest szczęśliwa, czy kiedykolwiek za nim tęskniła, czy o nim czasami myśli.
     Wolał wierzyć, że odpowiedź na te wszystkie pytania brzmiała „nie”.


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#6 20-11-2020 o 09h21

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 795

Aria Vasco

  Pamiętała ich pierwsze spotkanie, jakby było wczoraj, choć minął od tego czasu ponad wiek.
Był poważanym lekarzem w Londynie i nie wiele osób mogło pozwolić sobie na jego usługi, zwłaszcza w tamtych czasach. Rodzina Vasco nie miała wiele, ale ojciec Arii potrafił jak nikt odnajdywać różne rzeczy i na taki też układ poszedł z Tismaneanu . W zamian za wizytę miał zdobyć dla niego medalion z ubiegłej epoki, który zaginął kilka lat temu, a który Athanasius bardzo chciał mieć w swojej kolekcji. Wampir będący lekarzem to idealna przykrywka i sposób na zdobywanie pożywienia bez wysiłku i taki też miał zamiar tym razem. Usłyszawszy o chorej na gruźlice dziewczynie wiedział już, że nie będzie jej wcale leczył i próbował pomóc w jakikolwiek inny sposób. Gdy wszedł do pokoju coś się jednak w jego zamiarach zmieniło, jakby wola walki Arii w jakiś sposób ujęła jego kamienne serce i nakreśliła zupełnie inny cel.
  Siedziała na łóżku wyprostowana i niezwykle dumna, nie chcąc pokazać po sobie, że odczuwa ból. Zawsze była uparta i nie zamierzała poddawać się tym razem, zwłaszcza gdy doglądać jej miał tak przystojny mężczyzna. Domyśliła się, że ojciec coś mu za to obiecał, bo wyjechał w nocy bez pożegnania i w wielkim pośpiechu.
  - To pan jest tym cudotwórcą. Czekam na nowe życie, ma pan przypadkiem jakieś w kieszeni? - zażartowała, śmiejąc się cicho. Mimo ciężkiej choroby, jej głos brzmiał delikatnie i ciepło, a perlisty śmiech rozniósł się echem po niemal pustym pomieszczeniu. Czy to był właśnie ten moment, w którym wampir zapragnął uczynić z niej swą towarzyszkę? Była urodziwa, to prawda, ale nie dorównywała aparycją kobietom, które spotkał w swoim długowiecznym życiu, więc to nie mógł być jedyny wyznacznik zmiany decyzji.
  Aria nie była pesymistką, zawsze starała się szukać tych dobrych stron, ale tym razem wiedziała, że jej sytuacja jest beznadziejna, że to strata czasu i bezcelowy zawód ojca. Jeśli nie umrze tej nocy, to z pewnością kolejnej. I tak też się stało. Jej cierpienie się skończyło, a Athanasius zabrał jej ciało pod pretekstem zabezpieczenia, by wirus dalej się nie roznosił. Matka cierpiała, brat był zbyt mały by zrozumieć powagę sytuacji, a ojciec jak zwykle gonił za duchami i legendami. Była do niego podobna bardziej niż myślała, wszak zawsze ciągnęło ją do podróży i odkrywania świata.

   Jego wypracowane latami serdeczne gesty i uśmiechy, którymi teraz częstował ją z tak wielką wprawą, sprawiały że robiło jej się nie dobrze. Czuła ucisk gdzieś w klatce, gdzieś tam gdzie kiedyś biło jej serce, a teraz było tylko uciążliwym, zbędnym organem. Traktował ją z góry, jak głupiutką pannicę, jakby nic ich nigdy nie łączyło i ten dystans bolał ją najbardziej. Od mężczyzny bił taki chłód, że mógłby pojechać na biegun i bez problemu zapobiegłby topnieniu lodowców.
  - To dla mnie wielka strata. Nie mogę w to uwierzyć i w okoliczności jego śmierci – odezwała się cicho, podchodząc bliżej balustrady tarasu, o którą zaraz się oparła. Przyglądała się swojemu rozmówcy i choć bardzo chciała, nie potrafiła ignorować już jego tonu i postawy, której on nie próbował  nawet ukryć.
  - Dlaczego mam wrażenie, że mnie tutaj nie chcesz? - zapytała, odwracając się całkiem w jego stronę. Zmarszczyła brwi, starając się przypomnieć sobie ich ostatnią rozmowę. Cóż, faktem było to, że podczas ich ostatniego spotkania ucierpiało kilka mebli i jego waza z dynastii Ming, ale nie wydarzyło się chyba nic więcej za co Athanasius mógłby pałać do niej aż taką niechęcią. A jednak Aria czuła, że ledwo jest w stanie na nią patrzeć.
  - Właśnie teraz postanowiłam, że zostanę tutaj jakiś czas. Dla Marisy oczywiście, aby wesprzeć ją w tym trudnym czasie. Nie powinna być sama, nie uważasz? – rzuciła, posyłając mu nieco wredny uśmieszek. O nie, nie da mu tej satysfakcji i nie ucieknie zaraz po pogrzebie, żeby mógł poczuć się lepiej. Elijah był tak samo jej przyjacielem i ma prawo obchodzić żałobę, a on jej tego nie odbierze swoimi kaprysami. Och, zawsze był taki protekcjonalny i chciał układać innych pod swoje dyktando. Salwa pytań z jego strony nie świadczyła o zainteresowaniu, a raczej o tym, że chciał usłyszeć iż lada dzień już jej tu nie będzie.
  Chciała mu tak wiele opowiedzieć o swoich podróżach, z których zawsze przywoziła coś dla niego. Nigdy oczywiście nic mu nie dała, ale podświadomie te konkretne przedmioty były dla Athana, bo dobrze go znała i wiedziała, że takie rzeczy go interesują. Napisała setki listów, w których wyznawała mu, jak bardzo tęskni i jak bardzo chce, by był przy niej. Nigdy żadnego nie wysłała, bo i tak niczego by to nie zmieniło. Był zbyt zatwardziały w swoich poglądach i nawet wyznania miłości nie odmieniłyby jego starej duszy. Aria nie chciała go zmieniać, chciała by tylko trochę pozwolił jej być sobą, aby usłyszał, co próbowała mu powiedzieć od tak dawna. Kochała go całym sercem, a on kochał władze, a z tym nie miała szans.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#7 21-11-2020 o 15h40

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 499

......................................................................................................https://i.imgur.com/4EhDzT0.png
     Nienawidził jakichkolwiek objawów braku kontroli. I nie ograniczało się to do tak banalnych kwestii, jak przejęcie władzy nad całym swoim otoczeniem. Nie lubił narzucać swojej woli, nie lubił nikomu objawiać się jako jedyny pan i władca. To zwykle wzbudzało w ludziach gniew i poczucie zniewolenia, co nigdy dobrze nie wpływały na wzajemne relacje. Dlatego dużo bardziej wolał korzystać z subtelnych narzędzi uświadamiania ludziom, że to właśnie on — Athanasius Tismaneanu — był ich opiekunem, wsparciem, niosącym światło i nadzieję. W ten sposób gawiedź sama do niego lgnęła, a on w iście naturalny sposób stawał się liderem.
     Jednak nienawidził poczucia, że nad czymś nie panuje, zwłaszcza gdy dotyczyło to sfery emocjonalnej. Nie przywykł do niepewności i niezdecydowania, a jednak tak się właśnie czuł, gdy obserwował, jak Aria go mijała i stawała w pobliżu balustrady. Z największą łatwością, a nawet szczyptą przyjemności traktował ją suchymi formułkami i sztucznymi uśmiechami, doskonale wiedząc, że właściwie odczyta te gesty jako wciąż głęboko zakorzenioną niechęć. Dlaczego więc nadal nie kończył tej rozmowy? Dlaczego nie odszedł, tylko niecierpliwie czekał na to, co powie dalej?
     Powód był prosty — przywiązanie i sentyment. Powiedzieć, że Aria była dla niego ważna, to nic nie powiedzieć. Nierzadko myślał o niej jako o całym swoim świecie, jako o wszystkim, co miał. Jednak, wbrew temu, co myślała wtedy o tym Vasco, Athanasius nie miał na myśli romantycznej strony ich relacji. Rzeczywiście, niegdyś połączyło ich gorące uczucie, lecz ostatecznie nie miało ono nic wspólnego z tym, jak teraz Athan postrzegał swoją byłą towarzyszkę.
     Nie zależało mu na Arii jako żonie. Zależało mu na Arii jako spadkobierczyni.
     Aria była jedyną osobą, której Athan ufał na tyle, by przekazać jej wszystko, co miał, co osiągnął, czego się dowiedział. Chciał jej ofiarować cały swój świat właśnie po to, by dziedzictwo przetrwało.
     Jednak właśnie ona — ta jedyna — to dziedzictwo odrzuciła. I tego Athanasius nigdy nie potrafił jej wybaczyć. 
     Nie odpowiedział, gdy Vasco wyrażała swój ból. Powinien ją jakkolwiek wesprzeć, lecz i tego nie zamierzał czynić. Nie umiał. Albo nie chciał. A może jedno i drugie.
     Mimo to mocno zaskoczyło go pytanie, które nastąpiło chwilę później. Wprost nie mógł powstrzymać kpiącego uśmieszku, choć zdawał sobie sprawę z tego, że to w złym guście.
     — Jakże mógłbym — odpowiedział, choć wydawało mu się, że nie udało mu się całkowicie zetrzeć złośliwego grymasu. — Wiem, jak bliski był ci Elijah i nie mam żadnego prawa wymagać od ciebie szybszego wyjazdu. Oboje jesteśmy tu gośćmi i naszym zadaniem jest ulżenie w bólu biednej wdowie po naszym przyjacielu.
     Nie oczekiwał od niej żadnej odpowiedzi, choć raz jeszcze go rozbawiła, gdy stanowczo oznajmiła, że jednak zostanie dłużej. Nie zdołał powstrzymać myśli, że właśnie taką ją zapamiętał: chorobliwie, niemal dziecinnie upartą. Zawsze uważał to za jej zaletę i tak też było w tym przypadku, choć z trudem powstrzymał chichot i swoje stare, dawno już zakurzone powiedzonko: „Ach, Ario, ty mała, niezrównoważona wariatko”.
     — W pełni się z tobą zgadzam — odparł tym samym, opanowanym, przesadnie kulturalnym tonem. — Marisa potrzebuje naszego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek. Nie możemy jej zawieść.
     Sam również zamierzał zostać w posiadłości jeszcze kilka dni. Wiedział, że w tej sytuacji pani domu nie uzna tego jako narzucanie gościny, a upragnione wsparcie bliskich jej osób. I choć chciał jak najszybciej się wyrwać, aby pomścić druha, wiedział, że musiał zostać dla Marisy.
     Nawet jeśli to będzie oznaczało znoszenie Arii.
     — Przejdźmy do pokoju muzycznego — zasugerował uprzejmie, unosząc prawą rękę i otwartą dłonią wskazując na otwarte drzwi wspomnianej sali, tym samym sugerując, aby szła pierwsza. — Nie pozwólmy Marisie czekać.
     Nie ucieszył go coraz głośniejszy gwar dobiegający z pomieszczenia. Wpierw pomyślał, że goście poczuli się tak swobodnie, że zaczęli sobie plotkować, co byłoby wysoce niestosowne i na co Athan z pewnością zwróciłby uwagę, dając łagodny upust swojemu gniewowi. Jednak prędko się okazało, że powodem zamieszania była sama Marisa, która jako jedyna stała. Spoglądając zmartwiałym wzrokiem na zebranych gości, wyraźnie szukała odpowiednich słów, które nie mogły wypłynąć przez ściśnięte gardło.
     — Elijah został znaleziony w lesie rosnącym na północno-wschodnich obrzeżach Londynu — wyjaśniła chorobliwie słabym, cichym głosem. — Nie potrafię powiedzieć, dlaczego akurat tam, ponieważ nie mamy tam żadnych przyjaciół… Elijah nigdy nie zapuszczał się w tamte rejony, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo… Nie znamy też przyczyny jego śmierci. Nasi lekarze podejrzewają jakąś truciznę, ale nawet tego nie są pewni. Inni… — Kobieta zawahała się na moment, sprawiając wrażenie, jakby to, co zamierzała powiedzieć, nie mogło jej przejść przez usta. — Inni sugerują, że to mogło być samobójstwo. Ale przecież wszyscy go znamy — zaznaczyła, ponosząc głos pełen swoistej nadziei — i wiemy, że to nieprawda!
     Wypowiadając ostatnie słowa, niemal drżała z wysiłku. Starając się nie rozpłakać, wzięła kilka głębokich wdechów, a gdy ktoś bliżej Athanowi poprosił, by usiadła, wampirzyc na wpół przytomnie na niego spojrzała, po czym kiwnęła delikatnie głową i skorzystała z sugestii.
     — Nie wiem też, kto mógł to zrobić — kontynuowała, spuszczając wzrok. — Elijah od dawna nie interesował się nowymi gniazdami, więc tym bardziej nie obchodziły go konflikty pobliskich klanów. Z każdym starał się mieć co najmniej neutralne stosunki… Zresztą sami wiecie, wszyscy przecież dobrze go znaliście…
     Athanasius ze smutkiem pokiwał głową, przyznając wdowie rację. Elijah był tym typem, który wolał wszystkich namawiać do zgody. Lubował się za to w kontaktach z ludźmi i szybko się wciągnął w londyńską politykę, co całkiem odcięło go od czysto wampirzych spraw. Oczywiście niewykluczone, że w londyńskim rządzie były jacyś wrogo nastawieni do niego krwiopijcy, lecz i w to Athan wątpił. Elijah był prawdziwym przyjacielem śmiertelnych i szczerze chciał im pomagać. Kto więc pragnąłby śmierci kogoś takiego?
     W pokoju zawrzało i co drugi zgromadzony wyrażał chęć odnalezienia mordercy. Marisa, cicho łkając, dziękowała każdemu po kolei, by po chwili znowu zamilknąć. Jednak Athan ani myślał dołączać się do tego rozemocjonowanego tłumu. Nie zamierzał nikomu ogłaszać swojego szaleńczego poszukiwania zemsty, a już na pewno nie planował dołączać do jakiejkolwiek ekipy — a tych z pewnością potworzy się kilka. Athanasius gardził nimi wszystkimi, a zwłaszcza z tym, że polowanie na mordercę zdawało im się ekscytującym przeżyciem. Mało było w tym wszystkim żalu, bólu i ślepej nienawiści po stracie przyjaciela, a więcej brawury i głupiego, dziecięcego wigoru. I naiwności. Bardzo dużo naiwności. Co głupcy najwyraźniej myśleli, że poszukiwania mordercy zajmą im najwyżej tydzień. Zupełnie nie pojęli, że ktokolwiek stał za śmiercią Elijaha, musiał znać się na rzeczy. A zlikwidowanie tak starego i doświadczonego wampira tylko podkreślało powagę sytuacji.
     — Cieszę się, że ci wszyscy idioci chociaż do tego się przydają — szepnął w stronę Arii, która zasiadła kawałek dalej — że pocieszają Marisę swoimi równie idiotycznymi planami. Banda ślepych głupców — dodał gorzko, spoglądając na nich z największą pogardą.
     Cokolwiek zarzucał młodej wampirzycy — a było tego dużo — to jedno musiał jej przyznać: była piekielnie inteligentna. Dlatego właśnie był pewien, że i ona nie zamierzała porwać się temu ślepemu tłumowi i choć z całą pewnością i ona prędzej czy później zamierzała ruszyć na poszukiwania, z pewnością porządnie się do tego przygotuje. Tak samo jak on.
     Mimo to na moment odezwała się w nim stara ojcowska troska — coś, co niegdyś czuł bez ustanku w stosunku do Arii — która kazała mu wyjaśnić swoje obawy.
     — Nie pozwól, by kierował tobą ślepy gniew — szepnął, starając się, by te słowa nie dotarły do nikogo innego. — Wiem, że płoniesz żądzą zemsty. Każdy z nas chce odnaleźć tego drania i sprezentować mu najgorszy koniec, jaki tylko jest w stanie wytworzyć nasza brutalna, przesiąknięta krwią wyobraźnia. Ale ktokolwiek zabił Elijaha, z pewnością właśnie na to czeka: na taką narwaną bandę głupców, która z ochotą dobrowolnie wpadnie w pułapkę. Wierzę, że jesteś ponad to.
     Wierzył. A wręcz był tego pewien.
     W końcu to moja mała Aria, pomyślał z przytłaczającym smutkiem.


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#8 22-11-2020 o 08h47

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 795

Aria Vasco

  Zawsze ufała Athanowi bezgranicznie, jednak teraz wiedziała, że każde jego słowo jest soczystym kłamstwem oblepionym fałszywymi grzecznościami. Coś podpowiadało jej, że jego serdeczność nic teraz nie znaczy, że jest niczym sączący się z rany jad, którego nie należy się pozbywać, a jedynie czekać aż sam wypłynie. Aria czekała cierpliwie lecz nie widziała końca trucizny, którą próbował ją napoić. Jego niechęć, a wręcz odraza jej osobą sprawiała, że ciężko było kontemplować smutek po zmarłym przyjacielu. Zapewne, gdyby wampir zachowywał się tak w stosunku do kogoś innego, ta osoba nigdy nie zorientowałaby się, co ma na myśli. Pech w tym, że Vasco doskonale znała swego stwórce i on dobrze wiedział iż dziewczyna odczytuje jego prawdziwe intencje i z premedytacją ciągnął ten teatrzyk. Torturował ją w najbardziej wymyślny sposób, każdym swym uśmieszkiem i czułym gestem wbijał jej osikowy kołek prosto w serce.
  W pokoju muzycznym panował tłok i dość nerwowa atmosfera związana z przemówieniem Marisy. Kobieta była zrozpaczona i podkreślała to w każdym swoim słowie. W takich chwilach, gdy umiera, w dość niewyjaśnionym okolicznościach, jedno z małżonków, zazwyczaj głównym podejrzanym w sprawie staje się ten pozostający przy życiu. Policjanci badający sprawę śmierci Elijaha wzięli pod lupę małżeństwo Cavendishów, ale nie można było ich za to winić, wszak to była ich praca. Wampiry wiedziały, że wdowa nie miała z tym nic wspólnego, bo kochała męża na zabój, a gdyby maczała palce w jego zabójstwie, to od razu by to wyczuły. Gwar zapewnień, jakoby ktokolwiek odnajdzie zabójcę Elijaha nieco rozbawił Arię, zwłaszcza że sama miała ochotę krzyczeć i to jak najgłośniej. Nic jej w tej całej historii nie pasowało, nic nie trzymało się kupy, a ona zamierzała odkryć, co naprawdę stało się z przyjacielem. Słowa jej towarzysza wyrwały ją z letargu rozmyślań i gdyby nie to, że poruszał ustami, to gotowa była stwierdzić iż odezwał się do niej w myślach. Kiwnęła lekko głową, jakby potwierdzała wszystko, co właśnie usłyszała, jakby zapewniała że chwilowo będzie grzeczna i posłuszna, jak piesek.
  - Kto to jest? - zapytała cicho, zwracając się do Athana i dyskretnie wskazując na nieznajomego chłopaka stojącego nieco w rogu sali. Znała wszystkich poza nim. Zmarszczyła podejrzliwie brwi, starając się wyczuć jego zapach, który do złudzenia przypominał ten należący do Elijaha. Czyżby był z jego linii krwi? Cavendish niechętnie zmieniał ludzi w wampiry, a przynajmniej nie robił tego gdy się przyjaźnili. Podobno z jego linii była tylko Marisa, a teraz czuje go również w tym nieznajomym. Przeniosła spojrzenie na Athanasiusa i on wydawał się równie zaskoczony nieznajomym. Być może nie zwrócił na niego wcześniej uwagi, może nie witał się jeszcze ze wszystkimi i jakimś cudem ominął chłopaka. Na pierwszy rzut oka był mniej więcej w wieku Arii, gdy go przemieniono i nie wyglądał wcale na zagubionego, co świadczyło o tym, że dobrze czuje się w posiadłości, jakby tu mieszkał. Gdy Marisa zakończyła przemowę, zaczęły się oficjalne kondolencje i uściski, które składano również nieznajomemu. Vasco poczuła coś dziwnego, jakby ukłucie zazdrości, bo to przecież ona była blisko z Elijahem, a nie jakiś bezpański kundel. To również ona wyjechała w świat gnana chęcią zdobywania przygód i pozostawiła wszystkich za sobą, więc nie powinna mieć pretensji. Może Elijah chciał mieć następcę i zmienił jakiegoś dzieciaka, który teraz smuci się u boku wdowy.
  - Przepraszam, jaaa... muszę wyjść na moment i …
  - Vasco! Jakże miło cię widzieć – usłyszała za plecami znajomy głos i niemal nie puściła pawia, gdy Anna Novak złożyła na jej policzku delikatny pocałunek, posyłając jej przy tym szyderczy uśmiech. Nigdy nie lubiła tej wywłoki i to ze wzajemnością.
  - Mój drogi Athanasius, kochany – szczebiotała, wyciągając dłoń w stronę wampira, aby ten ją ucałował. Aria wywróciła oczami, gotowa uciec na drugi koniec świata przed wampirzycą i jej umizgami. Anna nigdy nie ukrywała swego zainteresowania mężczyzną i zgodnie z wiedzą Arii, ta dwójka niegdyś mocno ze sobą romansowała, a być może i wrócili do dawnych zwyczajów. Pewnie zaraz się tego dowie, a wiedza ta nie była jej do szczęścia potrzebna, a wręcz niewiarygodnie ją w********
Już miała odejść, gdy Novak ponownie się do niej zwróciła.
   - Jak tam twoje podróże? Odkryłaś coś, czego ludzkość jeszcze nie wie? - zakpiła, śmiejąc się tak głośno, by stojące nieopodal wampiry zwróciły na nich uwagę. Aria zacisnęła ręce w pięści, ale nie wiele mogła zrobić, bo Anna stała wyżej w hierarchii i gdyby choćby spróbowała zrobić jej krzywdę, to miałaby wielkie nieprzyjemności. Nie chciała również robić burdy w domu przyjaciół.
  - Majowie składali w ofierze kobiety po trzydziestce, bo wierzyli że starsze panie przynoszą pecha. – odgryzła się, wiedząc dobrze że Anna została wampirzycą w wieku trzydziestu pięciu lat. Posłała jej zaraz słodki uśmiech, widząc że na twarzy wampirzycy powoli pojawia się brzydki wyraz, gdy dotarło do niej, co Aria miała na myśli. Jedyne, czym kobieta mogła ją zranić był fakt, że spała z Athanasiusem, że dotykała jego włosów, które Aria tak bardzo lubiła, że wtulała się w jego plecy, że on ją dotykał i sprawiał iż ciało napinało się niczym struna. Czy to właśnie teraz usłyszy? Nie była pewna, czy wytrzyma taki cios.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#9 23-11-2020 o 10h29

