Forum

Strony : 1 2 3

#51 09-01-2021 o 13h29

Straż Obsydianu
Valeriane
Pokonała kurę
Valeriane
...
Wiadomości: 662

…………………………………………………………………………………………https://i.imgur.com/qGT6nw7.png

        Największym przerażeniem napawała ją myśl, że ona wciąż tutaj jest, że podąża jej tropem, drobnymi lecz nieustępliwymi krokami na wychudzonych nogach, boso w błocie tworzącym gęsto zaludnione uliczki. I że ją w końcu znajdzie, niezależnie od kierunku, który Callista obrała jako drogę ucieczki. Strach ten przepełniał całą przestrzeń jej myśli, wciskał się nachalnie w każdy zakamarek duszy, wypierając z niej całe logiczne rozumowanie, którym na co dzień się tak pyszniła, ale też wszystkie inne targające nią emocje i ludzkie odruchy. Ponownie.
        Minęło siedem lat, ale Callista wiedziała, że postawiona w podobnej sytuacji, znów zrobiłaby dokładnie to samo. Z siostrą. Z kimkolwiek innym, kto znalazłby się na jej miejscu.
        Powłócząc nogami i idąc w nieznanym jej, właściwie obojętnym kierunku, Callista pozwalała tej myśli zagnieździć się na samym dnie świadomości. Oswajała się z nią, choć ona zawsze tam gdzieś była, niewygodna, irytująco swędząca z tyłu głowy – tyle że teraz została brutalnie wydarta na powierzchnię wraz z trupem młodszej siostry. Jak to było w ogóle możliwe? Dlaczego ona się poruszała, jakby jej ciała nigdy nie opuścił duch; dlaczego jej oczy błyszczały, a krtań pozwalała na wypowiadanie słów raniących dotkliwiej, niż potrafiłby zranić najostrzejszy sztylet? Choć łudząco podobna do obrazu wyrytego w pamięci Callisty, spotkana przed chwilą dziewczynka miała też pewne znaczące różnice, zwłaszcza w mimice i paraliżującej świadomości, a te napawały kobietę wyłącznie większym niepokojem. Tamto dziecko nie wiedziało, co je czeka. To rozumiało doskonale najczarniejszą czeluść ludzkiej duszy. Mimo wszystko, znała jej imię; jej prawdziwe imię. Wiedziała o okrutnej zbrodni, o której pamięć powinna zgnić w płytkim, pospiesznie wykopanym grobie wraz z truchłem.
        Ale dziecko tu było. Niezaprzeczalnie, nieważne jak histerycznie starała się ten fakt zanegować rozsądnie myśląca część Callisty. Czy to oznaczało, że prawda wcale nie zaginęła – tego nie potrafiła i nie chciała określić. Ani też stwierdzić jednoznacznie, gdzie się właściwie znaleźli. Gdzie ona się znalazła.
        Umarła?
        To mogłoby tłumaczyć spotkanie z siostrą i nagłe zniknięcie wszystkich z kompanii. Ale dlaczego wciąż czuła ten paraliżujący, osiadający się niczym głaz na dnie żołądka strach? Dlaczego czuła przenikliwe pieczenie płuc od szaleńczego biegu i chłód na ramionach, z których zsunął się płaszcz?
        Wtedy Callista usłyszała czyjś krzyk przeszywający powietrze. Dłonie zaczęły jej drżeć w niekontrolowany sposób, kiedy z szeroko otwartymi oczami powoli odwracała się w kierunku jego źródła niczym zahipnotyzowana – nawet jeśli jedyne czego naprawdę pragnęła, to uciekać. Biec w nieskończoność. Tym razem jednak za jej plecami nie było siostry, wynaturzenia i wyrzutu sumienia plującego jej prosto w twarz; choć obraz, jaki tam zastała był niczym wyrwany z sennego koszmaru, z którego Callista uporczywie nie mogła się wyrwać.
        Chciała wrzasnąć, ale nie potrafiła. Stała tak więc i przez dłużące się w nieskończoność sekundy gapiła się bez ruchu na smukłą postać, na sylwetkę zdobioną makabrycznie pięknymi wzorami skrzepłej, brunatnoczerwonej krwi.
        Aż wreszcie dotarło do niej, że to Halse; bezwzględny, krzykliwy Halse, cały umazany w posoce, jakby właśnie urządził sobie krwawą łaźnię. A następnie, pod warstwą przerażenia i szoku, wykiełkowało w niej uczucie, którego nie spodziewała się nigdy w sobie odnaleźć na widok twarzy nowego męża; ulga. Choć, trzeba przyznać, nie miał szczególnie wybitnej konkurencji. Po spotkaniu siostry, której ciało od lat rozkładało się w grobie, Callista ucieszyłaby się na widok jakiejkolwiek, dosłownie każdej znajomej twarzy należącej do żywej osoby, której serce pompowało prawdziwą krew, płuca nabierały powietrze, krtań pozwalała mówić, a mięśnie były zdolne poruszać kończynami.
        Choć naprawdę wolałaby, żeby w tym momencie Halse milczał – tyle że najwyraźniej mężczyzna nie miał takiego zwyczaju. Słowa o duchu rozwiały te skrawki iluzorycznego poczucia bezpieczeństwa i zmusiły Callistę do nieco histerycznego rozglądnięcia się po otaczającym ich tłumie, przebiegnięcia wzrokiem po dziesiątkach obcych twarzy, tak jakby to mogło w czymś pomóc. Ledwie powstrzymała chęć spojrzenia na własne dłonie – bała się, że naprawdę będzie pokrywać je warstwa lepkiej, gęstej, niemal czarnej krwi.
        — Jesteś... — zaczęła i urwała, po czym pokręciła wolno głową na boki.— Jesteś cały... — spróbowała podobnie, ale gardło miała tak ściśnięte, że musiała się poddać. Poza tym, była do tego stopnia wytrącona z równowagi, że nawet nie pomyślała o tym, jak bardzo nienawidziła stwierdzania oczywistości; co właśnie chciała zrobić. Przecież Halse musiał być świadomy tego, że uwalony od stóp do głów w bogowie raczą wiedzieć czyjej krwi wygląda jak upiór.
        Na dźwięk słowa „krwią” wypowiedzianego przez mężczyznę, Callistą ponownie wstrząsnął nieprzyjemny, lodowaty dreszcz. Nie wytrzymała; zerknęła w dół na własne dłonie. Były czyste i gładkie. Zupełnie normalne.
        — Tak, faktycznie — mruknęła w odpowiedzi głosem noszącym ślady zrezygnowania, jednocześnie podnosząc wzrok. — Ta mąka to prawdziwy koszmar.
        Dopiero wtedy przyglądnęła się mu uważniej i nawet w tej kiepskiej kondycji psychicznej zdołała zarejestrować, że Halse zachowuje się cokolwiek dziwnie. Nie wyładowywał na niej frustracji ani nie winił za to, na co nie miała wpływu – czyli znalezienie się pośrodku czegoś, czego nie rozumiała. Wyjaśniał mętnie coś o wiedźmach i walutach zamiast wrzeszczeć o zaginionych przedmiotach w postaci żon, a później, choć jej rozkazał, zrobił to w tak łagodny sposób, że gdyby nie wcześniejsze przeżycia, Callista z pewnością byłaby w szoku.
        Zachowywał się tak, jakby chciał uspokoić, a potem oswoić dzikie zwierzę.
        Ta myśl, kiedy już kobieta wyciągnęła ją z odmętów zmęczonego umysłu, zabolała bardziej, niż Callista mogła się spodziewać. Bo kim ona była prawdziwiej niźli zwierzęciem odartym z wszelkich wyższych uczuć, dla którego liczyło się tylko przetrwanie niezależnie od ceny, jaką trzeba było za nie zapłacić?
        Poczuła, że robi jej się duszno i odsunęła tą myśl tak, jak można przestawić książki na półce, a następnie bez namysłu spełniła wcześniejsze żądanie. Podeszła więc, posłusznie jak bezwolny baranek na głos tego, do którego ziarno nienawiści już zostało zasiane w jej czarnym sercu. Przymknęła powieki na ułamek sekundy, a pod nimi pojawił się obraz blond loków i jasnej sukienki. Prawdy, której nie chciała przyjąć do świadomości.
        — Tylko jej. I może jeszcze krwi — odpowiedziała na wcześniejsze pytanie, kiedy już stanęła twarzą w twarz z mężem, jednocześnie siląc się na obojętność, którą miała szansę przekonać go o prawdziwości swoich słów. NIKT nie mógł się dowiedzieć o tym, kogo spotkała. Ani o sekrecie, który został utwierdzony w jej duszy nierozerwalnym łańcuchem. — W jednej sekundzie nagle wszyscy zniknęli. Co się stało z kompanią? I właściwie co to za dziwne miejsce, Halse?
        Uderzyła ją myśl, że po raz pierwszy odezwała się do niego po imieniu; a zrobiła to, zanim zdążyła ugryźć się w język i ubrać swoje słowa w całe te dworskie maniery, tytuły i zwroty. Miała nadzieję, że mężczyzna nie zwróci na to uwagi, a jeśli tak, to złoży to na karb jej szoku – w końcu musiała wyglądać potwornie, kiedy ją znalazł. Wciąż wyglądała. I wciąż się tak czuła.
        — Oczywiście, że niczego nie kupiłam. Nie mam przy sobie żadnych pieniędzy — wyjaśniła szybko, patrząc na niego krzywo, trochę jak na stukniętego. — Tyle tylko, że mój koń został przy jednym ze straganów. A ja — zawahała się na jedną, wyjątkowo zdradliwą sekundę — nie mogę tam wrócić — dokończyła i mocno zacisnęła wargi w ten sposób, że złączyły się niemal w jedną, prostą kreskę. Patrząc mu prosto w oczy z tylko sobie charakterystyczną pewnością, czekała na wybuch, wrzaski i całą litanię przekleństw.
        Strach przed ponownym przeżyciem tamtego koszmaru był większy, zdecydowanie większy od strachu przed Halsem.


_________. .__T O   L O V E   I S     T O   D E S T R O Y
https://78.media.tumblr.com/dbcc5471449ac9ed4ea835bcf39f5d2d/tumblr_p2m6tbY2zg1we2qvuo5_400.gif https://78.media.tumblr.com/b20a2c8bb697d76ff65f3857bf9c7314/tumblr_p2m6tbY2zg1we2qvuo6_400.gif
                                                                                                  T O   B E   L O V E D   I S   T O   B E   T H E   O N E   D E S T R O Y E D

Offline

#52 09-01-2021 o 23h50

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 531

___________________________________________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/790289343747063858/hasio.png