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 499

......................................................................................................https://i.imgur.com/4EhDzT0.png
     Uspokoił się, gdy Aria nie zaczęła się z nim kłócić, przekonywać go, że nie jest małą dziewczynką i sama wie, co jest dla niej najlepsze. Znał ją zbyt dobrze, by się o nią nie martwić, dlatego poczuł rozkoszną ulgę rozlewającą się po jego ciele. I choć to uczucie momentalnie wyparowało, przegonione przez ciążące na piersi smutek, gniew i niepokój, był szczerze dumny, że Aria wysłuchała jego rad. Bo choć wampirzyca bywała porywcza, nie brakowało jej rozsądku, inteligencji i swoistego instynktu samozachowawczego.
     Czyli czegoś, czego nie ma banda tamtych idiotów, pomyślał pogardliwie.
     Z zamyślenia wyrwało go pytanie Arii dotyczące jednego z gości, których Athanasius wcześniej nie dostrzegł. Młody rudowłosy mężczyzna stał w pobliżu wdowy, bacznie obserwując zarówno ją, jak i tych, którzy tłumnie zaczęli składać jej kondolencje. Athan zmarszczył brwi; nie kojarzył tego wampira, poza tym dziwił go fakt, że goście podchodzili również do niego, aby wyrazić swój żal po stracie Elijaha. Wpierw pomyślał, że to być może syn zmarłego, lecz Athanasius znał całe potomstwo przyjaciela, poza tym nie byli do siebie zbyt podobni. Ewentualnie był to jeden z jego „nabytków”, z którym musiał mieć wyjątkowo bliskie relacje. Dlaczego? Athan postanowił sobie, że jak tylko zdarzy się pasująca okazja, zapozna się z tym tajemniczym nieznajomym.
     Drgnął, gdy Aria szepnęła, że musi wyjść. Zaniepokoił się jej stanem, bo wyraźnie posmutniała. Jednak nie zdążyła choćby wstać z fotela, kiedy do ich uszu dotarł jakże charakterystyczny pisk. Ich oczom ukazała się wysoka, szczupła blondynka o starannie ułożonych lokach sięgających jej do ramion oraz obcisłej czarnej sukience, która wręcz nieprzyzwoicie podkreślała jej kobiece, dorodne kształty. Idealnie biały uśmiech wyśmienicie pasował do perlistego śmiechu, jaki wybrzmiał w geście największej radości.
     Z nieukrywanym rozbawieniem obserwował, jak Anna Novak wita się z Arią zupełnie tak, jakby były najlepszymi przyjaciółkami. Mimo to obie się przy tym krzywiły na tyle, że ich prawdziwe, jakże chłodne relacje, były aż nadto widoczne. Nie miał pojęcia, jaka była tego przyczyna, ale ani myślał w to wnikać. Jeśli długowieczność go czegoś nauczyła, to właśnie tego, by nie wtrącać się w relacje dwóch kobiet.
     — Anno — powiedział w geście powitania, ujmując delikatnie wyciągniętą dłoń i składając na niej delikatny pocałunek. — Swym wdziękiem i urodą musiałaś uwieść nawet sam czas. Wyglądasz nadzwyczaj pięknie.
     Wampirzyca zachichotała jak nastolatka, po czym zwróciła się do Arii. Athan natychmiast pomyślał, że nie wypadało odejść w tak ciekawym momencie — ich rozmowa mogła skończyć się rękoczynami, a Athanasius czuł się w obowiązku przywołać je do porządku. Poza tym ta wymiana zdań mogła być nader interesująca i zabawna.
     — Jak tam twoje podróże? Odkryłaś coś, czego ludzkość jeszcze nie wie? — spytała kpiąco.
     Oho, pierwszy cios, pomyślał Athan, z uwagą przyglądając się obu paniom. Nie chciał tego przyznać nawet przed sobą, ale gdyby choć na chwilę mógł zedrzeć z siebie pokłady kultury, opanowania i wewnętrznych zasad, chętnie dołączyłby do drwienia z pasji podróżowania. A jednak wcale nie było mu do śmiechu, a fakt, że Aria wybrała obce lądy zamiast niego, niezmiennie doprowadzał go do szału.
     — Majowie składali w ofierze kobiety po trzydziestce, bo wierzyli, że starsze panie przynoszą pecha.
     Włożył wiele wysiłku, by nie parsknąć śmiechem na tę odpowiedź Arii. Doskonale wiedział, do czego piła jego mała była podopieczna. Wiedziała to także Anna, która momentalnie wykrzywiała swoją śliczną buźkę w nieładnym grymasie pełnym gniewu. Na moment straciła nad sobą panowanie, lecz ta słabość trwała tylko chwilę. Już po chwili Anna zbliżyła się do niego i objęła go delikatnie w talii, opierając głowę na ramieniu. Athan uśmiechnął się pod nosem, zerkając kątem oka na wtuloną pannę Novak, która najwyraźniej postanowiła go wykorzystać jako swoją broń. A Athanasius nie zamierzał protestować.
     — Nie sądziłam, że ktoś tak nowoczesny jak ty wierzy w takie nonsensy — zaszczebiotała złośliwie Anna. — Cóż, my z Athanasiusem mamy zgoła inne poglądy. Lubujemy się w pielęgnowaniu naszych tradycji. Prawda, mój miły?
     — Jak zawsze masz rację, droga Anno — odparł uprzejmie Athanasius, wprost nie mogąc się powstrzymać od rzucenia w stronę Arii przeciągłego, znaczącego spojrzenia. Chciał, by młoda wampirzyca odczuła cały ciężar tego gestu i by zrozumiała wszystkie zaszyfrowane w nim treści.
     Zrozumiała i to w pełnych stu procentach. Athan obserwował, jak drobna, delikatna twarz Arii ściąga się w grymasie ogromnego gniewu. W oczach zalśniły złowieszcze błyski, a usta z trudem wykrzywiły się w złośliwym uśmiechu. Była wściekła, potwornie wściekła i choć Athanasius wiedział, że to w złym guście doprowadzać damę do takiego stanu z czystej złośliwości i pragnienia zemsty, wprost nie mógł się powstrzymać, by nie wykorzystać okazji, jaką dała mu Anna.
     Był skrzywdzony. Zraniony. Porzucony i zapomniany przez tą, którą wybrał jako swoją towarzyszkę życia. Nie mógł jej tego zapomnieć. Nie chciał jej tego zapomnieć i podskórnie pragnął przypominać jej o jej winie z każdą możliwą okazją.
     Aria jednak i tym razem go nie zawiodła, bo zamiast rzucić się na Annę z pazurami, wyprostowała się dumnie, dając do zrozumienia, że jest ponad te uszczypliwości. Po chwili odchrząknęła cicho — a Athan mógłby przysiąc, że usłyszał w tym kaszlnięciu słowo „s###” — przeprosiła grzecznie, wytłumaczyła się suchością w gardle i ruszyła w stronę baru. Oboje z Anną obserwowali ją w milczeniu, lecz wkrótce i panna Novak go opuściła. Athan wiedział, że osiągnęła już swój cel, jakim było doprowadzenie Arii do furii, więc nic tu po niej.
     Dla Athaniela ten obrót spraw ułożył się bardzo korzystnie. Pozbawiony balastu w postaci tych dwóch wściekłych pań, mógł zainteresować się wciąż stojącym w kącie rudym młodzieńcem. Wciąż rozglądał się niepewnie dookoła, a gdy zauważył zmierzającego ku niemu Athana, wyprostował się nagle, jakby na siłę starając się wyglądać godnie. Tismaneanu miał ochotę rzucić mu pogardliwy uśmiech, dając do zrozumienia, że na nic to udawanie, lecz uznał, że to niestosowne, poza tym mogło go odstraszyć.
     — Athanasius Tismaneanu — przedstawił się łagodnie, acz stanowczo, wyciągając do nieznajomego dłoń. — Miło mi poznać.
     — Antony de Clare — odparł młodzian nieco niepewnym głodem. — Mnie również miło poznać.
     — Czyżby był pan — zaczął, od razu przechodząc do rzeczy — niedawno poznanym przyjacielem mojego szlachetnego druha, którego mamy nieszczęście dziś żegnać? Proszę wybaczyć dosadną szczerość, lecz widzę pana po raz pierwszy i od razu wzbudziło moje zainteresowanie; wszak jestem wieloletnim przyjacielem tej rodziny i zdawało mi się, że znam tu już wszystkich. Pan musiał mi jednak umknąć.
     — W rzeczy samej — odparł, uśmiechając się nerwowo i przelotnie. — Poznałem pana Elijaha stosunkowo niedawno. On… on bardzo mi pomógł, kiedy najbardziej tego potrzebowałem.
     — Cały Elijah — westchnął Athan ze smutkiem. — Zawsze był bardzo szlachetny. Nie chciał czynić nikomu krzywdy, za to radował się, gdy dostawał możliwość pomocy biednym.
     Rudowłosy młodzian pokiwał gorliwie głową, upijając łyk wody z kieliszka, który cały czas dzierżył w dłoni. Athanasius przyjrzał się mężczyźnie spod zmrużonych powiek. Był młodym wampirem, to nie ulegało wątpliwości. A skoro pojawił się na pogrzebie Elijaha, to mogło oznaczać tylko jedno.
     — Jak rozumiem, Elijah był pana Stwórcą? — spytał uprzejmie.
Rudowłosy odchrząknął, raz jeszcze upił łyk wody.
     — Tak, w rzeczy samej…
     — To zawsze wielka strata, stracić swego Stwórcę — powiedział łagodnym tonem, uśmiechając się smutno. — Więź między wampirem i jego Stwórcą jest niepowtarzalna, dlatego taka strata zawsze bardzo boli. Musi boleć.
Młodzieniec zacisnął usta, spoglądając gdzieś w bok.
     — Nie mogłem uwierzyć, gdy usłyszałem, że… że pan Elijah… że on…
     — Nikt z nas nie mógł uwierzyć. Ja, prawdę mówiąc, nadal nie mogę.
     Przez chwilę stali w ciszy, powłócząc wzrokiem po zapełnionej sali muzycznej. Athanasius mimowolnie odszukał Arię, która cały czas krzątała się obok baru. Mimo to spłoszyła się delikatnie, gdy dostrzegła, że ją obserwuje. Wampirowi przeszło nawet przez myśl, że być może podsłuchiwała, lecz nie miał podstaw, by ją o to odkażać.
     — Kiedy dokładnie został pan przemieniony? — spytał uprzejmie, zwracając się do młodzieńca. — Oczywiście jeśli można spytać.
     — Prawie dwieście lat temu — wyznał. — Byłem wtedy głupcem, który myślał, że pozna największą tajemnicę świata, jaką jest istnienie wampirów. Myślałem, że rozpowiem o tym światu i będę dzięki temu znany. Ale byłem wtedy młody, prawie bezdomny, bez grosza przy duszy. Chciałem zarobić na sprzedawaniu tajemnic dotyczących krwiopijców. Jeszcze wtedy istnieli łowcy i oni najchętniej kupowali takie doniesienia. Jednak pan Elijah wziął mnie podstępem i nawet się nie zorientowałem, kiedy zostałem pojmany przez wampira. Byłem pewien, że zechce mnie zabić, ale on wymyślił zupełnie coś innego. Pomógł mi. Pozwolił zaufać. A potem… potem poprosiłem go, żeby mnie przemienił. Odmówił — mruknął ponuro, jak gdyby to wspomnienie było dla niego bardzo bolesne. — Tłumaczył, że żywot wampira wcale nie jest tak fascynujący, jak mi się wydaje; że jest dużo bardziej niebezpieczny. Ale wciąż nalegałem, błagałem go o to. Aż w końcu się zgodził. Byłem mu wierny, choć nie zawsze. Gdy już poczułem, że wiem dość o życiu wampira, uznałem, że jestem gotów na samotną tułaczkę. Opuściłem swojego Mistrza, aby… — Młodzieniec zawiesił się na moment. — Aby już nigdy go nie zobaczyć…
     Athanasius pokiwał w milczeniu głową. Było mu żal tego chłopaka, zwłaszcza że z największą pewnością łączyła go z Elijahem bardzo silna więź. Rzadko się zdarzało, by wampiry pomagały śmiertelnikom, zamiast od razu ich zabijać lub przemieniać. Lecz jego przyjaciel zawsze był inny, zawsze wychodził poza schemat.
     — Samotna tułaczka — odezwał się niespodziewanie Athanasius — i myśl, że wiecie i możecie już wszystko, jest chyba domeną was — młodych. 
     Uśmiechnął się smutno, w oczywisty sposób mając na myśli Arię. Miał nadzieję, że o ile rzeczywiście podsłuchiwała, wyraźnie usłyszała to jedno zdanie.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (23-11-2020 o 12h06)


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#10 23-11-2020 o 12h50

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 795

Aria Vasco

   Wiedziała, że jego zachowanie jest karą za to, że miała czelność odejść od swego pana. Athanasius nigdy nie traktował jej, jak równą sobie, jako partnerkę mimo, że łączyły ich głębsze uczucia, a ona jedyne czego pragnęła, to być dla niego kobietą, a nie pionkiem. Oboje mieli wybuchowy temperament, choć wampir na pierwszy rzut oka wydawał się oazą spokoju. Ciężko żyło się w złotej klatce, w której próbował usilnie trzymać Arię, a której wolny duch nie pozwalał siedzieć w miejscu. Ciągnęło ją do świata i poznawania nowych kultur, odkrywania ciekawych miejsc. Mogli robić to razem, a mógł po prostu dać jej nieco więcej swobody, a wszystko między nimi potoczyłoby się zgoła inaczej. Vasco nie żałowała swojej decyzji o wyjeździe, choć wiedziała że dla Athana był to wielki zawód i nigdy jej tego nie wybaczy. Postępowanie wbrew sobie i swojej naturze nie kończyło się dobrze i dziewczyna nie zamierzała tego robić, gdy miała przed sobą całą wieczność. Grzechem byłoby nie skorzystać z okazji i nie zwiedzić globu, nie zobaczyć tych wszystkich pięknych, egzotycznych miejsc. Tą wielką ciekawość odziedziczyła po ojcu i nie miała mu tego za złe. Od najmłodszych lat wpajał jej i Louisowi, że historia jest darem od przodków i także my, jako potomkowie musimy zostawić coś dla kolejnego pokolenia. Co zostawiłaby Aria, gdyby nie ruszała się z Londynu?  Chciała być czymś więcej niż miejskim wampirem, który nie wystawia nosa poza granice swojej posiadłości.
   Anna Novak była dla Arii drzazgą już od samego początku. Nie od razu między nią, a Athanem narodziło się coś więcej niż więź między Stwórcą, a Stworzonym i wtedy właśnie swoje miejsce w tym wszystkim miała Anna. Była częstym gościem w domu mężczyzny, a ściślej ujmując, w jego łóżku i pałała do Arii nienawiścią prawdopodobnie za to, że była od niej młodsza. Z biegiem czasu pojawiała się coraz rzadziej aż w końcu przestała w ogóle przychodzić, więc nie trudno było domyślić się, że coś ich poróżniło. Myśl, że ta wywłoka znowu migdali się z Athanasiusem przyprawiała Arię o dreszcze, ale przecież nie mogła mieć mu tego za złe, bo nie łączyło już ich to samo, co wcześniej, co więcej, Athan jej nienawidził.
  - Burbon – rzuciła niemrawo do barmana, chcąc jak najszybciej zatopić usta w alkoholu i choć na chwilę zapomnieć o Annie i Athanie, nagich w łóżku. K****
Kątem oka obserwowała mężczyznę rozmawiającego z nieznajomym, który przedstawił się jako Antony de Clare i najwyraźniej został stworzony przez Elijaha. Coś w tej historii nie trzymało się kupy, zwłaszcza, że nigdy wcześniej go nie widziała, a Cavendish nigdy o nim nie wspominał. Jej podejrzliwa natura nie potrafiła przyjąć faktu, że przyjaciel po prostu nie mówił jej wszystkiego o sobie i swojej przeszłości. Nie musiał zwierzać się jej z najgłębszych tajemnic, jednak myśl, że miał jakieś przed nią bardzo bolała. Podsłuchiwała ich z premedytacją, a gdy temat zszedł na ten dla niej niewygodny, opuściła pomieszczenie i ruszyła w głąb posiadłości, aby odnaleźć swój dawny pokój. Gdy Elijah ją szkolił, spędzała tu długie miesiące, czasem będąc zupełnie sama, kiedy wszyscy wyjeżdżali w sprawach służbowych do stolicy lub za granice. Wampiry bywają bardzo zajętymi istotami w gruncie rzeczy.
   Pierwsze piętro, drugi pokój od lewej strony. Wchodząc do środka poczuła, jakby przeniosła się w czasie o cały wiek do tyłu. Nic się nie zmieniło i to rozdarło jej serce na jeszcze więcej kawałków. Tu zawsze miała swoje miejsce, a Elijah i Marisa nigdy o niej nie zapomnieli, mimo że porzuciła ich podobnie jak Athanasiusa. W wazonie na toaletce stały świeże kwiaty, a w kominku tlił się ogień i wszystko wyglądało tak, jakby wyszła tylko na chwilę.       Przysiadła na łóżku ocierając szybko mokre policzki, nie chcąc rozklejać się jeszcze bardziej. Starannie poprawiła makijaż i włosy, aby trochę doprowadzić się do ładu, choć do doskonałości Anny wiele jej brakowało.
  - Aria Vasco, tu jesteś – usłyszała znajomy głos, gdy wyszła ponownie na korytarz. Emmet był rosłym mężczyzną o ciemnych włosach ułożonych zawsze nienagannie, w marynarce która opinała jego szerokie ramiona i miało się wrażenie, że zaraz pęknie w szwach.
  - Tak mi się wydawało, że widziałem cię na dole w towarzystwie Athanasiusa. - objął ją, a ona po raz pierwszy od przekroczenia progu posiadłości Cavendish, uśmiechnęła się szczerze. Był nieco starszy od niej, razem pobierali lekcje historii i fechtunku. Był wychowankiem Marisy, którego odesłano później do szkoły w Ameryce. Podczas podróży Aria kilka razy odwiedziła go w Stanach i dobrze się razem bawili.
  - Dziwnie tu wrócić po takim czasie – odezwała się cicho, przysiadając na schodach. Mężczyzna uśmiechnął się smutno, kiwając głową z rozrzewnieniem. Wszystko było takie same, a jednak bez Elijaha zupełnie inne.
  - Zostajesz na dłużej, czy wyjeżdżasz zaraz po pogrzebie? - zapytała, mając nadzieję, że i on postanowił pozostać w Anglii na jakiś czas. Odpowiedź wcale jej się nie spodobała.
  - Niestety, ale muszę wracać. Sprawy w Ministerstwie, poza tym mam wychowanka. Fajny dzieciak, Thomas. Polubilibyście się, jest do ciebie bardzo podobny, tak samo krnąbrny – zauważył śmiejąc się głośno. Aria zawsze była nieposłuszna i wszystko chciała robić po swojemu, przez co nie raz popadała w tarapaty ciągnąc za sobą Emmeta. Chłopak jednak wyszedł na ludzi i objął dobrą posadę w Ministerstwie, czego zawsze mu życzyła. Ona przyniosła swemu Stwórcy jedynie zawód. Rozmawiali dłuższą chwilę o tym i o tamtym i jeszcze trochę o tym aż do momentu, gdy usłyszeli donośny głos Marisy zapraszającej wszystkich na kolację . Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest głodna i przypomniała sobie, że dawno już nic nie jadła. Do jadalni weszła w towarzystwie Emmeta i ku jej nieszczęściu, okazało się że jedyne wolne miejsce jest u boku Athanasiusa.
Zajęła miejsce nie zwracając na mężczyznę większej uwagi, przywitała się z siedzącym nieopodal małżeństwem Rosą i Deanem Franco.
   - Gdzież to podziała się twa wybranka serca? Czyżby zagubiła się podczas samotnej tułaczki? A może już rozpadła się ze starości? - wymruczała, posyłając wampirowi słodki uśmieszek. Nie potrafiła, a nawet nie chciała przejść obok niego bez uszczypliwości. Później będzie tego żałowała, teraz będzie się chełpiła tą jakże gówniarską zaczepką.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#11 23-11-2020 o 21h33

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 499

......................................................................................................https://i.imgur.com/4EhDzT0.png
     — Pan też kiedyś przeżywał swoją młodość. Pewnie pan pamięta, jak to było, kiedy miało się poczucie, że można wszystko - zagaił z uśmiechem jego rudowłosy towarzysz.
     Athanasius zasępił się na moment, wysoce niezadowolony z tego, jaki tor obrała ta rozmowa. Nienawidził wspominać swojej przeszłości, a zwłaszcza  lat szczenięcej młodości. Nienawidził myśleć o tym, jak wiele trudu włożył w ukształtowanie swojego obecnego charakteru, pozycji oraz zasad, które sam sobie wpoił, a które tak dawno z taką lubością łamał. Nienawidził przypominać sobie, kim był kiedyś, bo nawet jeśli Athanowi wydawało się, że już dawno pogrzebał tego zdegradowanego dzieciaka, od czasu do czasu rozbrzmiewała w nim nuta gorzkich wspomnień. Tak się stało również w czasie rozmowy z Antonym, który kazał mu sobie przypomnieć, jak to było za młodu.
     — Tak — odparł cichym, nieco zamglonym głosem, patrząc w bok pustym spojrzeniem. — Pamiętam, jak to było.
     Odchrząknął delikatnie, podnosząc głowę, by spojrzeć na Antonego z wyższością, tym samym przywracając się do porządku.
     — Doskonale pamiętam, jak to jest kierować się porywami młodzieńczego serca. Właśnie dlatego wiem, że to rzadko kiedy kończy się dobrze — odparł stanowczo. — Niestety, rozsądek to ziarno, które kiełkuje w nas bardzo długo. Nasza nieśmiertelność ma w tym tę wadę i zaletę jednocześnie, że pozwala temu ziarnu wyrastać dużo spokojniej i wolniej, tym samym pozwalając młodzieży szaleć o dziesiątki lat dłużej, niż powinni. Cóż, jestem już chyba starcem, jeśli mnie to drażni — dodał, uśmiechając się przelotnie.
     Gdy zdał sobie sprawę, że sam ciągnął niewygodny dla siebie temat, zmarszczył brwi, postanawiając, że czas zakończyć tę farsę. Zwłaszcza że miał kilka innych pytań.
     — Jak długo pozostał pan ze swoim Stwórcą, a więc naszym drogim, nieodżałowanym Elijahem?
     Rudowłosy mężczyzna wyraźnie się speszył, początkowo nie wiedząc, co powiedzieć. Zapewne uznał to pytanie za małą złośliwość dotyczącą wspomnianych niedawno porywów młodzieńczych serc. Athanasius jednak potrzebował odpowiedzi na to pytanie w zupełnie innym celu.
     — Hm… niedługo… Pan Elijah przekazał mi potrzebną wiedzę, lecz po latach poznałem wiele innych wampirów… Oczywiście nigdy nie zapomniałem o panu Elijahu! — zaznaczył, wyraźnie wystraszony. — Proszę nie zrozumieć mnie źle… Kochałem go jak ojca, był dla mnie największym wparciem, moim mentorem… Ale chciałem poznawać świat na własną rękę…
     — Rozumiem — uciął Athan, niezbyt ciekaw dalszej historii. I tak usłyszał już to, co interesowało go najbardziej. — A kiedy widział go pan po raz ostatni?
     Tym razem zaszło coś, czego Athanasius mimo wszystko się nie spodziewał. Antony, dotąd dość niepewny i spłoszony, nagle się wycofał, wykrzywiając twarz w geście największej nieufności. Całym sobą dawał znać, że nie spodobało mu się to pytanie.
     — Proszę mi wybaczyć — Tismaneanu pochylił głowę w przepraszającym geście. — Nie chciałem, by to zabrzmiało jak element przesłuchania. Jestem jedynie ciekaw, jak to możliwe, że się minęliśmy. Jeśli byliście panowie blisko, z pewnością pan o mnie słyszał. A jednak nie mieliśmy okazji się spotkać, aż do dziś i to w jakże nieszczęśliwych okolicznościach.
     — Nie było nam po drodze — syknął wyraźnie urażony. — Przepraszam — mruknął na odchodne, mijając Athanasiusa i niezbyt ostrożnie przeciskając się przez zebrany w sali tłum.
     Dziwny dzieciak, pomyślał wampir bez cienia żalu. Nie uważał za stosowne biec za nim i tłumaczyć się z nieszczęśliwie dobranych słów, zwłaszcza że reakcja chłopca zdawała się na wyrost. Jednak nie zamierzał zaprzątać sobie tym głowy dłużej, niż to było konieczne. Rozejrzawszy się po sali zauważył, że każdy z gości pogrążony był w jakiejś dyskusji i choć czuł na sobie ciekawskie spojrzenia, które niosły za sobą rychłe zaproszenie do rozmowy, Athan nie miał ochoty konfrontować się z nikim z tam obecnych. Zamiast tego zaklął w duchu, że gawiedź zebrała się akurat w pokoju muzycznym. Zwykle, gdy chciał zebrać myśli, zamykał się w pokoju i grał na pianinie. Na szczęście w tak dużej posiadłości stało kilka tych szlachetnych instrumentów, w związku z czym Athanasius czym prędzej ruszył w stronę najbliższego z nich.
     Cisza i spokój uderzyły w niego z zaskakująco dużą siłą. Odetchnąwszy głęboko, zdarł z siebie wszystkie pozory i fałszerstwa, którymi częstował swoich rozmówców. Następnie usiadł na niskim, wyściełanym czerwoną tkaniną stołku i zaczął grać. Przymknąwszy na moment oczy, pozwolił swoim palcom samym płynąc po klawiaturze, jak gdyby na tę krótką chwilę posiadły własną świadomość i same wiedziały, co i jak zagrać. Czując, że dopiero teraz może się uspokoić i wyrzucić z siebie wszystkie kotłujące się w nim emocje, grał coraz szybciej, coraz intensywniej, aż wreszcie coraz agresywniej. Cała złość, żal, smutek, rozpacz, gniew i przytłaczające poczucie niesprawiedliwości wypływały z niego jednolitym strumieniem, a następnie były przekuwane w dźwięki. Tego właśnie potrzebował. Wytchnienia, odprężenia. Zrozumienia.
     Nie miał pojęcia, ile trwała ta jego hipnotyczna sesja, lecz gdy wyszedł z sali, goście zaczęli kierować się w stronę jadalni. Najwyraźniej nastała pora wieczerzy, a gdy dostrzegł u dołu schodów Marsię, kiwnął jej jedynie głową na znak, że za chwile i on zasiądzie do stołu.
     Nie miał wielkiej ochoty tam iść, ponieważ miejsce honorowe, które zajmował Elijah, miało tym razem ziać potworną pustką. Gdy więc wszedł do pomieszczenia, starał się nie patrzeć w tamtą stronę, nawet sobie nie wyobrażając, by ktokolwiek śmiałby tam usiąść. Gdyby tak się stało, Athan w jednej chwili straciłby nad sobą panowanie. Na szczęście i nieszczęście, krzesło pozostało puste, a on sam po chwili zajął własne, zupełnie nie dbając o to, kogo miał mieć za sąsiada.
     Co jakiś czas poszczególni goście próbowali podjąć z nim dialog. I choć Athanasius wszystkich ich znał i w większości darzył szacunkiem, nie miał żadnej ochoty z kimkolwiek rozmawiać. Uważał, że nie powinno być w tym nic dziwnego i czuł wręcz delikatne nadgryzienia złości na myśl, że reszta zebranych tam osób zamiast wspominać utraconego przyjaciela, plotkowała sobie w najlepsze. Athan nie był gospodarzem i nie miał prawa zwracać komukolwiek uwagi. Nie zmieniało to jednak faktu, że podobne zachowania nadzwyczaj go drażniły.
     Wplątany w jakąś niezbyt zajmującą dyskusję, kątem oka zauważył, jak miejsce po jego prawicy zajęła Aria. Uśmiechnął się pod nosem, uznając, że tego dnia był chyba na nią skazany. Bóstwa najwyraźniej stwierdziły, że w jednej wieczór musimy nadrobić całe dziesiątki lat braku kontaktu, zadrwił w myślach.
     Drgnął zaskoczony, gdy usłyszał, że Aria jednak podjęła dialog. Przygotował się już na to, że będzie go zbywała milczeniem i ignorancją, lecz jak zwykle go czymś zadziwiła.
     A jednak — wbrew temu, co zapewne panna Vasco sobie wyobrażała — Athanasius nie zaśmiał się po usłyszeniu tej drwiny. Mimo że w istocie była zabawna.
     — Anna niedługo po twoim odejściu ruszyła na spotkanie z innymi przyjaciółmi — wyjaśnił uprzejmym tonem. — Niestety, stypa ma tę tragiczną zaletę, że spotykamy na niej dawno niewidzianych znajomych, którzy, podobnie jak my, nie śmieli odmówić ostatniego pożegnania naszego wspólnego przyjaciela. Ty też miałaś okazję spotkać się ze starym druhem, czyż nie? — spytał, spoglądając na nią znacząco. — Jak się miewa drogi Emmet? Mam nadzieję, że jest w pełnym zdrowiu.
     Wbrew temu, co Aria mogła sobie pomyśleć, to pytanie nie było żadnego rodzaju uszczypliwością. Oboje byli dorośli i zdawali sobie sprawę, że nie mogli wiecznie cierpieć straty po sobie. Dlatego dziwiła go zazdrość Arii, lecz z drugiej strony nie zdziwiłby się wcale, gdyby między jego byłą podopieczną a tym milutkim wampirem Emmetem powstało jakieś uczucie. Wszak naturalnym było, że im bardziej rozciągała się ich wampirza nieśmiertelność, tym trudniej było znieść samotność. I choć Athanasius nie lubił korzystać ze swej charyzmy w celu uwodzenia dziesiątek kobiet na raz i traktowania ich jak przedmiot, też szukał kogoś, z kim mógłby spędzić choć ułamek swojego jakże długiego żywota. Anna Novak przez jakiś czas była na liście kandydatek, lecz wykreślenie jej stamtąd nie wpłynęło aż tak negatywnie na ich relacje. Czy Aria naprawdę zdawała się tego nie zauważać? Nie wiedział, ale nie zamierzał też o to pytać.
     Jego rozmyślania przerwała Marisa, która zapowiedziała rychłe podanie do stołu. Wpierw jednak wyjaśniła, że pogrzeb ma się odbyć następnego dnia o godzinie dziesiątej wieczorem. Kilka osób pytało, dlaczego tak późno, co wdowa tłumaczyła jutrzejszym przybyciem pozostałych gości. Zresztą, większość była zmęczona długą podróżą, a tak ważną chwilę jak pogrzeb przyjaciela należało przeżywać w pełnym spokoju, niezmąconym choćby odrobiną zmęczenia.
     — Pogrzeb jutro o dziesiątej — powtórzył cicho Athan. — Nadal nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę… Kiedy ostatnio widziałaś się z Elijahem? — spytał nagle, zwracając się do Arii. Wprost musiał o to spytać. Czuł, że musiał.
     Czuł, że powoli pęka w nim rozpacz, którą dławił w sobie od tak dawna.


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#12 24-11-2020 o 10h40

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 795

Aria Vasco

  Atmosfera przy stole zdawała się rozluźniać, a zaproszeni goście zasypywali się wzajemnie anegdotkami o zmarłym przyjacielu, wspominając wspólnie spędzone chwile. Aria miała wiele do powiedzenia, ale nie znalazła w sobie odwagi, aby to zrobić. Siedziała zatem i słuchała, śmiejąc się raz po raz cicho, gdy ktoś wspomniał o czymś zabawnym i wprost nie mogła uwierzyć, że jeden wampir potrafił tak zjednać sobie inne podobne mu istoty. Elijah był wyjątkowy i potrafił, jak nikt inny, spajać wszystko ze sobą, co bez wątpienia było jego największą zaletą. Pamięć o nim żyła w nich wszystkich, a Vasco miała dziwne wrażenie, że mężczyzna wejdzie lada moment do jadalni, obdarzy wszystkich uśmiechem i zażartuje, jak to zwykle czynił podczas takich spotkań. Niegdyś często urządzał bale i wystawne kolacje, lubił, gdy inni dobrze się bawili i czuli wyjątkowo. Aria zawsze miała nieodparte wrażenie, że mężczyzna próbował zmazać swoje winy wobec kogoś zupełnie innego, jakby chciał odkupienia w całej swojej sympatii do świata. Niewiele wiedziała o przeszłości Cavendisha, ale być może nie zaczął swojej wieczności zbyt dobrze i próbował później udowodnić, że wcale nie jest taki zły.
  - Zbyt dawno. Kiedy masz przed sobą tak wiele czasu, nieskończoność, to nie liczysz lat. Powinnam przyjechać wcześniej – szepnęła, spoglądając na siedzącego obok wampira z wyraźnie wymalowanym smutkiem na twarzy. Już nie miała siły go powstrzymywać i pokazywać, jak bardzo jest silna i jak potrafi powściągnąć emocje. Wspomnienie o Emmecie w taki sposób zbiło nieco kobietę z pantałyku, bo mogłaby przysiąc, że wyczuła w głosie Athanasiusa nutkę zazdrości. Myśl ta miło połechtała jej urażone wcześniej ego, a może tylko jej się zdawało, że dawny kochanek czuje do niej coś jeszcze poza niechęcią.
  - Wiedzie mu się dobrze. Pracuje w amerykańskim Ministerstwie, ma swojego wychowanka. Marisa musi być z niego bardzo dumna. Nie to, co ty, prawda? Ja przyniosłam ci hańbę, bo chciałam zobaczyć coś więcej niż Londyn i przedmieścia. - szepnęła, unosząc do ust kieliszek z krwią, którą chwilę temu wlano jej do naczynia. Przyjemny smak rozlał jej się po języku i powoli spływał do gardła. Gęsta ciecz z domieszką hiszpańskiego wina sprawiła, że Aria odzyskała pewność siebie i postanowiła dalej ciągnąć rozmowę.
   - Stworzyłeś kogoś jeszcze? - zapytała nagle, bezczelnie spoglądając w oczy mężczyźnie, by sprawdzić czy mówi prawdę. Nigdy jej nie okłamał, ale nigdy też nie mówił jej całej prawdy, zostawiając dla siebie większą część wiedzy, jakby się bał, że dziewczyna zdoła go w jakiś sposób prześcignąć. To tyczyło się każdego aspektu życia wampira, co odkryła nieco później, gdy mogła liczyć tylko na siebie.
  Obserwowała, jak Athanasius marszczy lekko brwi, co oznaczało że ten temat nie do końca jest mu na rękę. Dlaczego odczuwała tak wielką zazdrość o wszystko, co robił, gdy jej nie było? Wkurzał ją fakt, że mógł przemienić kogoś jeszcze, że sypiał z innymi kobietami. Przecież ona sama zrezygnowała z tego wszystkiego, a teraz wściekała się na siebie, że on ruszył dalej i układa sobie życie. Nie wiedziała już, czy złości się na siebie, czy na niego, że tak łatwo odpuścił i pozwolił jej odejść.
   - A więc Antony de Clare jest z linii Elijaha, tak? Jakoś tak mi się on nie podoba - zmieniła temat, zerkając na siedzącego u boku wdowy chłopaka, który szarogęsił się tak, jakby to wszystko należało do niego. Aria i Athan potrafili porozumiewać się niemal bez wypowiadania słów, jakby na pograniczu myśli przez co żaden inny wampir nie zdołał ich usłyszeć, chyba że tego chcieli. Był to zapewne jeden z aspektów szczególnej więzi, jaka łączyła Stwórce i Stworzonego.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#13 24-11-2020 o 20h39

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 499

......................................................................................................https://i.imgur.com/4EhDzT0.png
     Był potwornie zmęczony. Zmęczony wesołymi śmiechami brzmiącymi wokół, szerokimi uśmieszkami, zabawnymi anegdotkami i coraz śmielej rozluźniającą się atmosferą. Był zmęczony udawaniem, że on także pasował do tego radosnego obrazka. Nie pasował. Wyraźnie czuł, jak coś się w nim gotuje i jest bardzo bliskie wybuchu. Och, jakże on miał ochotę walnąć pięścią w stół, zerwać się i wrzasnąć na tych wszystkich rozluźnionych idiotów, że to nie żaden wieczór kawalerski, a stypa. Miał ochotę ryknąć na nich i przywołać do rozsądku tylko po to, aby zaczęli się smucić dokładnie tak samo jak on to robił. Athanasius pragnął, by każdy cierpiał tak jak on i coraz bardziej rosła w nim ochota rozlania tego bólu wokół siebie. Wystarczyłoby jedno ciężkie, krzywdzące słowo. Jedno brutalne wspomnienie. Tylko kilka ostrych szpileczek, aby zetrzeć z ust zebranych gości ich parszywe, absurdalnie wesołe uśmiechy.
     Był zmęczony. A udawany uśmiech coraz bardziej drżał.
     Jego gniew ugasił dopiero cichy szept Arii. Zdumiała go jej powaga oraz wyraźnie brzmiący w głosie smutek, mimo że doskonale zdawał sobie sprawę, jak bliscy sobie byli z Elijahem. Był wręcz wdzięczny za ten dowód jej cierpienia. Przynajmniej nie tkwił w nim sam.
     Słuchając jej wypowiedzi, ze smutkiem pokiwał głową. Myślał wówczas o istocie nieśmiertelności oraz o pozorach, które stwarzała. Szyte grubymi nićmi, zdawały się podkreślać same korzyści płynące z wiecznego bytowania. Można było zwiedzić świat, być świadkiem wiekopomnych wydarzeń, zaznać wszelkich przyjemności, jakie oferowano z każdej strony. Stojący u progu wieczności widzieli tylko blaski, lecz żadnych cieni. Nie myśleli o tym, że będą świadkami śmierci wszystkich swoich bliskich. Nie myśleli o tym, że czas przestanie być jakimkolwiek wyznacznikiem, przez co z okrutną łatwością będą przegapiać najważniejsze w swym życiu momenty oraz niepowtarzalne okazje.
     Nie przychodziło im do głowy, by odwiedzić kogoś bliskiego. Bo przecież jeszcze jest czas.
     A jednak on płynął dalej. I wcale nie był dla wampirów łaskawszy. Athanasius twierdził, że wprost przeciwnie. Uważał, że czas to straszliwy demon, który panował nad życiem śmiertelnych, lecz gdy spostrzegł, że zrodził się ktoś, kto może go pokonać, postanowił obrzydzić mu tę wieczną tułaczkę. Athan wierzył, że temu potworowi się to udało. Wierzył, że jako wampir był największym rywalem czasu, tym samym będąc poddawanym najstraszliwszym torturom.
     — To prawda — przyznał jej z nutą żalu. — Wydaje nam się, że możemy wszystko, kiedy i jak tylko chcemy. I, co ważniejsze, zapominamy, że wszyscy jesteśmy śmiertelni. Nawet my, wampiry. Warto o tym pamiętać. To pozwala bardziej doceniać nasz żywot, zwłaszcza że po tylu latach przychodzi to coraz trudniej.
     Nie oczekiwał, że Aria jakkolwiek zareaguje na jego starcze żale. Miał wręcz nadzieję, że przemilczy te słowa, dlatego z zadowoleniem przyjął temat Emmeta. Jednak niedługo się tym nacieszył, ponieważ Vasco szybko wykorzystała tę broń przeciwko niemu, sugerując, że nie był z niej dumny. Wahał się przez moment, czy powinien poruszać tak ważny temat, podczas gdy wokół znajdowało się tak wiele otwartych uszu. Mimo to zaryzykował, choć niespodziewanie zabolała go kpina, z jaką wypowiedziała ostatnie słowa.
     — W trakcie twoich licznych podróży — podjął spokojnym tonem, spoglądając niewidzącym wzrokiem przed siebie — niejednokrotnie docierały do mnie pogłoski o twoich podbojach. Opowiadali mi, że cię spotkali i byli pod wrażeniem tego, jak się wyrobiłaś, jaką silną kobietą się stałaś, odważną i pewnie chwytającą życie za rogi. Gratulowano mi — dopiero w tym momencie odwrócił głowę w stronę Arii, patrząc jej w oczy — tak znakomitej uczennicy. Gratulowano, że tak wspaniale ją wychowałem i wyuczyłem. Lecz nic z tego, o czym mi opowiadali, nie było moją zasługą. To nie ja cię wychowałem i wyuczyłem. Zrobiłaś to sama. Jakże więc mógłbym nie być dumny z takiej podopiecznej?
     Powtórnie odwrócił głowę, przyglądając się ciemnoczerwonej krwi przelanej do kieliszka od wina. Wręcz machinalnie chwycił naczynie, uważnie wpatrując się w jego zawartość.
     — Gdybyś została w tej… złotej klatce, jak raczyłaś nazwać moją opiekę — kontynuował — prawdopodobnie zabiłbym w tobie to, za co tak cię chwalono i z czego, jak rozumiem, ty sama jesteś bardzo dumna.
     Jestem z ciebie dumny. Niemal w takiej samej mierze, w jakiej jestem tobą rozczarowany, pomyślał, przytłoczony tą krzywdzącą myślą. Nie chciał jednak wypowiadać tego na głos; dziś i tak wystarczająco zranił ją swoimi drobnymi sugestiami.
     Zaskoczyła go pytaniem o innych Stworzonych. Westchnął ponuro; nie dowierzał, że w ciągu zaledwie kilku godzin tak często musiał przywoływać obrazy ze swojej brutalnej i bolesnej przyszłości.
     — O tak — wyznał stanowczo, lecz z małą nutką melancholii. — Stworzyłem kilku w swoich pierwszych latach bytowania jako wampir. Jednak nie służyło to żadnym celom; chciałem się po prostu poczuć jak ich władca. Chciałem poczuć w sobie tę moc decydowania o życiu i śmierci. Oczywiście z żadnym z nich nie mam kontaktu — sprostował takim tonem, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie. — W pełni świadomych przemian dokonałem w swoim życiu tylko trzech. Jednym z nich jesteś oczywiście ty, droga Ario — uzupełnił, spoglądając na nią znacząco. — Jakiś czas po twoim odejściu przemieniłem pewną młodą kobietę. Biedne dziewczę zupełnie nagle straciło swoich rodziców, a że była bardzo wrażliwej natury, targnęła się na swoje życie. Przyprowadził ją do mnie jej sąsiad; pamiętał, że niegdyś zajmowałem się leczeniem, dlatego wybłagał, bym ją uratował. Obiecałem starcowi, że zrobię co w mojej mocy, lecz nie powinien robić sobie wiele nadziei. Wtedy ją przemieniłem. Była na mnie zła — mruknął, uśmiechając się delikatnie — że udaremniłem jej próbę samobójczą, lecz bardzo szybko rosła w niej energia dzięki poznawaniu swoich nowych umiejętności. Z delikatnej, nieśmiałej panny w zastraszająco szybkim tempie stała się pewną siebie kobietą. Zadziwiała mnie na każdym kroku — dodał, przywołując w pamięci to drobniutkie, czarnowłose dziewczę — dlatego tym więcej bólu przyniosło mi jej odejście. Nieodpowiednie miejsce w nieodpowiednim czasie to śmiertelna pułapka. Udało mi się odszukać niewielką, swawolną bandę wampirów, która odpowiadała za ten brutalny mord, odpłacając im piękne za nadobne. Jednak Gudrun nie udało mi się uratować.
     Sam nie wiedział, dlaczego opowiadał o tym wszystkim Arii. Być może dlatego, że z Gudrun żył bardzo krótko, ledwie czterdzieści dwa lata. Mimo to zdążył ją pokochać tak jak Stwórca kocha każde swoje stworzone dziecko i długo cierpiał z powodu jej utraty. Lecz rzadko kiedy komukolwiek się z tego zwierzał, woląc oddawać jej cześć jedynie w swojej pamięci.
     — Moim ostatnim Stworzonym jest Ishmael. Dziś to mój bliski przyjaciel, który jest także moim wspólnikiem w wielu projektach. Dogląda posiadłości, gdy wyjeżdżam, pilnuje też interesów, gdy akurat jestem niedyspozycyjny, jak choćby dziś. Mam do niego pełne zaufanie.
     Odetchnął z nieukrywaną ulgą, gdy Aria zmieniła temat. Od dłuższego czasu łypała ponuro w stronę rudowłosego Antonego. Athanasiusa nieco bawiła ta nagła, niczym nieuzasadniona niechęć do młodzieńca, choć i on musiał przyznać, że było w nim coś osobliwego.
     — Nie podoba ci się, powiadasz? — mruknął, również przyglądając się chłopakowi. — A cóż takiego ci się w nim nie podoba? Udało mi się z nim chwilę porozmawiać — dopowiedział, w oczywisty sposób udając, że nie dostrzegł wtedy podsłuchującej Arii. — Wyjawił, że w istocie został stworzony przez Elijaha, którego, jak sam przyznał, traktował jak ojca. Nie zechciał mi tylko wyjawić, kiedy widział go po raz ostatni. To pytanie nadzwyczajnie go uraziło, choć sam nie jestem pewien, czym dokładnie. Lecz jeśli uważasz, że należy mu się lepiej przyjrzeć, zapoznam was przy najbliższej okazji. Gdy już weźmiesz go w swoje obroty, żadna tajemnica nie będzie miała prawa pozostać w ukryciu.
     Ostatnie zdanie oprawił rozbawionym uśmiechem, będąc pewien, że jeśli Arii rzeczywiście się ten mężczyzna nie podobał, to poruszy niebo i ziemię, aby wydobyć z niego całą prawdę.
     — A czy ty zdążyłaś już kogoś stworzyć? — spytał mimochodem, cały czas wsłuchując się w coraz weselszą gwarę, jaka go otaczała. — Swoje dziecięce lata wampirze masz już za sobą. Myślisz, że jesteś już na to gotowa?
     Krwi z kieliszków ubywało w nadzwyczajnym tempie. Biesiadnicy — bo tak już można było określić gości — korzystali ze wszystkich dobrodziejstw tego domu, jednak nieuchronnie zbliżał się koniec wieczerzy. Jeszcze godzina, dwie i większość rozejdzie się albo do swoich sypialni, albo na nocne zwiady, czy to w celu zwykłego zapoznania się z terenem, czy to polowania. I choć na głód nikt tu nie mógł narzekać, Athanasius zdawał sobie sprawę, że siedziało tu wielu takich, którzy mordowali śmiertelników z samej pasji. Jednak nikt tego otwarcie nie potępiał, więc wszyscy czuli się bezkarni.
     Jednak im dłużej o tym myślał, tym większą miał ochotę na nocną schadzkę. Potrzebował odetchnąć i uspokoić myśli, aby być gotowym na jutrzejszy dzień. A ten z pewnością miał być jeszcze trudniejszy.


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#14 25-11-2020 o 08h10

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 795

Aria Vasco

  Kobieta nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała z ust Athana. Gdyby nie była wampirem, to mogłaby zwalić to na omamy słuchowe wywołane nadmiarem spożytego wina. Była jednak trzeźwa, jak nigdy dotąd. Nie przypuszczała, że mężczyzna kiedykolwiek powie coś takiego, co sprawi, że gdyby mogła, to twarz oblałaby się jej rumieńcem. Prawdą było, że spotykała na swojej drodze różne osobistości, nawet wysoko postawione wampiry, które znały Athanasiusa i dobrze wiedziały, kim była dla niego Aria. Jej podróżowanie po świecie nie polegało na wiecznej zabawie, a szeroko pojętej nauce i obcowaniem z różnymi kulturami. Można było powiedzieć, że była kimś na kształt archeologa, jednak wszystkie swoje znaleziska zatrzymywała głównie dla siebie chwaląc się nimi w dość okrojonych kręgach. Nigdy nie zależało jej na tytule odkrywcy przed całym światem, wystarczyło, że ta jedna jedyna osoba dostrzeże w niej kogoś takiego. A przy okazji sprzedaż artefaktów z minionych epok była bardzo dochodowa i sprawiała, że wampirzyca mogła żyć na wysokim poziomie. Odchodząc od Athana, nie wzięła ani grosza, choć mężczyzna przygotował dla niej wyprawkę. Była zbyt dumna, by przyznać, że nie poradzi sobie bez jego pomocy.
   - Jestem doprawdy poruszona twoimi słowami. - powiedziała nieco drżącym głosem. Spoglądała na niego, a on spoglądał gdzieś przed siebie i nagle naszło ją dziwne spostrzeżenie, jakoby zawsze tak było. Ona zapatrzona w niego, widząca w nim niemal Boga, a on wpatrujący się w horyzont. Nie widział tego, co miał przed nosem, nie widział zafascynowanej nim Arii i tego, że podała mu niemal serce na dłoni. Czy to był dla mężczyzny zbyt mało? Miał jej miłość i dozgonną lojalność, a przecież to już było na wagę złota. Zrobiłaby dla niego wszystko, jednak to mu nie wystarczyło. Zawsze było coś jeszcze, co pragnął zdobyć.
   - Nie przemieniłam nikogo, średnio widzę siebie w roli nauczyciela. Otaczam się zazwyczaj ludźmi, co ma swoje dobre strony, bo zawsze mam pod ręką świeżą krew - stwierdziła z cwanym uśmiechem, wyjaśniając mężczyźnie, jak przeważnie wygląda jej układ z człowiekiem. Nie liczyła na to, że Athan da jej order za przebiegłość, ale może uzna, że potrafi sama o siebie zadbać, tyle o ile. Nie musiała pożywiać się przypadkowymi ludźmi, a trzymała sobie na smyczy takiego jednego, któremu nawet się to podobało. Krew oddana dobrowolnie smakuje przecież najlepiej.
  Kolacja się skończyła, a goście zaczęli rozchodzić się każde do swojego pokoju. Aria ulotniła się szybko, chcąc odprężyć się w wannie przed snem. Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz spała, więc teraz nadarzyła się ku temu odpowiednia okazja. Zapomniała jednak, że wszystkie swoje rzeczy pozostawiła w samochodzie, więc musiała po kąpieli wrócić po walizkę, co nie zajęło jej więcej niż pięć minut.
W jedwabnej koszulce nocnej, która znacznie więcej odkrywała niż zakrywała, wymknęła się jeszcze do biblioteki, by zgarnąć coś miłego do czytania przy podusi. Kiedy wróciła do pokoju, coś było nie tak, ale zdusiła w sobie tę myśl i opadła na łóżko z głośnym westchnięciem. Zaledwie sekundę później zrozumiała, co jej nie pasowało w tej sypialni, a swoją pomyłkę zrzuciła na zmęczenie. Leżała na łóżku w prześwitującej piżamce, a w drzwiach do łazienki stał pół nagi Athanasius przysłonięty zaledwie ręcznikiem na biodrach. Jego ciało było jeszcze wilgotne od wody, podobnie jak zaczesane do tyłu włosy. Zrobiło jej się gorąco i zimno jednocześnie. Był doskonały, taki jakiego go zapamiętała. Znała doskonale każdy jego mięsień, każdą bliznę na ciele, każde zakrzywienie. Uwielbiała oglądać go nago i badać miękkość jego skóry oraz to, jak reaguje na jej dotyk.
   - To wcale nie tak, jak myślisz. Nie chcę cię uwieść... Okej, trochę chcę... Zwłaszcza teraz... Cholera... - wymruczała prawdopodobnie bardziej do siebie niż do niego. Nawet się nie poruszyła, tylko przyglądała się wampirowi, który zbliżał się do niej powoli. Poczuła coś dziwnego w dole brzucha, jakby ścisk oczekiwania na coś, na co czekało się bardzo długo. Była niczym sarna w potrzasku, którą lada chwila dopadnie drapieżnik, ale podobało jej się to oczekiwanie na koniec, oczekiwanie na zniewolenie. Athanasius wiedział dobrze, jak się z nią obchodzić.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#15 25-11-2020 o 23h42

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 499

......................................................................................................https://i.imgur.com/4EhDzT0.png
     — Jestem doprawdy poruszona twoimi słowami.
Athanasius o mało co by się nie uśmiechnął. Powinien, zwłaszcza że swoją przemową sprawił Arii wyraźną przyjemność. Mimo to nie mógł się zdobyć na ten prosty gest. Wszystko przez różnicę w odbiorze tych słów: dla Arii były słodkie, on jednak wciąż czuł ich gorycz na języku. Wbrew pozorom cała ta mowa była utajonym, ubranym w ładną otoczkę zarzutem, lecz jednocześnie nie mógł się powstrzymać od przyznania, że Aria rzeczywiście stała się silną, upartą kobietą. Taką, jaką zawsze sam chciał ją uczynić, lecz własnymi metodami. Jednak świetnie poradziła sobie bez niego — na tyle świetnie, że zjadała go zawiść. To on chciał tego dokonać. To on chciał ukształtować jej charakter, by już zawsze była mu za to wdzięczna. Chciał, by widziała w nim nie tylko swojego Stwórcę, ale wręcz Boga; kogoś niezastąpionego, kogoś niezbędnego. Kogoś, bez kogo nie umiałaby sobie poradzić. Podświadomie pragnął trzymać ją na niewidzialnym łańcuchu, zazdrosny o cały świat. Chciał ją mieć tylko dla siebie, zamknąć w klatce i pokazać, że na zewnątrz jest zimno, ponuro i nieciekawie. Chciał, by z czasem dobrowolnie wybrała jego.
     Zmuszona do dobrowolnego wyboru. Zdawał sobie sprawę, że to bardzo w jego stylu.
     Lecz nie dała się zwieść. Odsłoniła szczelnie zasuwane przez niego zasłony i godzinami obserwowała zza szyby wspaniały, kolorowy świat. Narastał w niej głód, którego nie potrafiła poskromić i który wreszcie dał jej siłę na zerwanie łańcuchów. I właśnie tej siły woli nie mógł jej wybaczyć.
     Nic nie odpowiedział na jej cichy zachwyt. Obawiał się, że nie zdoła powstrzymać gorzkich słów i zaraz zburzy tę ulotną, miłą chwilę — pierwszą, jaka zapanowała między nimi od czasu dzisiejszego spotkania. Wobec tego pozwalał Arii mówić. Słuchał o tym, że nie nadaje się na nauczycielkę. Nie zgadzał się z tym, ale i tego nie wyraził. Słuchał też o jej układzie ze śmiertelniczką i tym razem nie mógł się powstrzymać od rozbawionego uśmiechu. I od komentarza.
     — Całkiem sprytne — przyznał szczerze. — Choć lekkomyślne — dodał, nadal się uśmiechając. — Musisz mieć ogromne zaufanie do tej kobiety. Kuszenie luksusami jest skuteczne, ponieważ w nas wszystkich drzemie większy lub mniejszy materialista. I tylko od czasu do czasu trafiają się rzadkie elementy wyposażone w resztki sumienia. Oby twoja śmiertelniczka nie znalazła w sobie takich pokładów i wciąż pozostawała jedynie śliniącym się na błyskotki psem.
     Ostatnie słowa wypowiedział niemal gniewnie. Zmarszczył brwi, nieco zaskoczony, że tak łatwo dał się ponieść emocjom, zwłaszcza z tak błahego powodu. Odetchnął delikatnie, starając się zignorować tę dziwną reakcję.
     — Aczkolwiek ta znajomość rzeczywiście ma wiele zalet - odparł, chcąc zatrzeć swój uprzedni mały wybuch. — Poza pożywieniem jest przy tobie ktoś, z kim możesz porozmawiać, komu możesz się zwierzyć. Wolałbym cierpieć głód niż samotność. Każdy by wolał, choć nie każdy potrafi się do tego przyznać. Bycie wrażliwym na samotność jest w tych czasach zupełnie nieatrakcyjne — dodał, z pogardą wypluwając ostatnie słowa.
     Czuł, że gdyby ta wieczerza trwała choć odrobinę dłużej, wstałby z hukiem, wysyczałby niegrzeczne, lekceważące przeprosiny i wyszedłby niemal biegiem. Pozostawiłby za sobą niezręczną ciszę i podekscytowane, podszyte kpiną szepty, ale nic by sobie z tego nie robił. Na szczęście znużenie długą podróżą dawało się we znaki większości gości, dlatego jadalnia coraz szybciej pustoszała. Również Athanasius nie zamierzał zwlekać. Pożegnał się jedynie z Marisą i obiecał jej wszelkie wsparcie jutrzejszego dnia. Dla wszystkich miał być bardzo trudny, lecz dla wdowy zwłaszcza i Athan jako przyjaciel rodziny chciał, by wyraźnie czuła jego wsparcie.
     Zmierzając ku wyjściu, mimowolnie rozejrzał się po sali w poszukiwaniu Arii. Był na siebie zły, że jej w ogóle szukał, dlatego poczuł ulgę, gdy ujrzał, że już wyszła. Uznając, że tak będzie lepiej i czas najwyższy zakończyć ten niełatwy dzień, ruszył na górę, gorąco licząc na to, że nikt nie zajął sypialni, w której zwykł urzędować podczas wizyt w tej posiadłości. Jednak Marisa zadbała nawet o taki szczegół, za co był jej bardzo wdzięczny.
     Dopiero gdy zatrzasnął drzwi, oparł się o nie ze zmęczeniem, pustym wzrokiem patrząc przed siebie. Za oknem, które miał naprzeciwko, już dawno zrobiło się ciemno i to właśnie ta czerń kusiła go najbardziej. Bo choć cały dwór był mu doskonale znany, bez Elijaha zdawał się zimny, obcy i nieprzyjemny. Śmierć przyjaciela oraz długo odwlekane spotkanie z Arją potwornie go wyczerpały i sam nie wiedział, na co miał większą ochotę: na sen czy długi, nocny spacer. Westchnąwszy ciężko, ostatecznie zdecydował się na trzecią opcję. Musiał zmyć z siebie wrażenia ostatnich dni, a najwyżej po prysznicu zdecyduje, co zrobić dalej.
     Letnia woda zmywała z niego zmęczenie, złość, żal i niepewność. Zmywała kurz ostatnich spotkań, krzywdzących słów, uporczywych myśli i przedawnionych pytań. Chłód chwilowo uspakajał zszargane nerwy i zasnuwał umysł szarawą mgiełką zapomnienia. Choć na chwilę odprężony, pozwalał, aby woda delikatnymi strumieniami spływała po jego nagim ciele. Oparłszy się o chłodne kafelki kabiny, nie chciał myśleć już o niczym. Zupełnie niczym.
     Dźwięk zamykanych z trzaskiem drzwi błyskawicznie go wybudził z tej słodkiej zadumy. Marszcząc brwi wpatrywał się z uporem w drzwi łazienki, jak gdyby oczekiwał, że ktoś zechce tu wejść. Nic takiego się nie działo, a Athan natychmiast zaczął analizować, kto mógł wejść do jego pokoju o tak późnej porze. Domyślał się, że albo służba chciała zaproponować dodatkowy podwieczorek, albo Marisa chciała z nim o czymś porozmawiać. Nie mógł też wykluczyć włamania — być może ktoś z obecnych w rezydencji życzył mu bardzo źle. Wobec tego po cichu wyszedł spod prysznica, pospiesznie się otarł, a ręcznik obwiązał na biodrach. Był ciekaw, kogo zastanie w swojej sypialni, lecz nie porzucał czujności. A może ktoś się pomylił? Otworzył drzwi, spostrzegł pomyłkę i wyszedł? Tego nie wiedział, ale już za chwilę miał się dowiedzieć.
     I dowiedział. A następnie zupełnie osłupiał.
     W pokoju nie było służby. Nie było też Marisy ani nikogo innego, kogo o to podejrzewał. Była za to Aria. Odziana w prześwitującą bieliznę, która nijak nie spełniała swojej pierwotnej roli i odsłaniała wszystko, co powinna zakryć, leżała jak gdyby nigdy nic na jego łóżku. W pierwszej chwili pomyślał, że nie podejrzewał jej o aż taką bezczelność: zwykle starała się zachowywać pozory, a jej subtelność była jedną z cech, którą najbardziej w niej cenił. A jednak w tym momencie wykazała się największą bezwstydnością, czym był wręcz zaszokowany.
     Gorączkowa reakcja Arii szybko mu wyjaśniła, że jej obecność była wynikiem zwykłej pomyłki. Nie umiał wykluczyć możliwości, że Aria pomyliła się „celowo”, lecz teraz to nie miało żadnego znaczenia. Nie wtedy, kiedy wciąż leżała na jego łóżku, prezentując mu swoje ciało w całej okazałości. Wyraźnie czuł, jak zalewa go dobrze mu znana fala gorąca, która rozproszyła się w okolicach podbrzusza. Pobudzenie i ekscytacja zupełnie zamroczyły mu umysł, uprzejmie podsuwając mu przed oczy wspomnienia licznych nocy, jakie spędzili razem. Bardzo wyraźnie poczuł ciepło jej miękkiej skóry; niemal czuł, jak wodzi palcami po jej ciele, niespiesznie badając każdy jego centymetr. Pamiętał jej zapach; pamiętał, jak uwielbiał wywoływać u niej dreszcze, gdy muskał wargami jej szyję, ramiona, brzuch, a potem schodził coraz niżej i niżej…
     Mimowolnie zrobił krok do przodu, drapieżnie przechylając głowę na bok. Przez chwilę leżała spokojnie, zapewne czekając na jego ruch. Jednak zawsze była ciekawska i im bliżej się znajdował, tym bardziej okazywała swoje zainteresowanie i zniecierpliwienie. Uśmiechnął się pod nosem; zawsze lubił się z nią droczyć i tym razem także nie zamierzał jej niczego ułatwiać.
     — Czyli jednak jest dokładnie tak, jak myślę — zakpił, bezwstydnie napawając się jej niemal nagim ciałem.
     Zatrzymał się przy nocnej szafce, patrząc na nią z góry. Chciał i powinien patrzyć na nią jak na swoją uczennicę, siostrę, córkę, lecz nie potrafił. Omamiony jej ponętnym pięknem, gestem głowy nakazał, by wstała. Usłuchała bez choćby słowa sprzeciwu, natychmiast przejmując inicjatywę: tym razem to ona zbliżyła się do niego, śmiało spoglądając prosto w oczy. Bawiła się nim i z niemal dziecięcą ciekawością czekała na jego ruch.
     Nie drgnęła, gdy zbliżył twarz do jej ucha, jak gdyby chciał jej coś wyszeptać. Nic nie powiedział, zamiast tego wodził twarzą wzdłuż jej włosów, chłonąć ich zapach. Czuł, jak drżała pod wpływem tego niewinnego gestu, co tylko go jeszcze bardziej rozochociło, przeganiając z głowy wszelki rozsądek. Bezwiednie ujął jej biodra, jedną ręką przyciskając ją do siebie, a drugą głaszcząc delikatnie plecy, kark, szyję, ramiona. Nie mógł oprzeć się miękkości i zapachowi jej skóry; nie mógł i nie chciał. Czuł, jak drżała, słyszał jej głębokie westchnienia będące wyraźnym zaproszeniem. Chciała go. Chciała go tak samo, jak on chciał jej. 
     Wiedząc, że zupełnie tracił nad sobą kontrolę, jeszcze mocniej, niemal agresywnie ją do siebie przycisnął. Napawając się zapachem jej słodkiej szyi, musnął ją delikatnie ustami, by z czasem pocałunek stawał się coraz bardziej nachalny i namiętny. Aria ochoczo odchyliła głowę, wplątując się dłońmi w jego włosy i delikatnie, choć stanowczo przyciskała jego głowę do swej szyi, wyraźnie żądając jeszcze intensywniejszych doznań. Jej oddechy, coraz częstsze i cięższe, działały na niego pobudzająco. Słodycz jej skóry była zbyt uzależniająca, a zapach tętniącej w żyłach krwi mącił w głowie. Jęknęła cicho i przeciągle, gdy delikatnie wgryzł się w jej szyję. Wypływająca krew była tak gorąca, tak słodka i pobudzająca zmysły, że natychmiast się zatracił w tym pragnieniu. Na przemian wgryzał się w żyłę i wyjmował kły, by obcałować krwawiące miejsce. Ekstaza, brak rozsądku i namiętność, jakie w nim buzowały, kazały mu zrobić już tylko jedno: pchnąć ją na łóżko i tam dokonać dzieła. Sama weszła do jego siedliska i nie wydostanie się z niego, dopóki sam jej nie wypuści.
     To, co zrobił w następnej chwili, wydarzyło się niespodziewanie, nagle i zupełnie wbrew jego woli. Lepka, krwawa mgła, która oblepiła jego umysł, ulotniła się w najmniej odpowiedniej chwili, w pełnej brutalności ukazując mu koszmar, którego dokonał. Silnie drżąc, odwrócił głowę, tym samym ostrożnie, choć stanowczo odsuwając od siebie Arię. Zacisnąwszy mocno pięści, dyszał ciężko, ledwie resztkami siły woli powstrzymując się od wrzasku.
     — Wyjdź.
     Choć na nią nie patrzył, czuł, że nawet nie drgnęła. Tak samo jak on zszokowana tym, co między nimi zaszło oraz tym, jak to się skończyło, być może czekała na jakiś ciąg dalszy. Może czekała, aż znowu ją do siebie przygarnie, pocałuje i przeprosi. Może czekała na jakieś wyjaśnienie. A może po prostu nie wiedziała, co zrobić. Lecz im dłużej tam stała, tym trudniej było Athanasiusowi trzymać nerwy na wodzy.
     — Wyjdź! — warknął przez zaciśnięte zęby.
     Dopiero agresja i niechęć wybrzmiewające w jego głosie przyniosła oczekiwany skutek. Słysząc za sobą trzaśnięcie drzwi, rozejrzał się panicznie po pomieszczeniu. Nie wiedział, co ma zrobić, co ma myśleć, co powiedzieć. Rozdrażniony, załamany, przerażony i rozgoryczony, wydał z siebie rozdzierający wrzask, a następnie chwycił za stojącą w pobliżu lampkę nocną i bez zastanowienia cisnął nią o ścianę. Ta mała demolka, jak się można było spodziewać, nie przyniosła żadnej ulgi. Dysząc ze wściekłości czuł, jak coś roznosi go od środka. Niemal pędem przebrał się w jakiekolwiek ciuchy i czym prędzej opuścił miejsce zbrodni. Nie dbając już o to, czy spotka kogoś po drodze, czy to Marisę, czy nawet Arię lub samego Elijaha, niemal wybiegł z posiadłości, rozpaczliwie potrzebując świeżego powietrza i samotnej przestrzeni. Miejsca, w którym będzie mógł przemyśleć to, co zrobił i uświadomić sobie jedną tragiczną rzecz.
     W tym wszystkim, wbrew wszystkiemu, nie chodziło o Arię. Chodziło o niego. O to, że najwyraźniej nigdy nie będzie w stanie poradzić sobie ze swoją przeszłością.