     Niewielka, zawieszona na cienkim rzemieniu kość kołysała się groźnie przy każdym kolejnym kroku staruszki. Powoli obracała się wokół własnej osi, prezentując kolejne drobne pęknięcia w swojej fakturze. I jednocześnie ten charakterystyczny, tak trudny do pomylenia z innymi kształt. Nawet mimo całej oblepiającej ją warstwy pierza i zaschłej posoki, tak otwarcie ukazujący, iż należała kiedyś nie do zwierza, lecz człowieka. Stanowiąc nieodłączną część jego ręki. Dłoni, która być może niegdyś chciwie sięgnęła po jeden z amuletów Wiedźmy. A z czasem sama się nim stała. Niczym najwspanialszy skarb przyciągając spojrzenie Hastena i zarazem na wzór najbardziej plugawych potworów, budząc w nim obrzydzenie i mrożący krew w żyłach strach.
     To właśnie on pchnął młodzika do groźnego zmrużenia oczu. Zmusił go do zaciśnięcia z całej siły wolnej dłoni na rękojeści kordu. I zaszczepił w jego głowie jedną myśl. Przeświadczenie, iż choćby miał za to zaprzedać własną duszę, nie może pozwolić tej Wiedźmie tknąć Kildas nawet i jednym palcem. Ani też zebrać z ziemi jakiegoś z jej jasnych włosów, gdyż tym niechybnie skazałby pannę na los znacznie gorszy od śmierci. A zarazem i wieczne katusze.
     Nie on jedyny zresztą zdawał się podzielać to zdanie. Choć bowiem nie spuszczając oczu z czarownicy, nie mógł przyjrzeć się minie przyjaciela, czy postawie, usłyszał jego groźne słowa. I dostrzegł też ten paskudny, niewieszczący niczego dobrego uśmiech, który w reakcji na nie wykrzywił twarz staruszki. Na moment przed tym, gdy jej dłoń zniknęła w jednej z kieszeni. I mgnienie nim połyskujący w świetle, zielonkawy proszek oblepił twarze, włosy i odzienie mężczyzn.
     Tylko fart pozwolił szatynowi w ostatniej chwili zamknąć oczy. Ocalił go przed kolejnymi godzinami, które spędziłby pozbawiony jednego z kluczowych zmysłów. Nie uchronił go jednak przed wciągnięciem tajemniczej substancji wraz z powietrzem do płuc. Tym samym zapewniając niebieskookiemu kilka pełnych bólu i dławiącego kaszlu minut, które ten spędził zgięty w pół. Oparty o bok Artusa i niezdolny do walki ani też podjęcia pościgu za tajemniczą Wiedźmą. Nie będąc w stanie nawet myśleć.
     Dopiero gdy minęły, a jemu udało się, choć trochę uspokoić oddech, wyprostował się. Rozejrzał pośpiesznie wokół, szukając i najmniejszego śladu staruszki, lecz ta zdawała się rozpłynąć w powietrzu niczym dym. Nie pozostawiając po sobie nawet odcisku stopy na ziemi, czy otrzepanej z dłoni grudki proszku. I kiedy tylko to pojął, tak, jak i znaczenie wykrzyczanego im w twarz przekleństwa, dopadł do Kildas.
     — Pani, nic ci nie jest? — zapytał, starając się, by jego głos nie drżał. Aby mina i oczy nie wyrażały strachu ściskającego mu serce, gdy uważnie przyglądając się jej, szukał, choć najmniejszego śladu zielonkawego pyłu na jej odzieniu i ciele. Mając szczerą nadzieję go tam nie znaleźć. Chcąc wierzyć, iż przychodzący mu dotąd z pomocą Kurnous zdecydował się dopomóc mu i wówczas. Zaklinając wiatr, tak jak, gdy nie dopuszczał, aby ten poniósł ze sobą podczas polowania jego zapach, przedwcześnie płosząc zdobycz. A tym samym nie dając w tamtej chwili osiąść przeklętemu pyłowi nawet na bucie jasnowłosej panny.
     — Nie, w porządku — odpowiedziała mu cicho, po pełnej napięcia chwili. — Czy… czy my umrzemy? — dodała, wyraźnie również spotkaniem z Wiedźmą zaniepokojona. A on z trudem zdusił w sobie potrzebę złapania jej drobnej dłoni w mającym dodać otuchy geście. Nie miał wszak do niego prawa. Zwłaszcza nie samemu będąc skąpanym w przekleństwie.
     Miast tego więc jedynie upewnił się po raz ostatni, że tajemniczy proszek nie sięgnął Kildas. I odetchnąwszy z ulgą, podziękował szybko Kurnousowi. Będąc gotowym, gdy nadejdzie stosowna pora i przez całą noc sławić jego imię. A potem, przyłożywszy do piersi swą dłoń na znak przysięgi, uśmiechnął się pocieszająco.
     — Nie pani. Nie dopuścimy do tego, by śmierć cię tu dziś spotkała. Ochronimy cię i bezpiecznie zwrócimy w twego męża ramiona — obiecał, po czym odwrócił się, opuszczając rękę. — Proszę, nie przejmuj się tym, co zaszło. To tylko czcze słowa, niezdolne nam zrobić jakiejkolwiek krzywdy.
     Jednak, choć wypowiadając te zdania, starał się brzmieć pewnie i przekonująco, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że zwyczajnie skłamał. I to nieznośne uczucie, przyczajone gdzieś na skraju jego świadomości, niczym drapieżnik zasadzający się na swą ofiarę, nie dawało mu spokoju jeszcze przez dłuższą chwilę. Przez cały czas, w który pospiesznymi ruchami starał się otrzepać z zielonkawego pyłu swe odzienie i zetrzeć go z twarzy. Dając się ujarzmić, dopiero gdy ślad po przekleństwie zniknął z jego oczu.
     Wtenczas też, pozwalając sobie uwierzyć, iż gdy tylko opuszczą targ, wszystko będzie dobrze, Hasten znów skupił swe myśli na o wiele ważniejszej kwestii. Na poszukiwaniu żon, które wraz z ciemnowłosym wznowili, a których brak jakiegokolwiek śladu (i to mimo wsparcia Kurnousa!), zaczynał powoli budzić w nim spore obawy. Pełne najczarniejszych scenariuszy myśli, które starał się zagłuszyć czczą nadzieją. Wiarą, iż może zwyczajnie nie mają już kogo szukać, gdyż inni Jeźdźcy odnaleźli pozostałe zagubione damy. I bezpiecznie wyprowadzili je za granice Wiedźmiego Targu.
     Niestety niedane mu było zbyt długo łudzić się w ten sposób. Gdy tylko bowiem zacisnął mocniej dłoń na cuglach Artusa i oderwał spojrzenie od kolejnego, pozbawionego wskazówek kramu, dostrzegł tę, która z Hyronem los swój związała. Już nawet nie wskazaną mu, co wręcz skierowaną ku niemu przez Rogatego Pana. Widział to, po jej pewnym kroku i spojrzeniu poznał, iż w nim i Hellionie Jeźdźców rozpoznała. I choć był wdzięczny niezmiernie Kurnousowi za tę pomoc, widok znajomej, ognistej czupryny, ciemnego płaszcza i zielonych tęczówek, znów napełnił jego serce obawą. Strachem o resztę niewinnych dusz, które winien chronić, a które Wiedźmy bezwstydnie zwieść chciały. Przede wszystkim jednak niepokojem o tę, którą zwać swą, poznać lepiej, a w tamtej chwili i przed losem złym ocalić, pragnął.
     Lęk ten spotęgowało tylko poczucie winy. Tak łatwo, z pomocą słów Airanny i zarazem jej oskarżycielskiego spojrzenia, zmuszające go do pochylenia głowy w wyrazie skruchy. I choć próbował robić dobrą minę do złej gry, przekonując siebie, że przecież nie jego jednego zwiodła wiedźmia magia i iż nic praktycznie ze swej pozycji w szyku nie widział, na niewiele się to zdawało. Był wszak zwiadowcą. A sprawdzenie drogi, czy wręcz i wytyczenie bezpiecznej trasy było JEGO zadaniem.
     — Wybacz mi pani Airanno, że cię rozczarowałem. Wzrok mój dziś mnie zawiódł, za co przeprosiny szczere u twych stóp składam — oznajmił, bijąc się w pierś dla podkreślenia, iż żal jego za winy, jak i prośba o wybaczenie nie są jedynie wierutnym kłamstwem, lecz szczerym wyrazem odczuwanej skruchy.
     Tuż po tym zamilkł, dając swemu przyjacielowi szansę, zaproponować niewieście przyłączenie się do ich grona. Wyjaśnić, iż wspólnie mają największą szansę nie pogubić się w jarmarcznym chaosie i opuścić targ, miast błądzić wśród kramów już po wsze czasy. Samemu korzystając w tamtej chwili z okazji, by wziąć głęboki oddech. I znów tego dnia przyznając w myślach, że przeszłości nie zmieni, zdusić w sobie wyrzuty sumienia. Mącące umysł, tłumiące zmysły i rozlewające się po jego żołądku niczym gęsta ropa. Nie był to wszak czas ni miejsce odpowiednie na obwinianie się. Zwłaszcza nie, gdy wszystko miało jeszcze szansę skończyć się dobrze.
     Ta myśl, jakże słodka i naiwna, lecz jednocześnie tak bardzo napełniająca serce otuchą, zagościła w głowie Hastena, gdy tylko cicho westchnąwszy, przyjrzał się dokładnie Airannie. Nie dostrzegając na jej licu, czy dłoniach ran żadnych, na odzieniu zaś ozdób nowych. Świecidełek ni kryształów tak misternie zdobnych, by do asortymentu okolicznych kramów pasować. A to kazało mu wierzyć, iż może zgodnie ze słowami Helliona, panna, choć pozornie krucha, umysł miała ostrzejszy niż klinga niejednego miecza. Twardszy od litej skały i niedający się złamać ni zwieść na pokuszenie cichym szeptom i iluzjom. I kierując się intuicją, dokładnie tak, jak tego ranka, gdy po płaszcz samego dowódcy sięgnęła, dokonując najlepszego z wyborów – nie biorąc od Wiedźm zupełnie nic.
     W wierze tej utwierdzała go trudna do przeoczenia zmiana w ubiorze ognistowłosej. Wskazująca jednak nie na jej chciwość czy rozrzutność, lecz zaradność. I choć w pierwszej chwili, widząc miast ciągnącej się do ziemi sukni, zauważył wystające spod płaszcza spodnie i wysokie buty, zdziwił się, w następnej pochylił czoła przed pomysłowością Airanny. Choć bowiem i w Arvonie od dawien dawna piękna i pobudzająca wyobraźnię szata była stosownym dla dam odzieniem, na Pustkowiach mogła okazać się jedynie utrudnieniem. Czepiając się o okoliczne krzewy, nasiąkając od śniegu wilgocią, przede wszystkim jednak ciągnąć się i hacząc w czasie konnej jazdy. A tej miało ich przecie czekać jeszcze sporo.
     — Racz posłuchać druha mego pani. Twój strój na twą mądrość, zaradność i znajomość trudów podróży wskazuje, wiesz więc pani, iż wspólnie szybciej miejsce to złe opuścimy — rzekł, otwarcie popierając propozycję Helliona, gdy tylko ten umilkł. I z szacunkiem, nawet nie dla od dnia tego zajmowanej przez kobietę pozycji, lecz samej damy, skłonił swą głowę.
     Ledwie zdążył ją podnieść, prostując się i znów uważnie się rozglądając, tłumowi przyglądając się w poszukiwaniu granatowych lub szkarłatnych barw, a do jego uszu kolejne słowa przyjaciela dotarły. Tak pełne obaw i tak szczerze, że nie mógł nie pociągnąć za lejce Artusa. Zmuszając wierzchowca do kilku kroków, tak by móc zbliżyć się do przyjaciela i w geście wsparcia położyć mu dłoń na ramieniu.
     I choć chciał uraczyć go i ciepłym słowem. Tlącą się w jego sercu nadzieją na powodzenie i wiarą w otrzymywane od Kurnousa wsparcie. A także przyznać mu po raz kolejny rację i rychło wznowić poszukiwania żon, nie zdążył. Nim bowiem, choćby otworzył swe usta, usłyszał głos tej, której najbardziej wśród jarmarcznych straganów poszukiwał. Słodki dźwięk, który niczym najpotężniejszy czar zmusił jego serce do mocniejszego zabicia.
     Odnalazł ją wzrokiem niemal natychmiast. Stała tak blisko, ledwie kilka kroków od niego, a on, choć zapragnął ją objąć. Wykrzykując dzięki do Rogatego Pana, zamknąć w swych ramionach i dla bezpieczeństwa nie wypuścić aż nie opuszczą tego przeklętego miejsca, nie ruszył się nawet o krok. Nie odpowiedział jej słowem, nie zaprosił gestem by sama podeszła bliżej. Jedynie zmarł, nie śmiąc choćby i wziąć głębszego oddechu. Bo oto Lilith, ta piękna lilia, która z taką odwagą sama przywdziała jego płaszcz i podeszła do niego w czasie weselnej uczty, w tamtej chwili była przeraźliwie blada. I nie chciała nawet na niego spojrzeć.
     To zaalarmowało go skuteczniej niż głośny krzyk. Szybciej niż lodowata woda ostudziło jego zapał, otrzeźwiając mu umysł i zmuszając go, by lepiej się swej żonie przyjrzał. Wytężając swój wzrok i wszystkie zmysły, spróbował przejrzeć, czy aby ta piękność mu obiecana, nie jest jeno iluzją. Zwykłą mającą go zwieść na pokuszenie sztuczką jednej z Wiedźm. A gdy nie znalazł nic, co mogłoby na to wskazywać, do przeanalizowania krok po kroku jej wyglądu. W poszukiwaniu tego, co mogłoby być źródłem tej nienaturalnej bladości. I – jak mu się zdawało – kryjącego się we wciąż zaskakująco czerwonych tęczówkach strachu.
     Chciał bowiem wierzyć, iż to nie on sam swą małżonkę tak bardzo przeraża. Nie jego lico jej wstręt budzi, nie on w jej odczuciu jest jej wrogiem. Ze wszystkich sił starał się myśl tę wyprzeć ze swojej głowy. Jednak im dłużej się jej przyglądał, im głębiej wciągał powietrze, starając się wyczuć jej zapach, tym bardziej słabnął jego opór. A gdy wzrok szatyna padł w końcu na zdobiącą płaszcz niewiasty broszę o bursztynowym oku, poczuł się tak, jakby na moment stanęło mu serce.
     Jasnym bowiem było dla niego pochodzenie błyskotki. Tak oczywistym zapłacona cena. Nie wszak pieniędzmi na Wiedźmim Targu handlowano, lecz walutą o wiele cenniejszą. I cokolwiek za tą broszę Lilith oddała, Hasten był pewien, iż nie była świadoma, ile przyjdzie jej za przedmiot zapłacić, nim zdecydowała się targ zaakceptować. A jej pozostało jeno nienawidzić swego męża za to, że jej ochronić nie zdołał.
     Uświadomiwszy to sobie, chciał zawyć głośno, niczym ranne zwierzę. Złapać za swój łuk i wyruszyć na polowanie, by móc dopaść czarownicę, która jego żonę tknąć śmiała. I zmusić ją, jeśli nie dobrocią lub umową to i siłą, aby własność Lilith oddała. Albo też zedrzeć z płaszcza tę straszliwą błyskotkę. Roztrzaskać klingą korda w drobny mak i zwiedzić każdy z kramów w poszukiwaniu ziół. Dzięgielu, bazylii, kopru i rozmarynu, tak by z pomocą magii Jeźdźców móc przemienić je w ochronny amulet. Zdolny ochronić pannę przed ciemnością.
     Jednak magia Zwierzołaków miała niewiele wspólnego z ziołami. Rzucony w ten sposób czar nie przyniósłby, więc oczekiwanego efektu. Roztrzaskanie broszy nic, by nie zmieniło, a być może i uczyniłoby ubity targ nieodwracalnym. Poszukiwania czarownicy zaś mogły spełznąć na niczym. Ta z Wiedźm, która wśród jarmarcznych straganów nie chciałaby bowiem dać się odnaleźć, mogłaby zwodzić jego zmysły w nieskończoność. A on w miejscu tak przesyconym magią, nie miałby jak temu zapobiec.
     Zresztą kim by był, gdyby dla zemsty swą żonę zostawił? Wzgardził darem Rogatego Pana, który cudem wyrwał ją z wiedźmich łap i mu ją zwrócił? I czy sam nie twierdził, iż los nie przypadkiem czasem wielkie próby ludziom wyznacza, po ciernistych ścieżkach ich prowadząc, by na koniec ogromem łask obdarować? Czyż nie udowodnił mu tego, darując mu nie wcześniej, lecz dopiero na wygnaniu brata?
     Te pytania, kolejno pojawiające się w jego myślach, powoli pomogły mu się uspokoić. Ochłodzić buzującą mu w żyłach krew i dostrzec, iż od dłuższej chwili zaciska na wodzach Artusa swą dłoń tak mocno, iż cienki materiał zaczął się aż wrzynać w jego skórę. A także zdać sobie sprawę, iż milcząc tak i gardząc darem boga, wybiegając w przyszłość, zamiast skupić się na teraźniejszości, jedynie traci cenny czas. Kolejne minuty, które mógłby spędzić ze swą żoną, jego darem przeznaczenia, a których, po dokonanej przez nią wymianie, nie mógł być już pewien, ile im jeszcze na wspólnie chwile pozostało. I jeszcze cenniejsze sekundy, które Hellion mógłby poświęcić na poszukiwania swej małżonki oraz innych panien. Chroniąc je tym samym przed losem, przed którym szatynowi nie udało się ocalić Lilith.
     Skarciwszy się więc w myślach, wziął głęboki oddech. A potem, puściwszy wodze, obiecał sobie nie mitrężyć dłużej. Już ani jednej sekundy. I nie czekając na przyzwolenie, czy jakąkolwiek reakcję, poszedł szybko do swej żony. Obejmując ramionami jej drobne ciało i zamykając je w ciepłym, pełnym kotłujących się w nim uczuć uścisku.
     — Moja pani przepraszam, że cię zawiodłem — załkał, na jeden moment przymykając oczy. — Po dwakroć, nie trzykroć, twe zaufanie straciłem. I naraziłem cię na tak wielkie ryzyko, że nie śmiem prosić cię pani nawet o wybaczenie. Lecz jeno do twych stóp pani się korzę.
     To dodawszy, już miał uklęknąć. Już na ziemię osunąć się powoli i nie podnieść dopóty, dopóki zgody Lilith nie uzyska, lecz wtem, otworzywszy oczy, dostrzegł za plecami małżonki w czerwony płaszcz postać odzianą.
     Mignęła mu w tłumie, twarzy swej nie okazując. Nawet koloru włosów nie zdradzając, lecz tak bardzo od reszty klientów się odznaczając, iż nie mógł tego zignorować. Ani też jako dar od losu lub Kurnousa za trafny wybór nie potraktować.
     Miast więc upaść na kolana i się ukorzyć, Hasten wyprostował się niczym struna. Wypuścił swą żonę z uścisku i bezceremonialnie, nie zważając na wszelkie obyczaje, dłonią i palcem kierunek wskazał.
     — Hellionie tam! Szkarłatny płaszcz! — wykrzyknął tylko jeszcze, nie ważąc się nawet odwrócić w stronę przyjaciela. Miast tego mrużąc oczy i raz jeszcze starając się dojrzeć wśród tłumu ciał to jedno, skryte przez materiał przypominający swą barwą świeżą krew.
.

Ostatnio zmieniony przez Sofja (10-01-2021 o 01h06)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#53 10-01-2021 o 16h22

Straż Obsydianu
Doc
Akolita Jednorożców
Doc
...
Wiadomości: 275

Ognisko trzaskało coraz żwawiej, im bardziej zagęszczało się otoczenie. Zwierzołacy pojawiali się znikąd, z tłumu wyławiając swoje panny, towarzyszki swych przyjaciół czy obce im kobiety, a jednak doskonale przez nich zapamiętane; zaledwie tylko kilku nie udało się jak dotąd odnaleźć. Obserwując kobiety, nie widziałem i nie wyczuwałem nic niepokojącego, chociaż - kto wie? - Wiedźmy mogły oszukiwać mnie nawet i tutaj.
     Ich magia była podstępna i bardzo subtelna; myliły szlaki, znaki, głosy i twarze. Bliźniaczo podobne, a jednak zupełnie inne - cena też była zaś podwójna. Potrafiły tak zmylić ofiarę, że ta uznawała targ - żwawy, gwarny, tłoczny - na środku Pustkowia za coś normalnego. Zmysły zostawały uśpione, wątpliwości stłumione - ofiary bez trudu potrafiły znaleźć odpowiednie wytłumaczenie, zaś czarownice odpowiadały na ich nieme wołanie, zew duszy. Bo każdy, kto przybył do kompanii Zwierzołaków, niewątpliwie czegoś szukał - mało było tu osób, które w swoim życiu znalazły wszystko i odpowiedziały sobie na swoje pytania.
     A czyż wędrówka w świecie pomiędzy żywymi a umarłymi, w miejscu, gdzie czas rozciąga się, lawiruje, skręca w najmniej oczekiwanych momentach, nie jest odpowiednim miejscem, by poznać samego siebie i swój pogląd na rzeczywistość? Łatwo jest być odważnym, gdy za skałą nie czai się groźne zwierzę; łatwo być hojnym, samemu wszystko mając; łatwo być uważnym, gdy zna się każdy kąt, każde drzewo, każdy kamień.
     To jednak wygnanie i wojna zmieniały każdego Jeźdźca - a tutaj, na zewnątrz Pustkowi, w Karstenie, Alizonie, Sulkarze, Estcarpie, Gormie, Kolderze czy Escore, konflikty wybuchały z niezwykłą regularnością. Niekiedy miałem wrażenie, że właśnie na tym wobec większości ludzi polega życie: na ciągłym, nieustającym rozlewie krwi i walce najsilniejszych. Jedynie stare rasy, taka jak nasza, lub rasa czarownic, nie widziały w tym większego sensu. Może dlatego Escore i Arvon były już spokojne - bo niegdyś spustoszone bezsensownymi, ciągnącymi się przez lata wojnami, obecnie już opustoszały, obumarły, stając się jedynie pustym słowem.
     “Wojna” stanowiła tam jedynie ponure echo burzliwej przeszłości, obecnie nie mając tam już miejsca.
     A jednak nie wyobrażałem sobie tego: na początku wygnania moje myśli wracały do Arvonu, naiwnie rozważając kolejne myśli. Teraz już nawet nie pozwalałem sobie na takie gdybanie i złudne marzenia - zbyt długo widziałem ten żar w oczach swoich Jeźdźców, tęskniących za domem, wierzących, że powrócą do życia z przeszłości. Mieli nadzieję, że odłożą któregoś dnia miecze i tarcze, odwieszą płaszcz na boku lub zarzucą go na ramiona swojego syna. I ta myśl, ta wiara, ta nadzieja zabijała ich każdego dnia, coraz bardziej prowadząc ich w ramiona śmierci.
     Taka jest cena marzeń… kończą się we łzach…
     To marzyciele spoczywali pod kurhanami; popioły innych niósł przez Pustkowia wiatr. Życie należało do twardo stojących na ziemi i nie wybiegających zanadto w przyszłość.
     - Przeklęte wiedźmy… powinno się je wytłuc co do jednej… - mruknął ponuro jeden z Jeźdźców, wyrywając mnie z przyjemnego otumanienia. Nadal byłem trzeźwy, nigdy nie pozwalałem sobie na nadużywanie alkoholu - dowódca powinien być w każdej chwili przywódcą, nie zaś pijakiem z najbardziej zapadłej karczmy. Ktoś taki nie wzbudzał żadnego respektu. Największe zagrożenie zawsze przychodziło w chwilach, kiedy się go nie spodziewano… na przykład Farmarch…
     - Znowu chcesz ziemię zalać krwią? - sprzeciwił się inny.
     - Głupcem jesteś i głupcem zostaniesz, Hane! - zawołała jedna z kobiet, jako jedyna dzierżąca w swoich wychudłych dłoniach coś na wzór wieńca Letniej Matki, oplecionego miniaturowymi, misternie wyrzeźbionymi w złocie kłosami zbóż; kąciki ust drgnęły mi w pogardliwym uśmiechu. Nie miała jeszcze pojęcia, że tutaj, w świecie pomiędzy, byliśmy zdani na łaskę tylko kilku bogów, z czego jeden z nich traktował ludzi jak zabawki.
     Jednocześnie nie potrafiłem zaufać i zawierzyć fanatykom religijnym; byli zbyt nieprzewidywalni, natchnięci wiarą, nadmiernie wierzący w puste, dawno już przebrzmiałe słowa samozwańczego proroka lub, co gorsza, kilku takowych. A człowiek, aż nazbyt przywiązany do jakiejś idei i przez nią przygotowujący się na nadejście pewnego dnia - czy to powrotu do domu, czy odejścia na Ścieżkę Pana - nigdy nie był w stanie go doczekać…
     Za jego życia widzące oczy stawały się ślepe, słyszące uszy - głuche na wołania, organizm zaś, wyniszczony samoumartwianiem, nie hartował ciężką pracą i głodem duszy, lecz czynił ją podatniejszą na pokusy ciała. Zbyt długo już żyłem, by nie dostrzegać wychudzonych pustelników, chciwymi oczyma łypiącymi na ucztę, wygłodniałych mężczyzn, pożerającymi wzrokiem kobiety… prawdziwa wiara zabierała wierzącemu wszystko, łudząc go obietnicą, że pewnego dnia jego trud będzie skończon. I nie zostanie już nic, poza szczęściem na wieki… co za bzdury… ale każdemu według potrzeb, każdemu wedle jego miary, każdemu wedle jego wiary…
     - Są takie same jak my - sprzeciwił się kolejny Jeździec, co wzbudziło żywiołowe protesty. Słowa oplatały mnie jak bluszcz, coraz bardziej zagęszczając się w tłoku i nie dając oddychać.
     - Nie wiem, jakim prawem twierdzisz, że są takie same jak my… nie władamy tak złą, złudną mocą, aby ofiary zwieść na manowce!
     - czyżby?
     - Dosyć!
Mój głos przerwał dyskusję; Jeźdźcy umilkli, samoistnie unikając tematu. W kompanii niekiedy wybuchały różne spory. Nie uważałem, że to było złe - czasami musiał pojawić się konflikt tylko po to, by oczyścić atmosferę, która jak burza chłodziła i koiła rozpaloną słońcem ziemię i rozganiała opary zaduchu. Nie mogliśmy uniknąć różnicy zdań - zwłaszcza, że klany w Arvonie również walczyły między sobą. Może nie tyle orężem, jak kiedyś, co polityką, wężowymi słowami, wężowymi czynami… mimo wszystko pewne niesnaski były wielopokoleniowe i międzyklanowe, nawet jeśli Jeźdźcy stracili prawo do używania płaszczy…
     Ja sam nie uważałem, że wiedźmy są złe, nawet jeśli ich nienawidziłem lub uznawałem za wynaturzone istoty, które nie powinny istnieć. Mój stosunek do nich był tożsamy, jak wobec umarłych, uwięzionych tutaj, w tym świecie pomiędzy. Każdy z nas był na swój sposób ofiarą swojej rasy, pochodzenia - a jednak one potrafiły to wykorzystać, podobnie jak my. Ich talent do magii czy nasze umiejętności przemiany - najważniejszym było, by użyć tego daru dobrze.
Nasuwało się jedynie pytanie: czy należy zabijać słabych tylko dlatego, że mieli silniejszych, potężniejszych przodków? Byłem zdania, że sądzić i karać należałoby tylko i wyłącznie za popełnione zbrodnie, nie zaś te, których można by się z racji swojej natury dopuścić. Ale tego również niektórzy Jeźdźcy musieli się nauczyć. Każdy musiał wyciągnąć swoją lekcję…
     - Miejcie na uwadze, że to nie potomkinie czarownic z Escore, takie, jakie znaliśmy dawniej - dodałem oschle, podnosząc się z miejsca. - Te wiedźmy są starymi adeptkami Mocy i pochodzą z pradawnych czasów. Współczesne czarownice z Estcarpu nie mogą nam zaszkodzić aż tak, jak one… te, które dziś znamy, to skarlałe pozostałości dawnych wiedźm, nie posiadające nawet ułamka ich mocy.