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#16 26-11-2020 o 10h10

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 795

Aria Vasco

  Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy, ale miała nadzieję, że tak właśnie się stanie, że Athanasius nie będzie w stanie oprzeć się jej w kuszącej bieliźnie. Nie zrobiła tego z premedytacją, nie zaplanowała wcześniej swoich działań, a jednak wszystko ułożyło się tak, jakby faktycznie siedziała nad tym planem cały ten czas, gdy żyli osobno. Bywały takie noce, kiedy wyobrażała sobie te chwile, gdy uciekała do wspomnień i miała wielką ochotę wrócić do mężczyzny tylko po to, by znowu móc czuć jego ciało przy swoim. Nie miała już wątpliwości, że pasowali do siebie idealnie, że wręcz byli dla siebie stworzeni i na wszystkie diabły w piekle, on też musiał to czuć. Wiedziała, że nie potrafił przejść obojętnie i udawać, że ona jest mu obojętna. Być może i wściekał się za to, że go opuściła, ale gdzieś w głębi pragnął jej tylko dla siebie, znowu. Chciał ją mieć na własność, a Aria chciała mu się oddać cała i już na zawsze pozostać w ramionach wampira. Zwiedziła już cały świat, odkryła wiele tajemnic i nauczyła się wielu języków. Jeśli pozostało jeszcze coś do odnalezienia, to zostawi to innym, a ona osiedli się na stałe w Londynie i będzie dla Athana oparciem i towarzyszką w wieczności. To była piękna myśl i zaledwie ulotne marzenie, bo nie znała jego zdania  na ten temat, a pogrzeb przyjaciela nie był dobrym momentem do poruszania tego typu tematów. Wróci do tego, z pewnością przy lepszej sposobności. Teraz chciała jedynie napawać się jego bliskością, której tak bardzo łaknęła i za którą tęskniła. 
   Każdy jego dotyk, na początku subtelny, z każdą kolejną sekundą zamieniał się w rozgorączkowany taniec, przesiąknięty tęsknotą obojga kochanków. Kobieta bardzo się starała, ale nie zdołała dosięgnąć jego ust, odpuszczając w końcu starania, wiedząc że będzie miała na to przecież całą noc. Dłonie mężczyzny niemal pozostawiały ognisty ślad na jej ciele, docierały tam gdzie tego najbardziej pragnęła, a ona posłusznie wykonywała każde jego polecenie. Nie musiał nawet wypowiadać na głos słów, bo Aria dobrze wiedziała czego chciał, czego oboje chcieli i to zapewne od chwili, gdy tylko zobaczyli się po raz pierwszy po tak długiej przerwie. Athan przejął inicjatywę, a wampirzyca poddawała się temu podczas salwy głośnych westchnięć i przeciągłych jęków. Kły zatapiane w jej szyi były dla niej niemal czymś na kształt katharsis, na które czekała od tak dawna. Gdy pchnął ją na łóżko sama zamierzała pozbyć się tego kawałka materiału, który dzielił ich ciała, ale właśnie wtedy Athanasius zrobił coś, czego zupełnie się nie spodziewała. Jego głos rozbrzmiał w głowie kobiety niczym echo, odbijając się boleśnie od ścian czaszki. W pierwszym momencie uznała, że tylko jej się wydawało i ani myślała wychodzić w takim momencie, gdy oboje byli rozpaleni i gotowi na znacznie więcej niż małe kąsanie. Dlaczego on ciągle stara się wszystko kontrolować i nie da sobie choćby minuty wytchnienia. Kobieta czuła, że ta ciągła samokontrola jest dla niego bardzo bolesna i nie miała pojęcia, jak zdjąć ten ciężar z jego barków. Czy on w ogóle tego chciał, czy zamierzał karać się za coś, o czym ona nie wiedziała?
   Pokój powoli wypełniał zapach jej krwi niespiesznie sączącej się z jeszcze otwartej ranki po lewej stronie obojczyka. Warknięcie wampira rozdarło powietrze, a Aria wiedziała już, że wcale się wcześniej nie przesłyszała. Niewiele mogła zrobić, zresztą czuła się zbyt wzgardzona by zareagować w jakikolwiek inny sposób, opuściła pospiesznie sypialnie i wróciła do siebie. Słyszała, jak Athan krzyczy i rozbija coś o ścianę, w końcu ich pokoje ze sobą sąsiadowały, więc nie trzeba było być wampirem, by usłyszeć jego wybuch złości. Czy aż tak jej nienawidzi, aż tak się jej brzydzi, że teraz nie może wybaczyć sobie tej chwili słabości?
  Vasco opadła na łóżko czując, jak do oczu napływają jej łzy. Była wściekła na siebie, że dała się ponieść uczuciom i pragnieniom, że nie wyszła od razu, bo wtedy oszczędziłaby sobie tak wiele bólu. Nie spodziewała się, że wampir potraktuje ją w taki sposób, ale choć bardzo chciała, nie potrafiła tak do końca zrzucić na niego całej winy. Wcisnęła twarz w poduszkę i krzyknęła głośno, by zdławić swój głos i dać upust emocjom, które się w niej kotłowały. Zaczęła uderzać pięściami w materac, mamrocząc coś pod nosem, prawdopodobnie wyklinając Athanasiusa.
   - Dureń jeden – sapnęła, odwracając się na plecy. Wwiercała rozeźlone spojrzenie w sufit tak długo aż obraz zaczął się jej powoli zamazywać, a całe wzburzenie uchodziło gdzieś w odległą przestrzeń. Przez chwile jeszcze biła się z własnymi myślami, które w dużej mierze dotyczyły mężczyzny, aż w końcu usnęła przytłoczona wrażeniami.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#17 26-11-2020 o 23h55

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 499

......................................................................................................https://i.imgur.com/4EhDzT0.png
     Gdy znalazł się poza posiadłością, dopiero wtedy mógł odetchnąć z ulgą. Choć i ona prędko się ulotniła, pozostawiając potworną, lodowatą pustkę. Pustkę z wolna wypełniającą się najczystszą, oślepiającą furią.
     Im dłużej szedł, tym bardziej przyspieszał kroku. Niewiele brakowało, by puścił się biegiem — byle znaleźć się jak najdalej stamtąd. W tym porywie agresji Athanasius w ogóle nie miał ochoty wracać do dworu, choć wiedział, że będzie musiał: nagłe zniknięcie załamałoby Marisę, która z całą stanowczością na to nie zasługiwała. Chwilowo jednak nie chciał o tym myśleć, chłonąc całym sobą zapach lodowatej, zimowej nocy. Ciemność oblepiała go z każdej strony, a Athan marzył tylko o tym, by przejęła także jego myśli i wspomnienia, zwłaszcza te sprzed ledwie kilkudziesięciu minut.
     Nie wiedział, dokąd dotarł, lecz to nie miało znaczenia. Otoczenie wyglądało jak jakieś nędzne przedmieścia: nędzne, obdarte domki stały w dość dużej odległości od siebie i gdyby nie kilka samochodów stojących przy bramach, pomyślałby, że tere został całkowicie opuszczony. Stanąwszy na moment, bezradnie rozejrzał się po okolicy, mając nadzieję, że kogoś tam spotka i jednocześnie licząc, że nie spotka tam nikogo. Sam nie wiedział, czego potrzebował, czego chciał, a czego nie chciał. Nie wiedział co myśleć… choć wiedział, o czym.
     Wybiegając z dworu, w głowie tłukła mu się tylko jedna myśl. Dlaczego musiała pomylić te przeklęte pokoje?!. Nie miał pojęcia, czy Aria zrobiła to celowo czy nie. Nie posądzał jej o to, choć jednocześnie zdawał sobie sprawę ze sprzeczności jej uczuć.
     — Zostawiła mnie! — zakpił, czując, że musi wypowiedzieć to na głos. Nie dbał o to, czy ktoś to słyszał, czy nie. Nie dbał już zupełnie o nic. — Ofiarowałem jej wszystko… chciałem dać jeszcze więcej! To ona tym wzgardziła. Dokonała wyboru. Więc niech mi nie mówi, że mnie kocha, bo lata temu ostatecznie temu zaprzeczyła!
     Wiedział, że mówił to wbrew sobie. Wiedział, że oboje popełnili błędy, które uniemożliwiały im splecenie swoich losów. Gdyby ją przy sobie zatrzymał, byłaby nieszczęśliwa. Gdyby wyruszył za nią, to on byłby nieszczęśliwy. W ich związku — czy to w relacji Stwórca — Stworzony, czy też w wątku romantycznym — nie było żadnego złotego środka. Nie było i nigdy nie będzie. Wiedziała o tym. Wiedziała! A mimo to, gdy pomyliła pokoje, zamiast przeprosić i odejść, rozłożyła się na łóżku niemal naga, doskonale wiedząc, jak na niego zadziała.
     Powinna przeprosić i odejść. A on powinien stać w bezruchu, uprzejmie wybaczyć pomyłkę i grzecznie wyprosić za drzwi.
     W geście rozdzierającej bezradności, mierząc się z obrzydzeniem do samego siebie, chwycił się panicznie za głowę. Miał ochotę rwać włosy, wrzeszczeć i demolować. Miał ochotę zedrzeć z siebie garnitur utkany z pozorów, które siłą przyszył sobie do skóry lata temu. Zresztą — tak niedawno częściowo go z siebie zdjął, poddając się tak niskim żądzom na widok nagiego ciała kobiety. Kobiety, którą przed laty uwielbiał smakować i poznawać coraz dogłębniej. Powinien być na to przygotowany i uodporniony. Powinien już dawno pogodzić się z faktem, że ta Aria — jego mała Aria — obecnie nie miała z nim już nic wspólnego. Cóż, aż do dziś był pewien, że sobie z tym poradził.
     Własna naiwność go przerażała.
     Zimny metal przyłożony do jego skroni lekko go zaskoczył, wyrywając z ponurych myśli. Nie drgnął, błyskawicznie odnajdując się w sytuacji. Dziwił się tylko, że był tak mocno zamyślony, że nie usłyszał kroków. Ostatecznie jednak uznał, że dobrze się złożyło. Uśmiechnął się szeroko, gdy zdał sobie sprawę, że właśnie tego było mu trzeba. Rozrywki.
     — Forsa i zegarek — wysyczał agresor, jeszcze mocniej przyciskając mu broń do skroni. — Jazda!
     Athanasius nawet nie drgnął. Zmarszczył za to brwi, zdając sobie sprawę, że zbyt bliski wybuch mógł go uszkodzić poważniej, niż by tego chciał. Wprawdzie nawet tak groźnie wyglądający strzał nie byłby w stanie go zabić, jednak regeneracja byłaby bardzo długa i jeszcze bardziej bolesna. Dlatego postanowił przedstawić napastnikowi plan B. Z prędkością niedostrzegalną zwykłym, śmiertelniczym okiem, odwrócił się w stronę zamaskowanego mężczyzny. Wykorzystując jego zdumienie, wyrwał mu z ręki broń, po czym zwinnie odskoczył do tyłu. Uśmiechając się drwiąco, omiótł spojrzeniem złodzieja. Odziany w szary dres, czerwoną czapkę z daszkiem, na którą narzucił kaptur, oraz czarna chustę, którą zasłonił pól twarzy, nie wyglądał ani nadzwyczajnie, ani specjalnie atrakcyjnie. Ta ocena nieco rozczarowała Athana — miał nadzieję na bardziej wymagającego przeciwnika, ale uznał, że dobre i to.
     Napastnik wyraźne nie wiedział, co się właśnie wydarzyło i nie potrafił się w tym odnaleźć. Wpatrując się szeroko otwartymi oczami w Athanasiusa, napiął mięśnie i stanął w pozie gotowej do ataku. Wampir jednak ani myślał się wysilać. Zamiast tego z ciekawością przyjrzał się pistoletowi.
     — Proszę — odparł niewinne, wyciągając w stronę napastnika trzymaną w dłoni broń. — Mnie to nie jest potrzebne.
     Tym razem złodziejaszek zareagował natychmiast. Zapewne uświadamiając sobie, że ma do czynienia z jakimś psychopatą, zwinnym ruchem sięgnął za plecy, skąd wyjął drugiego gnata.
     — Odrzuć broń! — ryknął zamaskowany mężczyzna, wymierzając broń prosto klatkę piersiową Anathesiusa. Ten z kolei z trudem powstrzymywał się od śmiechu — to wszystko było tak żałosne i małostkowe, że napawało go lodowatą wesołością. Ależ bawmy się!, myślał, coraz bardziej podekscytowany nadchodzącą masakrą, Bawmy się!
     Athan, co oczywiste, nie wykonał polecenia złodzieja. Nie zamierzał też oddawać pistoletu, więc poszedł za przykładem swojego towarzysza i też do niego wymierzył. Nie zamierzał pociągać za spust — miał zupełnie inne plany.
     Ta bezczelność wampira wyraźnie zszokowała napastnika, który zawahał się przez moment. Nie był przygotowany nie tylko na tak silny opór, ale przede wszystkim nie miał pojęcia, jak postępować z kimś, kto wydawał się niezrównoważony psychicznie. Gdyby tylko wiedział…, pomyślał beztrosko Athanasius.
     — To co — zagadnął pogodnie tak swobodnym tonem, jakby proponował wspólny spacer — obaj do siebie strzelamy? Na trzy. Odliczam: raz, dw-
     Nie zdążył doliczyć do trzech, kiedy Athanasius poczuł, jak coś gwałtownie go odrzuca do tyłu. Tracąc na moment dech, z trudem utrzymał równowagę, przymykając mocno powieki w odpowiedzi na nagłą dawkę rozlewającego się po ciele bólu. Dysząc ciężko, zacisnął zęby, z niemałym trudem prostując swoją sylwetkę. Przechylając głowę do przodu, przyjrzał się czterem dziurom w swojej klatce piersiowej. Do niedawna biała koszula błyskawicznie nasiąkła krwią, a Athanowi przyszła do głowy absurdalna myśl, że gdyby tylko wampirza krew potrafiła posilić wampira, zdjąłby koszulę, a wyciśnięty z niej soczek po prostu by wypił. Mimo to dotknął palcami wyraźnych ubytków w skórze, krzywiąc się pod wpływem narastającego, bardzo nieprzyjemnego pieczenia.
     — Ach… aua… — jęknął, nadal z trudem oddychając. — Zdążyłem zapomnieć, jakie to bolesne. Gdybym pamiętał, jednak bym ci nie pozwolił, byś mnie postrzelił.
     Podniósłszy głowę, omiótł spojrzeniem biednego napastnika, który ledwo trzymał się na nogach. Wytrzeszczając oczy, w których błyszczało niezrozumienie, panika i obłęd, wyraźnie nie wiedział, co robić: czekać na odpowiedzi, czy jednak uciekać. Jednak najwyraźniej wygrało to pierwsze, ponieważ mężczyzna nadal wpatrywał się bez zrozumienia w rany, które powinny być śmiertelne.
     — A-a-a-a-ale… j-j-j-jak… — dukał oszołomiony chłopak, zupełnie nie mogąc sobie poradzić z tym, czego był właśnie świadkiem.
     — Mama pewnie uczyła — mówił, powoli zbliżając się do oniemiałego agresora — żeby nie rozmawiać z nieznajomymi. Mogą być niebezpieczni.
     Błyskawicznie znalazł się tuż przy mężczyźnie, który — choćby nawet chciał — nie był już w stanie uciec. Spoglądając mu prosto w oczy, zrobił wszystko, aby uświadomić mu, że zaszła tragiczna pomyłka. Pomyłka, wskutek której oprawca stanie się ofiarą. Athanasius chciał, by ten żałosny śmiertelnik o tym wiedział; by wyczuwał to wszystkimi swoimi zmysłami, by czuł to w kościach i by wyobraźnia już teraz posuwała mu obrazy swojej męczeńskiej śmierci.

     [cenzura, bo jesteśmy grzeczne, ok]

     Ostatni raz dał się ponieść takiemu szałowi prawie pół wieku temu.
     Ostatni raz zabił człowieka dla zabawy prawie pół wieku temu.
     Ostatni raz czuł się sobą prawie pół wieku temu.
     Żałował, że nie zaatakowała go jakaś kobieta. Z nią byłoby dużo więcej zabawy, a ciało posłużyłoby mu nie tylko do pożywienia. Z rozkoszą przypominał sobie swoje młodzieńcze lata, kiedy to dopiero poznawał korzyści wynikające ze swojej przemiany. Pamiętał, jak doskonale się czuł, gdy górował na bezradnymi śmiertelnikami. Pamiętał, ile niezdrowej satysfakcji i radości dawały mu kolejne morderstwa. Pamiętał, jak słodko wrzeszczały wszystkie kobiety, które tak uwielbiał krzywdzić. Pamiętał, jaki był z siebie dumny, gdy zostawiał je żywe, pozostawiając z zaledwie dwiema małymi rankami na szyi, ale za to pozbawiając nie tylko ubrań, ale i wszelkiej godności i nierzadko zdrowia psychicznego.
     
     [tu też cenzura, ćśśś]

     Podrażniony tym upokorzeniem z przeszłości, oderwał się od trupa, odrzucając go niedbale na bok. Ciało osunęło się powoli po ścianie, z głuchym łomotem upadając na ziemię. Gdy spoglądał na nie, nie było mu żal tego, co zrobił. Atak dość mocno go zmęczył, dzięki czemu buzująca w nim wściekłość choć częściowo znalazła swoje ujście. Westchnął głęboko, otarł rękawem krew zalegającą na twarzy, po czym zajął się ciałem, upewniając się, że nikt prędko go nie znajdzie. Dopiero wtedy mógł wrócić do domu.
     Nieco chwiejnym krokiem zbliżał się do rezydencji. Dwór cały czas był otwarty, ponieważ Marisa zdawała sobie sprawę, że wielu gości będzie chciało zaznać świeżego powietrza — dokładnie tak jak Athan. Wobec tego nie miał żadnych trudności z wejściem do środka; miał tylko nadzieję, że po drodze do sypialni nie natknie się na nikogo znajomego. Zapewne wyglądał jak siedem nieszczęść, z potarganymi włosami, podartymi ubraniami, zakrwawioną twarzą i czterema dziurami w piersi, dlatego wolałby uniknąć plotek.
     Gdy mijał sypialnię Arii, targnęła nim nagła myśl, by po prostu tam wejść. Nie miał pojęcia, co by wtedy zrobił. Przeprosiłby ją? A może dokończył to, co sam przerwał? Nie wiedział i choć wciąż miał ogromną ochotę to zrobić, minął drzwi, by po chwili znaleźć się w swoim pokoju. Znużony, nadal wściekły i rozgoryczony, nie miał już siły na nic. Nie dbając o swój ubiór, higienę i o nic innego, od razu rzucił się na swoje łóżko. Nie zdążył uformować ani jednej dręczącej go myśli, gdy zasnął.