     Z tymi słowy podniosłem się z miejsca, rozciągając stare kości; przepchnąłem się pomiędzy swoimi Jeźdźcami, wychodząc na zewnątrz. Spośród nich tylko ja i Hathor nie mieliśmy wstępu na targ; Hawarel sam z siebie decydował się nam towarzyszyć, nie opuszczając nas na krok i nie zbłądzając z drogi, wiedziony pokusą lub pragnieniami ciała i umysłu.
     Jednak, gdy mój wzrok przeczesał pobliskie skały, odległe wzgórza i zagajniki nieopodal, a następnie padł na wioskę, uświadomiłem sobie, że nadal byłem ślepy. Widziałem pustą, wymarłą wieś z bladymi, widmowymi znakami, namazanymi na drewnianych ścianach. Od lat nie mieszkał tu nikt żywy. Nikt nie kosił pól, nie ścinał dawno wymarłych, wyschłych traw, nie zawitała tu żadna dusza, poza nami…
     Może właśnie dlatego Wiedźmi Targ pojawił się właśnie tutaj, właśnie teraz. Nie od dziś wiadomym było, że istoty złe z natury poszukiwały nieświadomych, naiwnych, małych duchem i wiarą, by wywieść ich na manowce. Być może, przechodząc tutaj z pannami ze świata żyjących, naruszyliśmy tę równowagę, dając im znak - znak, że warto tej nocy rozpocząć polowanie na żywych i umarłych… ale czy przyciągnęliśmy uwagę czegoś jeszcze? Póki co nie dostrzegałem żadnych ku temu znaków - a tych wiedźmy nie musiały ukrywać przede mną. choć były z natury swojej złe, nie zasłoniłyby przed nami Tego-co-Przemierza-Szczyty ani Alizończyków…
     A może to miała być lekcja, nauka dla panien… że każda nagroda ma oblicze kary, każda tragedia jest odbiciem naszych działań? Nie od dziś mądrzy ludzie mawiali wszakże “jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. Wszyscy pracowali na swoje klęski i tragedie, bardziej lub mniej świadomie. Mimowolnie sięgnąłem dłonią do szyi, namacawszy cienką, ledwie zgrubiałą linię, a następnie monetę - spłowiałą, wytartą przez czas, już nieistniejącej waluty. Dawne pozostałości Escore…

     - Może zatrzymamy się w fortecy Horazona? - z półmroku wychynął Hathor; mężczyzna wpatrzył się w wioskę równie pustymi oczami. - Może stamtąd udałoby się znaleźć kilka skrótów.
     - Pora jest na to odpowiednia - zgodziłem się. Nie mogłem zaprzeczyć; w najbliższych dniach mogły otworzyć się tam drogi, dotychczas niewidoczne naszym oczom. - Ale wtedy będziemy musieli kierować się gwiazdami.
     - Nic nowego dla nas, Hyronie, nic nowego…
     - Nadmierna pewność siebie może nas zgubić, Hathorze - wypomniałem mu, mrużąc oczy. Pomiędzy palcami wciąż prześlizgiwała się moneta, obrót, ruch, obrót, ruch. Gwiezdne szlaki zaś nie były trudne w nawigacji. Za dnia drogi skutecznie myliły nasze ślady, nas samych prowadząc donikąd - jednak wolałem być ostrożny. Pustkowia karały nadmiernie pyszałkowatych śmiałków. - Nasze dusze już dawno zgubiła.
     Ledwie chwilę po tym dosłyszałem ciche prychnięcie, świadczące, że Jeździec chcąc nie chcąc musiał się ze mną zgodzić.
     - Sądzisz, że jeszcze nas znajdą? - cichy, opanowany głos Hawarela wypełnił ciszę. Drugi przyboczny stanął tuż obok, również wpatrując się w wioskę. I on nie widział nic. Trzech ślepców, trzech głupców i dwóch bez duszy…
     - Nie. Raczej nie. Nasycą się tym, co znajdą na Targu dziś. To im wystarczy do następnego roku...

     W dniu, gdy ogień świata ludzi zapłonie barwą śmierci, wymiana pieniądzem będzie zwiastować zmierzch ery ludzi i erę miecza, splamionego krwią i bogactwem, nie zaś honorem i wiarą. Zatracą się ludzkie wartości, przynależne stanowi szlacheckiemu i rycerskiemu, panów zrównując do najemników, panny - do zaledwie towaru, przeznaczonego na handel.

     Wtedy świat pogrąży się w cieniach mroku, zaś winni, splamieni krwią otworzą nowy wiek, wiek umierającej magii i ostateczne zniszczenie mocy.      Stare rasy zniszczeją, ulegając upływowi czasu, zaś ich talenty zaczną się wyradzać, poza tą najbardziej wynaturzoną; ta zachowa swój dar, wciąż wywodząc się z mroku i przynosząc innym cierpienie.
     Historia znów się powtórzy; i znów, po raz kolejny, raz za razem jałowiąc ziemie, doprowadzając do ich zniszczenia, a w końcu - do Pustki, plamy na mapie, której nie pozna do końca nikt. Znów panny pójdą na handel, gdyż poza nimi nie będzie już nic cenniejszego, ni bogactw, ni złota, ni klejnotów, ni ziem i darów ziemi. Dla splamionych to, co ludzkie i ziemskie, stanie się bezwartościowe.

     A po latach, w roku niewinności, kiedy dzień stanie się najkrótszy, zwiastując odejście starego świata, nadejdzie nowe: małżeństwo przyniesie powstanie tego, co zostało zapomniane, i początek lepszej przyszłości. Nie będzie ona wymarzoną przyszłością dla wszystkich, ale najlepszą, jaką mogliby sobie wymarzyć, nawet jeśli przyniesie ból i łzy.

     I dopiero wtedy, gdy śnieg otuli swoimi ramionami ziemię, znacząc ją na lata, a mróz zostawi swój znak i przygnie do ziemi onegdaj dumne drzewa, dwaj przyjaciele stworzą nowe królestwo, zagarniając w swoje posiadanie nowe, acz dawno opuszczone ziemie. Nie na długo jednak; wkrótce to królestwo stanie przed znakiem próby, gdy śnieg stopnieje, zaś ziemia pierwszy raz od tysięcy lat wyda bujne plony, nigdy dotąd niespotykane. Będą to żyzne plony, gotowe do spoczęcia w spichlerzach, szykowane na czas zgody i złudy; wiosna przyniesie nie pokój zaś, lecz długoletnią wojnę, skończoną zwycięstwem tych, którzy powstali z mroku i z mroku będą wywodzić kolejne pokolenia. 

     Tylko wtedy i wtedy będziesz mógł odejść, i tylko wtedy Pan Losu odda twoją duszę, uznając, że dług został wypełniony. Tego dnia słońce zgaśnie, pogrążając się w mroku na wieki.

     Nikt nie wspomni zgasłego słońca, nie zapamięta jego imienia; jedynie miejsce jego spoczynku stanie się przeklętym grobem, wypalonym zgliszczem, na którym nic nie zakwitnie, nawet woskowe kwiaty śmierci.


     Moneta wypadła mi z dłoni, podrzucona w niebo, gdy przypomniałem sobie głos czarownicy; sekundy później Hawarel złapał ją, odrzucając ją w moją stronę.
     - Nastawiłem klepsydrę. Minęły już trzy.
     - Jeszcze poczekaj. Może kolejne trzy?
Odpowiedziała mi jedynie cisza i ciche parsknięcie Hathora. Sam jednak nie przykułem ku temu uwagi, wytężając wzrok i obserwując wioskę. cały czas liczyłem na to, że w końcu spomiędzy domów wychyną znajome nam postaci, płaszcze, choćby konie…


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#54 10-01-2021 o 22h20

Straż Cienia
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 11 091

Nerina czuła ryk pędzącej w jej żyłach krwi. Wpatrywała się w twarz siedzącej naprzeciwko niej wiedźmy, starą, wysuszoną i wykrzywioną w czymś, co mogło być jednocześnie grymasem po zjedzeniu cytryny i uśmiechem.
    Opuściła podbródek, zamknęła oczy i uniosła brwi, a dłonie zacisnęła na połach płaszcza. Nigdy nie miała problemów ze słuchem, ale od kiedy znalazła się na tym dziwnym jarmarku miała wrażenie, że wszystkie zmysły ją zawodzą.
    — Przepraszam…? — Wykrzywiła usta w wymuszonym uśmiechu.
    Nawet ona sama nie czuła się przekonana tymi słowami. Była zbyt mała, by pamiętać swoich rodziców, cokolwiek z nimi związanego, więc skąd miała mieć pewność, że ta staruszka nie ma racji? Nie wiedziała, czy tamta nie chce naciągnąć ją na jakiś zakup, co właściwie nie byłoby takie dziwne – w końcu tak funkcjonowali kupcy, prawda? Naciągając klientów na swoje usługi, sprzedając im dziwne i nieprawdopodobne historyjki?
    — Głuchota to wada wrodzona czy się jej nabawiłaś? — Staruszka przekrzywiła głowę. — Moja znajoma, dwa stragany na lewo, ma na pewno na to jakieś leki. Jak już cię wypuszczę, powiedz, że przysyła cię Glinda. Na pewno dostaniesz zniżkę! A wcześniej mówiłam, że jesteś jedną z nas i trzeba ci pomóc.
    Nerina oblizała spierzchnięte usta. Wszystkie mięśnie jej ciała zdawały się rwać ku wyjściu z alejki, ale jednocześnie… bliżej wiedźmy.
— Chyba nie wiem, o czym pani mówi. Jestem człowiekiem.
    — Ale kto ci nawciskał takich farmazonów? — prychnęła tamta. — Oczywiście, że nie jesteś! Osobiście szkoliłam twoją matkę na jednym z corocznych sabatów!
    Dziewczyna zaczęła podnosić się na nadal miękkich nogach, przez co wiedźma spojrzała na nią z pożałowaniem. Ona sama również czuła żal do samej siebie, tylko z innego powodu. Jak mogła doprowadzić do takiej sytuacji?! Powinna była postawić się szlachcicom i pozwolić wrzucić się z workami piachu do najbliższego jeziora, zamiast zgadzać się na wydanie za Jeźdźca.
    — Co ty myślisz, że robisz? Usiądź ponownie, przecież potrzebujesz informacji ode mnie, ażeby przetrwać!
    — Mówi się, że im się mniej wie, tym lepiej się śpi. — Nerina była już w połowie alejki, nawet na chwilę nie odwracając się do starowinki plecami. — Wybaczy pani, wolę dobrze spać i nie bać się, że stracą mnie na stosie.
    Dalej puściła się już biegiem, czując, że zaraz straci kontrolę nie tylko nad myślami, które do tej pory jakimś cudem dawała radę utrzymywać na wodzy, a także ciałem. Nie wiedziała nawet, co stałoby się, gdyby na to pozwoliła – samoistnie wróciłaby do wiedźmy czy wspięła się na dach któregoś z domów i z niego skoczyła?
    — Wracaj! Gaia, na Matkę Wiedźmę, wracaj tutaj!
    Nie słuchała jej, biegnąc dalej i przeciskając się między ludźmi, którzy wyrośli wokół niej niczym grzyby po deszczu. Zwolniła kroku dopiero kiedy odwracając się nie mogła dostrzec alejki. Miała wrażenie, że serce zaraz rozsadzi jej pierś, tak mocno biło. Zaschło jej w ustach i nie miała nic do popicia, więc oparła się o najbliższy stragan i zaniosła straszliwym kaszlem, aż w kącikach jej oczu pojawiły się łzy.
    — Dziecino, potrzebujesz wody? — Właścicielka straganu pochyliła się ku niej ze zmarszczonymi brwiami. Kiedy Nerina na nią spojrzała, a ich oczy się spotkały, twarz tamtej całkowicie się zmieniła. — A niech mnie, wyglądasz zupełnie jak twoja matka!
    Dziewczyna poczuła jeszcze większą potrzebę, by uciekać. I zrobiła to, nadal czując kołatające serce, wciąż walcząc z suchością w gardle. Ta ślina, która napłynęła jej na spotkaniu z Jeźdźcami, gdy zobaczyła jedzenie, bardzo by się teraz przydała.
    Oparła się o ścianę – całe szczęście pustej – alejki, żeby złapać oddech. Do tej pory hamowane myśli zaczęły zagnieżdżać się w jej głowie. Jej matka była wiedźmą. Jej c******* matka, której imienia nawet nie pamiętała, dokładnie ta sama, która wpłaciła za nią okup, kiedy została porwana, zesłała na nią taki los. Nerina była zawsze daleka od pochopnego oceniania, ale tym razem miała dowody praktycznie przed sobą – jej matka skazała ją na najgorszy żywot, jaki tylko się dało.
    Sierota, służka, wiedźma – najwyraźniej tym właśnie była.
    Ale gdzie w tym wszystkim był jej ojciec? Może ta stara jędza tylko go wykorzystała, by zrobił jej dzieciaka, a potem zabiła go i dodała do jakiegoś wywaru? Nie… Nie, jakkolwiek bardzo chciała w to wierzyć, wiedziała, że byli razem. Nie miała żadnych wspomnień, ale to wryło się jej w głowę – to, że oni byli razem, a ona była sama.
    Jaki stosunek do wiedź mieli Jeźdźcy? Czytała o nich kilka legend, ale w żadnej nie było wzmianki o wielkiej wojnie między nimi a tymi konkretnymi istotami magicznymi? Słowa pierwszej staruszki dały jej do myślenia, że one nienawidzą Zwierzołaków, ale… ale może to była tylko jej prywatna opinia?
    I jeszcze to imię…
    — Dziecinko. — Nerina poderwała się na to jedno słowo, gotowa nadstawić chuderlawe pięści i walczyć z każdym, kto tylko spróbuje ponownie zrobić jej sieczkę w głowie. — Wyglądasz, jakbyś potrzebowała pomocy dobrej ciotki. — Wyciągnęła do niej ręce, a ta, jak głupie dziecko, pozwoliła prowadzić się do straganu. — Coś cię trapi, coś przeraźliwego… Źle śpisz ostatnimi czasy? A może masz problemy z menstruacją? Chodź, chodź, moje talizmany zaradzą na wszystkie problemy. — Kobieta podała jej małą glinianą filiżankę, w której przelewał się jakiś płyn. I zdecydowanie nie była to woda. — Pij, widzę, że jesteś spragniona. Na koszt firmy.
    — Co to jest? — wykrztusiła z siebie niepewnym głosem dziewczyna. — Czy to mnie… zabije?
    Wiedźma prychnęła.
    — Gdybym miała komuś podać trutkę, to jednemu z tych plugawych Jeźdźców. — Splunęła na ziemię. — Śmierć tej żałosnej kompanii! Nic, tylko hulanki i morderstwa im w głowach! Moje trzy siostry padły od ich mieczy! — Nagle wyraz jej twarzy ze zirytowanej na powrót zmienił się w bardzo przyjemny i uspokajający. Na sam jej widok Nerina nabrała chęci na wypicie naparu od niej. I, co jeszcze dziwniejsze, smakował jak zwyczajna woda. Może taka wybrana z rzeki, ale woda. — Co ja chciałam…? A, tak! Amulet…!
    Nagle między nią a straganem, z którego wiedźma wybierała jakiś naszyjnik, stanęła kolejna starsza kobieta o bardzo pomarszczonej twarzy.
    — Ostaw dziecino te błyskotki, nic to nie warte, nie tego szukasz. Szkarada oszukana wciśnie ci je w ręce, nim się obejrzysz, stracisz zbyt wiele. Za mną podążaj, a wszystkiego się dowiesz. O pochodzeniu, historii i dziedzictwie. Taka jak my jesteś dziecinko, winnyśmy ci chociaż tyle, chociaż wyjaśnienia.
    Nerina prawie jęknęła z przerażenia. Wybałuszyła oczy na słowa kolejnej kobiety i zamierzała protestować, ale ta już ciągnęła ją w tylko sobie znanym kierunku.
Rozejrzała się dookoła, a jej wzrok padł idealnie na kogoś, kogo nie wiedziała, czy chce widzieć. Hellion tam stał – wraz z innym Jeźdźcem i jakąś kobietą. Widziała go ułamek sekundy, bo tłum znów zasłonił jej kompletnie widok, ale przez jedno uderzenie serca rozważała wyrwanie się staruszce i ucieczkę do niego, by skryć się w jego ciepłym uścisku.
Z tym że… nie wiedziała, czy jego uścisk będzie ciepły.
    Takie, jak my, powinny trzymać się razem. A jednak ty trzymasz się z nimi.
    Poczuła nagły dreszcz i odwróciła głowę. Dała dalej prowadzić się wiedźmie. Skręciły w najbliższą alejkę i już miała wrażenie, że jest prowadzona na rzeź, gdy nagle wyrósł przed nimi namiot, którego płachty się przed nimi rozsunęły.
Znalazły się w ciemnym wnętrzu, które zdawało się co najmniej dziesięć razy chłodniejsze niż tętniąca życiem ulica. Nerina okryła się szczelniej płaszczem Helliona i, czując, że powinna się wreszcie odezwać, wyszeptała:
    — Czemu wszystkie tu próbujecie mi coś wcisnąć, wmówić albo udowodnić? Ja… ja chciałam tylko rozprostować nogi i powąchać trochę przypraw.
    Twarz wiedźmy nabrała bardziej przyjaznego wyrazu, a ona sama chwyciła ją za nadgarstki i dłonie, jak dziecko, które dopiero uczy się chodzić.
    — Boś jedną z nas dziewczyno. Krew nasza w tobie czuję, nie znasz dziedzictwa swego? Poznać je powinnaś, obowiązkiem twoim mocy jest zaznanie, niebycie zwierzołaka kochanką.
    Nerina miała wrażenie, że zaraz zwróci wodę, którą podała jej poprzednia wiedźma. Ta była już trzecią, która bluźniła na Jeźdźców i ona sama zaczynała powoli czuć na sobie wpływ ich słów. Jak wcześniej miała wrażenie, że Hellion naprawdę chce dla niej dobrze, a pozostali mają dobre zamiary, tak teraz zaczęła w to wątpić. Wolne chwile spędzała na czytaniu na istotach nadnaturalnych, jak oni, i zawsze czuła do nich sympatię, ale teraz? Teraz nie wiedziała nawet, jak się nazywa.
    — Nie znam. I... nie wiem, czy chcę poznać. Nic już właściwie nie wiem.
W głębi duszy czuła, ze kłamie. Nigdy nie pragnęła poznać swojego poprzedniego życia u boku rodziców tak bardzo, jak teraz, kiedy na usta cisnęło się tyle pytań.
    Wiedźma usadowiła się na swojej poduszce, a Nerinie wskazała tę naprzeciw siebie.
    — Usiądź dziecko, weź wdechów kilka, prawda ukryta jest w tobie, poznać ją możesz za cenę pewną. Spora jest ona, lecz myślę, że warta prawdy i historii jest twojej. — Kobieta wydawała się taka miła, taka dobra… A ona miała tyle pytań.
    One potrafiły tak wiele. W opowieściach przedstawiano je jako okrutne pijawki, które czepiały się rdzenia ludzkiej duszy i wysysały z niego wszystko, co tylko się dało, pozostawiając sam szkielet. Ale Nerina najwyraźniej nie była człowiekiem, a do tego jej umysł oczyścił się, kiedy pojawiła się w nim ta jedna, jedyna myśl. Już doskonale wiedziała, o co poprosi.
    — Czy możesz sprawić, bym porozumiała się z moją matką?
    Przerzedzone, szare brwi powędrowały do góry, kiedy kobieta usłyszała jej prośbę. Nerina nie mogła rozszyfrować, czy była przerażona, czy wręcz przeciwnie.
    — To ze sposobów jest jeden, zdolności mam ja takie. Zapłata jest jeno sroga. Czyś gotowa oddać wiele za jedną z umarłym rozmowę. Za wyrwanie ducha z kurhanu, z krainy wiecznego życia wywabienie? Za porządku życia naruszenie?
    Wiedźmy nie przyjmowały zapłaty w złocie, a Nerinie już właściwie było wszystko jedno, co stanie się z jej ciałem – mogłaby nawet umrzeć za kilka dni, nie miało to znaczenia. Liczyła się tylko prawda, nawet jeśli miałaby z nią nie przeżyć.
    — Tak, proszę. Zapłacę, ile trzeba. To dla mnie ważne.
    — Dziecinko kochana, cena ta większa niż myślisz. — Westchnęła. — Sakwą jej nie spłacisz. Skoro jednak chcesz, niech będzie. Oto się ziściło. Ja teraz ducha przywołam, ty stracisz odwieczny kobiet dar. Życia nie da już twoje łono, oto cena za zabawy ze zmarłymi.
    — Rozumiem — odpowiedziała jedynie, prostując się jak struna.
    Wiedźma zaczęła mamrotać coś pod nosem, wyciągnęła ręce przed siebie, a Nerina siedziała przed nią jak zaczarowana i przypatrywała się wszystkiemu jak zaczarowana. Nagle z góry, przez materiał namiotu, spłynął na nie błyszczący, niebieski wiatr. Temperatura zmniejszyła się jeszcze bardziej, przez co na jej ramionach pojawiła się gęsia skórka, a przez cały kręgosłup przeszedł jej nieprzyjemny dreszcz.
    Między nimi zaczęło formować się coś, przez co wiedźma zmarszczyła brwi i zaczęła szybciej mamrotać. Wiejący z przeraźliwą prędkością porwał w tany jej włosy i część płaszcza, który wciąć przyciskała do swoich ramion.
    Nerina wstała, by przyjrzeć się temu wszystkiemu z lepszej perspektywy, oczarowana tętniącą w namiocie magią, w idealnym momencie, by spojrzeć prosto w oczy widmowej sylwetce kobiety, która łudząco ją przypominała. Nie była kolorowa, bardziej równie zimna co słabnący wiatr.
    — Gaio. — Kobieta wyciągnęła przed siebie falujące ręce. — Odnalazłaś mnie.
Cofnęła się o krok przed duchem.
    — Mam na imię Nerina — odpowiedziała z nieznaną sobie wcześniej siłą w głosie. — Tak mnie nazwałaś, pamiętasz?
    Duch westchnął.
    — To imię nadał ci ojciec, by było bardziej ludzkie. Nazywasz się Gaia, po mojej babce.
    Nerina zacisnęła usta w bardzo wąską kreskę i spiorunowała ducha wzrokiem.
    — Zostawiliście mnie. Ty, bezimienna matko, i twój równie bezimienny mąż. Pozwoliliście, bym całe życie służyła innym i znosiła wszelkie upokorzenie, jak jakiś… jakiś pies!
    Dusza ponownie westchnęła, falując na wietrze.
    — Nazywam się Circe. Twój ojciec Willson. I nie zostawiliśmy cię. Twoje uprowadzenie, te wszystkie lata temu, było pułapką, zastawioną przez naszych wrogów, żeby pozbyć się mnie i dotrzeć do mojego sabatu.
    Nerina zdębiała, ale nie odezwała się nawet słowem.
    — Gdyby dane mi było cię wychować, wymieniłabym wszystko, by móc to zrobić. By móc patrzeć, jak dorastasz, jak ważysz swoją pierwszą truciznę… Ale to nie było mi dane. Nie dałam rady ochronić cię przed tym okrutnym światem.
    Dziewczyna zacisnęła powieki, by powstrzymać cisnące się do oczu piekące łzy.
    — Skończ z tym — rzuciła. — I zamiast tego powiedz mi, w jaki sposób mam się chronić, otoczona przez waszych najgorszych wrogów.
    Circe zmarszczyła widmowe brwi.
    — Jeźdźcy? Ale… — Zamyśliła się na chwilę. — Mamy niewiele czasu. Jeśli spotkasz Jeźdźcę i ten dowie się, że jesteś jedną z nas, on i jego kompani rozszarpią cię na drobne kawałki, bo uznają, że to zaplanowany atak. A potem, zapewne, wypowiedzą nam wojnę.
    Czy Hellion mógłby…? A reszta?
    — Gaio. — Duch zbliżył się do niej. — Kończy nam się czas, ale wiedz, że jestem przy tobie i zawsze będę cię kochać. Jesteś silna, równie silna, co ja czy twoja babka, i pokonasz wszystkie przeciwności losu.
    Wiatr krążył wokół nich coraz szybciej, a ciało jej matki zaczęło się rozpływać. Jedynym, co Nerina widziała jako ostatnie, był uśmiech i widmowe łzy. Wyciągnęła ku nim rękę, by zetrzeć je z twarzy Circe, ale tej już nie było.
    Spojrzała na swoją dłoń, siną z zimna, i zacisnęła ją mocno.
    Wiedźmy, która przywoływała jej matkę nie było. Zgadywała więc, że zapłatę weźmie sobie sama. Nie miało to już dla niej znaczenia, i tak z góry jej życie było już spisane na porażkę.
    Z trudem wyszła z namiotu, wspierając się obiema rękoma o ścianę. Dotarła tylko do wyjścia z uliczki, przy którym osunęła się na ziemię i ukryła twarz w dłoniach. Nie mogła już dłużej powstrzymywać łez.
    — Niech ktoś mnie uratuje… Proszę.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (10-01-2021 o 22h31)


https://funkyimg.com/i/38Hou.png

Offline

#55 11-01-2021 o 22h14

Straż Obsydianu
Amazi
Młody rekrut
Amazi
...
Wiadomości: 13

https://cdn.discordapp.com/attachments/406048383460048897/789976110032879626/PicsArt_12-19-11.02.52.png


        W mojej duszy tlił się płomień irytacji i gniewu na zaistniałą sytuację, którą obarczałam tych, którzy bronić nas zapewniali. Więc jak ufać, gdy całej prawdy o trasie zdradzić nie raczą. Gdy ukrywają tak istotne fakty. Zwłaszcza te, którym jak widać sami ulec potrafią. Pewne było, że my nie ufałyśmy im a oni nam. I tak długo o ile nie na zawsze zostanie.
        Wzrok szybko skupił się na tym o złocistych oczach. Krok w mym kierunku zrobił i zapewnił o słuszności ich zamiarów, przez które ledwie powstrzymałam prychnięcie, chcące opuścić me gardło. Skrzyżowałam ramiona pod piersiami, a zielone tęczówki uważnie śledziły jego najmniejszy ruch.
        - Nie wyglądacie na mniej zagubionych ode mnie - odparłam w końcu, wzrok skierowany mając na jego dłoni poklepującej siodło mego wierzchowca.
        Moje spojrzenie powróciło do jego twarzy, którą jak przyznać musiałam przystojną posiadał. Tyle dobrego z obcowania z tymi pożal się boże Jeźdźcami widziałam, że wzrok swój przyjemnymi widokami nacieszę.
        Pewnie na niego patrząc czekałam, aż kolejny ruch wykona. Mężczyźni zawsze pchają swe łapy zbyt blisko i zbyt pewnie, zasłaniając się chęcią pomocy. Ten ciemnowłosy jednak nie uczynił nic więcej, a głos przejął jego kompan, ku któremu podążyły zielone ślepia.
        Szatyn chwilę wcześniej wyraził swoją skruchę wobec błędu jaki ich kompania popełniła, a teraz poparł słowa swego kompana. W dodatku me imię podczas uczty musiał usłyszeć, bo gdzie indziej? Nie same czyny mnie zaskoczyły, bo te dość jasnymi były, a sposoby ich wyrażania przez mężczyznę. Nie dostrzegałam w nim goryczy wywołanej moimi słowami, co wyraźnie widoczne było na twarzy ciemnowłosego, a szczerą skruchę, nie tą wyuczoną czy wymuszoną etykietą. Wyraźnie widziałam jego przejęcie zaistniałą sytuacją. Milczałam kiedy mówił z drapieżnika cierpliwością swemu celowi się przyglądając. Chcąc dostrzec jak najwięcej, jakikolwiek gest wskazujący na mistrzowską grę mężczyzny.
        Praktycznie każda napotkana przeze mnie osoba musiała wyrazić swe zdanie w temacie mojego ubioru, tak bardzo odstającego od przyjętych norm w społeczeństwie. Zwrócenie uwagi na mój ubiór nie było więc niczym nowym. A w ręcz w odruchu puściłam luźno ramiona wzdłuż ciała, po to by ułożyć dłonie na biodrach i rozchylić płaszcz, by mężczyzna mógł lepiej się przyjrzeć temu niecodziennemu zjawisku. Oczekiwałam wyrazów pogardy, które przywykłam słyszeć. Jakie było więc zaskoczenie wnioskami jakie wysnuł Jeździec.
        Mimowolnie jedna z brwi uniosła się ponad swą sąsiadkę, a spojrzenie mniej podejrzliwe się stało. Przez tą krótką chwilę stwierdzić mogłam iż oryginalnym Jeźdźcem mężczyzna był, tak mocno odstającym od tego, co o nich się mawiało.
        Te kilka miłych słów nie było w stanie uśpić mojej czujności, jednak mężczyzna zasiał ziarenko sympatii. W końcu jaka kobieta nie lubi słuchać pochwał? Jaka osoba? Zostało więc jedynie poczekać i sprawdzić, czy z ziarna wykiełkuje piękna i silna roślina czy mizerny, podgnity chwast.
        - Niech więc tak będzie- przystałam na ich propozycję bez wahania się zbliżając do siodła wierzchowca, z którego ręka ciemnowłosego już zniknęła.
        - Jednakże tę niedogodność wynagrodzić mi musicie - zaczęłam, a mój ton diametralnie się zmienił, nie było w nim już krzty pretensji do tej dwójki - gdy w bezpiecznym miejscu się znajdziemy kufel mój trunkiem napełnicie i towarzystwa w jego opróżnianiu dotrzymacie. - Na mojej twarzy zagościł zadziorny uśmiech posłany do obu panów, a w oczach zatańczyły wesołe i figlarne iskierki, cieszące się na samą myśl zanurzenia dzioba w mocnym i dobrym trunku w dodatku w tak przystojnym towarzystwie.
        Nie mówiąc nic już więcej wykonałam jeden zwinny ruch, dzięki któremu znalazłam się na grzbiecie swojego czarnego jak mój humor wierzchowca.
        Dopiero teraz rozejrzałam się wokoło, chwilę wyglądowi kobiety poświęcając. Kolejna drobna i pozornie krucha łania. W otaczającym nas hałasie nawet nie czułam potrzeby odezwania się do niej. Choć wyraźnie wyglądała na przejętą. Ja jednak nie nadaje się na pocieszycielkę uciśnionych, z moich ust wypływa głównie gorzka prawda, a marne szansę na opuszczenie tego miejsca widziałam. Może los zapragnął, by to na pozór plugawe miejsce naszym nowym domem się stało.
        Nie długo rozwodziłam się nad tym, gdyż nasze grono wzbogaciło się o kolejną osobę. Lily imię dziewczyny od razu pojawiło się w głowie po ujrzeniu jej twarzy. Zlustrowałam ją uważnie w momencie kiedy jeden z Jeźdźców zamarł jakoby ducha ujrzał. Co go tak wystraszyło? Dość szybko dostrzegłam w jej ubiorze tę drobną zmianę. Tuż pod zapięciem płaszcza błyszczała misternie zdobiona brosza. Więc i ją los sprowadził tu w konkretnym celu.
        Odwróciłam wzrok gdy tylko szatyn schował ciemnowłosą w ramionach. To było tak słodkie, że aż mnie mdliło... choć mógł być to również skutek uboczny wypitego chwile wcześniej trunku.
        Ponownie przyjrzałam się siedzącej na wierzchowcu prowadzonym przez ciemnowłosego Jeźdźca kobiecie. Na jej stroju nie dostrzegłam żadnych akcentów wyraźnie pochodzącym z tego miejsca. Choć blondynka podobnie jak ja mogła kryć zakupiony przedmiot pod ubraniem. Bądź skorzystała z innych usług oferowanych przez handlarki. Może jakiś urok? Czy klątwa? Możliwości wiedźm wręcz wykraczały poza kreatywność mojej wyobraźni.
        Krzyk ze strony Zwiadowcy zmusił mnie do spojrzenia w jego kierunku.  Wzrok powiódł wzdłuż ramienia szatyna prosto na to, co wskazywał palcem. W tłumie mignął czerwony płaszcz. Tak wyróżniający się na tle przechodniów.  Jednak jak szybko się pojawił równie szybko znikł.  Nić zwątpienia oplotła umysły. Szliśmy w dobrym kierunku, a kobiety nigdzie nie było.
        Nie mam pojęcia jak już długo ciemnowłosy miotał się między tłumem szukając tej, która jego płaszcz nosiła. Neriny, której imię poznałam kiedy z ciemnowłosą i znalezioną już  Lily rozmawiała. Do tej pory bezczynnie siedziałam na koniu, jedynie prowadząc go za Jeźdźcami, lecz ich bezsilne rozglądanie się nie miało sensu. Z dołu, wśród tłumu niewiele są w stanie zobaczyć. Dlatego też podniosłam się stając na siodle. Sylwetka wyprostowana nie miała problemu z utrzymaniem równowagi.  Rozejrzałam się wokoło, ale nie widziałam nigdzie szkarłatnego płaszcza.
        Podniosłam swe dłonie i z jednej z nich zdjęłam skórzaną rękawiczkę.  Następnie dwa nagie palce przysunęłam do warg i nabrałam w płuca powietrza. Gwizd będący w stanie ogłuszyć stojące bliżej osoby przeszył całą okolicę, a liczne twarze zwróciły się w moim kierunku, dzięki czemu z łatwością mogłam im się przyjrzeć.  Obróciłam się wokół własnej osi całkowicie ignorując barwne wyrazy niezadowolenia wyrażane przez przechodniów.
        - Tu jej nie ma...- mruknęłam informacyjnie, a kiedy koń wykonał kilka kroków w przód dostrzegłam czerwień skuloną w jednej z bocznych uliczek. 
        - Zaklinaczu koni obróć się w prawo i idź przed siebie - podałam mu kierunek, a kiedy ruszył ja na nowo siadłam w siodle, wcześniej je przecierając z ewentualnego brudu.
        Wygodnie już siedząc na nowo schowałam dłoń w skórzanej rękawiczce.  Chowając ją przed wszelkimi spojrzeniami. Może i byłam wysoko urodzoną szlachcianką, jednak stan mych rąk ani trochę na to nie wskazywały. Nosiły one liczne ślady przeszłości.
        Ciemnowłosy oddalił się we wskazanym przeze mnie kierunku i widziałam jak dotarł do poszukiwanej kobiety. Mogłam więc spokojnie wzrok swój skupić na chwilę wcześniej przybyłej dziewczynie.  Odpowiednio chwyciłam wodzę, a  wierzchowiec podszedł do nich bliżej.
        - Ciekawa brosza, kupiłaś ją gdzieś tu?  - zagadnęłam spokojnie uznając ten temat za ciekawy do rozpoczęcia rozmowy.