     — Athan! Athan, jesteś tam? Mogę wejść?
     Gwałtownie otworzył oczy, przez chwilę nasłuchując, czy ten głos tylko mu się przyśnił, czy rzeczywiście ktoś go wzywał. Miał szczerą nadzieję, że to jednak pijacki majak: głowa potwornie mu pulsowała, a rana na piersi cały czas intensywnie piekła.
     — Athan…
     Do diabła, jednak mi się nie przyśniło.
     — Da mi chwilę, Mariso.
     Roztargniony i nieco spanikowany uzmysłowił sobie, że cały czas wyglądał tragicznie. Zrezygnowanie z prysznica przed snem było fatalnym pomysłem, a gdy Athanasius przejrzał się w stojącym w kącie lustrze, aż drgnął, porażony tym opłakanym widokiem. W tym momencie pożałował, że ludzkie legendy o braku wampirzego odbicia nie były prawdziwe, bo przynajmniej oszczędziłby sobie tego przykrego obrazu. Włosy miał skołtunione i poplamione zaschniętą krwią. Podobnie zresztą jak pół twarzy, która była nienaturalnie różowa od rozmazanej, zaschniętej posoki. Prędko udał się do łazienki, by zmyć choć odrobinę krwi, lecz efekt nadal go nie zadowalał.
     — Athan! Coś się dzieje?
     Zupełnie zrezygnowany i zażenowany swoim wczorajszym nocnym wypadem, zbliżył się do drzwi. Wahał się przez chwilę, zastanawiając się, jaką wymówkę sobie znaleźć. Wtem dopadła do ponura myśl, która niespodziewanie go rozczarowała: że wraz z nowym dniem obudził się w nim "ten drugi". Pierwszy rozszalał się wczoraj, aby zasnąć na kolejne pół wieku. Rozdrażniony tym idiotycznym spostrzeżeniem, pokiwał nerwowo głową, aż wreszcie szarpnął za klamkę, widząc przed sobą odzianą w czerń Marisę. Tak jak się tego spodziewał, jego stan wyraźnie ją zaszokował: otworzyła szeroko oczy, nabierając gwałtownie powietrza do płuc.
     — Przepraszam, Mariso — wyznał, skruszony i przybity wczorajszą nieodpowiedzialnością i lekkomyślnością, jaką się wykazał. — Przepraszam, że w tam trudnym dla ciebie czasie sam dokładam ci zmartwień.
     — Każdy ma swoje słabości. A ze wszystkich żyjących na świecie istot, wampiry mają ich najwięcej — odparła, uśmiechając się słabo.
     Athan odetchnął z ulgą. Wiedział, że Marisa go zrozumie, lecz mimo to i tak czuł palący wstyd. Dodatkowo zląkł się, gdy zobaczył, że przyjaciółka wpada w istną histerię, jakby miała zaraz zacząć krzyczeć i płakać na przemian.
     — Ale… Boże, Athanasiusie… twoja koszula…
Przerażona wampirzyca wskazywała na lekko przypalone dziury po strzałach.
     — Mała sprzeczka — mruknął, nie za bardzo mając ochotę wdawać się w szczegóły. — Trochę tego żelastwa chyba cały czas we mnie siedzi. Później się tym zajmę. Chyba że nie poczułem dziur wylotowych... Diabli już teraz wiedzą...
     — Przecież to trzeba operować! — jęknęła rozgorączkowana Marisa. — Athan, przecież to… to trzeba…
     Nie mając pomysłu, jak inaczej ją uciszyć, przytulił ją mocno do siebie, całując delikatnie w sam czubek głowy. Wiedział, że ten gest nie tylko jej nie urazi, ale wręcz uspokoi. I rzeczywiście: odetchnęła cicho, wtulając się w przyjaciela.
     — Nie wiem, czy pamiętasz, ale jestem lekarzem — mruknął, nieco rozbawiony. — Poradzę sobie.
     Jeszcze krótką chwilę trwał ich uścisk, nim oboje się z niego wyplatali, nieco uspokojeni.
     — Chciałaś się ze mną widzieć — zaczął uprzejmie.
     — Tak…
     Marisa momentalnie skurczyła się w sobie, spoglądając ze smutkiem w bok.
     — Chciałam cię prosić… abyś towarzyszył mi przy przygotowaniu uroczystości pogrzebowej. Wszystko jest już załatwione, ale… ale ktoś to musi nadzorować, a ja… ja nie wiem, czy…
     Nie dokończyła, udręczona tym, co niewypowiedziane. Oboje milczeli przez moment, bo choć Athanasius nie śmiał jej odmówić, chciał poczekać, aż przyjaciółka poradzi sobie z tym, o co chciała go poprosić. I dopiero gdy uniosła lekko głowę, spoglądając na niego błagalnie, uśmiechnął się do niej najpiękniej, jak potrafił.
     — Jestem do twojej dyspozycji. Dobrze wiesz, że możesz na mnie liczyć.
     W odpowiedzi Marisa uśmiechnęła się promiennie, wyraźnie wdzięczna za zaoferowaną pomoc.
     — Tylko daj mi, proszę, chwilkę — mruknął, spoglądając na swoją brudną koszulę z największą niechęcią. — Muszę doprowadzić się do porządku…
     — Oczywiście. Będę czekała na ciebie na dole, w hallu.
     — Mariso — zawołał ją, gdy przyjaciółka już wychodziła z sypialni. — Czy… widziałaś już gdzieś Arię?
     — Tak, już wstała. Ją też chcę poprosić o pomoc — wiesz dobrze, jak byli sobie bliscy, ona i Elijah…
     — Nie ma potrzeby jej w to angażować — zauważył pospiesznie.
     Miał nadzieję, że Marisa nie usłyszała w jego głosie napięcia i stresu. A jednak naprawdę był przerażony na myśl o konfrontacji z wampirzycą, zwłaszcza po tym, jak ją wczoraj potraktował. Bo choć wiedział, że postąpił słusznie, odrzucając ją od siebie, chwilę później sprowokował i zamordował człowieka, a jeszcze później o mało co nie wszedł nieproszony do sypialni swojej byłej kochanki. Poza tym nie chciał jej ranić. Aria, bez względu na to, jaki żal do niej czuł, była ostatnią osobą, którą pragnął skrzywdzić.
     Miał po prostu nadzieję, że nie cierpiała. I że jedyne, co do niego czuła, to pogarda.
     — Ależ jak to? — spytała szczerze zaskoczona Marisa. Zaraz jednak na jej twarz wpłynęło łagodne zrozumienie, okraszone wyrozumiałym uśmiechem. — Wiem, Athanasiusie, że nie widzieliście się z Arią od lat. Wiem, co was łączyło i wiem, że to spotkanie nie było łatwe. Nie obawiaj się spotkania ze swoją przyjaciółką. Bo myślę, że nadal nią jest, prawda? I nie zadawaj jej więcej bólu swoją ignorancją. Ta dziewczyna cię kocha i myślę, że to nie jest dla ciebie żadne zaskoczenie. Czekam na ciebie na dole — zakończyła, spoglądając na niego znacząco. — Przebierz się, a ja w tym czasie powiadomię Arię i Antony’ego. Chyba już się poznaliście? On też będzie mi potrzebny.
     Z tymi słowami zamknęła za sobą drzwi, pozostawiając Athanasiusa samego. Długo nie mógł ruszyć się z miejsca, pogrążony w głębokiej zadumie.
     Prawdziwym zaskoczeniem był dla niego fakt, że naprawdę bał się tego spotkania.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (27-11-2020 o 23h53)


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#18 27-11-2020 o 10h25

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 795

Aria Vasco

  Noc nie przyniosła jej ukojenia, ale tego przecież się spodziewała. Wstała wcześnie i od razu udała się do łazienki, by wziąć ponownie długą kąpiel i zmyć z siebie resztki wstydu oraz zaschniętą krew. Ubrała się pospiesznie, nie zastanawiając się zbyt długo nad doborem garderoby na dzień, bo uroczystości pogrzebowe rozpoczną się późnym wieczorem. Kiedy opuściła swój pokój w posiadłości panował jeszcze półmrok, ale jak się okazało, Marisa już dawno nie spała i miała co do niej plany.
  - Poczekaj na mnie w gabinecie Elijaha, za moment do ciebie dołączę – powiedziała z lekkim uśmiechem i tyle ją Aria widziała. Swoje kroki zatem skierowała wprost do zachodniego skrzydła budynku, gdzie mieścił się wspomniany gabinet Cavendisha. Pomieszczenie było duże, przestronne, a to głównie dzięki ogromnym oknom, z których widok rozciągał się na rozległe wrzosowiska. Mgła unosiła się jeszcze nad ziemią otulając wszystko, jak miękka kołderka. Śnieg iskrzył się w blasku wschodzącego słońca, które nieśmiało budziło do życia całą okolicę. Okna w posiadłości były wykonane ze specjalnego szkła wytwarzanego tylko w Rumunii przez mistrza w swoim fachu, Petru Grigorescu, które miały chronić mieszkańców owego domostwa przed promieniowaniem uv, a tym samym pozwolić cieszyć się pięknymi widokami bez konieczności używania zasłon, czy rolet. Była to oczywiście droga inwestycja, ale Elijah na brak pieniędzy nie mógł narzekać.
  Kobieta weszła niepewnie, jakby bojąc się tego, co tam zastanie lub jakie wzbudzi to w niej emocje. Ostatni raz, kiedy tu była, mężczyzna jeszcze żył i miał się dobrze, żartował w najlepsze i częstował ją koniakiem, którego nie znosiła, ale nigdy nie odmawiała mu przyjemności wspólnego drinka. Siedział za biurkiem i wertował jakieś papiery, strofując ją na temat zachowania podczas przyjęcia urodzinowego Dominica Novaka, na którym to wdała się w nieprzyjemna dyskusję z jego siostrą Anną. Później dodał, że też nie przepada za tym klanem, ale musi zachować pozory i utrzymywać z nimi dobre stosunki. Teraz było tutaj pusto i nieznośnie cicho. Aria obeszła biurko dotykając dębowego blatu, na którym leżał jego telefon i laptop oraz inne biurowe szpargały oraz ich wspólne zdjęcie. Emmet z dumą prężył muskuły, ona stała z nosem na kwintę, a Elijah nieco z boku z tym swoim nieodzownym uśmieszkiem na twarzy. Pamiętała ten dzień, jakby to było wczoraj.  Na regale po prawej stronie mężczyzna zrobił specjalne miejsce na przesyłaną przez nią broń, której był wielkim fanem i kolekcjonerem. Gdy tylko Vasco wpadła na coś, czego Elijah nie miał jeszcze w swoich zbiorach, robiła wszystko, by to dla niego zdobyć i cieszyła się, że to doceniał.
  - Jesteś Aria, prawda? Dużo o tobie słyszałem i miło mi cię w końcu poznać – usłyszała za plecami męski głos i odwróciła się pospiesznie zaskoczona, zdając sobie sprawę że najwyraźniej pogrążona we wspomnieniach, nie zdołała wyczuć nadejścia, w jej oczach, intruza. Kiwnęła głową potwierdzając jego przypuszczenia.
  - A ty, to Antony. Wybacz, ja natomiast nie słyszałam o tobie zupełnie nic. Elijah nigdy nie wspominał – odezwała się zgodnie z prawdą i choć mogło to być nieco bolesne dla wampira, to kobieta nie zamierzała udawać, że było inaczej. Nie miała pojęcia o jego istnieniu, był dla niej zupełnie obcą osobą i nie chciała udawać sympatii tylko po to, by sprawić mu przyjemność. Jeśli jeszcze nie poczuł się w tym domu, jak piąte koło u wozu, to zaraz z pewnością tak się stanie.
  - Nie dziwi mnie to, nie byłem kimś, kim można się chwalić. Nie to, co ty. Nie był twoim Stwórcą, a jednak traktował cię, jak swoją. Wiesz, że zapisał ci w spadku  posiadłość we Włoszech i tutejszą stadninę koni? To bardzo hojne z jego strony - wysyczał Antony, zbliżając się powoli w stronę biurka, ale koniec końców minął je i przysiadł na fotelu pod oknem. Uśmiechał się lekko i było w tym uśmiechu coś, co budziło niepokój.
  - Insynuujesz coś? - zapytała z niedowierzaniem, wwiercając rozeźlone spojrzenie w mężczyznę. Czy on właśnie zasugerował, że Aria pozbyła się przyjaciela dla posiadłości we Włoszech i kilku koni? Zapadła między nimi długa, bardzo niezręczna cisza, którą przerywały raz po raz ciche westchnięcia Antonego wpatrzonego w widok za oknem. W końcu postanowił się odezwać.
  - Ależ skąd, nasz drogi Elijah popełnił przecież samobójstwo. Wszystko na to wskazuje, nieprawdaż? Och, nie czytałaś jeszcze raportu policji i biegłego. Wybacz mi śmiałość, ale jak na kogoś tak bardzo z nim zżytego, mało cię to wszystko interesuje – oznajmił, odwracając na nią spojrzenie. Vasco była pewna, że lada moment wybuchnie i zrówna z ziemią tą jego paskudną facjatę. Za kogo on się do jasnej cholery uważał. Jego rozmowa z Athanasiusem była zupełnie inna, a przy niej próbuje pokazać swoja wyższość i co więcej, wzbudzić w niej poczucie winy, a na dodatek twierdził, że miała coś wspólnego z jego śmiercią. Niby nie powiedział tego wprost, ale dobór słów, jakich używał i sposób w jaki mówił, sprawiały że zdradzał swoje myśli.
  Już miała się odezwać, gdy do gabinetu weszła Marisa w towarzystwie Athana. Aria odwróciła pospiesznie wzrok i udawała, że nic się między nimi nie stało. Jeszcze tego jej teraz brakowało, by robić sceny w tak przykry dla wszystkich dzień. Miała ochotę uciec gdzieś daleko, wrócić do swoich podróży, bo najwyraźniej dłuższe przebywanie wśród wampirów bardzo ją przytłaczało.
  - Zdążyliście się już poznać, jak mniemam. Cudownie. - zauważyła Marisa, siadając w fotelu obok Antonego, który od razu złapał ją za rękę, aby dodać otuchy. Vasco stała przy regale niemal sparaliżowana po rozmowie z mężczyzną, starając się nie dać nikomu poznać, w jakim jest stanie. Splatała palce za plecami, boleśnie je sobie wykręcając, by w taki sposób dać upust temu, jak fatalnie się czuła w tej chwili. Zerknęła na Athanasiusa, który podobnie jak ona, starał się ukryć swoje prawdziwe emocje. Wszystko w tym pokoju nakazywało jej uciekać na drugi koniec świata i nigdy nie wracać.
  - Dlaczego nas tutaj wezwałaś, Mariso? - odezwała się w końcu, zaskoczona jak bardzo głos jej drży.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#19 27-11-2020 o 22h20

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 499

......................................................................................................https://i.imgur.com/4EhDzT0.png
     Ostrożnie zmywał ze swoim ramion czerwoną, zaschniętą krew.
     Robił to bardzo powoli z kilku powodów. Pierwszym było wciąż duszące go niedowierzanie. Spoglądając na nadal różowawą rękę, odtwarzał w pamięci swój wybuch szału, zastanawiając się, jak mogło do tego dojść. Zawsze starał się panować nad emocjami — wszystkimi! Nie okazywał gniewu, nie okazywał żalu. Nie obnosił się radością, współczuciem czy pragnieniem. Iście lodowate opanowanie stało się jego znakiem rozpoznawczym, w co zresztą włożył bardzo wiele wysiłku. Prawdopodobnie nie żył już nikt, kto pamiętał go zaraz po stworzeniu, gdy zachowywał się jak dzikie, nieoswojone zwierzę. Dlatego pogrzebał to w sobie jak najgłębiej, wraz ze wszystkimi emocjami — w obawie, że gdy dopuści do głosu choć jedną z nich, na wolność wydostanie się reszta, wraz z nieokiełznaną agresją i nienawiścią.
     Gdy całkowicie obmył się z krwi, wyczyścił i przeczesał włosy, a następnie założył czysty garnitur, znów wyglądał jak wyrzeźbiony pomnik spersonifikowanej powagi. Elegancki, skupiony i opanowany, tylko w teorii był gotów wyjść na spotkanie z Marisą.
     W praktyce wiedział, że wczorajszy atak był tylko sygnałem, że coraz łatwiej tracił nad sobą kontrolę. Nad sobą i nad tym, co coraz mocniej go dręczyło.
     Marisa, tak jak zapowiedziała, czekała na niego w hallu, stojąc obok wąskiej sofy o krwiście czerwonym obiciu. Gdy ujrzała Athanasiusa, jedynie kiwnęła głową na znak, by poszedł za nią. Nie miał pojęcia, dokąd go prowadziła, lecz nie zamierzał pytać. Spodziewał się tylko, że gdziekolwiek to będzie, spotka tam Arię. Włosy jeżyły mu się na karku na myśl o tym spotkaniu, lecz wiedział, że prędzej czy później musiało do niego dojść. Choć on sam najchętniej odkładałby tę chwilę w nieskończoność. I to dosłownie.
     Poczuł się odrobinę nieswojo, gdy zrozumiał, że szli do gabinetu Elijaha. To miejsce w oczywisty sposób przypominało mu o zmarłym przyjacielu, przez co odczuł ogromny opór, by wejść do środka. Pomieszczenie pozbawione jego właściciela straciło cały urok i ciepło, jakim zwykle emanowało, gdy Elijah tam urzędował. Lubił tam przesiadywać, przeglądając przesłane listy lub rządowe dokumenty, a czasami po prostu czytając dobrą książkę przy kieliszku koniaku. Także Athanasius zwykł kierować się prosto tam, gdy przybywał do przyjaciela z jakąś mniej lub bardziej pilną sprawą.
     Przeszył go lodowaty dreszcz, gdy uświadomił sobie, że już nigdy nie zastanie tam Elijaha.
     Zastał za to nowo poznanego Antony’ego, który dyskutował o czymś z Arią. Na moment wstrzymując oddech i wyprostował się dumnie, nie chcąc choćby myślami wracać do tego, co wydarzyło się między nimi wczoraj. Miał też nadzieję, że i wampirzycy nie przyjdzie do głowy rozwiązywanie ich małych dramatów w obliczu tak wielkiej tragedii, jaką była śmierć ich wspólnego przyjaciela.
     Widział, jak pospiesznie odwróciła wzrok. Widział, jak się speszyła na jego widok. Ta reakcja nie sprawiała mu ani grama satysfakcji. Zamiast tego, dość paradoksalnie, urosła w nim chęć porozmawiania z Arią i podjęcia próby wyjaśnienia sobie sytuacji.
     Jego ponure przemyślenia przerwało pytanie Arii. Athan poczuł, jak coś boleśnie ścisnęło mu klatkę, gdy usłyszał jej głos. I choć bardzo tego nie chciał, mimowolnie wrócił wspomnieniami do wczorajszego wieczora. Zdawało mu się, że poczuł, jak przytulona do niego wplata mu dłonie we włosy, posłusznie odchylając szyję. Niemal czuł ciepło bijące od jej ciała i ekscytację na myśl o tym, od czego dzieliło ich już tak niewiele.
     — Zastanawiałam się, kiedy to zrobić — odezwała się cicho Marisa, siadając na sofie. Antony usiadł tuż obok niej. Aria została przy regale, a Athan wciąż stał w pobliżu drzwi, z uwagą słuchając przemowy wdowy. — Wiem, że to dość wcześnie, ale… ale myślę, że im dłużej bym z tym zwlekała, tym byłoby mi trudniej.
     Urwała na moment, pogrążając cały gabinet w ciężkiej ciszy przesyconej oczekiwaniem. Wtem Marisa wyjęła ze swojej małej podręcznej torebki białą kopertę, z której od razu wyjęła złożony na trzy części list. Wyraźnie trzęsącymi się rękami rozwinęła go, a spoglądając na treść, usilnie próbowała powstrzymać łzy, lecz nie zdołała. Pojedyncze krople spływały po jej upiornie bladych policzkach, a usta drżały, chwilowo niezdolne do wypowiedzenia choćby słowa.
     — To jest testament Elijaha — wydukała w końcu, nerwowo nabierając powietrza do płuc. Niecierpliwym ruchem starła łzy, próbując się opanować. Odetchnęła jeszcze kilka razy, zanim kontynuowała.  — Wezwałam was, ponieważ mój mąż wyznaczył was na spadkobierców.
     Athanasius poczuł nagłe uderzenie gorąca. Mimo że spodziewał się, iż Elijah zdążył spisać swoją ostatnią wolę i zapewne umieścił w nim właśnie jego, ta wieść i tak była ogromnym szokiem. Czuł się tak, jakby dopiero ten niepozorny świstek papieru stanowił ostateczny dowód, że jego przyjaciel naprawdę odszedł i już nigdy nie wróci.
     Kątem oka zerknął na pozostałych zebranych. Aria poruszyła się niespokojnie, wyraźnie pokazując, że również dla niej odczytanie testamentu było dość niezręcznym momentem. Za to Antony zareagował dziwnie: poruszył się nagle, jakby w geście ekscytacji. Wyglądał jak dziecko, które usłyszało, że za chwilę Święty Mikołaj miał zapukać do drzwi i rozdać im wszystkim prezenty. Teoretycznie nie powinno go oburzać takie zachowanie: rudowłosy chłopak był młody i zapewne nie spodziewał się, że otrzyma cokolwiek w spadku, zwłaszcza że znali się z Elijahem stosunkowo niedługo. To z kolei mocno zastanawiało Athanasiusa, lecz nie śmiał kwestionować postanowień swojego przyjaciela.
     Marisa raz jeszcze głęboko odetchnęła, przymykając oczy. Athan zdawał sobie sprawę, że odczytanie treści listu było ponad jej siły i najchętniej zrobiłby to za nią, gdyby nie fakt, że to niestosowne. Sama myśl o tym testamencie wprawiała go w złość. Nie chciał od Elijaha żadnych dóbr. Chciał jedynie, by wrócił. By był tu z nimi, roześmiał się i poczęstował ich wszystkich swoim ulubionym koniakiem.
     Tylko tyle i aż tyle.
     — Ostatnia wola i testament Elijaha Charlesa Cavendisha — odczytała cichym, drżącym głosem. — Ja, niżej podpisany Elijah Cavendish, na wypadek swej śmierci powołuję do spadku moją małżonkę Marisę Katję Cavendish, przyjaciółkę Arię Vasco, przyjaciela Athanasiusa Tismaneanu oraz mego podopiecznego Antony’ego de Clare.
     Marisa urwała na chwilę, spoglądając na wszystkich zebranych w pomieszczeniu, jak gdyby tym samym pieczętując słowa, które odczytała.
     — Mej najdroższej małżonce — zaczęła, choć Athan widział, jak wiele wysiłku ją to kosztowało — pozostawiam całość mego dobytku za wyjątkiem niżej wymienionych części rozdzielonych na mych przyjaciół. Spis całości mego majątku jest dołączony do testamentu, lecz mam ufność i pewność, że moja małżonka wie, które dobra zostawiam pod jej opieką.
     Przeczytanie tego krótkiego fragmentu było dla Marisy zbyt dużym wyzwaniem. Nagle odrzuciła od siebie kartkę, jak gdyby ją parzyła, po czym skryła twarz w dłoniach, wybuchając głośnym, histerycznym płaczem. Zarówno Athan jak i Antony znieruchomieli, przerażeni tą sceną i zupełnie nie wiedząc, co zrobić. Tylko Aria zachowała zdrowy rozsądek, błyskawicznie podbiegając do wdowy. Usiadłszy tuż obok niej, przytuliła ją mocno do siebie, delikatnie głaszcząc po włosach i plecach. Marisa nie miała siły protestować, więc schowała się w ramionach przyjaciółki, usilnie próbując zdławić swój płacz. Athanasius, będąc świadkiem tej porażającej, łamiącej serca sceny, po raz kolejny poczuł ochotę podarcia tego listu na strzępy.
     Wracaj tu, ty p######## urzędasie!krzyknął w myślach. Wracaj, utul i uspokój swoją żonę. Powiedz jej, że wszystko będzie dobrze i nie musi już płakać. Wracaj tu, Elijah! Wracaj…
     Otępiały przeszywającym bólem, nie był w stanie patrzeć na wciąż zrozpaczoną Marisę, choć nie zasługiwała na takie zachowanie z jego strony. A jednak Athan zbyt dobrze wiedział, co jego przyjaciółka teraz przeżywała. On sam czuł się jak wypruty ze wszelkiej radości i nadziei, jakby już nigdy miały nie nadejść lepsze dni. Jakby Elijah był ostatnią radością w jego życiu, odbierając mu ją wraz ze swoją śmiercią.
     Gdy Marisa powoli wracała do siebie, Aria szepnęła jej coś jeszcze do ucha, złożyła delikatny pocałunek na czole, po czym cichutko wstała i wróciła na swoje miejsce. Athanasius był niewymownie wdzięczny swojej małej wampirzycy za jej błyskawiczną reakcję, na którą nie zdobył się żaden z obecnych tam mężczyzn. Miał ogromną ochotę spojrzeć na nią i choćby kiwnąć lekko głową, okazując tym samym swoją aprobatę. Bał się jednak, że ten gest zostanie źle zrozumiany lub, co gorsza, wzgardzony.
     — Mojej drogiej przyjaciółce Arii Vasco — kontynuowała Marisa cichym, lekko ochrypniętym głosem — pozostawiam tutejszą stadninę koni. Jako że moja małżonka nigdy nie przepadała za tymi szlachetnymi stworzeniami — Athan odetchnął z ulgą, gdy ujrzał przelotny, rozbawiony uśmiech na twarzy Marisy — muszę je zostawić w innych kobiecych rękach, wierząc, że zaopiekuje się nimi z największą czułością i uwagą. Mej ulubionej podróżniczce zostawiam także posiadłość w Positano. Na wypadek, gdyby jej głodne świata zmysły poprowadziły ją do Włoch, znajdzie tam schronienie i opiekę.
     Nieprzyjemny, lepki chłód omiótł całe jego ciało i umysł, gdy słuchał tego wyroku. Dobrze wiedział, jak bardzo Elijah przepadał za Arią. Pamiętał, jak pierwszy raz od jej przemienienia musiał wyjechać w dłuższą podróż. Miało go nie być w Anglii przez kilka miesięcy, a Aria była wówczas zbyt młodym wampirem, by porywać się na tego rodzaju wyprawy. Należało więc zostawić pod czyjąś opieką, z czym Athan od razu zwrócił się do Elijaha. Przyjaciel zgodził się bez wahania, traktując Arię tak, jakby to on sam był jej Stwórcą. Bardzo szybko się do siebie przywiązali, a gdy Athanasius już wrócił, Elijah żartował, że chętnie „wypożyczyłby” ją sobie na dłużej.
     W przeciwieństwie do Athana, Cavendish uwielbiał w Arii jej pasję poznawania świata. Niejednokrotnie przekonywał Athanasiusa, by nie był wobec niej aż tak surowy i pozwalał jej zwiedzać nieznane lądy, aby nie zabić w niej tego zapału. Sam Elijah robił co mógł, by przekonywać Arię do podróżowania, w czasie swoich szkoleń niejednokrotnie zabierając ją w dalekie zakątki.
     To była jedyna rzecz, jaka ich poróżniała.
     Nie mógł się powstrzymać i w końcu zerknął kątem oka na młodą wampirzycę. Widział, że była pod wielkim wrażeniem tego, co usłyszała i z ogromnym trudem powstrzymywała wzruszenie. Domyślał się, że nie chciała wybuchać płaczem tylko ze względu na Marisę. W innym wypadku nie dałaby rady ujarzmić targających nią emocji.
     — Memu przyjacielowi i bratu z ducha, Athanasiusowi Tismaneanu…
     Zadrżał, gdy usłyszał, jak z ust Marisy padło jego nazwisko. Nie miał żadnej ochoty wysłuchiwać, co jego przyjaciel zostawiał mu po śmierci, nadal uparcie nie przyjmując tego do wiadomości. Jednak nie śmiał przerywać; to zresztą i tak nie przyniosłoby żadnego rezultatu.
     — …pozostawiam całe dobrodziejstwo mojej biblioteki, wraz z najstarszymi, zabytkowymi zapiskami oraz wszystkimi moimi notatkami. Zapewne nawet to nie zaspokoi jego głodu poznania, lecz wierzę, że najlepiej wykorzysta wiedzę, którą znajdzie w tych księgach. Pozostawiam mu także chlubę mej muzycznej kolekcji, flet Variusa Delcroix. Nikt nie zaopiekuje się nim lepiej niż koneser żyjący dla muzyki.
     Porażony tym, co właśnie usłyszał, zupełnie nie mógł w to uwierzyć. Nie dostał żadnego domu, samochodu, stadniny, ziemi. Niczego wielkiego i kosztownego. Lecz po cóż mu byłyby kolejne dwory? Po cóż mu kosztowności, których sam miał bez liku? Jego przyjaciel, najlepiej ze wszystkich go znając, powierzył mu rzeczy pozornie zupełnie nieistotne, lecz dla Athana przedstawiające największą wartość. Nie umiał wyrazić swojej wdzięczności, która jednocześnie smakowała nadzwyczaj gorzko. Dogłębnie wzruszony, próbował zebrać myśli, lecz wtem coś go silnie zaniepokoiło.
     Od dłuższego czasu w pomieszczeniu panowała cisza. Lecz tym razem nie dlatego, że Marisa czekała na jego reakcję. Zamiast tego kobieta wpatrywała się tępo w list, a jej wzrok przebiegał nerwowo od lewej do prawej. Odczytywała właśnie coś, czego nie była w stanie wypowiedzieć na głos. Ku przerażeniu Athanasiusa, po jej policzkach znowu popłynęły łzy. Dostrzegł kątem oka, jak Aria znowu zrywa się ze swojego miejsca, lecz momentalnie powstrzymała ją sama Marisa, kiwając delikatnie głową w geście zaprzeczenia. Po chwili spojrzała na wszystkich zebranych i zrobiła coś, czego nie spodziewał się po niej nikt.
     Uśmiechnęła się. Delikatnie. Nieśmiało. Szczerze.
     — Memu przyjacielowi pragnę zostawić coś jeszcze i jest to dla mnie kwestia w całym testamencie najważniejsza — podjęła bardzo cicho. — Na wypadek mej niespodziewanej śmierci i pozostawienia mojej małżonki samej w jej rozpaczy, proszę Athanasiusa Tismaneanu, aby jako przyjaciel rodziny zaopiekował się Marisą. Proszę, aby otoczył ją dobrym słowem, opieką, wsparciem i towarzystwem. Proszę, aby zadbał, by kobieta, którą tak kocham, nie została pochłonięta przez żałobę i odzyskała radość z życia. I choć wiem, jak wielka jest to prośba, nakładająca olbrzymie brzemię, wierzę, że mnie w tej ostatniej prośbie nie zawiedzie.
     Tym razem to on zadziałał instynktownie. Niewiele myśląc, natychmiast podszedł do Marisy i usiadł tuż obok, delikatnie ją obejmując. Podobnie jak uprzednio zrobiła to z Arią, wtuliła się w niego, roniąc pojedyncze łzy wzruszenia. On sam był tego bardzo bliski, lecz wiedział, że musiał pozostać silny — właśnie dla niej.
     — Nie zawiodę go — wyszeptał, ostrożnie głaszcząc ją po głowie. — Ani ciebie. Zostanę przy tobie, gotów na każdą twoją prośbę. Możesz mi zaufać i na mnie liczyć.
     — Wiem — załkała, a po ciele Athanasiusa spłynęła gorąca ulga, gdy usłyszał, z jaką pewnością Marisa wypowiedziała to jedno słowo.
     Na szczęście zły stan wdowy poprawił się szybciej niż poprzednio. Dziękując mu za wsparcie, zarówno okazane w tamtej chwili, jak i to przyszłe, na które się zgodził wedle prośby Elijaha, Athanasius wstał i wrócił na swoje miejsce, a wampirzyca wróciła do czytania listu.
     — Memu synowi z drugiego zrodzenia, Antony’emu de Clare, pozostawiam swoją flotę jachtów, wiedząc, jak bardzo kusiło i fascynowało go morze i morskie przygody. Pozostawiam mu także dom na obrzeżach Londynu jako pomoc na start w jego młodym, wiecznym życiu, aby zawsze miał dokąd wrócić.
     Anthony wsłuchiwał się uważnie w treść testamentu, lecz gdy Marisa z trudem złożyła kartkę, tym samym dając znać, że to już koniec woli Elijaha, rudowłosy mężczyzna poruszył się niespokojnie, marszcząc brwi. Najwyraźniej spodziewał się czegoś jeszcze, co natychmiast wzbudziło w Athanasiusie gniew. Ten łajdak wyraźnie domagał się więcej z bogactwa zmarłego, jak gdyby tylko na tym mu zależało. Jednak młodemu wampirowi wystarczyło jedno rzucenie okiem a ponure miny Athana i Arii — która zdawała się tak samo oburzona — by nie zaczynać dyskusji i pokornie przyjąć przekazany spadek.
     Gdy rozmowa dobiegła końca, Aria raz jeszcze mu zaimponowała, natychmiast podchodząc do Marisy. Wdowa potrzebowała teraz mnóstwo wsparcia, a nikt nie zrozumie kobiety tak dobrze, jak druga kobieta. Athanasius nie chciał im przeszkadzać, dlatego kiwnął znacząco w stronę Antony’ego, dając mu znak, by wraz z nim wyszedł z gabinetu. Usłuchał, dzięki czemu już po chwili Athan ostrożnie zamykał drzwi od gabinetu, zapewniając obu paniom całkowitą dyskrecję.
     Sam za to zamierzał wziąć młodego rudzielca w obroty.
     — Zapisując cię w spadku, Elijah musiał obdarzyć cię ogromnym zaufaniem — zauważył, lustrując go spojrzeniem. W niebieskich oczach rudzielca wciąż lśnił ślad po pogardzie, jaką okazał zaraz po odczytaniu przekazanego dobytku. — Jeśli on ci ufał, ja również tak uczynię.
     To oczywiste kłamstwo z łatwością wyszło z jego ust. Antony jedynie kiwnął głową, lecz nie odrzekł ani słowa.
     — Zapewne widziałeś już flotę, którą zapisał ci Elijah — zagadnął, uśmiechając się delikatnie. — Przepiękna kolekcja, duma naszego przyjaciela. Niejednokrotnie miałem przyjemność przemierzać wody, będąc gościem na tych cudeńkach. Otrzymałeś wielki, kosztowny skarb, mój drogi przyjacielu.
     W oczach rudowłosego momentalnie coś zalśniło.
     — Kosztowny? — spytał, niby od niechcenia. — Ile kilka takich statków może niby kosztować?
     — Och — mruknął Athan, udając, że popada w zamyślenie. — Za tak luksusowe jachty można dostać spokojnie kilkadziesiąt milionów… Choć z pewnością jeszcze więcej — wybacz mi, zupełnie się na tym nie znam. Ale podobno interesujesz się żeglugą, czy tam ogólnie morzem. Powinieneś być zorientowany, czyż nie?
     — Lubię pływać jachtami, ale nigdy nie byłem właścicielem żadnego — odparł z nutką urazy w głosie.
     — Więc najwyższy czas się tym zainteresować.
     — Tak, tak… Przepraszam na chwilę.
     Nie czekając na odpowiedź, Antony oddalił się pospiesznie. Athanasius długo go obserwował i nawet gdy zniknął na szczycie schodów, wampir cały czas dumał nad jego osobą. Parszywy dzieciak, przemknęło mu przez myśl, rozejrzawszy się dookoła. Nie był pewien, co powinien teraz zrobić, lecz ostatecznie uznał, że poczeka na Marisę. Rano wspominała, że będzie potrzebowała jego pomocy przy sprawach pogrzebowych, a nie chciał, by marnowała czas na szukanie go po całej posiadłości. Ale było coś jeszcze. Po tym, co usłyszał, wprost musiał porozmawiać z wdową i jakkolwiek okazać jej swoje wsparcie. Zupełnie nie spodziewał się aż tak dużej odpowiedzialności, jaką nałożył na niego Elijah, choć i bez tego Athan nigdy nie zamierzał pozostawić wampirzycy bez opieki. Wszak była nie tylko żoną jego przyjaciela, ale także przyjaciółką, którą miał obowiązek wspierać w trudnych chwilach.
     A te były najtrudniejsze ze wszystkich.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (28-11-2020 o 00h07)


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#20 28-11-2020 o 10h19

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 795

Aria Vasco

  Gdy usłyszała słowa Elijaha z ust Marisy, bardzo musiała skupić się na tym, aby się nie rozpłakać. Nie robiła tego tylko ze względu na wdowę, ale również na Antonego, bo nie chciała pokazać mu swojej słabości, którą bez wątpienia był Cavendish. Nie wstydziła się łez przy Athanie, ponieważ mężczyzna zapewne dobrze wiedział, że chciało jej się teraz płakać, znał ją w końcu na wylot. Jedyną osobą, która jej teraz tutaj nie pasowała, to ten zasrany de Clare. Nie potrafiła jednoznacznie określić, co właściwie było z nim nie tak, a fakt że mężczyzna obwinia ją o śmierć swego Stwórcy nie pozwalała jej myśleć o nim inaczej niż jako o intruzie.
  Pocieszenie Marisy również wiele ją kosztowało, ale było niemal odruchem bezwarunkowym, podczas gdy obaj panowie nawet się nie poruszyli. Nie miała im tego za złe, bo wiadomym było, że płeć męska niewiele ma wspólnego z delikatnością w takich chwilach. Aria sama chciała znaleźć się w ramionach Athanasiusa i usłyszeć zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Potrzebowała jego ciepła i wsparcia, bo sama była na skraju rozsypki. Tymczasem on niczym lodowa góra, stał przy drzwiach i tylko zerkał na nią raz po raz i miał przy tym taki wyraz twarzy, że wampirzyca miała wielką ochotę kopnąć go tam, gdzie słońce nie dochodzi. Jedyne czego w nim nienawidziła, to właśnie jego obojętność. Nawet, gdy byli razem, kiedy dzielili nie tylko wieczność ale i łoże, nie potrafił okazać jej tego, że jest dla niego ważna. Vasco oddała mu się cała, nic innego już nie miała, a on oczekiwał coraz więcej i więcej bez choćby słowa zapewnienia o swoich uczuciach. Aria nie śmiała dopytywać, czy ją kocha, czy widzi w niej jedynie maszynkę do zaspokajania swoich potrzeb. Jak długo mogła, tak długo godziła się z takim stanem rzeczy, ale w końcu coś w niej pękło i do wyjazdu skłoniła ją nie tylko natura podróżnika. Athan był dla niej dobry, ale nic poza tym i to ją w nim przerażało. Czasem miała wrażenie, że celowo odgradza się od tego wszystkiego i od niej, że ucieka gdzieś daleko we własne wspomnienia, a ją pozostawia w świecie realnym jedynie ze swoją ludzką powłoką. Chciała go całego, a on nie był w stanie się jej ofiarować.
  Poczuła uczucie zazdrości, kiedy mężczyzna zbliżył się do Marisy i z taką czułością zamknął ją w objęciach swoich ramion, zapewniając że będzie przy niej. A więc jednak potrafił? Aria była oburzona, narastała w niej wściekłość i jedyne czego teraz chciała, to opuścić to pomieszczenie i nie musieć patrzeć na tą scenę. Było jej piekielnie wstyd, ale nie potrafiła wyzbyć się tych uczuć, choć chciała tego najbardziej na świecie. Nie gniewała się wcale na przyjaciółkę tylko na wampira, który najwyraźniej bawił się nią, a gdy go nudziła, odstawiał na półkę, jak lalkę.
   Obserwowała Antonego z uwagą i badała każdy, nawet najmniejszy grymas na jego twarzy. Nie był zadowolony i z pewnością spodziewał się czegoś jeszcze, choć nie miała pojęcia na co mężczyzna mógł liczyć. Aria nie sądziła, że zostanie uwzględniona w testamencie, a jednak otrzymała wspaniałą posiadłość i konie, które nie były byle tam jakimi wierzchowcami, a najwyższej klasy czempionami szlachetnej krwi. Czego więc oczekiwał Antony? Musiała porozmawiać z kimś o nim, ale nie miała pojęcia z kim podzielić się swoimi wątpliwościami. Emmet był zbyt zajęty sprawami Ministerstwa, Marisa opłakiwała męża i Aria ani myślała zaprzątać jej teraz głowę swoimi domysłami, a Athan chwilowo był dla niej persona non grata.
   Kiedy Marisa skończyła czytać testament męża, dziewczyna podeszła do niej, by wesprzeć ją na duchu, a panowie niemal od razu się ulotnili pozostawiając kobiety sam na sam. Obawiali się zapewne kolejnego wybuchu rozpaczy ze strony kobiety.
  - Nie sądziłam, że jestem warta aż tyle - zaczęła cicho, siadając obok wdowy. Ta natychmiast odnalazła jej dłoń i lekko ścisnęła, tym razem to jej dodając otuchy. Była jej za to bardzo wdzięczna, ona również potrzebowała chwili wytchnienia i kontemplacji nad tym, co się stało. Nie była przecież ze stali i nią też targało wiele sprzecznych emocji. 
  - Znaczyłaś znacznie więcej, Ario. Elijah kochał cię jak swoją, przecież o tym wiesz. Nie mógł mieć dzieci za życia, a ty dałaś mu poczucie bycia prawdziwym ojcem, a nie Stwórcą. Kochanie kogoś bezwarunkowo, a czucie odpowiedzialności to dwa skrajne uczucia. On potrzebował tego pierwszego i to sprawiło, że jego wieczność była kompletna - szepnęła Marisa posyłając dziewczynie delikatny uśmiech, który sprawił że jej smutna twarz pojaśniała chwilowo.
  - Czy mogę mieć do ciebie prośbę? Ja nie mam do tego głowy, a chciałabym mieć już to za sobą - zaczęła kobieta, wstając z sofy i zbliżyła się do biurka. W jednej z szuflad odnalazła niewielki świstek i wręczyła go Arii. 153 Billy Nelson
  - To numer doku i mężczyzna, który odpowiedzialny jest za przesyłkę. Elijah zamówił wina i trzeba przetransportować je do naszej winnicy nim sczezną. Gustaw, opiekun winnicy, będzie na was czekał przy tylnej bramie. Nie chciałabym, aby ostatnie co zrobił mój mąż przed śmiercią poszło na zmarnowanie - Vasco kiwnęła głową zgadzając się na prośbę kobiety. Dobrze zrobi jej wypad do miasta. Nim jednak opuściła gabinet, zatrzymała się przy drzwiach i spojrzała na Marisę nieco zaskoczona, dopiero orientując się, że to zadanie jest dla dwóch osób. Wcześniej nie zwróciła uwagi, gdy kobieta wyrażała się w liczbie mnogiej.
  - Kto ma ze mną jechać?
  - Oczywiście, że Athanasius. Ja i Antony zajmiemy się przygotowaniami tutaj. Jest jeszcze wiele do zrobienia. Dlaczego tak się krzywisz? Jeśli coś was poróżniło, to będzie to idealny moment na rozwiązanie sporu - zauważyła. Aria miała wrażenie, że Marisa chce poskładać coś, czego elementy już dawno się pogubiły i robiła to wszelkimi możliwymi sposobami.
  - Aby rozwiązać spór, tak jak to zgrabnie ujęłaś, trzeba chcieć rozmawiać - zauważyła dziewczyna, posyłając jej zrezygnowane spojrzenie, modląc się by przyjaciółka jednak zmieniła zdanie.
  - Athan jest trudny w obsłudze, to prawda, ale ty potrafisz do niego dotrzeć. Masz swoje sposoby. Uśmiechniesz się i on o wszystkim zapomina - zaśmiała się, przysiadając za biurkiem. Wampirzyca uznała, że chciałaby pobyć teraz sama, więc postanowiła się oddalić. Pożegnała się z nią i wyszła na korytarz, nie myśląc nawet o dłuższej dyskusji na temat samotnego wypadu do miasta. Musiała być ponad to wszystko i udowodnić, że jest już na tyle dojrzała iż potrafi dogadać się z wampirem, choć ten działa jej na nerwy jak mało kto. Zamierzała od razu go odnaleźć i przekazać wspaniałe wieści, jakoby mieli spędzić ze sobą cały poranek. Nie musiała biegać po całej posiadłości, bo Athan stał przy schodach, najwyraźniej czekając na panią Cavendish.
  - Mamy jechać do miasta zamknąć ostatnią sprawę Elijaha. Prośba Marisy - odezwała się mechanicznie, unosząc kartkę na wysokość jego oczu. Głos miała oschły i zupełnie wyprany z emocji i ku własnemu zaskoczeniu, wcale nie było trudno traktować go w taki sposób.
  - Wyjaśnię ci wszystko w samochodzie, nie traćmy czasu. I nie, nie możesz się wycofać. Uwierz, próbowałam przekonać ją, że poradzę sobie z tym sama - rzuciła, widząc jak na twarzy mężczyzny maluje się zaskoczenie.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#21 28-11-2020 o 23h36

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 499

......................................................................................................https://i.imgur.com/4EhDzT0.png
     Układał sobie w głowie to, co powinien powiedzieć Marisie, gdy już wyjdzie z gabinetu. Wciąż był w ciężkim szoku po odczytaniu testamentu i o ile przekazanie mu drogocennych zapisków i bezcennego fletu dogłębnie go wzruszało, tak ostatnia prośba zupełnie zwaliła go z nóg. Był nią jednocześnie zaskoczony i niezaskoczony. Wszystko przez to, że Elijah niejednokrotnie wspominał mu, że w razie czego liczy na jego pomoc w opiece nad Marisą. Nawet gdyby ten zapisek nie znalazł się oficjalnie w testamencie, Athanasius sam z siebie zaglądałby do przyjaciółki najczęściej, jak to tylko możliwe, czując się za nią odpowiedzialny. A jednak Elijah postanowił to zapisać, dając tym samym do zrozumienia, jak bardzo było to dla niego ważne.
     Niespodziewanie poczuł, jak delikatny stres przebiega dreszczem po całym jego ciele. Miał nadzieję, że podoła, nie zawiedzie Marisy i zdoła zrealizować ostatnią prośbę swojego zmarłego przyjaciela. Ciążyła na nim ogromna odpowiedzialność, której w pewnym sensie nie przewidział. Wszak zamierzał jak najszybciej odnaleźć mordercę Elijaha — w oczywisty sposób nie wierząc w teorię o samobójstwie — a tak długi wyjazd kłócił się z opieką nad Marisą. Ten konflikt bardzo go niepokoił i będzie musiał zastanowić się nad najlepszym wyjściem.
     Odkaszlnął nagle, czując nieprzyjemny ścisk w okolicy żeber. Cały czas tkwiły tam cztery kule, które należało możliwie szybko usunąć. Jednak to musiało poczekać i to chociaż ze dwa dni — Athanasius nie śmiał zostawić Marisy w tak trudnym czasie tylko po to, by wyskoczyć na krótką operację. Kule go nie zabiją i chociaż będą mu mocno przeszkadzać, zwłaszcza przy oddychaniu i wykonywania gwałtownych ruchów, jakoś to przecierpi.
     Gdy otworzyły się drzwi gabinetu, Athan wyprostował się, czekając na wyjście Marisy. Jednak z pomieszczenia wyszła tylko Aria, ostrożnie zamykając za sobą wrota. Jak zwykle na jej widok, wampirem coś w środku szarpnęło: zupełnie jakby jego od dawna martwe serce nagle odżyło, wystraszone na widok tej, która wzbudzała w nim tyle intensywnych emocji. Jak zawsze zachował spokój, lecz to opanowanie sprawiało mu więcej wysiłku niż zwykle.
     Chciał zapytać o Marisę, lecz Aria go ubiegła, wyjaśniając, że muszą załatwić ostatnią sprawę Elijaha. Z tymi słowami zaświeciła mu przed oczami karteczką, na którym było zapisane dobrze znane mu nazwisko. Jego przyjaciel często współpracował z Nelsonem, więc Athanasius domyślał się, że chodziło o odbiór jakiegoś towaru, który przypłynął statkiem.
     Aria zaskoczyła go raz jeszcze, gdy zaczęła wypluwać z siebie słowa z prędkością karabinu. I choć ani myślał się wycofywać, Vasco natychmiast zastrzegła, że sama próbowała wybić Marisie ten pomysł z głowy. To jedno musiał jej przyznać: z tak prostym zadaniem Aria spokojnie by sobie poradziła w pojedynkę. Jednak Marisa pod tym jednym względem była bardzo podobna do swojego męża — nienawidziła sporów, a gdy jakikolwiek wyczuwała, natychmiast starała się go naprawić. Zresztą dzięki Elijahowi wiedziała, jak skomplikowane relacje łączyły Athana z Arią. Problem jednak leżał w tym, że Marisa nie była świadoma tego, co zaszło między nimi zeszłej nocy. A to komplikowało sprawy jeszcze bardziej.
     Tak czy inaczej, nie zdziwił się, że wdowa wysłała ich oboje na tę wyprawę. Zapewne zakładała, że gdy wrócą, znowu będą najlepszymi przyjaciółmi, choć sam nie widział na to większych szans.
     — Rozumiem — odparł spokojnie, nie rzekłszy ani jednego słowa więcej.
     Ani myślał kłócić się z Arią, która wyraźnie nie była w nastroju. Zapewne on sam się do tego przyczynił poprzedniej nocy, wzruszenie związane z testamentem też odgrywało w tym swoją rolę. Ale wydawało mu się, że istniało coś jeszcze. Martwiła go wizja jakiejś tajemnicy, która przysparzała jej kłopotu. Jeszcze bardziej martwił go fakt, że nie będzie umiał wydobyć z niej tajemnicy.
     Gdy wyszli w ciszy na zewnątrz, Athanasius automatycznie podszedł do swojego samochodu. Na szczęście Aria podążyła za nim, nie wszczynając kłótni o to, kto będzie prowadził. Nieco go to zaskoczyło i raz jeszcze zaniepokoiło — albo była na niego aż tak zła, co było zresztą bardzo prawdopodobne, albo aż tak zatonęła w swoich ponurych myślach. Żadna z opcji go nie pocieszała, ale nie śmiał się choćby odezwać.
     Do miejsca spotkania mieli około pół godziny i nie miał pojęcia, jak oboje przetrwają tę podróż, pogrążeni w niezręcznej ciszy. Męczeńsko westchnął w duchu, gdy zobaczył kątem oka, jak Aria zapięła pas, po czym smętnie oparła się łokciem o krawędź okna, wpatrując się ponuro w obraz za szybą. Jej cierpienie przeszywało go na wskroś, potęgując jego własny ból. Nagle uderzyła w niego myśl, że traktując ją jak niewiernego, rozczarowującego ucznia przysparzał jej zbyt wiele bólu. Wczoraj straciła kogoś, kogo kochała jak ojca, a on, zamiast wspierać ją w tej żałobie, na każdym kroku uzmysławiał jej, jak bardzo był nią rozczarowany.
     W pewnym sensie wczoraj utraciła dwie najbliższe jej osoby. Elijaha oraz właśnie jego.
     Niespodziewanie zapragnął ją przeprosić. Za to, jak ją traktował od pierwszego spotkania wczoraj. Za wszystkie krzywdzące słowa i gesty. Za chłód i obojętność, ale przede wszystkim za to, co wydarzyło się wczorajszej nocy. To on zawinił na każdym polu i to on winien prosić Arię o wybaczenie, choć wiedział, że takiego nie uzyska. Jednak to nie miało żadnego znaczenia. Wiedział bowiem, jak wiele dla niej znaczyłyby te przeprosiny. I choć w zasadzie nie zmieniłoby to nic, w pewnym sensie zmieniłoby wszytsko.
     Zaśmiał się ponuro w duchu, gdy zupełnie nagle przypomniał sobie pierwsze spotkanie Elijaha i Arii, kilka  kilka tygodni po jej przemienieniu. Cavendish wrócił po dłuższej wyprawie do Londynu, wobec czego dwaj przyjaciele postanowili się spotkać i nadrobić wszelkie zaległości. Przy okazji przedstawił mu swoją nową Stworzoną, w co Elijah wprost nie mógł uwierzyć. Z kolei Athanasius nie mógł uwierzyć w to, że kiedyś Aria była dla niego jedynie dzieckiem, które miał wychować na nowo, a potem wypuścić z gniazda bez choćby mrugnięcia okiem. Gdzieś z tyłu głowy zawsze miał poczucie, że być może gdy Aria już odejdzie, czasami za nią zatęskni. Lecz tylko czasami. Rzadko. I delikatnie.
     Ale nie aż tak…


     — Ładniutka — przyznał z zadowoleniem Elijah, wciąż wpatrując się w miejsce, w którym przed momentem zniknęła Aria. Jego przyjaciel, jak zawsze pogodny i roześmiany, spoglądał na Athana znacząco, uśmiechając się przy tym złośliwie.
     — W istocie — przyznał uprzejmie, wskazując ręką, aby ruszyli w stronę gabinetu. Zwykle to właśnie tam ze sobą rozmawiali, bez względu na to, czy była to wesoła popijawa, czy rozwiązywanie pilniejszych kwestii.
     Idąc w stronę pomieszczenia, Elijah cały czas łypał na przyjaciela, jak zawsze na własną rękę próbując go rozgryźć. Pod tym względem różnili się jak ogień i woda — Cavendish sprawiał wrażenie otwartej księgi i robił to całkowicie świadomie, wychodząc z założenia, że każdy zasługuje na pomoc i drugą szansę. Elijah uwielbiał wówczas wykorzystywać swoje dobra i wpływy, aby pomagać potrzebującym i traktował to wręcz jak rozrywkę. Tismaneanu z kolei był skłócony nawet — a może zwłaszcza — ze swoimi własnymi emocjami, dlatego, aby nie sprawiały mu żadnych kłopotów, pogrzebał je w sobie głęboko, nie rozstając się ze swoim ulubionym, przyszytym wręcz zobojętnieniem.
     Gdy weszli do ogromnego, owalnego pokoju, pierwszym, co rzucało się w oczy, były książki. Wysokie półki całe były zapełnione najróżniejszymi tomami, a gdzieniegdzie stały kolorowe skrzynie, w których zostały umieszczone drogocenne, nierzadko wręcz zabytkowe notatki. Wyjątkowo duże biurko wykonane z ciemnego drewna stało niemal na środku pomieszczenia; zachodzące słońce oświetlało je swymi pomarańczowymi promieniami wpadającymi przez olbrzymie, owalnie zakończone okno, które znajdowało się dokładnie naprzeciwko wejścia.
     Mimo to żaden z nich nie zasiadł przy biurku. Zamiast tego skierowali się na prawo, gdzie stały dwa fotele i niski stolik zastawiony ich ulubionym alkoholem. Radzi z spotkania po tak długiej rozłące, rozsiedli się wygodnie, sięgając po kieliszki.
     — Skąd ją wytrzasnąłeś? — spytał Elijah z wyraźnym zainteresowaniem.
     — Ze szpitala, a skąd — odparł tonem wskazującym na to, że to dość oczywista odpowiedź. — Umierała na gruźlicę.
     — To czemu jej po prostu nie wypiłeś? — dopytywał Cavendish, a sądząc po rosnącym złośliwym uśmieszku, to pytanie miało jakieś drugie dno. — Z tego co mi wiadomo, wielki Athanasuis Tismaneanu jest samowystarczalny! Przyjaciele, żona, dzieci — to ponad jego nieczułe jestestwo.
     Athan uśmiechnął się z rozbawieniem.
     — Ranisz mnie, przyjacielu. Sugerujesz, że jesteś mi niepotrzebny?
     — Sugeruję, że Aria jest ci niepotrzebna.
     Nie odpowiedział od razu. Potrząsając delikatnie kieliszkiem, spoglądał chwilę na whisky, zanim upił łyk.
     — To uroczy dzieciak — wyznał w końcu. — Wiesz — zaczął, mimowolnie się uśmiechając — co mi powiedziała tuż przed tym, jak ją zabrałem? Spytała, czy nie mam czasem jakiegoś życia w kieszeni, bo akurat umiera i by się jej jakieś przydało.
     Zaśmiał się cicho, co zaskoczyło nawet jego samego. A jednak jakimś cudem bardzo go rozczulała ta jedna mała scenka.
     — Od razu wtedy pomyślałem: otóż mam jedno w kieszeni. Natychmiast zdecydowałem, że ją przemienię. Ale była to decyzja dość lekkomyślna — wyznał po chwili przerwy — bo, tak jak zauważyłeś, to dziecko nie jest mi potrzebne do niczego. Wyszkolę ją, pomogę się odnaleźć w tej wampirze rzeczywistości, a potem odeślę, by sama sobie radziła. Przecież wiecznie ze mną siedzieć nie będzie.
     Elijah westchnął, kiwając z niedowierzaniem głową. I choć minę nadal miał rozbawioną, zabłysnęło w jego oczach coś na podobieństwo rozczarowania.
     — Chcesz ją tutaj traktować jak żołnierza, którego trzeba wyszkolić i wysłać w świat? — spytał, a Athan momentalnie wyczuł, że przyjacielowi się ta wizja bardzo mocno nie podobała. — Nie pomyślałeś ani przez chwilę, by spróbować ją poznać i potraktować jak kogoś bliskiego?
     Athan wywrócił oczami. Bardzo lubił w Elijahu to jego silne przywiązanie do rodziny, ale lubił to też narzucać innym. Jemu zwłaszcza.
     — Tego nie powiedziałem — mruknął, wzruszając obojętnie ramionami. — Nie odeślę jej przecież od razu. Nim się wszystkiego nauczy, minie wiele lat. Może przez ten czas rzeczywiście się zaprzyjaźnimy i…
     — CHRYSTE!
     Elijah opadł ciężko na oparcie, gwałtownie odchylając głowę do tyłu. Cała ta scenka miała okazywać, jak bardzo Cavendish nie dowierzał w te brednie, których właśnie musiał słuchać.
     — Zachowujesz się jakbyś miał trzynaście lat i nie bardzo rozumiał, na czym polega prawdziwa relacja damsko-męska — wyjaśnił, po chwili wybuchając głośnym śmiechem. I nim Athan otworzył usta, by złożyć wyjaśnienia, Elijah zaraz mu przerwał. — Nie wiem, co za tym stoi: to, że zawsze byłeś taki zgorzkniały i wycofany, czy to, że jesteś lekarzem i każdego traktujesz jak pacjenta. Na tę Arię patrzysz jak na dziecko. A to nie jest dziecko, Athanasiusie. To piękna, młoda, ponętna kobieta. To…
     — Zaraz, zaraz! — przerwał mu gniewnie Athan. — Jeśli sugerujesz, że przemieniłem ją tylko po to, by mi grzała łoże, to…
     — Skądże — odparł błyskawicznie Elijah. — Nigdy bym cię nie podejrzewał o tak niskie potrzeby. Ty zawsze byłeś ponad to, Athan. I w tym cały twój problem. Nie sugeruję ci, że zamieniłeś ją, bo dostrzegłeś w niej ewentualną kochankę. Sugeruję, że teraz, skoro razem mieszkacie,
mógłbyś tak na nią spojrzeć. Bo ja cię szczerze nie rozumiem, nie potrafiłbym i przede wszystkim nie chciałbym postawić się w twojej sytuacji. Nie rozumiem, jak to jest nie chcieć mieć nikogo bliskiego. Nie wyobrażam sobie żyć przez kolejne dziesiątki i setki lat, nie mając u boku Marisy. Tobie ta samotność przychodzi z największą łatwością; wygląda na to, że dobrowolnie ją wybierasz. Ale, do cholery, czemu? To bez sensu — wyznał bez ogródek. — Pierwszy raz od dawna nie jesteś sam. Masz przy sobie przepiękną kobietę. Wykorzystaj to tak, jak wykorzystać to powinien każdy mężczyzna. Kto wie, może ta Aria stanie się dla ciebie kimś więcej niż tylko żołnierzykiem do wyszkolenia.