Ostatnio zmieniony przez Amazi (11-01-2021 o 23h20)

Offline

#56 13-01-2021 o 00h23

Straż Obsydianu
Myrmidia
Szeregowiec
Myrmidia
...
Wiadomości: 75

............................................................................................................................https://media.discordapp.net/attachments/510955208470298626/789621193043869706/3767dfb1d980e099b3fec0da6c096fc3.png


        Dziwna była to dama, która w spodniach paradowała i nie kryła się z tym wcale, lecz ostentacyjnie to podkreślała. Charakter jej od damy odbiegał wedle wojaka, lecz co zrobić? Bywają i te butne, które złamać się nie chcą pod naporem manier, co męskie wolą rozrywki i zwyczaje. Gdyby nie sytuacja obecna, zapewne pomyślałby, że takie bywają najlepsze, najciekawiej byłoby zdobyć taką, omotać i skosztować z tych słodkich usteczek trochę pocałunków. Nie był to jednak czas i miejsce na próby uwodzenia, żony rozsiane i druhowie byli po uliczkach ciemności. Szukać im trzeba było, każdej zbłąkanej. Jednak buńczuczna szkarłatna pani nic chyba sobie z tego nie robiła, żartując przednio, strachu nie ukazując.
    — Jak sobie życzysz pani, nawet i kilkoma, lecz proszę i upominam, nie oddalaj się od nas — odparł na jej zaczepki, starając się uśmiechem utwierdzić ją w przekonaniu, że myli się co do ich zagubienia.
        Im dłużej tu przebywali, tym bardziej skołowany się czuł, na szczęście los i bogowie rozdali im dobre karty, które zaraz przygnały do nich nie tylko rudowłosą pannę, ale też tą należącą się przez przeznaczenie Hastenowi, ciemnowłosą Lilith. Jednakże, gdy mąż witał ją radością i czułością wszelaką, ona wzrok miała rozbiegany, jakby magia straganów ją ciągnęła ku sobie. Nie spodobało się to Hellionowi, nie dlatego, że przyjaciel jego poświęcał się kobiecie, lecz przez to, że ona radości zbytniej nie okazała, co dziwnym było dla niego, zważywszy na okazję, w jakiej się znaleźli. Tłumy dzikie, iluzja w pustkowiach, którą zapewne pierwszy raz na oczy widziała, a ona ledwo zdobyła się na uśmiech. Nie jemu to oceniać, nie jego płaszcz wybrała. Tak oto uwaga Helliona znów wróciła na Hyrona panią, lecz myśli błądziły wkoło tej, którą miał chronić. Tak oto myślami, niczym modłami przywołał łaskę bogów, która głos miała niebieskookiego. Szkarłatny płaszcz, rozbrzmiały te słowa w jego głowie. Rzucić się chciał w pierwszym odruchu w tłum dziki, lecz nie zrobił tego. Zamiast działać pochopnie, powstrzymał się i rozejrzeć próbował, a chociaż z tłumu wzrostem się wyróżniał i tak miał problem z dostrzeżeniem szukanej. Wtem Aira na koń się wdrapała, zgrabnie stając na siodle, gwizdnęła i wskazała mu kierunek, w którym ma się udać. Dziękując jej skinieniem głowy, zwrócił się do jeźdźca.
    — Bracie mój, czekaj tu mnie i mojej przeznaczonej. Żon pilnuj, nie spuszczaj z nich oka — wiedział, że i bez tych słów, ten by zrobił to samo, albo i poszedł za nim, lecz lepiej, gdy oni w miejscu stali. Byli wtedy jak kotwica w okręcie, do której mógł się udać.
Tłum ciężki był do pokonania, lecz idąc za poradą zuchwałej kobiety, dostrzegł w tłumie tą, której ścigał.
    — Nerino ? — tym razem imię jej wypowiedział cicho, widząc ją, pomiędzy straganami. Skuloną niczym szczenię od matki oddzielone, tak wystraszone i płoche w swym przerażeniu, że nagle poczuł w okolicy serca ukłucie i chęć objęcia jej, osłonienia przed światem płaszczem, przed całym złem, które było wkoło. Kobieta chyba nie usłyszała go, gdy w pierwszej chwili wzywał ją jej mianem, drżąc niczym osika na wietrze niepokornym, tak krucha, tak ulotna, wpatrywała się w ziemię, w swoje ubrudzone nią dłonie i z ust Helliona wyrwało się wręcz zwierzęce warknięcie, gdy jakiś mężczyzna zaczął kręcić się obok, przyglądając się kobiecie, niczym sęp na żerach, szukając kosztowności. Przyśpieszył więc, przedzierając się przed tłum rozochocony magią i zakupami, nie bacząc, kogo przepycha, komu na stopie staje. Gdy był już przy niej, położył dłoń na jej ramieniu, kucając przy niej, puścił wodze Assara, lecz ten wiernie czekał u jego boku. W tym czasie złotooki gładził te jasne rozwiane kosmyki, z czułością kciukiem zgarnął łzę po policzku błądzącą i posłał jej delikatny uśmiech, tak ku pocieszeniu.
    — Jestem tu, już jestem, nic ci się nie stanie. Jestem — wyszeptał, by jej nie straszyć, z delikatnością największą cmoknął ją w czoło, a następnie wstał i wziął ją pod boki.
        Widząc rozbiegane spojrzenie, blasku całkowicie pozbawione, odznaczające się zdezorientowaniem i łzami cisnącymi się na blade oblicze, jego świat jakby zatrzymał się w miejscu, cały gwar targowiska ucichł i widział tylko oczy jak dwa nieba kawałki. Nie były co prawda, jak te, dla których sprzedał życie. Oczy tej, w której w tęczówkach burzyło się morze sztormem porwane, ale wyraz ten znał doskonale, załamanie i trwoga. Jak wtedy, lata temu w domu, gdy jeszcze na pustkowie go nie wygnano. Chwytając żonę w ramiona, zauważył od razu, że była lekka, tak krucha i delikatna, niczym figurka z kruszcu zamorskiego, które zbierała jego matka, te śliczne i misternie złocone. Kuszące go, gdy ledwo wyrósł z oseska i stawał się chłopcem, wymyślni ułani i nimfy zwiewne o białych licach, wojacy i zwierzęta, barwione dokładnie. Bał się, że najmniejszą krzywdę uczyni jej choćby jednym uściskiem mocniejszym, jak wtedy z porcelaną, gdy jednej z tancerek nóżkę utrącił i stanęła z tyłu, nie wadząc oczu ciekawskim swoim przypadkiem. Czymże była ona, delikatna frezja do niego? Woja, który w swych ramionach miecz dźwigał i śmierć niósł regularnie, niczym wojenną brankę. Co jakiś czas zastępując ją kochanką bezwartościową, o której dnia następnego pamiętać nie będzie i ponownie miejsce jej zajmie ta w czarnej szacie, posłanniczka bogów. Jednak ta stracona również została ze swego piedestału, w chwili, gdy płaszcz szkarłatem pokryty, podniosła właśnie ta drobina.
    — Co się stało? Nerino? — zapytał, lecz sensu nie było pytać jej, teraz kiedy strach w jej wnętrzu mieszał się z żalem, którego Hellion nie widział. Zamiast więc wsadzić ją na konia, wziął generały i zawinął je wkoło nadgarstka, a jasnooką w amoku tłamszoną na rękach poniósł w stronę swego brata oraz kobiet pozostałych.
    — Ruszajmy do wyjścia, gdzie konie macie panie? — zapytał, lecz spoglądając na brązowowłosego, zrozumiał, że problem będą mieć przed dowódcą. Westchnął ciężko. — nie pora na ich szukanie, lepiej do wyjścia się kierujmy. Posadź żonę swoją na Assarze, ja Nerinę poniosę — polecił i ruszył przed siebie.
        Magiczny targ miał to do siebie, że działał jak labirynt, im bardziej szukało się konkretniej rzeczy, tym częściej się gubiło, zataczało koła. Iluzja potężniejsza niż można sobie wyobrazić, silna i myląca, mocno się wysilał Hellion, by pokonać jej mglącą zwodniczość. Zgubił się raz najpierw, skręcając w ślepą uliczkę, rozeźlony nie tylko przez swoją chwilową niedyspozycję, ale również źle zapowiadającą się sytuację, zaczął myśleć o przeklętej wiosce. Jednak najpierw musiał pokonać z towarzyszem broni i wszystkimi paniami te przebrzydłe korytarze zepsucia, które toczyła zgnilizna, niewidoczna na pierwszy rzut oka, ukryta pod rozmaitymi zapachami, kolorami. Dokładnie wciśnięta pod makijaż z magii i iluzorycznych banialuk. Kręcili się chwilę, gdy w końcu znaleźli wyjście przysłonięte czarami, bo im dłużej w tym wymiarze siedzieli, tym trudniej było uciec z niego, mamionym błyskotkami i pustymi obietnicami. Wysilić się przy tym obaj musieli i on i Hasten, użyć swojej mocy. Jednak połączone siły wiele zdziałały i w chwili ostatniej przed wyjściem ktoś, a może już tylko coś wzrok Helliona zmąciło. Włosy bielone, oczy jak niebo burzowe i dłonie na brzuszku zaokrąglonym leżące i uśmiech. Ten jeden we wspomnieniach, teraz już bolesną kaligrafią zapisany, za którym tęsknił i widział go dokładnie czasami, gdy sen już witał go jak stary przyjaciel, lecz umysł jeszcze resztki świadomości zachowywał. Boleśnie rozmazując się, gdy nadeszła senna mara, teraz jednak nie mijała, snem i ułudą to nie było, lecz wiedział, katem oka dostrzegał i chciał mieć tę świadomość, że nie może, nie ulegnie. Spojrzenia nie pośle, choćby i serce z piersi się rwało, boleśnie ciągnęło do tej, której tak pragnął.
    — Hellionie — cichy szept głosu ciepłego, tak dobrze znajomego, chociaż tyle lat minęło, rozbrzmiał w jego głowie, już się łamał, miał spojrzeć, kiedy na twarz Hastena trafił, zaraz też wzrok wbił przed siebie w ziemię uklepaną, wyraźnie skołowany. Gdyby choć raz tam zerknął, raz jeden jak pragnął, nie wyszedłby. Pozostał na wieki stracony. Oddech wziął i krok zrobił przed siebie, znajdując się w wiosce przeklętej.
Kłopoty mieli, noc ich zastała, a z dala dochodziły odgłosy hulaszczej zabawy. Blisko nich kręcił się jeden, chyba czujący krew świeżą do stracenia, wciągnięcia w krąg wiecznej zabawy, do kości bielejących, które godną były kolekcją, krwawych bogów na pustkowiach chwalonych. Zjawa jak żywa wyglądała w blasku księżyca, gotowa do omamienia duszyczki jednej. Szybko Hellion zasłonił usta Nerinie, reszcie gestem nakazując milczenie, znak wyraźny dając zwiadowcy, by bokiem przeszli. To działało przez chwilę, bo dostrzegła ich zjawa ponura i w ich stronę zmierzać zaczęła. Wymienili między sobą spojrzenia przerażone, wtem czarnowłosy kierowany instynktem doskokiem znalazł się przy koniu Airanny.
    — Weź ją, proszę i do jeźdźców szybko jedźcie — wsadził blondynkę na koń przed Airą, nie chyląc się na zbędne czułości i pożegnania. Czasu nie mieli, a zagrożenie zbliżało się niebezpiecznie. — Zabierz pozostałe damy, ratuj je, błagam. Nie patrz na mnie przyjacielu, obowiązek wypełnij, żony oddaj ich mężom. Jedź prędko, nie oglądaj się za siebie. Wiesz co zrobić, jeśli nie wrócę — polecił mu szybko i odwrócił się, słysząc kopyta o zmarzniętą ziemię uderzające.
        Nie modlił się, zapomniał jak to robić przez lata tułaczki, jednak na swój sposób bogów prosił o łaskę i starał przypomnieć sobie zaklęcia, których uczył ich Hyron. Symbol i słowa na zło wszelakie, które zbliżało się krokiem lekkim i zwiewnym. Nie widział, lecz czuł mrok wkoło dziewki, która wręcz eterycznie kusiła. Była drobna, tak niewinna z pozoru, że gdyby nie miał świadomości, gdzie się znajduje, uznałby ją za słodką wieśniaczkę, której ukraść można bez konsekwencji wianek. Jednak ta nią nie była, chociaż wyglądała. Włosy miała długie w warkocze splecione, popielato mysie, a oczy jak iskierki radosne o barwie zieleni naturalnie kuszącej, nosek zadarty piegami obsypany. Głowę jej stroiły kwiaty, jakby świeżo zrywane, a ubrania na pochodzenie proste wskazywały, bosa była mimo zimy srogiej.
    — Witajcie panie — rzuciła wesoło, uśmiechając się niczym kocie przymilne. — Dołącz do nas, jadła ci u nas dostatek i miodu — kusiła, niby dla kokieterii, niby przypadkiem sznureczek przy sukni rozwiązując, ukazując szyję piegami pokrytą. — I rozrywek wszelakich — czuł pokusę zostania w tym miejscu, złapania dłoni, którą wyciągnęła w jego stronę, lecz był pewny, że nie może. Miast tego zaczął szeptać znane formułki, co sprawiło, że dziewczęca buzia nagle się zmieniła. Grymas złości wykrzywił ją szpetnie, a w oczach jakby mrok się pojawił, chociaż nic się w nich nie zmieniło.
    — Nie chcesz? — Zapytała głośniej, ruszając przed siebie, obchodząc go wkoło, na co on nie reagował ciągle, wymawiając formułki. — Może teraz byś wolał, panie wojowniku? — Znów ten głos, ten sam, który wzywał go, gdy wychodzili z targowiska. Otworzył oczy, szczerze wystraszony, lecz nadal mamrocząc zaklęcia wyuczone. Stała przed nim tak piękna, idealna. Lerianna. — Czy teraz ze mną pójdziesz? Pójdziesz mój miły? — Niczym trucizna toczyły go te słowa, poczuciem winy ból w sercu obrósł. Musiał wytrzymać, nie dla siebie, lecz innych w kompanii. Zaczął w powietrzu kreślić symbol, skomplikowany to był czar, a on nigdy nie wykazywał talentu w tej dziedzinie. Wolał z mieczem gonić po lesie lub rozwijać inne talenty.
        Skończył go kreślić i lekkie światło rozbłysło, dusza zagubiona rozmyła się z krzykiem, zapisując we wspomnieniach jego obraz tej, której mieć nie mógł, rozrywany zaklęciem i chociaż wiedział, że to nie ona, to czuł, że koszmary najdą go wkrótce. Upadł na kolana i żwawo, mimo zmęczenia zaczął kreślić symbol na ziemi. Inny tym razem, mający zmylić pozostałe zjawy. Liczył, że mu się uda, a kiedy skończył, był wykończony. Siły zabrały mu w świecie wiedźm wędrówki oraz te zaklęcia, mimo to zerwał się na równe nogi i począł biec w stronę swoich. Gwizdnął, choć słabo. Mimo to jego rumak wierny porwał się w jego stronę i zatrzymał obok, by mógł dojechać do reszty braci wojaków.
        Gdy się do nich zbliżył, uśmiechnął się blado, starł pot z czoła i zeskoczył z konia.
    — Kłopoty nas spotkały przy wiosce. Już zażegnane — wyjaśnił szybko i podszedł do Hastena. Poklepał go po ramieniu w geście dziękczynnym. Wtem dostrzegł, jak z oddali jedzie ku nim Harl, pędzi żwawo, widząc swoją żonę. Zeskakuje z konia, biegiem się puszcza, podbiega do niej, wciąż w siodle siedzącej, spojrzeniem na bok biegnącej w jednej chwili, w drugiej mocniej w mężu utkwionym. Wyciąga ku niej dłonie, tuli ją i głaszcze, gdy w jego ramionach schronienie znajduje. Czy była to miłość? Pomyślał zbolały, przypominając sobie te oczy ciemne, znikające przez zaklęcie. Czy istniało coś, co łączy ludzi od jednego spojrzenia? Czy dotyczyło to właśnie orła i jego damy? Wtem dostrzegł również brązowowłosego, w ten obraz wpatrzonego. Czy może to nie ich to łączyło, a kogo innego trafiło przeznaczenie, nie to płaszczem niesione? Zmęczony był i bajdurzył być może, lecz coś mu spokoju nie dało w tej chwili.
        Noc niebezpieczna bywa na pustkowiach, to jednocześnie piękna, zwłaszcza gdy księżyc wyjdzie, ten jednak zwiastował coś strasznego, czego krzyk Solfinny, był tylko początkiem. Spojrzał więc Hellion na wszystkich wkoło, widząc towarzysza, który jakby pobladł, niczym duch się stawał. Zerknął i na dłoń swoją wojownik. Oto i ona stawała się taka sama.