     Za każdym razem to wspomnienie bolało tak samo. I za każdym razem Athan, wybudzony z tej podroży do przeszłości, myślał sobie, że chciałby znowu myśleć o Arii tak beznamiętnie. Chciałby, by nie była dla niego nikim ważnym. Chciałby, by jego chłodny dystans skierowany w jej stronę nie był usilnym, bolesnym udawaniem.
     Z trudem skupiał się na drodze, choć wiedział, że rozkojarzenie mogło ich drogo kosztować. I choć coraz poważniej myślał o przeprosinach, jasnym było, że nie zrobi tego w aucie — wyglądałoby to zbyt lekceważąco. Później, pomyślał ze stresem i ulgą jednocześnie. Później, jak to wszystko już się skończy.
     — Widziałem, że zapoznałaś się z Antonym. Lecz zdaje mi się, że wasza rozmowa nie przypadła ci do gustu.
     Nie mógł już dłużej znieść tej ciężkiej jak ołów ciszy. Wolał zaryzykować, choć miał świadomość, że Aria mogła go zignorować lub wręcz zaatakować.
     — Miałaś co do niego rację — kontynuował spokojnym tonem. — Gdy po odczytaniu testamentu zostałaś z Marisą, postanowiłem sobie z nim jeszcze raz porozmawiać. Zapewne zauważyłaś, że nasz nowy przyjaciel nie wyglądał na zachwyconego po odczytaniu ostatniej woli. Jak gdyby flota i dom mu nie odpowiadały. Z naszej późniejszej rozmowy wynikało, że nie jest świadom wartości tych statków. Kto normalny by się naburmuszył, że został właścicielem floty wartej dziesiątki milionów? Gdy mu to wyjaśniłem, oczy mu rozbłysły. To dzieciak łasy na cudze pieniądze. I właśnie dlatego coś mi tu nie pasuje. Czy Elijah tego nie dostrzegał? Dlaczego tak bardzo mu zaufał? Bo we mnie nie wzbudził ani grama ufności.
     Zdawał sobie sprawę, że ta mowa była zbyt swobodna jak na to, co razem niedawno przeszli. Sprawiało to nawet wrażenie, jak gdyby Athanasius nie przejmował się tym, jak bardzo ją niedawno skrzywdził. Pozory myliły, a on sam niemal trząsł się w środku na myśl o tym, jak bardzo się poróżnili — nie tylko na przestrzeni całego wieku, ale nawet w ciągu jednego, ostatniego dnia. Nie chciał tego, naprawdę tego nie chciał, lecz jednocześnie nie potrafił jej opowiedzieć o swoich uczuciach i emocjach.
     Nigdy nie potrafił tego zrobić.


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#22 29-11-2020 o 08h38

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 795

Aria Vasco

  Wiele uczuć na raz próbowało się z niej wydostać i choć było to bolesne, trzymała je mocno w ryzach. Trudno było jej skupić się na konkretnym celu, który wyznaczyła Marisa, bo myśli zaprzątało jej coś zgoła innego. Nie chciała zawieść przyjaciółki zwłaszcza w takiej chwili, ale jeśli miała być szczera, to była na nią nieco zła. Zawsze aż nadto interesowała się sprawami innych, była dobrą obserwatorką i wiedziała, kiedy kogoś coś gryzie. Chciała by wszystkie niesnaski były zażegnane od razu, by nie było czasu na gniew i rozpamiętywanie, jednak nie zawsze tak się dało. Niekiedy potrzebny był czas, który załagodzi nazbyt negatywne odczucia i pozwoli spojrzeć  na dany problem ze spokojem z innej perspektywy. Wiedziała, że nie ma złych intencji, ale sama chciała decydować, kiedy z kimś rozmawiać, a kiedy akurat nie ma na to ochoty. Relacje Arii i Athanasiusa były bardzo skomplikowane i prawdopodobnie sami nie wiedzieli, co z tym wszystkim zrobić. Czy próbować wyjaśniać cokolwiek, czy rozjechać się po pogrzebie i wrócić do swojego życia, bez siebie. Możliwe, że było to jedyne dobre wyjście.
   Nie zamierzała protestować, gdy wampir wybrał swój samochód i postanowił prowadzić. Jej auto stało dalej, więc upieranie się w tej kwestii było bezsensowne. Gdy ruszyli panowała między nimi grobowa cisza, która dosłownie ją dobijała, ale ani myślała się odezwać. Oparła się o okno i udawała, że podziwia widoki, które miała wyryte w pamięci niczym zdjęcia. Ileż to razy pokonywała tą trasę? Pamiętała doskonale, jak z Emmetem jeździli tędy konno, gdy ulica była jeszcze wybrukowana kamieniami, a w sąsiedztwie było zaledwie kilka małych domów. Chciała, by tamte czasy wróciły, by Elijah wrócił. Wszystko przy nim było łatwiejsze, nawet jej uczucia do Athanasiusa.
   Mężczyzna zaskoczył ją po raz pierwszy od dawna, bo zdecydował się zagaić rozmowę, zgrabnie omijając niewygodny temat. Odwróciła głowę, by móc na niego spojrzeć, ale zaraz tego pożałowała, bo poczuła, że chce go przeprosić, jednak nie miała pojęcia za co. Ot tak, po prostu, żeby już się nie kłócić i żeby było między nimi dobrze. Dopiero teraz zorientowała się, że ma ściśnięte brwi, a jej twarz zdradza wiele emocji. Rozluźniła się nieco i podjęła rozmowę o Antonym.
  - Znał zapis testamentu zanim Marisa go odczytała. Powiedział mi, co Elijah mi podarował i... - urwała, przypominając sobie, że Athan miał być dla niej persona non grata. Popatrzyła na niego zmieszana, wracając spojrzeniem do okna i szybko analizując wszystkie za i przeciw dotyczące zdradzenia mu całego przebiegu rozmowy.
  - Zjedź na pobocze, proszę - szepnęła, poprawiając się nieco na siedzeniu. Wiedziała, że nie będzie już odwrotu, jeśli powie wampirowi o zarzutach de Clarea i tym samym rozpęta wojnę. Nie potrafiła jednak puścić tego mimo uszu i udawać, że jego oskarżenia nie miały miejsca. Mężczyzna zrobił to, o co poprosiła Aria i zatrzymał samochód na poboczu, gdy miał taką możliwość.
  - Wydawał się miły, a później rzucił luźno, że mogłam mieć coś wspólnego ze śmiercią Elijaha i że nie interesują mnie okoliczności jego odejścia, bo nie czytałam raportów policyjnych. Traktował mnie z góry, wręcz protekcjonalnie - urwała, czując jak wzbiera w niej złość. Zacisnęła rękę na klamce i mocno ją ścisnęła, na moment skupiając właśnie na niej całą swoją uwagę. Prychnęła pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem. Nie mogła uwierzyć, że ta rozmowa z Antonym w ogóle miała miejsce.
  - Kundel! Skąd on w ogóle tu się wziął? Łasi się do Marisy, szlaja się po posiadłości, jakby wszystko należało do niego. Z nim jest coś nie tak, czuję to. I te oskarżenia! Jak mógł mówić takie rzeczy?! Nawet nie wiesz, jak się poczułam - wyrzuciła z siebie, odkrywając, że opowiedzenie o tym wszystkim było bardzo oczyszczające. Nie wyobrażała sobie nawet, co wampir musi czuć dusząc w sobie uczucia i nigdy nie pozwalając im wydostać się na światło dzienne. To musiało mu ciążyć każdego dnia.
   - Słyszałeś kiedyś o nim? Ja nigdy, a przegadałam z Elijahem wiele godzin przez ponad sto lat i ani k**** razu nie usłyszałam imienia Antony - wysyczała, odpinając pas i odrzucając go ze złością do tyłu. Ułożyła ręce na kolanach i zaczerpnęła głęboko powietrza, by uspokoić się trochę i doprowadzić do porządku, by móc trzeźwo myśleć podczas pobytu w dokach. Nigdy nie widziała Nelsona, bo Cavendish nigdy nie zaprzątał jej głowy swoimi sprawami i mało kiedy prosił o przysługę. Prowadzenie winnicy było dla niego swego rodzaju hobby, lubił wyszukiwać rzadkie trunki z całego świata. Wina dla wampirów były doprawione krwią różnych istot, nie tylko ludzi i to właśnie nadawało im unikatowości. Przyjaciel podarował jej kiedyś butelkę japońskiego z wyspy Hokkaido, które zawierało w sobie krew Satori, demona potrafiącego czytać w ludzkich sercach.
   - Przepraszam, ten wybuch był niepotrzebny - odezwała się po chwili ciszy, spoglądając na siedzącego obok Athana. Wzrok zaczął się jej zamazywać, gdy oczy zaszły łzami. Wyszła pospiesznie z auta, żeby mężczyzna nie widział jej łez, ale zapewne i tak to dostrzegł. Usłyszała, że i on opuścił samochód i podchodzi do niej.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#23 29-11-2020 o 19h55

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 499

......................................................................................................https://i.imgur.com/4EhDzT0.png
     Niepokoiła go przeciągająca się między nimi cisza. Niepokoiło go, że słyszał jedynie cichy szum prowadzonej maszyny, przerywanej od czasu do czasu jakimś klaksonem, krzyknięciem lub szczeknięciem psa. Niepokoiło go milczenie, jakie zawisło między nim i Arią. Bał się, że niepotrzebnie zaczął rozmowę, ponieważ kobieta ani myślała się do niego odzywać. Miała do tego prawo, dlatego — choć zaryzykował — zdawał sobie sprawę, że być może popełnił właśnie ogromny błąd.
     Nie byłoby to ostatnio nic nowego.
     Poczuł, jak coś ciężkiego opada mu z ramion, gdy usłyszał jej cichy, delikatny głos. Odetchnąwszy cicho, był jej naprawdę wdzięczny, że go nie zignorowała i postanowiła kontynuować rozmowę. Jednak szybko zapomniał o swojej uldze i rozmyślaniu o ich konflikcie, gdy usłyszał, o czym Aria rozmawiała z Antonym. Niemal natychmiast coś mu zazgrzytało.
     — Zaraz — przerwał dość ostro. Aria mogła to mylnie uznać za nerwy skierowane w jej stronę, jednak Athan był tak zaabsorbowany, że nie zwrócił na to uwagi. — Skąd on mógł wiedzieć, co zostało ci zapisane? Nawet ja tego nie wiedziałem — zaznaczył, dając tym samym znać, że znając swojego przyjaciela, mógł się wiele spodziewać.
     Mógł przewidzieć, że w testamencie Elijah nie zapisze mu żadnych włości, a jedynie bogate zbiory biblioteki. Mógł przewidzieć prośbę o opiekę nad Marisą. Ale nadal niczego nie był pewien, ponieważ Elijah nigdy nie mówił o swoim testamencie tak wprost. Żaden długowieczny wampir nie mówił tego wprost, mimo że każdy starszy krwiopijca miał przygotowaną swoją ostatnią wolę, którą co kilka lat aktualizował. Nie inaczej było w przypadku samego Athanasiusa, który swój własny testament miał dobrze ukryty. O jego istnieniu wiedział tylko Ishmael i tylko on był godzien go odczytać.
     Tym bardziej więc się dziwił, że Antony wiedział więcej. Był niemal pewien, że poznał treść ostatniej woli nielegalnie. Nie był w stanie uwierzyć, że Elijah dobrowolnie mu to wyznał.
     Zwłaszcza że z całą pewnością nie planował swojej śmierci.
     Jego wybuch przysłonił mu chwilowo zawahanie Arii. Kobieta wyraźnie nie była pewna, czy powinna powiedzieć więcej. Athan wstrzymał oddech; bał się, że swoimi nerwami ją odstraszył, dlatego odczuł ogromną ulgę, gdy znowu zaczęła mówić. Jednak prośba o zjazd na pobocze mocno go zaskoczyła. Nie zamierzając z tym dyskutować, przejechał jeszcze kilkadziesiąt metrów, szukając odpowiedniego miejsca na przystanek. Wjechał w jakąś poboczną uliczkę, na której ruch był znacznie mniejszy. Nie chcąc, by ich rozmowa dotarła do nieproszonych uszu, zatrzymał wóz na poboczu tuż przy wejściu do jakiegoś mniejszego parku. Z daleka widać było coraz częściej porastające dęby, świerki i sosny, a gdzieś po prawej wiła się wąska, wydeptana ścieżka okolona drewnianymi ławkami. Miejsce wydawało się idealnie wyciszone i odsunięte, jednak Aria nie szykowała się do wyjścia. Poruszywszy się niespokojnie, wyraźnie biła się z myślami, a Athanasius coraz bardziej obawiał się tego, co usłyszy.
     Usłyszał. I momentalnie poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy, a ciałem szarpie porywcza, oślepiająca złość. W pierwszej sekundzie miał ochotę natychmiast zawrócić i dorwać drania, który śmiał oskarżać Arię o podobne brednie. Z łatwością wyobraził sobie atak na Antony'ego, począwszy od słownych gróźb, przechodząc przez tortury i kończąc na jego powolnej, bardzo bolesnej śmierci. Nie dbałby o to, że sprawiłby tym ból Marisie. Nie dbałby o to, że wywołałby skandal na pogrzebie przyjaciela. Paląca nienawiść, która chwilowo zawładnęła jego umysłem, przysłaniała mu wszystko i wyodrębniała tylko jedno: zemstę i oczyszczenie dobrego imienia Arii. 
     Opanował się niemal w ostatniej chwili, jak gdyby nagle przypominając sobie o obecności swojej Stworzonej. Mimo to nadal czekał. Z trudem powstrzymał się od komentarza widząc, że Aria wciąż chciała coś powiedzieć, choć wyraźnie zbierała na to siły. Aż wreszcie i ona wybuchła, czemu Athanasius wcale się nie dziwił. Mimo to nerwy coraz silniej domagały się wydostania na zewnątrz, szarpiąc się uparcie w jego głowie.
     — Ja tylko urywkowo o nim słyszałem — mruknął, wpatrując się ponuro przed siebie. — Elijah kilka miesięcy temu wspominał coś o chłopaku, którego wziął pod swoje skrzydła. Wydawało mi się wtedy, że mówi o jakimś swoim nowym asystencie w Ministerstwie, bo zwykle właśnie tak ich określał. Ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej podejrzewam, że mogło chodzić o Antony’ego. Ale nie powiedział o nim nic więcej. To dziwne; gdyby kogoś stworzył, na pewno od razu by mi go przedstawił. Wiem, że to trudne — zaczął, zerkając na Arię przelotnie — ale będzie trzeba porozmawiać o nim z Marisą. Musi znać go bardzo dobrze i wyraźnie widać, że całkowicie mu ufa. I to też mnie martwi, choć być może to by czegoś w nim nie dostrzegamy. Czegoś, co tak ujęło Elijaha i Marisę.
     Zamyślił się na chwilę. Starał się być obiektywny, co nie zmieniało faktu, że on też nie umiał przekonać się do rudowłosego podopiecznego Elijaha.
     Nagle usłyszał, jak Aria gwałtownie odpina pas, prostując się w siedzeniu. Wyraźnie dawała po sobie znać, że była na skraju wytrzymałości. Poczucie winy uderzyło w niego z całej siły, na moment odbierając dech w piersiach. Drżąc delikatnie, kątem oka obserwował swoją towarzyszkę. Nie miał odwagi otwarcie na nią spojrzeć ani się odezwać w obawie, że ją spłoszy. Nie chciał ryzykować, że zdoła ją jakkolwiek urazić, zwłaszcza że wewnętrzny konflikt, jaki w nim narastał, męczył go coraz bardziej.
     Jeszcze wczoraj zrobiłby wszystko, by Aria zniknęła, wyjechała, odeszła i zostawiła go samego — tak jak to zrobiła dziesiątki lat temu, gdy widzieli się po raz ostatni. Surowy, zimny i opanowany, syczał na swoje wszystkie rwące się w jej stronę emocje, przywołując je do porządku. Swoją tęsknotę za nią, wzruszenie i ciągnącą go do niej troskę usilnie zagłuszał gniewem, rozczarowaniem i porażającym bólem, jaki odczuwał po jej odejściu. I właśnie fakt, że aż tak po niej cierpiał, drażnił, ale przede wszystkim dziwił go najbardziej.
     Późno zdał sobie sprawę z tego, kim stała się dla niego Aria. Zbyt późno.
     Dziś jednak ten obezwładniający gniew niespodziewanie postanowił ustąpić i złagodnieć. Stał się na tyle słaby, że z czasem przewyższyło go poczucie winy i bezsilności. Dziś chciał być przy niej. Chciał ją przeprosić, pocieszyć, uspokoić. Dziś chciał… jej. Problem polegał już tylko na tym, że tęsknił za nią jako swoją ulubioną, wytęsknioną córą. Wiedział, że oczekiwała od niego znacznie więcej. Czegoś, czego nie umiał jej dać.
     I być może nadal nie chciał. Nigdy nie był tego do końca pewien.
     Nic ostatnio nie szło po jego myśli, dlatego Aria znowu zupełnie go zaskoczyła i przestraszyła. Przepraszając za nagły wybuch, szykowała się do wyjścia z auta. Chciała ukryć napływające do oczu łzy, lecz Athan bez trudu je zauważył. Nie musiał widzieć samych łez; wystarczył mu jej wyraz twarzy i chaotyczne ruchy, które obrazowały, jak bardzo była wewnętrznie roztrzęsiona.
     Natychmiast wyszedł za nią. Obserwowanie, jak staje na chodniku, łapiąc się za ramiona, zupełnie go zmroziło. Bezbronna, przejęta rozpaczą po utraconym przyjacielu, fałszywych oskarżeniach i odrzuceniu, jakiego zaznała zeszłej nocy, coraz trudniej sobie z tym radziła. Gdy odwróciła od niego głowę, aby ukryć nagle spływające po policzkach łzy, Athanasius zadziałał instynktownie. I przede wszystkim wyjątkowo bezmyślnie.
     Czym prędzej do niej podszedł, ujął łagodnie za ramiona i ostrożnie do siebie przytulił. Bardzo delikatnie, niemal lękliwie ułożył czoło na czubku jej głowy, pozwalając, aby Aria wtuliła się w jego tors. Czuł, jak jej ciało się napina, gotowe do sprzeciwu i wyrwania się z tego niespodziewanego uścisku. Tego się właśnie obawiał i spodziewał, ponieważ tę sekundę po podjęciu decyzji zrozumiał, że popełnił błąd. Bynajmniej nie dlatego, że sam nie chciał tego zrobić. Chciał. Lecz wiedział, jak źle to zostanie przez nią odebrane, zwłaszcza po tym, co przeżyli zeszłej nocy.
     Poczuł, jak coś w nim pęka, gdy Aria po tych niespokojnych kilku sekundach delikatnie, choć dość stanowczo się od niego odsunęła. Zawstydzona, wyraźnie skołowana, spuściła głowę, nie mając odwagi na niego spojrzeć. Także Athanasius przez chwilę nie wiedział, co zrobić: zażenowany, przygniatany winą i bezradnością, zrobił krok w tył, tym samym podkreślając dystans, jaki ich dzielił. I to w każdym aspekcie.
     — Przepraszam… — wyznał cicho. Głos lekko mu drżał, lecz ani nie chciał, ani nie miał siły z tym walczyć. Odchylił głowę w bok, jak gdyby w poszukiwaniu słów, które mogłyby załagodzić panujące między nimi napięcie. — Nie powinienem…
     Raz jeszcze ich bliskość skończyła się potworną, uciążliwą, ciężką i jakże bolesną niezręcznością.
     — Nie powinienem robić wielu rzeczy, które sprawiły ci ból — mówił dalej, a głos drżał mu coraz bardziej. I choć wiedział, jak źle to wyglądało, wprost nie mógł w tym momencie na nią patrzeć, ciągle odwracając wzrok. Za bardzo się bał jej reakcji. — Zwłaszcza wczoraj — dokończył z wyraźnym trudem.
     Wahał się, czy powinien mówić dalej. Z jednej strony niedawno sobie to obiecał, lecz z drugiej był to raczej średni moment i okoliczności. Z jednej strony już poruszył ten temat, więc powinien go skończyć, a z drugiej panicznie się bał, że Aria tego nie zrozumie i ich relacje, zamiast się poprawić, tylko się pogorszą.
     Zmroziła go świadomość, jak bardzo bał się tej ostatniej opcji.
     — To, co wydarzyło się wczoraj, jest wyłącznie moją winą — wydusił łamliwym głosem. Nagle zalało go ponure i stresujące poczucie, że rozmawiając o oczywistościach marnował jedynie czas. — Przepraszam cię za to…
     Dopiero wtedy miał odwagę spojrzeć jej w oczy, choć bardzo się bał, co w nich dostrzeże. Chciał powiedzieć coś więcej. Chciał wyznać, że nigdy nie powinno dojść do tego, co stało się wczorajszego wieczora. Lecz, choć naprawdę tak sądził, wiedział, jak źle by to zabrzmiało. Chciał ją błagać o wybaczenie, ale w żaden sposób sobie na nie nie zasłużył, dlatego nawet tego od niej nie oczekiwał. Chciał przysiąc, że postara się być dla niej lepszy, lecz wątpił, by mu w to uwierzyła. Czuł, że powiedział za mało, że to nie wystarczało. Ale musiał poczekać na nią.
     — Ario… — zwrócił się do niej, czując nagły impuls. Otworzył usta, by jej wszystko wyjaśnić, by powiedzieć to, co próbowało wyrwać się z jego głowy. Lecz ten niespodziewany przypływ odwagi trwał zbyt krótko i po chwili znów czuł się jak skarcone dziecko, które nie wie, jak wyjaśnić rodzicom swoje niegodne zachowanie.
     Nie dokończył. Nie umiał, nie zdołał. Nie wiedział, co powinien jej powiedzieć, co chciała od niego usłyszeć. Nie wiedział, czy dobrze postąpił, w ogóle się odzywając. Bo że przytulenie jej było błędem, poczuł niemal natychmiast.
     Zaśmiał się kpiąco w duchu. Był wprost znakomity w rujnowaniu wszystkiego, na czym mu zależało.