Ostatnio zmieniony przez Myrmidia (13-01-2021 o 01h12)

Offline

#57 13-01-2021 o 18h47

Straż Absyntu
Yuka
Pokonała kurę
Yuka
...
Wiadomości: 838

[ LILITH ]




        Przygryzła dolną wargę, ponieważ nadal męczyły ją wyrzuty sumienia. W końcu popełniła fatalny błąd... A mianowicie uległa pokusie i zakupiła świecidełko, które przyciągnęło ją swoją głębią oraz blaskiem. W związku z tym czuła się głupio, a także i źle, gdyż każda z kobiet otrzymała wyraźny rozkaz, mówiący o tym, aby niczego nie dotykać ani z nikim rozmawiać. Niestety trafiło na to, iż ona go złamała i przez to naraziła nie tylko siebie na hańbę, ale również i cały ród de Clarków. Wobec tego ogarniała ją pewność, iż nikt nie popełnił tak beznadziejnej gafy jak ona... Tkwiła w zdaniu, iż każda następczyni żony założyciela rodziny nie zrobiła czegoś takiego, a ona sama stała się tak zwanym rodzynkiem, który postąpił przeciw danemu słowu.
        Jednak nie mogła też za bardzo się nad tym martwić. Co było – minęło i czasu już nie cofnie. Jedynie może ten fakt zaakceptować i obiecać, że następnym razem się opamięta. Ponadto przyczynić się do zafundowania przeprosin dla swojego męża. Aczkolwiek mimo tego wszystkiego, co się wydarzyło, cieszyła się z dokonanej transakcji, bo zyskała amulet mogący ją ochronić przed nocnymi marami. Dlatego też odetchnęła z ulgą, bo w końcu zacznie normalnie spać – bez żadnych zmartwień, że zaraz obudzi się z krzykiem.
         Kiedy spotkała się ze spojrzeniem swojego wybranka, zacisnęła ręce w pięści, bowiem nadszedł czas na rozliczenie ze swoich przewinień. I dlatego postanowiła się do niego odezwać jako pierwsza, ale szybko została zgaszona przez nagły i zarazem zaskakujący obrót spraw. Okazało się, że jej druga połówka przekroczyła przysłowiowy mur i zdołała się odważyć na dosyć miły gest. Innymi słowy złapała ją w swoje ramiona i zamknął w miłym, pełnym emocji uścisku. Przez wzgląd na niego zamurowało ją, a przede wszystkim speszyła się, bo jego ciepło tak mocno na nią oddziaływało. W zasadzie pierwszy raz doświadczała, aż takiej bliskości z płci przeciwną. Oznaczało to, że nie posiadała doświadczenia w relacjach damko-męskich w przeciwieństwie do swoich rówieśniczek, a dokładniej wcześniejszych koleżanek, które już dawno zostały z kimś zaręczone i przez to nawiązały ciekawe więzi. Dzięki temu zyskały spokój ducha, a także wprawę we flircie.
        Po chwili usłyszała, jak jej mąż, zaczyna ją przepraszać i sugerować, że to tylko i wyłącznie jego wina, a to była brednia, ponieważ przewinienie leżało po jej stronie. Tak naprawdę to ona zrobiła coś, czego nie powinna. Zakopała gdzieś głęboko w sobie słowa zaleceń i dała się omamić przez wpływ piękna broszki. I biorąc to pod uwagę już otworzyła usta z zamiarem proszenia o wybaczenie, jednak szybko została zgaszona przez nagłe oderwanie ze strony wybranka, ale i również przez jego krzyk. Wyglądał jakby coś zauważył i był tym mocno poruszony. Można, by powiedzieć, że to go aż zaalarmowało. W związku z tym poprzysięgła, żeby później pomówić ze swoim Panem. Zależało jej, aby w ciszy wyjaśnić z nim wszelkie niesmaki, które do tej pory wylazły na zewnątrz. W każdym razie wolała mieć wszystko wyjaśnione, żeby uniknąć kolejnych wyrzutów.
        Potem odwróciła się i ujrzała przebiegając między uliczkami osobę, mającą na plecach szkarłatny płaszcz, podobny do tego, w którym prezentowała się jej towarzyszka Nerina. Wobec tego pomyślała, że być może trafili na jej ślad i z uwagi na to chciała zasugerować innym, żeby go sprawdzić. Jednak zanim się na to zdecydowała, zaczęła się uważnie rozglądać uważnie, aby ujrzeć więcej wskazówek. Niestety jej poczynania spełzły na niczym. Dlatego też zaczęła się zastanawiać, aby wpaść na coś logicznego. Aczkolwiek jej rozmyślanie zostało przerwane i przegonione przez działanie ze strony Airann'y. Otóż droga dziewoja postanowiła wstać i ustać na siodle, a następnie zagwizdać, żeby wzbudzić zainteresowanie wszystkich tu ludzi zgromadzonych. Dzięki temu wskazała właściwy kierunek, w którym mogła udać się wcześniej poznana niewiasta.
        Niebawem odezwała się do niej szkarłatnowłosa, chwaląc i pytając, gdzie zakupiła te brosze. Z tego względu, aby nie wyjść na gburną, uśmiechnęła się delikatnie i udzieliła krótkiej, a mimo to zwięzłej odpowiedzi.
        - Tak zgadza się, Moja Droga! - Jej głos brzmiał miło.
       

        Po kilku minutach jeden z Jeźdźców wrócił w towarzystwie swojej żony. W związku z tym odetchnęła z ulgą, bo przynajmniej straciła już powody do zmartwień. Chociaż nie na długo, bo teraz pozostawała kwestia wydostania się z miasteczka, aby wrócić do innych i móc kontynuować dalszą podróż. Dlatego też westchnęła ciężko w duchu.
        Później już tylko, a to skręcali w jedną, a to w drugą stronę, aby dotrzeć do punktu wyjścia. Przechodzili przez liczne uliczki w nadziei na powodzenie tułaczki. Przy tym mijali kolorowe stragany, a także sprzedawców, którzy oferowali coraz to ciekawe rzeczy i przez nie zachęcali do skorzystania z ich usług. Ponadto przedzierali się tłum ludzi, aż w końcu dotarli do upragnionego celu, gdzie zrobiło się znacznie ciszej. Niestety nie zdołali zrobić kolejnego kroku naprzód, bo powstrzymało ich zatrzymanie przez druha jej męża. Nakazał ciszę, ponieważ wpadł na czyhające niebezpieczeństwo. Przez to prze jej ciało przeszły dreszcze i już zamierzała sięgnąć po patelnie, aby móc się obronić, jednak ponownie ją opamiętano przez kwestie wycofania się.
         Po sekundzie, kiedy tylko zaczęła się panicznie i pod wpływem szoku wycofywać z innymi, jej serca zaczęło bić w szaleńczym tempie, ponieważ jej przerażenie z każdą chwilą rosło i rosło i przez niego nie mogła logicznie działać. W związku z tym postanowiła się w jakiś sposób uspokoić. Wobec tego wzięła głęboki wdech i wydech, a następnie policzyła w głowie do dziesięciu. Te czynności przyniosły oczekiwany rezultat, a mianowicie zdołała ostudzić swoje obawy i przeć ze względnym opanowaniem przed siebie.
         - Nareszcie... - odezwała się, czując się znacznie lepiej, kiedy znalazła się z powrotem wśród innych Jeźdźców, mimo iż ich nie znała, to nie nie zmieniało to faktu, że się cieszy i może rozluźnić. Aczkolwiek jej radość nie trwała wiecznie, bo uwikłano ją w dziwne zjawisko... A więc jej mąż jakby zrobił się bledszy, a także jego druh. Co to mogło oznaczać? W następstwie tego wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia i przez jej ciało przeszły kolejne dreszcze. - Co się dzieje, Mój Miły? - spytała z rosnącym zmartwieniem oraz strachem, gdyż nie wiedziała, co się z nim dzieje.

Ostatnio zmieniony przez Yuka (13-01-2021 o 18h49)


Zapraszam na mój kanał: KLIK!
http://funkyimg.com/i/2sJEY.png

Offline

#58 16-01-2021 o 23h56

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 531

___________________________________________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/790289343747063858/hasio.png

     Powinien się skupić. Z myśli swych odegnać obraz tej, którą miał już obok siebie i poświęcić się w pełni poszukiwaniom panny, która nadal nie była bezpieczna. Tej królewską czerwienią okrytej i bratu jego duszy przyrzeczonej, wypatrując jej wśród tłumu z równą uwagą, co reszta. I jak na prawdziwego myśliwego przystało, zwierzynę swą odnaleźć, nie zaś ku ciemnowłosej zerkać.
     Niestety nie potrafił. Choć starał się ze wszystkich sił, nie mógł, choć swą dłonią Lilith nie szukać. Niby przypadkiem, o jej palce swych własnych nie próbować otrzeć, tak aby upewnić się, że ta wciąż jest obok. Żywa i prawdziwa, nie z kolejnej iluzji, lecz z krwi i ciała stworzona. A tym samym niezdolna niczym miraż rozpłynąć się w powietrzu i znów mu zniknąć.
     Nie był w stanie również nad jej zachowaniem się nie zastanawiać. Tej chłodnej postawy, którą wobec niego zachowywała, nie rozważać. Wokół uścisku, którego mu odwzajemnić nie chciała, myślami nie krążyć. Oto bowiem tę, której los z jego losem płaszcz związał, jego dotyk zdawał się odstręczać. Skłaniając Lilith do tak odmiennego traktowania Hastena od skierowanych doń na uczcie słów. Czyżby więc miał rację i ten zawód, który jej sprawił, jej nienawiść na niego sprowadził? Wzbudzając obrzydzenie w tej, z którą przecie miał dzielić kiedyś swe łoże?
     Chciał wierzyć, iż tak nie było. Jedynie jako wyraz speszenia i brak doświadczenia w kontakcie z płcią odmienną, zachowanie niewiasty uznawać. Bo i przecie taki właśnie był jeden z warunków Wielkiego Traktatu. Wszak właśnie nie tylko młodych, czy zdrowych, lecz i nietkniętych przez żadnego męża dziewek Jeźdźcy chcieli. A szatyn, choć przyznawać się do tego nie lubił, doskonale pamiętał, że i w nim poza przyjemnością, niepewność wzbudziły pierwsze w życiu z otrzymanych z kobiecych rąk pieszczot. Był świadomy wahania, z którym pocałunki na powabnych ustach wówczas składał. Tego, jak poznając dopiero uciechy i potrzeby ciała, błądził niczym ślepiec i jak takowy dawał się prowadzić tej, która wiedziała, czego od niego pragnie. Czyż więc i po swej żonie podobnych odczuć nie powinien oczekiwać?
     Jednak mimo tych wszystkich argumentów, którymi się przekonywał. O których, prześlizgując się spojrzeniem po tłumie, sobie przypominał, gdzieś w jego podświadomości, wciąż ta sama nieprzyjemna myśl się czaiła. Niczym kolor jadowitego węża z daleka o niebezpieczeństwie go ostrzegając. Znów siejąc ziarno zwątpienia, któremu za żadne skarby świata nie chciał pozwolić wyrosnąć. Zwłaszcza nie na targu, na którym zachować jasność umysłu powinien. I nie po tym, jak Lilith przypięła do jego płaszcza tajemniczy, lecz z pewnością ciemnością tchnięty amulet.
     Z tych rozważań, tak mocno zniekształcających mu rozciągający się przed oczami obraz i tak bardzo odgradzających go od świata, wyrwał go dopiero czyiś głośny gwizd. Skutecznie przywołując go do rzeczywistości i otrzeźwiając mu umysł. Pozwalając mu dostrzec, iż oto dama Airanna już końskiego grzbietu nie dosiada, lecz stoi na nim. Górując nad nimi wszystkimi i lepszy obraz na okolicę mając. Mogąc dostrzec to, czego nie widzieli, nawet jeśli początkowo przekazane przez nią wieści, pokrzepiające nie były.
     Mimo to Hasten chciał pochwalić jej pomysłowość. Głowę swą pochylić przed jej mądrością, lecz nie zdążył, gdyż dokładnie wówczas kobieta tak dające nadzieję słowa wyrzekła. Ledwie jedno zdanie, wskazujące im właściwy kierunek. Drogę, którą ramię w ramię wraz ze swym bratem chciał pokonać. Ten jednak miał inne plany. A młodzikowi nie pozostawało nic innego niż wolę ciemnowłosego uszanować, nawet jeśli na wiedźmim targu bezpieczniej byłoby ani na moment się nie rozdzielać.
     Nie była to wszak żona Hastena. Nie jego polowanie ni sprawa, w którą powinien się mieszać. Odległość od panny też nie zdawała się tak spora, by mogli zagubić się w tłumie. Skinął więc jeno głową na potwierdzenie, iż prośbę Helliona o chwile prywatności do wiadomości przyjął. A potem pociągnięciem za lejce, wierzchowca swego wstrzymał. I pozwalając bratu zniknąć mu z oczu, wzrok swój znów na Airannę przeniósł.
     — Dziękuję ci pani za twą wielką pomoc. Zdecydowanie nie jeno towarzystwem i napitkiem będziemy musieli się za nią odwdzięczyć — rzekł, skłaniając swą głowę dla podkreślenia szczerości swych podziękowań. — Proszę, gdy już bezpiecznie do twego męża dołączymy pani, zdradź nam, jak odpłacić będziemy mogli.
     To rzekłszy, uśmiechnął się szeroko i już miał dodać coś jeszcze, gdy oto z ust zielonookiej padło niepokojące go pytanie. A miła odpowiedź Lilith i lekki uśmiech, a może i wręcz duma, z którym ta jej udzieliła, starczyły, aby zmazać z twarzy Hastena wszelkie oznaki radości.
     Oto bowiem, w jego mniemaniu, na jaw wyszło, że żona jego z dokonanego targu jest niezmiernie zadowolona. Zapłaconej ceny nie żałuje, choć ta z pewnością wysoką była. I mimo iż w nim lęk budziła, zwłaszcza w tamtej chwili. Rzucając cień na ich wspólną przyszłość, którą tak bardzo, pomimo wszelkich możliwych niedogodności, chciał widzieć w jasnych barwach. Wierzyć, iż będzie dobrą i gotów był i bogów prosić, aby tak się stało.
     Nim jednak zdążył zamówić kolejną modlitwę. Gunnorę o jej łaskę i opiekę nad Lilith błagać, głos Kildas przerwał jego myśli. Przypominając mu o sprawie, którą dotąd, skupiając się na poszukiwaniu żon, zignorował.
     — Panie, czy nasze konie już poza targiem będą nas czekać? U wejścia kilkoro z  waszych panie polecało pannom je oddać, by między kramami się nie przepychać — rzekła niewinnie, szczerze wierząc w tę wersję, a po plecach szatyna nieprzyjemny dreszcz przeszedł. Kimże bowiem mogli być ci, którym wierzchowce oddano, jak nie kolejną iluzją lub sztuczką czarownic? Mającą zadbać, by panny, w tym i jego żona, której przecie koń nie towarzyszył, z jarmarku tak łatwo nie odeszły. Aby kramów pospiesznie nie minęły, lecz spokojnie mogły przyjrzeć się asortymentowi każdego z nich. A tym samym przynajmniej jednego targu dokonać.
     — NASZYCH pani? — dopytał, mimo tych wszystkich myśli i przeczuć, wciąż łudząc się, iż być może jednak się przesłyszał. Znów dał umysł swój magii tego miejsca zmącić i coś źle zrozumiał. I niczym głupiec chcąc trzymać się tej nadziei.
     Odpowiedzi nie uzyskał. Nie zdążył, gdyż oto powrócił do nich Hellion, niosąc na swych rękach panią drobną i wcale nie zdającą się targiem zachwyconą. Miast tego odczucia przeciwne do tego złego miejsca mającą. Nie jej stan jednak najbardziej przeraził Hastena, lecz pytanie, które jego brat pannom zadał. Tak okrutnie potwierdzające to, iż przynajmniej trzy z wierzchowców targ im odebrał. I jeśli tylko odzyskać by je chcieli, jeszcze zapewne długie godziny wśród kolorowych straganów musieliby spędzić. A powodzenia tego zadania i tak pewności by nie mieli.
     Z tego też powodu, pokręcił znaczącą swą głową, starając się tym jednym gestem przekazać ciemnowłosemu te wszystkie wnioski. A kiedy usłyszał jego opinię i zarazem polecenie, tak wielką mądrością się odznaczające, bezzwłocznie się do niego zastosował. Nie mieli wszak co dłużej mitrężyć w miejscu tym złym i magią przesiąkniętym, gdyż mogliby go już nigdy nie opuścić. Sił i woli mogłoby im na to zabraknąć. A przecie życie nie tylko ich żon od nich zależało.
     Tak oto z czułością i wielką ostrożnością, dłonie Hastena na talii Lilith spoczęły. Ostrożnie obejmując ją i podtrzymując, gdy podnosząc ją, w siodle Assara pomagał się jej usadowić. Pozwalając by i jej biodra, niby przypadkiem, jego palce musnęły. Lecz miast przynieść mu ulgę, czyn ten jeno jego wyrzuty sumienia wzbudził. Nie poruszył bowiem tak myśli jego, jak wspomnienie chwili, w której pomógł Kildas wdrapać się na grzbiet Artusa.
     Jak mimowolnie zauważył, blondynka spoglądała w tamtej chwili na niego. Gdy opuściwszy swą żonę, powracał do boku Artusa. I uciekała wzrokiem od niego, gdy tylko ich spojrzenia się spotkały. Tak mocno dając mu odczuć gorzki smak poczucia winy, gdy ciągnąc za lejce swego rumaka, podążył za Hellionem ku wyjściu z Wiedźmiego Tragu. A przynajmniej miał nadzieję, że właśnie tam się kierowali.
     Niestety po raz kolejny tego dnia wzrok ich zawiódł, magii czarownic zwieść się dając. Prowadząc w uliczkę ślepą, co Hastena do zaciśnięcia ust w cienką linię zmusiło, mimo wiary w powodzenie następnej próby, złość jego budząc. Pozwalając mu odczuć, jak zmęczenie tym jarmarkiem zła daje mu się we znaki, kiedy więc faktyczne wyjście odnaleźli, musiał aż zacisnąć zęby, by resztki swej silnej woli wykrzesać. Po magię Jeźdźców móc sięgnąć i na targu już na wieczność nie pozostać, nawet jeśli dźwięki lutni, które niespodziewanie dobiegły jego uszu, tak jak i słodki śpiew niewiasty, tak kusiły go, aby przyłączyć się do zabawy. Odnaleźć tę, która swym głosem kusiła, do tańca ją namówić. Opowieścią zabawić i do jej trupy dołączyć.
     Potrząsnął w gniewnie głową, odżegnując tę wizję. Boleśnie przygryzając wargę, otrzeźwił swój umysł. Przypominając sobie, iż wśród bardów miejsca swego nigdy nie znajdzie, nawet na bajarza rolę liczyć nie mogąc. I z głośnym westchnieniem ulgi, zwycięstwo witając, gdy oto zimne powietrze i znajome barwy znów ich otoczyły.
     Nie było mu jednak dane długo cieszyć się z wygranej. Oto złapawszy bowiem oddech, postanowił się rozejrzeć. Dostrzegając mrok, który ich otoczył. W miejscu tak niebezpiecznym, gdyż przecie zmarłym pozostawionym. Tym, którzy innych w swe kręgi zaprosić chcieli. Nie mogąc wybaczyć żywym tego, iż ci mieli wciąż to, co im odebrano. I właśnie umarli, jakby tymi myślami wywołani, okazali się wcale nie tak daleko od nich oddawać się zabawie. Dźwiękami swawoli budząc niepokój Jeźdźców. Do nakazanego przez Helliona milczenia bliskością jednej ze zjaw zmuszając i nadziei, iż cisza i powolne przejście dłuższą trasą, ominąć upiora pozwoli. Nie sprowadzając na nich żadnych kłopotów.
     Niestety los i w tej sprawie nie chciał być dla grupy łaskawy. Wybierając dla nich trudniejszą ścieżkę, być może pełną łez i bólu. Niebezpieczeństwem i przedwczesną śmiercią grożącą, gdy dusza zbłąkana na ich ślad trafiła. A taka w czas nieodegnana mogła już nie tylko życie odebrać i nie dać zaznać wiecznego spokoju.
     Wiedząc o tym, Hasten z niekrytym przerażeniem spojrzał na Helliona. A jednocześnie z pytaniem o ich kolejne czyny, którego wypowiedzieć by nie zdołał. I odpowiedź swą w czynie ciemnowłosego, nie słowach uzyskał. Tak jawnie zdradzających jego decyzję, jeszcze nim ten i pozostałym przedstawić ją postanowił. Będąc gotowym poświęcić się, gdyby było trzeba.
     I choć młodzik chciał zaprotestować. Swoją osobę na jego miejsce wskazać. Walki się podjąć i wszystkich starań dołożyć, by zwyciężyć, upiora odegnać, a gdy po tym zabraknie mu sił i będąc gotowym na koniec odejść tam, gdzie kwitną jabłonie, nic nie powiedział. Jeno spojrzeniem brata swego o pewność pytając. O ostrożność błagając i bezpieczny powrót.
     — Powodzenia ci życzę mój bracie. Niech bogowie mają cię w opiece. Proszę tylko, nie ryzykuj czego nie trzeba, pamiętaj, że cię w obozie żona będzie czekać. A ja drugiego takiego druha jak ty nigdzie nie odnajdę — rzucił w odpowiedzi na słowa Zwierzołaka. W chwili, gdy wszystko było pewnym, puszczając wodze Artusa. I klepiąc zwierze w zad, każąc mu pognać prosto przed siebie. Wiedząc, że gdy tylko to resztę wierzchowców zoczy, natychmiast podąży za nimi.
     Nie mitrężąc więc dłużej ni bratu ostatniego spojrzenia, nie rzucając, dopadł do Assara i zręcznym susem na jego grzbiet się wdrapał. Nie dbając o czułość, czy delikatność, na które w tamtej chwili nie było czasu, za plecami swej żony się usadowił. Jedną dłonią obejmując ją w talii i przyciągając do siebie, tak aby podczas szaleńczego biegu nie spadła. Drugą wodze zaś pospiesznie zgarniając i docisnięciem łydek wierzchowca do ruszenia zmuszając. A potem do przyspieszenia aż do cwału i pognania ile sił w kopytach pozostało. I jeno pilnując, by za daleko od panien nie odbiec. Ze wzroku ich, gdy obracał się to na lewo, to prawo, nie stracić.
     Zwolnić sobie pozwolił, dopiero kiedy znajomy blask ognia dostrzegł. Zatrzymując ogiera, z podejrzliwością zgromadzonym wokół ogniska sylwetkom się przyjrzał. I rozpoznawszy wśród nich znajome, choć przez mrok groźnie wyglądające twarze, cicho zagwizdał.
     Wtedy też dłoń jego z talii Lilith się zsunęła. Ku rękojeści kordu na wszelki wypadek podążyła, tak by gdyby członkowie Kompanii okazali się kolejnymi majakami, móc panien bronić. Jednak podwójny odzew, który po trzydziestu uderzeniach serca nadszedł, strach Hastena odpędził. Pozwalając mu z ulgą odetchnąć i pokonawszy ostatnie, konieczne sążnie, zsiąść z grzbietu Assara. Powoli i nieco chwiejnie na ziemi stanąć, nim odzyskawszy pełnię równowagi, z siodła ściągnął swą damę.
     W tamtym momencie też długimi krokami tak susy sadzone przez jego zwierzęcą formę przypominającymi dotarł do nich Heres. Ostrożnie wodze wierzchowca Airanny łapiąc. Posyłając pannom uśmiech czarujący i kojący, nim wbił w towarzysza broni pytające spojrzenie. A niebieskooki nie będąc w stanie wykrztusić na nie odpowiedzi, jedynie zacisnął pięści i odwróciwszy się, wbił wzrok w nieprzenikniony mrok, roztaczający się za jego plecami.
     Chciał bowiem wierzyć, że brat jego z widmem da sobie radę. W sile jego i umiejętnościach nadzieję pokładać, powtarzać sobie o ile ten potężniejszy jest od niego. Jednak choć wstydził się tego, gdyż honor tym Hellionowi odbierał, wszelkich obaw o ciemnowłosego wyzbyć się nie mógł. Bijącego mocniej z każdą mijającą chwilą serca, powstrzymać nie dawał rady. Gotów choćby tu, na oczach panien, nie bacząc na nic zmienić swą formę. Ile sił w skrzydłach, szybciej niż koń dzielącą go od Zwierzołaka trasę pokonać. I upewnić się, że ten wróci bezpiecznie do swej żony.
     Zacisnął mocno zęby, zmuszając, by się odwrócić. Oczy zamknął, skupiając się na głębokich oddechach, aby buzującą w żyłach krew ostudzić, tuż przed tym, gdy Assar zastrzygł uszami. Raz, a potem drugi i nim zrobić cokolwiek Jeźdźcy zdążyli, zawrócił, w mrok ruszając. Tak nadzieję budząc, z otworzonych pośpiesznie oczu Hastena znikając. I choć mimo wszelkiej wiary, chwile dzielące młodzika od momentu, gdy tętent kopyt znów przeszył powietrze, do wstrzymania oddechu go zmusiły, radość niezmierną znajome, choć wyraźnie zmęczone lico przyniosło. Tak jak i przyjacielski gest, na który jeno uśmiechem i skinieniem odpowiedzieć zdołał.
     Wtenczas bowiem Harl do ich grona dołączył. Prawie na złamanie karku ku swej żonie pędząc. Czuły pocałunek na jej włosach składając, gdy w ramionach swych ją schował. I widokiem tym, tak niepokojąco wywołującym złość i ukłucie w piersi, zmuszające Hastena do pospiesznego, odruchowego odwrócenia wzroku. A także i przełknięcia tej okropnej, ciężkiej goryczy. Wyrzutów sumienia, które nadeszły natychmiast, gdy tylko zerknął na swą żonę. I tak otwarcie wskazały mu, jak wielkim jest zdrajcą.
     Wtem też nadeszła i kara. Za sprawą księżyca, który wychynął zza chmur, wszelkie występki ujawniając. Zdradę, której dokonał przeciwko Gunnorze spoglądając na inną. I krzykiem jednej z nieznanych młodzikowi panien, jego uwagę przyciągając. Każąc mu rozejrzeć się wokół. Po twarzach zgromadzonych spojrzeć, nim dostrzegł, iż w damie tej to on przerażenie budzi. To na niego oczyma strachu patrzy i drżącym palcem wskazuje. Tak łatwo zmuszając go, by przyjrzał się swym dłoniom.
     Przysiąc by mógł, iż widok ich nienaturalnej, wręcz widomej bladości, tak do napotkanej zjawy podobnej, na moment zatrzymał jego serce. Jeszcze jaśniejszym jego lico czyniąc, gdy zbladł i z niekrytym strachem, przypomniał sobie groźbę wiedźmy. Przekleństwo rzucone nań i Helliona. Zapowiedź zguby, która oto na jego oczach się ziszczała. A gdy pełne strachu spojrzenie przeniósł na brata swego i u niego, choć tylko na ręce, podobną zmianę dostrzegając, natychmiast odwrócił się w stronę Kildas. Zwyczajnie musząc się upewnić, iż tej, mimo skierowanym wyłącznie do mężów słów Wiedźmy, ta nic nie zrobiła.
     Nie był w stanie jednak dostrzec jej skrytych pod jasnym płaszczem dłoni. Odwagi nie miał, by podejść i samemu sprawdzić, zwłaszcza w chwili, gdy już jasna była prawdziwość przekleństwa. Miast tego cofnął się więc o krok. Nie chcąc by ta, którą o czczej groźbie czarownicy zapewniał, dostrzegła jego kłamstwo.
     — To nic pani. To tylko chwilowe kłopoty. Dzień ciężki, a magia targu wciąż na mnie i druha mego działa. Nie martw się ma pani, coś na to z pewnością wymyślimy — odpowiedział żonie, której pytanie tylko go przed pognaniem go do Hyrona powstrzymać zdołało. I próbując zmusić się do zachowania zimnej krwi, lekki uśmiech na swą twarz przywołał. Głębokim oddechem całym sobą chcąc i próbując, w słowa swe słowa wiarę zyskać. Nie poddać się do reszty panice i myślom o braku wyjścia i śmierci w swej głowie zagościć.
     Tuż po tym spojrzał znacząco na Helliona. Tak jasno dając mu do zrozumienia, iż dowódcy szukać im trzeba. Czarnych wizji nie snuć, lecz skupić się na rzeczywistości. Czasie w tamtym momencie przelatującym im przez palce i przynajmniej spróbować znaleźć rozwiązanie. Wszak ani los, ani też bogowie nie mogliby być tak okrutnym, by za pomoc innym i jego myśli nieczyste i ciemnowłosego na wieczne potępienie skazać. Za poświęcenie i obronę cudzej żony życie mu odebrać. Przecie musiał istnieć sposób, by choć jego duszę, skoro jeno jego ręka widmową się stała, przed nie mającą się nigdy zakończyć tułaczką ocalić. Do świata żywych zwrócić. A jemu samemu, chociaż spokoju dać zaznać.
A któż mógł znać rozwiązanie to lepiej niż ten, który na Pustkowiach całe wieki spędził? Kto latami Kompanię przed złem ochraniał?
     Czym prędzej Hasten pognał więc ku niemu. Nie zważając na krzyki niektórych dziewek, zbliżył się do dowódcy. Stając tuż obok i w przebijającym się między sylwetkami panien i Jeźdźców blasku ognia tym mocniej swą przemianę widząc.
     — Hyronie za wszelką pomoc winnym ci dziękować. Za daną szansę i miejsce w Kompanii. Teraz zaś, gdy pożegnać się nam przyszło, o ostatnią łaskę muszę cię błagać. Proszę, ocal Helliona przed losem złym. Mnie zaś szybką śmiercią i spełnieniem obietnicy żegnaj — rzekł, łamiącym się głosem. I nie będąc w stanie dodać nic więcej ni powodu swego zachowania wyjaśnić, wbił w mężczyznę pełne błagania spojrzenie.
     Wtem niespodziewanie do jego uszu odgłos czyiś kroków dotarł. Ciężar cudzej dłoni, silnej i potężnej, wyraźnie w boju zaprawionej, na jego głowę sprowadzając. Łapiąc ją i silnym ruchem, do schylenia się i zgięcia karku przed przywódcą z taką łatwością zmuszając. W oznace nie jeno szacunku, ale i szczerej, cenniejszej może i od życia prośby.
     Znajomy głos tedy też przerwał niezręczną ciszę, chęci Hastena do protestu wobec takiego traktowania odżegnując. I budząc ogromny podziw wobec Helliona, który zdecydował się przyjść mu z pomocą. Swe życie za jego życie oferując. Ultimatum Hyronowi stawiając. Żądając ocalenia ich obojga, nie jeno samego siebie. Lub też i śmierci obydwu.
     — Bracie nie możesz…! — wykrzyczał w odruchu, mimo ogromnej wdzięczności, którą odczuł wobec czynu przyjaciela. Nie śmiąc zmuszać ciemnowłosego do tak wielkich targów, nie po tym, gdy ten mu i tego dnia już razy tyle życie ocalił. Nie, kiedy dama tegoż, o którą ten tak wielką troskę wykazał, zostać samą mogła.
     Lecz oto jedno spojrzenie Helliona starczyło, by młodzik swą wypowiedź urwał. Rozumiejąc, iż żadna kłótnia nie odwiedzie jego brata od postanowienia swego. Do wycofania oferty nie zmusi. A tym samym mogąc jedynie na werdykt Hyrona zaczekać cierpliwe. I liczyć na to, iż dowódca zgodzi się im dopomóc w potrzebie. Znajdując rozwiązanie, które ocali ich oboje.

.