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#24 30-11-2020 o 11h33

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 795

Aria Vasco

  Znieruchomiała, gdy poczuła, jak mężczyzna ją obejmuje i choć cudownie było znaleźć się w jego ramionach, to nie potrafiła przyjąć tego nagłego zrywu czułości. Był taki tylko wtedy, kiedy jemu to pasowało, kiedy chciał poczuć się lepiej i udowodnić sobie, że świat jednak go nie nienawidzi. Było to odpychające i zarazem uwłaczające, bo Aria odnosiła wtedy wrażenie, że jest dla wampira jedynie nagrodą pocieszenia, czymś w rodzaju "zapchaj dziury". Gdy już nic innego nie potrafiło poprawić mu nastroju, zwracał się do niej i oczekiwał, że będzie robiła wszystko, aby go zadowolić. Była piekielnie zazdrosna, bo Athan nigdy jednoznacznie nie określił, kim właściwie dla niego była. Córką, kochanką, ukochaną, czy zabawką na chwilę. Łączyła ich szczególna więź, znacznie silniejsza niż ta, która łączy Stwórcę i Stworzonego i czuli to praktycznie od początku ich wspólnej drogi. Potrafili rozmawiać ze sobą godzinami i nie było między nimi tematów tabu, ale bywało też tak, że Athanasius zamykał się w sobie i uciekał przed nią, chowając się w swoim gabinecie lub znikając z domu. Zawsze wtedy obwiniała siebie, karała się za to, że może była zbyt nachalna w stosunku do niego, może palnęła coś niestosownego i nie chciał jej widzieć. Był starszy i nie jedno już widział i zapewne miał nie jedną kobietę w ciągu setek lat wieczności, a ona nie miała najmniejszego prawa oczekiwać od niego deklaracji i dowodów miłości. Nie miała prawa, ale tego potrzebowała. Wracał i trzymał dystans. Wiedziała, że nosił w sobie jakiś ogromny ból, ale nigdy jej o nim nie opowiedział, co bardzo ją frustrowało i było tak aż do tej pory. Kiedy zapominał o tym, co go przytłaczało i skupiał się tylko na niej czuła najprawdziwsze szczęście. Śmiali się, wygłupiali, oglądali stare filmy i byli zupełnie jak inne, normalne pary. Mogło być między nimi lepiej, gdyby tylko mężczyzna chciał spróbować zaufać jej w pełni. Z jakimi to demonami walczył w pojedynkę i co było tą jego wielką tajemnicą, którą nosił w sercu?
  - Nie rób tego, proszę. Jestem już duża i potrafię brać odpowiedzialność za swoje czyny i jeśli chcesz kogokolwiek obwiniać za to, co się wczoraj stało, to uznajmy że wina leży po obu stronach - powiedziała zgodnie ze swoim sumieniem. Nie mogłaby obwinić o to tylko i wyłącznie jego, bo przecież sama wlazła do pokoju i to w kusym stroju. Tylko ślepiec przeszedłby obojętnie obok kobiety w seksownej bieliźnie, a Athanasius ślepy nie był. Jego wyostrzone zmysły dałyby mu znać, że Aria była w jego sypialni nawet jeśli wyszłaby od razu. Nie potrafiła sama odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego wtedy została, a nie grzecznie wróciła do siebie. Prowokowanie Athana i obserwowanie tego, jak jego ciało na nią reagowało zawsze ją niezwykle fascynowało i prawdopodobnie to właśnie zaważyło na jej decyzji. Chęć zaspokojenia swoich pragnień, poczucia go znowu na swoim stęsknionym ciele. Sposób w jaki na nią patrzył i w jaki jej dotykał, sprawiał że drżała pod nim za każdym razem, gdy się do siebie zbliżali. Chciała doświadczyć tego raz jeszcze, przypomnieć sobie całą tą gamę uczuć, która jej przy tym towarzyszyła.
  - Nie żałuję tego i nie uważam, że to nie powinno mieć miejsca. Nie staraj się wmawiać sobie tego, bo wiem, że mnie pragniesz tak samo mocno, jak ja pragnę ciebie. Nie wiem tylko dlaczego to odrzucasz. Aż tak bardzo mnie nienawidzisz i nie możesz mi wybaczyć, że odeszłam? Cóż, widocznie było to tobie na rękę, bo jakoś mnie nie powstrzymywałeś - westchnęła cicho, wzruszając lekko ramionami i spoglądając przy tym wprost w oczy mężczyzny. Nie było w tym spojrzeniu nienawiści, bo zawsze bardziej go kochała niż nienawidziła i każde jego zachowanie próbowała usprawiedliwiać, nawet kiedy zachowywał się jak ostatni dupek. Czy zdołał dostrzec to, z jakim utęsknieniem na niego patrzy? Marzyła, żeby teraz przyciągnął ją do siebie i pocałował, a pocałunek ten stałby się pieczęcią zamykającą pewien rozdział w ich życiu i pozwalającą zacząć wszystko od nowa. To jednak było zbyt proste rozwiązanie i Vasco wiedziała, że na tego typu sceny nie ma co liczyć. Musiała pogodzić się z faktem, że Athan jest trudny w obsłudze, jak to ujęła Marisa. Trudny i cholernie uparty. Tkwi niczym w matni w tych swoich starodawnych wartościach i przyzwyczajeniach, nie dopuszczając do siebie myśli, że można postępować inaczej i pozwolić sobie na odrobinę luksusu, jakim w jego przypadku było szczęście. Czy on w ogóle odczuwa coś takiego, czy jest uschniętym liściem który ostatkami sił trzyma się cienkiej gałązki, byle nie dać się porwać silniejszemu podmuchowi wiatru i nie odlecieć hen w nieznane. Nie wiedział przecież, co go tam czeka, a na miłość boską, tam czekał na niego cały piękny świat. I Aria. Aria też czekała.
   Przeczesując nerwowo włosy palcami odwróciła pospiesznie spojrzenie gdzieś w bok. Była spięta, ale wiedziała, że powinni przeprowadzić tą rozmowę i wytyczyć granice, by obojgu im łatwiej było znieść swoją obecność. Jeśli nie mogli być razem z jakiś bliżej nieokreślonych powodów, które były według Arii tylko i wyłącznie wymysłem Athana, musieli znaleźć jakąś nić porozumienia ze względu na ich wspólną przyjaciółkę, panią Cavendish.
   - Wyniosę się do hotelu zaraz po pogrzebie i nie będę wchodziła ci w drogę. Jeśli będę chciała odwiedzić Marisę uprzedzę o tym wcześniej żebyś nie musiał mnie oglądać - jeśli będzie to dla niego lepsze wyjście niż przebywanie z nią pod jednym dachem, to to zrobi. Nie chciała, aby czuł się przez nią nieswojo lub co gorsze, zmuszał się do uprzejmości względem niej. Cała sytuacja była trudna dla nich obu, ale odnosiła wrażenie, że gorzej z tym wszystkim radził sobie mężczyzna, wbrew pozorom nie był wcale taki silny i obojętny za jakiego powszechnie chciał uchodzić.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#25 30-11-2020 o 22h54

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 499

......................................................................................................https://i.imgur.com/4EhDzT0.png
     Cisza unosząca się między nimi była niczym trująca mgła, która nie tylko mąciła w głowach, ale osłabiała ciało i nerwy. W swej groźnej nachalności, wywoływała niemal halucynacje, przywołując w wyobraźni najstraszliwsze scenariusze. I sam Athanasius nie wiedział, czego bał się bardziej: tego, że Aria jednak się przełamie i przyjmie jego przeprosiny? Czy tego, że pozostanie twarda jak stal i nimi wzgardzi? Żadna z opcji go nie zadowalała, każda niosła za sobą jakieś lęki i w gruncie rzeczy żadnej nie chciałby przyjąć. Na tym polegał jego problem w relacjach ze swoją Stworzoną. Na tym, że tak naprawdę tych relacji nie znał. Nie potrafił odczuwać tak prosto, gładko i lekko, jak czyniła to Aria. Nie potrafił jednoznacznie określić, czy był szczęśliwy, czy kogoś kochał lub nie kochał. Od setek lat Athanasius był łowcą swoich uczuć i pragnień; każdą, która próbowała włamać się do jego głowy, natychmiast łapał i ukrywał głęboko w sobie, nie dopuszczając ich do światła dnia. Nauczył się tak żyć i było mu z tym dobrze.
     Tylko przy Arii musiał wkładać wyjątkowo dużo wysiłku. Przy niej bał się najbardziej.
     Bał się, że przez swoją nieuwagę może stać się szczęśliwy. A tylko ona mogła to uczynić.
     B a ł   s i ę.
     Dlatego czekał niecierpliwie, aż Aria jakkolwiek zareaguje. Nie miał pewności, czy przemilczy jego przemowę, czy jednak się odezwie. Nie wiedział, co byłoby gorsze, lecz gdy zaczęła mówić, momentalnie pożałował wszystkiego, co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilkunastu minut. Mimo to nie był zaskoczony, że podzieliła winę na ich dwoje. Zawsze była bardzo rozsądna i wyjątkowo nienawidziła niesprawiedliwości. Nawet gdyby miało ją to poniżyć, potrafiła oddać komuś rację, sama przyznając się do błędu. W pewnym sensie miała słuszność, że wina leżała także po jej stronie — Athan tuż po tym, jak wyrzucił ją z pokoju, wielokrotnie tak o tym myślał. Teraz jednak miał z goła inne odczucia i choć nie zgadzał się ze słowami Arii, nie zamierzał im wprost zaprzeczać.
     A jednak zaszokowała go tym, co powiedziała później. Swoimi słowami niespodziewanie wybudziła w nim od dawna jarzący się gniew, czego w pewnym sensie sam nie rozumiał. Był pewien, że skrucha i żal dostatecznie wygasiły w nim wszelką truciznę, która syciła go poprzedniego dnia. Mimo to wyjątkowo nie spodobał mu się fakt, że Aria nie żałowała tego, co wydarzyło się zeszłej nocy. Powinna.
     Powinna. Lecz jej emocje były bardzo proste. Dobitne. Jasne i wręcz otwarte. Udowadniała to, wytykając mu ukrywanie uczuć, jakimi ją darzył. Athanasius mimowolnie miał ochotę gorzko się roześmiać. Aria, mimo jej ogromnej inteligencji i kobiecego instynktu, nie miała pojęcia, co siedziało mu w głowie. Nie mogła wiedzieć, dlaczego aż tak bardzo się przed nią wzbraniał, bo on sam w pewnym sensie tego nie wiedział.
     „Nie staraj się wmawiać sobie tego, bo wiem, że mnie pragniesz tak samo mocno, jak ja pragnę ciebie”. Ach, gdyby to było takie proste, przemknęło mu przez myśl.
     Zmroziło go oskarżenie o nienawiść, jaką jej okazywał. Powinien się domyślać, że Aria właśnie tak to postrzegała, ponieważ sam nie zrobił zupełnie nic, by jakkolwiek zamazać to wrażenie. Mimo to zaskakująco mocno zabolał go ten zarzut. A jeszcze bardziej zabolało, gdy kobieta spojrzała mu głęboko w oczy. Zabolało, gdy uświadomił sobie, jak dobrze znał to spojrzenie. Nader często patrzyła na niego z pewną wręcz desperacką tęsknotą wraz odrobiną pękającej, coraz słabszej nadziei. Znał ten gest jeszcze z jakże odległych czasów, gdy mieszkali razem, a Aria była dla niego jedynie podopieczną, którą jeszcze wtedy sam zamierzał wysłać w świat. Już wtedy to dostrzegał, a jednak skrzętnie ignorował, tym samym podejmując decyzję wbrew jej woli i wytyczając pewną granicę, której wspólnie nie mogli przekroczyć. Lecz ona próbowała. Robiła, co mogła, by tę więzy przerwać, a ilekroć spoglądała na niego z tak palącym, rozpaczliwym uczuciem, Athan czuł, że wypracowane przez siebie samego ograniczenia słabły.
     Ale nawet to nie zdołało zburzyć muru, który stworzył serki lat temu. Muru, który był silniejszy, niż sam Athanasius. Muru, który odgrodził go od Arii i sam mężczyzna już dawno zwątpił, że cokolwiek na świecie jest w stanie go zburzyć.
     — Aż tak bardzo mnie nienawidzisz i nie możesz mi wybaczyć, że odeszłam? Cóż, widocznie było to tobie na rękę, bo jakoś mnie nie powstrzymywałeś.
     Wraz z chłodem wypowiedzianych przez Arię słów, dotarło do niego wspomnienie ich ostatniego wspólnego dnia. Pamiętał, jak napięcie między nimi narastało już od wielu tygodni. Pamiętał, że był zbyt arogancki, by się nim przejąć i nawet gdy Aria ostatecznie zadecydowała o wyjeździe, a niedługo potem ostatecznie trzasnęła za sobą drzwiami, Athanasius nie odczuwał straty. Aż trudno było mu uwierzyć, jak bardzo był wtedy głupi.
     — Nie powstrzymywałem cię — odezwał się bardzo cicho i powoli, wciąż się zastanawiając, czy oby na pewno powinien to mówić — bo byłem pewien, że wrócisz.
     Uśmiechnął się smutno, choć domyślał się, jak bardzo uderzy ją tymi słowami. Brzmiały zbyt zuchwale i nieodpowiedzialnie, lecz jednocześnie były dowodem na tę głupią, ślepą wiarę, którą miał wtedy w sobie Athan. Wiarę, że mimo wielu przeciwieństw, Aria była do niego tak samo przywiązana, jak on do niej. Sądził, że chwilowa rozłąka tylko umocni ich w tęsknocie za sobą, a jednocześnie zaleczy pewne rany, które sobie wyrządzili. Wierzył, że do niego wróci, gdy tylko zda sobie sprawę, że go potrzebuje.
     Nie potrzebowała. Teraz wydawało mu się to takie oczywiste, a jednocześnie piekące wstydem, bólem i zawodem.
     — Miałem nadzieję, że wrócisz — mówił coraz cichszym i słabszym głosem — więc czekałem. Długo trwało, nim pojąłem, że moja wiara była płonna. Wtedy zrozumiałem, że gdziekolwiek jesteś, musisz być szczęśliwa. To mi wystarczyło. I wystarcza nadal.
     Uraziła go tym, co powiedziała później, lecz nie miał zamiaru tego okazywać. W pewnym sensie uważał nawet, że jej wyjazd byłby dobrym pomysłem, choć być może zbędnym. On sam przecież wahał się nadal, czy powinien wyjechać od razu na poszukiwania mordercy Elijaha, czy jeszcze przez jakiś czas zaopiekować się Marisą. Nagle uznał, że idealnym pomysłem byłoby poproszenie Arii, by choć chwilowo została z przyjaciółką, podczas gdy Athanasius wyruszyłby na ogólne zwiady. Jednak biorąc pod uwagę ich maksymalnie napięte stosunki, wolał się nie wychylać tak bezczelną prośbą.
     — Nie ma takiej potrzeby — odparł chłodno. Niemal czuł, jak jego dusza na powrót obwarowana zostaje wysokim, szczelnym murem. Tak dobrze sobie znajome uczucie przyjął niemal z ulgą, mając ponure wrażenie, że wracał do swojej starej formy i jakże bliskiej sobie obojętności. — Zaraz po pogrzebie muszę wyjechać na dzień lub dwa. Nie warto sprawiać przykrości Marisie tylko ze względu na nasze prywatne sprawy. Ze względu na nią zapomnijmy o tym, co się wydarzyło. Skupmy się na Marisie i na tym, że nas potrzebuje. Gdy będziesz już gotowa — dodał, rzucając jej ostatnie spojrzenie — ruszymy w drogę. Do doków zostało nam mniej niż dziesięć minut drogi.

     Gdy dojechali na miejsce, od razu zaatakował ich intensywny zapach morza i ryb. Athanasius zmarszczył nos, wysoce niezadowolony z otoczenia, w którym się znalazł. Nigdy nie przepadał za morzem, zwłaszcza że gdy był małym chłopcem, o mało co nie utopił się w pobliskim stawie. Wszechobecne, drące się mewy tylko jeszcze bardziej psuły klimat, dlatego Athan miał nadzieję, że jak najszybciej rozwiąże kwestię towaru i będzie mógł wrócić, aby przygotować się psychicznie na zbliżający się pogrzeb.
     Brudny, śmierdzący port dookoła był zastawiony skrzyniami, beczkami, byle jak postawionymi łodziami i mniejszymi lub większymi blaszakami, które miały służyć za magazyny. Kilkaset metrów dalej rozładowywano jakiś wielki statek, czemu towarzyszyły wulgarne wrzaski pracowników, przeplatane przez skrzeczenie mew. Czując, że lada chwila rozboli go od tego jazgotu głowa, przyspieszył kroku, niemal automatycznie kierując się w stronę magazynu Nelsona. Znał go całkiem dobrze właśnie dzięki Elijahowi, który czasami prosił go o załatwienie mniejszych lub większych spraw, gdy akurat nie miał na to czasu. Dlatego gdy dotarli już do odpowiednie miejsce, Athan zmarszczył brwi widząc, że zarówno niewielkie drzwiczki upchnięte z boku, jak i główna brama prowadząca do magazynu są zamknięte. Mimo to Athan się nie zniechęcił; Billy był typem samotnika i lubił przesiadywać godzinami w tej metalowej puszce, majstrując przy swojej łodzi.
     — Billy — zwołał, łomocząc w bramę magazynu pięścią. — Tu Tismaneanu! Wyjdź, mamy sprawę.
     Nasłuchiwał, lecz nie słyszał wewnątrz żadnego dźwięku. Marszcząc brwi, rozejrzał się dookoła, ale poza rozładowującą statek ekipą, wokół nie kręcił się nikt, kto mógłby wiedzieć, gdzie wsiąkł Billy.
     — Jest tam na kartce jego numer? — spytał, zwracając się do Arii. Gdy pokiwała przecząco głową, wyjął swój telefon i wybrał numer Raya Marcusa. Ten przemytnik spod ciemnej gwiazdy był bardzo wygodny, gdy trzeba było kogoś znaleźć lub dostać czyiś numer telefonu, więc i tym razem zamierzał wykorzystać tę znajomość.
     Brakowało dwóch sygnałów do automatycznego rozłączenia, gdy Ray zechciał łaskawie odebrać.
     — Ray? Tu Tismaneanu — zaczął nieco władczym tonem. — Daj mi numer do Billy’ego Nelsona. Chyba że jakimś cudem wiesz, gdzie go dziś znaleźć.
     — Tismaneanu! — odezwał się Ray nieco piskliwym, przyćpanym głosem. — Współczuję straty. Słyszałem o Cavendishu. Serio się na drzewie powiesił? Nie podejrzewałbym go o to…
     Z trudem się powstrzymał, by nie cisnąć telefonem o betonową posadzkę. Tak samo dużą ochotę miał na nawrzeszczenie na Marcusa, a jeszcze większą na złożenie mu wizyty i wyjaśnienie, w jak złym tonie było tak swobodne rozmawianie o zmarłym przyjacielu.
     — Dzięki — wyszydzał z trudem, siląc się na łagodny ton. — Masz ten numer czy nie?
     — Mam, zaraz ci prześlę.
     Natychmiast się rozłączył, nie zawracając sobie głowy pożegnaniami. Gdy po chwili przyszedł sms z numerem, Athan od razu go wybrał. I choć sygnał pojawił się od razu, Billy nie był łaskaw odebrać.
     Coraz bardziej zirytowany, nie zwrócił uwagi na Arię, która zbliżyła się do magazynu, zaczynając czegoś nasłuchiwać. Dopiero gdy go dyskretnie zawołała, dając mu znak, żeby się nie rozłączał, pojął, co wampirzyca miała na myśli.
     W środku słychać było dzwoniący telefon.
     Spoglądając po sobie, obojga ich targnął silny niepokój. Dlaczego Billy nie odbierał? Nie zdarzało mu się zostawiać telefonu, który był niemal jego głównym narzędziem pracy. Athanasius nie chciał z góry zakładać, że stało się coś złego, lecz mimo to wolał się upewnić, że Billy jedynie z pośpiechu zgubił komórkę. Dlatego zbliżył się ostrożnie do małych drzwiczek, rozejrzał dookoła i gdy nabrał pewności, że obserwowała go tylko Aria, szarpnął mocniej za kłódkę. Gdy już ją wyrwał, bardzo ostrożnie uchylił drzwi, zaglądając do środka. Na pierwszy rzut oka nic się w magazynie nie zmieniło: ot, cały zapchany skrzyniami z towarem. Jedyne wolne miejsce zajmowała wielka, biała łódź, która była jednocześnie chlubą Billy’ego.
     Pachniało zbutwiałym drewnem, smarem i krwią.
     Zaalarmowany doskonale sobie znanym zapachem soli i rdzy, rozejrzał się bacznie po otoczeniu. Nigdzie nie widział czerwonych śladów, dlatego ostrożnie obszedł łódź, uważnie rozglądając się dookoła.
     Wtem aż dwie rzeczy naraz przykuły jego uwagę. Pierwszą była czarna, skórzana kurtka, którą ktoś rzucił na jedną ze skrzynek. Nie byłoby w niej nic dziwnego, gdyby nie fakt, że rozmiar były zdecydowanie za duży na dość drobnego Billy’ego. Drugim elementem był bardzo intensywny zapach krwi wydobywający się z jednej z beczek. Jej wieko było lekko przechylone, choć wszystkie okoliczne beczki były szczelnie zamknięte. Spodziewając się, co tam zastanie, Athanasius bardzo powoli podszedł do otwartej beczki, a gdy zajrzał do środka, aż zaparło mu dech.
     — Lepiej się nie zbliżaj — rzekł do Arii, wciąż wpatrując się w zawartość drewnianego pojemnika. — Ktoś postanowił pozbawić Billy’ego głowy.
     Zszokowany tym znaleziskiem, próbował zebrać myśli. Raz jeszcze przyglądając się ciału Nelsona, silnie się zaniepokoił.
     — Nie żyje od kilku godzin — mruknął ponuro. — Został zamordowany maks wczoraj w nocy.
     Odsunął się od beczki, próbując się skupić. Jego uwagę raz jeszcze przykuła czarna kurtka, by po chwili nagle spojrzeć w stronę drzwi. Kurtka z pewnością nie należała do Billy’ego, to raz. A dwa, że magazyn był zamknięty na kłódkę. Wobec tego, ktokolwiek go zamordował, musiał się tu dostać legalnym sposobem — miał klucz. Morderca wysilił się nawet na tyle, by zamknąć za sobą drzwi, jak gdyby upewniając się, że nikt nie znajdzie zwłok Nelsona. Ale dlaczego od razu nie pozbyli się ciała? Dlaczego zamiast tego zamknął hangar i nie zadbał o sprzątnięcie śladów, chociażby w postaci odzieży? Możliwe, że coś go stąd wypłoszyło, ale wtedy nie zamykałby magazynu na klucz. Więc skoro niczego się nie zląkł, to by oznaczało, że miał tu niedokończone sprawy. I zamierzał wrócić.
     Myśl o tym, że w każdej chwili mogli się natknąć na mordercę, obudziła w nim najczystszą panikę. Przerażony tą wizją, natychmiast odwrócił się w stronę swojej towarzyszki, patrząc na nią z bezbrzeżnym lękiem.
     — Ario — zaczął, patrząc na nią z największą powagą — uciekaj stąd. Już! Ktokolwiek zabił Nelsona, może niedługo tu wrócić, a nie chcemy chyba, żeby…
     Nie zdołał dokończyć, bo przerwało mu przeciągłe skrzypnięcie drzwi. Kierując wzrok w tamtą stronę, zobaczył, jak do środka wchodzi trzech mężczyzn. Dwóch zostało w tyle, w tym niewątpliwy właściciel pozostawionej kurtki, ważący co najmniej ze sto pięćdziesiąt kilo. Na przód wysunął się trzeci. Wysoki i absurdalnie chudy, odziany był w umazany smarem strój roboczy. Swoją długą, poplątaną blond brodę miał pobrudzoną jakąś zieloną farbą, a na głowie miał nałożoną płytką, czarną czapkę. Ten niechluj sprawiał wrażenie dowodzącego w tej ekipie, zwłaszcza że po chwili uśmiechnął się lubieżnie, odsłaniając swoje żółtawe zęby.
     — To się nazywa włamanie — odezwał się blondyn, z udawanym oburzeniem wskazując na wyrwaną przez Athana kłódkę. — Za takie najścia są paragrafy.
     Nierozbawiony tą przemową, Athanasius mimowolnie wyciągnął lewą rękę w stronę Arii, tym samym przyciągając ją bliżej siebie, aby w razie czego mógł mieć ją na oku. Nie wybaczyłby sobie, gdyby coś jej się stało, nawet mimo tego, że trzej mężczyźni, którzy tu weszli, niezaprzeczalnie byli ludźmi. To spostrzeżenie niemal rozbawiło Athana, który wiedział, że jeśli dojdzie do bitwy, powinien sobie z nimi łatwo poradzić.
     — Za morderstwo też zwykle ścigają — odparł wampir, bacznie ich obserwując.
     — Słyszałem — zakpił brodaty. — A teraz proszę, abyście państwo grzecznie opuścili hangar, a nic wam się nie stanie. Miłego dnia życzymy.
     — Zostań — syknął cicho w stronę Arii. — I ani drgnij!
     Mając nadzieję, że wampirzyca choć ten raz jeden w życiu zechce go posłuchać, Athanasius zrobił parę kroków do przodu, lekko przechylając głowę. Starał się ocenić, z którym z przeciwników zejdzie mu najwięcej czasu. Brodaty wyglądał na zuchwałego i choć sprawiał wrażenie chuderlaka, Athan podejrzewał, że był bardzo sprawny i szybki. O łysym, otyłym jegomościu stojącym na tyłach nie mógł tego powiedzieć, więc z nim powinno pójść najszybciej. Nie był pewien tylko trzeciego towarzysza: niskiego, ale barczystego bruneta, który wpatrywał się w Athana z istną dzikością w oczach.
     Niestety, jego dumne knowania szybko zostały przerwane, gdy całą trójką wyjęła zza pleców ostre, błyszczące maczety.
     — Ach, panowie, jak widzę, przygotowani — wysyczał Athanasius, odsłaniając kły. On też postanowił zabawić się w otwarte karty, w ramach fair-play.
     Wyjęcie zza pasa niewielkiego nożyka, którego całkiem niedawno użył do rozcinania gardła nocnego bandyty, było dla ludzkiego oka niedostrzegalne, dlatego gdy błyskawicznie cisnął nim w grubego, dwaj pozostali mężczyźni potrzebowali kilku kolejnych sekund, aby zrozumieć, co się tak właściwie stało. Grubas, ku rozdrażnieniu Athana, został trafiony tylko w ramię i choć zwalił się ciężko na ścianę magazynu, charcząc, jęcząc i rozpaczliwie łapiąc się za ranę, nadal był przytomny.
     Ale dobre i to, pomyślał, rzucając się na brodacza. Athan wykorzystał ustawienie bojowe blondyna, który lewą rękę miał wysuniętą asekuracyjnie do przodu, w lewej dzierżąc maczetę. Chwytając go za prawą rękę, szarpnął nią gwałtownie, przyciągnął do siebie, a następnie odwrócił zamaszystym ruchem, wyginając ją ostro do tyłu, za jego plecy. Brodaty wrzasnął rozdzierająco, ale niespodziewanie zdołał się wykręcić i wyrwać, wymachując wściekle maczetą. Kątem oka dostrzegł, jak Aria niczym dzika kocica rzuca się na barczystego bruneta i już miał na nią wrzasnąć, lecz jego uwagę odwrócił blondyn, który właśnie ostro zamachnął się bronią. Athan niemal w ostatnim momencie odskoczył w prawo, wpadając plecami na ścianę drewnianych skrzynek. Napastnik nie wyprowadził od razu ciosu, a zamiast tego ustawił się odpowiednio, nie dając Athanasiusowi szansy na ucieczkę. Dopiero po chwili zamachnął się maczetą, dzięki czemu wampir zdołał się wydostać z pułapki i zaatakować go z boku. Rzucając się na mężczyznę, przewalił go na ziemię, próbując wyrwać ostrze. To jednak zdołało mu umknąć, co wykorzystał brodacz, sięgając po nie i z trudem podnosząc, aby zdać cios. Udało mu się lekko zamachnąć, zahaczając o bark Athana. Ignorując palący ból i krew spływającą po lewej ręce, wampir szarpnął go mocno za kombinezon roboczym przygniótł do ziemi, czym prędzej odnalazł jego odsłoniętą szyję i natychmiast się w nią wgryzł. Chwilę później brodacz zaczął wiotczeć, a gdy już całkiem znieruchomiał, Athanasius odrzucił jego ciało na bok, pospiesznie rozglądając się dookoła. Nie był w stanie ocenić, jak radziła sobie Aria, zwłaszcza że spod ściany podniósł się grubas. Po trafieniu w niego nożykiem płonęła w nim żądza zemsty, dlatego z dzikim wrzaskiem naparł na Athana, na oślep machając maczetą. Wampir bez trudu go ominął, a gdy zobaczył, że obok boldyna leżała jego broń, uznał, że będzie w stanie ją dosięgnąć, zanim grubas zdoła wyprowadzić kolejny cios.
     Ta decyzja okazała się koszmarnym błędem, o którym Athan przekonał się już w momencie, w którym sięgnął po maczetę. Nie zdążył się wyprostować, gdy poczuł, jak ktoś nim szarpie i z ogromną siłą popycha wprost na twarde skrzynie. Upadając plecami na ostry kant, Athan jęknął z trudem, próbując złapać dech. Czując, jak coś w środku zaczyna go potwornie piec i uwierać w żebra, nie był w stanie nabrać powietrza. Dławiąc się i kaszląc, z największym trudem umknął na bok przed ciosem grubasa, ostatkami sił sięgając po maczetę. Wyciągając ją niemal na oślep przed siebie poczuł, jak ostrze znajduje opór, wtapiając się w ciało napastnika. Po chwili usłyszał, jak coś ciężko upadało kawałek dalej, lecz to już nie miało żadnego znaczenia. Koszmarny ból rozlewający się po jego placach i klatce piersiowej skutecznie przygniatał go do ziemi, lecz myśl o tym, że Aria nadal walczyła, kazała mu wstać. Dysząc ciężko, dźwignął się na nogi, lecz ta prosta czynność kosztowała go zdecydowanie zbyt dużo wysiłku. Pierś paliła jak szalona, rana na barku krwawiła coraz bardziej, a jemu powoli rozmywał się obraz przed oczami.
     Na końcu wydawało mu się, że upadł.
     A potem nie było już nic.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-11-2020 o 22h54)


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

Strony : 1 2