Ostatnio zmieniony przez Sofja (Wczoraj o 20h34)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#59 17-01-2021 o 19h00

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 583

...................................................................................................................................https://i.imgur.com/C09wMUi.png
     Nie chciał się do tego przyznawać — zwłaszcza przed sobą — ale im dłużej pozostawał między tymi kolorowymi, fałszywie cieszącymi oko namiotami, tym większy czuł niepokój. Zdawało mu się, że w jego plecy wwiercały się dziesiątki wrogich spojrzeń, a gdy Halse uświadamiał sobie, że obserwowały go akurat wiedźmy — nieufne, groźne i podstępne — miał ochotę jak najszybciej się stąd wydostać. Już od początku uważał, że spacerowanie po Wiedźmim Targu było pomysłem co najmniej głupim. Dziwił się, że Hyron na to pozwolił, a tym samym Halse żałował, że go przy tym nie było — może gdyby wrzasnął po swojemu, wyzywając każdego idiotę otumanionego błyskotkami, już dawno znajdowaliby się wiele kilometrów stąd.
     Było jednak za późno, a on musiał się użerać z jakimiś wiedźmami sprzedającymi ziółka na truciznę po Alizończykach. Do tego dochodziła jeszcze jego żona, która wciąż wyglądała na przerażoną. Rozglądając się z wyraźnym niepokojem, sprawiała wrażenie, jakby spodziewała się zagrożenia wyskakującego z każdego kąta.
     — No, jestem cały — przyznał, marszcząc brwi. Nie wiedział, co to ją obchodziło i czemu właściwie miało służyć to stwierdzenie. — Ale, jeśli ma cię to pocieszyć, jutro mogę wyciągnąć kopyta. Możesz się o to założyć z Hyronem, bo według niego jutro mogę być martwy. To by cię pewnie pocieszyło, co? — mruknął, uśmiechając się krzywo. — Ale nie wiem, co zrobią w kopani ze wdową. Smutna prawda jest taka, że beze mnie u boku jesteś zupełnie nieprzydatna. Dlatego nie wiem, czy chciałabyś, byś jutro zastała mnie martwego. Chciałabyś? — spytał, spoglądając na nią znacząco. Był naprawdę ciekaw odpowiedzi, dlatego włożył w swój ton całą powagę, na jaką było go stać. — Czy nie chciałabyś? Hę?
     Kiedy jednak Bezimienna przyznała nieprzytomnym tonem, że mąka we włosach rzeczywiście stanowiła problem, Halse wnet pojął, że z pewnością coś było nie tak. Kobieta tak dumna i wyniosła zwykła zareagować na tę niską zaczepkę co najmniej pogardliwym prychnięciem, ona zaś albo nie zrozumiała żartu, albo go pojęła i uznała za zabawny. Obie opcje zupełnie nie pasowały do Bezimiennej, dlatego Halse momentalnie się spiął, łypiąc na małżonkę podejrzliwie.
     Dziwił się sam sobie, ale ucieszył się, gdy Bezimienna wreszcie się jakby ocknęła i zadała bardzo rozsądne pytanie dotyczące miejsca, w którym się znajdowali. Rozbawił go chwilowy cień zażenowania, jaki przemknął jej w oczach, gdy sobie uświadomiła, że zwróciła się do niego bezpośrednio po imieniu. Nie powinna tego robić i bez względu na prywatny szacunek — albo raczej jego brak — winna tytułować go swoim panem lub mężem. W normalnych warunkach Halse natychmiast zwróciłby jej na to uwagę, wyrażając swoje niezadowolenie i warcząc, że następnym razem ma pilnować swojego jęzora. Jednak w tamtym momencie nie miał takiej ochoty, nie czuł też potrzeby upominana jej czy karcenia za cokolwiek. Wbrew pozorom, nie chciał kopać leżącego, a Bezimienna wyglądała wyjątkowo nieswojo.
     — To Wiedźmi Targ — niemal wypluł te słowa, dając tym samym znać, że nie ma do tego miejsca żadnego szacunku. — Wiedźmi przybytek przepełniony zwodniczą magią. Fałszywe przekupki naciągają wędrowców i kuszą ich swoimi wspaniałymi świecidełkami, ale w zamian nie oczekują pieniędzy, bydła czy nawet ręki córki. Oczekują czegoś dużo cenniejszego — jakieś cząstki nas samych. W teorii mogą dać ci, co tylko zechcesz, ale w praktyce towar nigdy nie jest warty ceny, której wymagają te wiedźmie s###.
     Zmarszczył brwi, mimowolnie rozglądając się dookoła. To prawda, że po drodze nie spotkał nikogo ze swoich znajomych towarzyszy, ale początkowo nie przejął się tym specjalnie. Także w tamtym momencie uznał, że labirynt namiotów był zbyt rozległy, by wszyscy co rusz na siebie wpadali — co nie zmieniało faktu, że chociaż jednego Jeźdźca powinien spotkać.
     — Nie wiem, gdzie jest reszta — wyznał szczerze — ale czas najwyższy się stąd wynosić. Pani — mruknął wypranym z emocji tonem, gestem ręki dając jej znać, aby ruszyła przed nim. — Im szybciej stąd znikniemy, tym lepiej. To nie jest bezpieczne miejsce.
     Nagle kilka rzeczy zmąciło jego i tak zszargany spokój. Spoglądając na snującą się ponuro Bezimienną, obejrzał ją od stóp do głów, jakby chcąc dostrzec w niej jakiekolwiek zmiany. Na pierwszy rzut oka takich nie znalazł, ale to nie uśpiło jego czujności.
     Odetchnął ulgą dopiero w momencie, w którym Bezimienna przyznała, że niczego nie kupiła od Wiedźm. Wprawdzie mogła też kłamać, ale jakimś cudem Halse jej uwierzył. Podziękował w duchu bóstwom za to, że nawet jeśli ukarali go żoną, to dali mu chociaż jakąś w miarę mądrą.
     Gdy wmieszali się kolorowy tłum oglądający równie kolorowe wystawy, Halse wyczuł wyraźną zmianę. Niemal mimowolnie odwrócił się za siebie, spoglądając na czarne i ciemnoszare, drewniane kikuty wystające z ziemi. Surowa, spękana ziemia niemal zlewała się z pomarańczowawym, mętnym horyzontem. Pod wpływem tego widoku Halse poczuł, jak po kręgosłupie spływa mu lodowaty dreszcz. Było w tym widoku coś ponurego, zatrważającego, ale najgorsze było to, że ten krajobraz był boleśnie prawdziwy. Tam, między zgliszczami czegoś, co niegdyś było domostwami, czaiła się prawda, której każdy bał się spojrzeć w oczy. Gdy zaś weszli między materiałowe namioty, gdy owinął ich radosny śmiech przechodniów, przekonujące nawołania sprzedawczyków i skoczna muzyka okolicznych grajków, przejęła go swoista radość. Jednak Halse nie miał wątpliwości, że to szczęście było fałszywe i właśnie ta gorycz kłamstwa osiadła mu na języku, pozostawiając paskudny posmak. Nie był pewien, co wolał: brutalną prawdę czy kolorową obłudę, jednak obie opcje wydawały się równie złe.
     — Koń raczej przepadł — mruknął, rozglądając się dookoła. — Możemy go chwilę poszukać, ale jestem pewien, że albo wiedźmy, albo któryś z wędrowców, już się nim zajęli. To nie było zbyt rozsądne — syknął, wprost nie mogąc powstrzymać, aby wybrzmiała w nim narastająca irytacja. — Dobra — westchnął — wskaż mi drogę do straganu, przy którym go zostawiłaś. Nie musisz za mną iść, ale trzymaj się w miarę blisko. Ale jak go nie będzie — a na pewno nie będzie — to wracamy. Nie ma sensu go szukać, bo nie mamy na to ani czasu, ani sposobności. Co miałaś w jukach? Coś cennego? A, no tak — mruknął z krzywym uśmieszkiem — wy nie macie nic cennego. No i dobra.
     Był więcej niż pewien, że nie znajdą koni, ale Bezimienna zdawała się mieć chociaż resztki nadziei, dlatego kluczyła niepewnie między kolejnymi namiotami, wyglądając swojego wierzchowca. Halse kiwał tylko z powątpiewaniem głową, ale chociaż ten jeden raz nie demotywował kobiety i nie wyśmiewał jej daremnych poszukiwań. Mimo to po chwili przyszło mu do głowy pewne pytanie. Spodziewał się, że Bezimienna albo go zignoruje, albo da mu w pysk, ale postanowił spróbować.
     — Co robiłaś na samym skraju Targu? — spytał podejrzliwie, uważnie ją obserwując. — Mówisz, że nie wiesz, co to za miejsce. Mówisz, że niczego nie wytargowałaś. Więc jak to możliwe, że dotarłaś aż tak daleko? I przed czym się chowałaś? Nikt normalny nie kryje się za opustoszałymi budynkami, gdy wokół ma do dyspozycji targowiska pełne świecidełek. Więc co się stało?
     Konia nadal nie było ani widu, ani słychu i Halse zamierzał niedługo dać Bezimiennej znać, że poszukiwania były bezcelowe. Ale ten swoisty spacerek dawał im okazję na rozmowę, a Halse mimo wszystko był ciekaw odpowiedzi na zadane pytanie.
     — Jasne, nie musisz odpowiadać — mruknął obojętnym tonem, wzruszając przy tym ramionami — ale jeśli masz jakieś tajemnice, to lepiej natychmiast się ich pozbądź. Sekrety mają to do siebie, że prędzej czy później zatruwają tych, którzy je w sobie noszą.
     Gdy po kilkunastu minutach wierzchowca wciąż nie było, Halse zadecydował, że czas wracać. Dziwiło go, że Bezimienna bała się podejść do niektórych stanowisk, ale uznał to za sprzyjającą okoliczność: przynajmniej nie korciło jej, aby kupić sobie jakieś świecidełka i zapłacić za nie chociażby połową swojego życia czy inną równie absurdalną ceną.
     — Trudno się mówi — odparł, czując narastającą ulgę: kolorowych namiotów było coraz mniej, co wskazywało na to, że byli blisko wyjścia. — Nie martw się, nawet ja nie jestem tak okrutny, by kazać ci iść na piechotę, mimo że — dodał, podnosząc głos i wskazując na Bezimienną oskarżycielsko palcem — zostawienie wierzchowca w takim miejscu było więcej niż głupie! Ale nie martw się, na twoje szczęście — lub nieszczęście — przez jakiś czas będziesz podróżować ze mną. Potem znajdziemy ci jakiegoś konia.
     Westchnął przeciągle, gdy wreszcie odkleiła się od niego ta irytująca, radosna muzyczka przepływająca między stosikami. Natomiast powietrze, którym odetchnął Halse po opuszczeniu Targu, momentalnie zdało mu się czystsze, życiodajne, prawdziwe. Rad z tego, że wreszcie opuścił ten fałszerski kram, zbliżył się żwawym krokiem do prowizorycznego obozu, który założył Hyron wraz z kilkoma innymi Jeźdźcami. Od razu dostrzegł stojących w pobliżu dowódcy Helliona i Hastena, a gęstniejąca wokół atmosfera dała Halse’owi znać, że coś było na rzeczy.
     — Co tam, dziewczynki, co mnie ominęło? — rzucił swobodnie, spoglądając na towarzyszy broni. Obserwując każdego z nich, zatrzymał wzrok na Hellionie i Hastenie, którzy wyglądali na zaniepokojonych. — Nie no, serio, co jest? — dopytywał, zirytowany tym, że coś rzeczywiście mu umknęło. — Co się dzieje? I co z wami, hę? Wyglądacie jakoś niewyraźnie — rzucił zaczepnie w stronę dwóch kompanów, uśmiechając się przy tym złośliwie.


https://i.imgur.com/ujEBcI9.png





P A R R I E      M A S Z     4      M I E S I Ą C E      N A      D O K O Ń C Z E N I E    S P N     -    D O     2 3 . 0 3 . 2021 !
f     a     n                            l     d     s                            w     c      i     ą     g     a     j     ą     c     y                             t     o     n     y     '     e      g     o                              j     a     k                           v     e     r     ę
i n s t a g r a m                                              f a n k l u b    e z a                                        f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "
https://zapodaj.net/i

Offline

#60 17-01-2021 o 22h00

Straż Obsydianu
Myrmidia
Szeregowiec
Myrmidia
...
Wiadomości: 75


https://media.discordapp.net/attachments/510955208470298626/800463991569907742/55a4713aa3fe0125b928c277121b813e.png
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~Promise me , when you see,
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~a white rose you'll think of me.


https://media.discordapp.net/attachments/510955208470298626/799774059978162208/received_429373994873509.webp?width=421&height=423

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~[Personalia]~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Yellena von Meerstieg      panna      córka wielmoży Yavira i pani Reyalis
Hetersoeksualna osiemnastolatka przodkowie pochodzący z Karstenu
Herbem którym przedstawia się jej  rodzina  jest   róża   z morskich fal

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~[Historia]~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wydawać by się mogło, że wojna nie zaszkodziła biznesom tej rodziny.
Zabrała   im   jedynie  głowę klanu i dwóch synów,    lecz nie bogactwo.
Wiadomym było powszechnie,  że to  Reyalis,  chowająca się za mężem
odpowiedzialna jest,  za pomnażający się majątek możnych i jego plony.
Dlatego po wojnie pojawiło się wielu panów, którzy chcieli ręki Yelleny.
Większa część z nich  planowała też śmierć jej dziesięcioletniego brata.
Pani Reyalis  wywiozła syna do klasztoru   i   rozgoniła zalotników córki.
Na wezwanie o  oddanie Yelleny jeźdźcom,  nie dała jasnej odpowiedzi.
Dopiero  gdy  porwano  jedyną  dziedziczkę, kobieta rozpoczęła wojnę.
Lecz córki w niej nie odzyska.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~[Wygląd]~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Oliwkowa cera, 160 cm wzrostu, figura typowej gruszki, waga w normie
Włosy, niczym wzburzone morze,   układają się falami brązu i kasztanu
Oczy brązowe    nosek mały, zadarty    obsypany piegami     twarz drobna

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~[Umiejętności]~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Yavir  zadbał  o to, by jego  córka  była  książkową  damą z  Krainy Dolin.
Uczona haftu, śpiewu, literatury i gry miała być klejnotem jakich wiele,
jednak jej matka zadbała, by nie miała w głowie jedynie pustki i męża.
Uczyła ją, jak lawirować w świecie herbów, finansów i intryg dworskich.
Mimo wszystko dziewczyna sama jest  podatna   na słodkie podszepty.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~[Jeźdźcy]~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jeźdźców z jednej strony jest  ciekawa,  lecz z drugiej nieco się ich boi.
Jednak na słowa mateczki bacząc, liczy, że los będzie dla niej łaskawy.
Mężczyzna, mężczyzną zawsze pozostanie. Niezależnie od rasy i klasy.
To albo ją uratuje, albo zgubi całkowicie.

Ostatnio zmieniony przez Myrmidia (17-01-2021 o 22h20)

Offline

#61 18-01-2021 o 13h42

Straż Cienia
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 11 091

Czerwony płaszcz rozmywał się Nerinie przed oczami. Minęło tyle czasu, od kiedy usiadła w kuckach, że straciła już wszystkie siły do płaczu i wmawiania sobie, że jeszcze będzie dobrze. Przestała czekać na cud, a zamiast tego zaczęła zastanawiać się, jak mogłaby uciec Jeźdźcom? Z Hellionem była związana poprzez małżeństwo, ale czy on chciałby mieć wiedźmę za żonę, skoro wyraźnie jedni nienawidzili drugich, a drudzy pierwszych?
    Wszystkie dźwięki targu zdawały się jakby przytłumione i dalekie. Nerina miała wrażenie, że zaczyna balansować na cienkiej nici rzeczywistości i ułudy, i za chwilę spadnie w przepaść. Ta jednak okazała się inna, niż można się było spodziewać – zamiast ciemności i samotności skuloną dziewczynę podniosły czyjeś ramiona. Owionął ją znajomy zapach jakichś ziół, z których robi się herbaty - być może głogu. Powinna się rozluźnić, ucieszyć, że nie jest już sama, ale czy Hellion był tą osobą, przez którą chciała zostać uratowana?
    Nie wydawał się zły, a wręcz przeciwnie - taki dobry, wyraźnie zbyt dobry, by to było prawdziwe. Był Jeźdźcem i miał więcej krwi na rękach, niż ona sama w swoich żyłach. Mógłby zmiażdżyć ją w każdej chwili i połamać jej kręgosłup i wszystko inne, nawet się nad tym nie zastanawiając.
    I zapewne zrobiłby to, gdyby wiedział, kim Nerina naprawdę była. Albo czym była.
    Zamiast tego pospiesznie zaniósł ją w jakieś miejsce, kolejne, którego nie rozpoznawała. Przed suchymi oczami tańczyły jej mroczki, a przez nagłą zmianę miejsca wszystkie myśli zaczęły wirować w jej głowie, jakby niesione wiatrem. Huczało jej w uszach do tego stopnia, że zapomniała nawet ja się nazywa - co było dość żałosne w jej sytuacji – i mogła skupić się jedynie na swoim krótkim, urywanym oddechu.
    Nagle ramiona Helliona uniosły ją wyżej i dość brutalnie posadziły na odwrót na końskim grzbiecie, tak, że wylądowała twarzą w twarz z Airanną. To było jak nagłe otrzeźwienie – bo jakkolwiek mogło nie obchodzić ją zdanie Jeźdźców na temat jej wyglądu, nie chciała robić sobie wrogów wśród kobiet.
    Wyrachowana, syknęło coś w jej głowie, przez co natychmiast przyłożyła palce do skroni. A może był to tylko szum wszechobecnego wiatru, pachnącego czymś, co kojarzyło jej się ze śmiercią?
    — Trzymaj się mnie. — Airanna chwyciła ją opiekuńczo jedną ręką, a drugą przyciągnęła do siebie końskie wodze. Nerina wgapiła się w nią z niedowierzaniem, przyglądając się, jak coś zmienia się w jej wyrazie twarzy, kiedy napinała mięśnie. Ona wiedziała, kim jest, jaką ma wartość. I przede wszystkim o co chce walczyć.
    Ruszyły galopem w nieznanym kierunku, a Nerina mogła jedynie przyglądać się przez kobiece ramię oddalającym się światłom wioski. Czy dane jej kiedyś jeszcze będzie spotkać wiedźmy i zasmakować tego dziwnego, niepokojącego dreszczyku, towarzyszącemu przyzywaniu duchów? Nie czuła się tam jak na swoim miejscu, ale właściwie nigdy i nigdzie się tak nie czuła, więc nie była to żadna nowość.
    Dogoniły Jeźdźców, którzy ciągnęli razem z innymi kobietami, i zdawali się zdecydowanie bardziej rozluźnieni. Co stało się z Hellionem i tym drugim wojownikiem, którego imienia nawet nie znała? Czy ten dowódca i jego krzykliwy giermek zostawili ich na pastwę losu, by zginęli tam w walce z czymkolwiek tam ich zaatakowało?
Sama już nie wiedziała, kto był tu zły – Jeźdźcy, w tym Hellion, czy wiedźmy. Bo jeśli one, to oznaczało, że ona również była zła. Świat nigdy nie znał dla niej litości, więc i dlaczego miałby teraz wskazać jej właściwą drogę?
    — Schodź, za wra… — zaczęła Aira, ale urwała w pewnym momencie, zapatrując się daleko za nie, tam, gdzie zapewne zostawiły Jeźdźców. Spod połów jej płaszcza wystawał medalion, jarzący się jasnym światłem. Nerina zapatrzyła się na niego, a potem spojrzała na otaczających je wojowników. Coś w środku, głęboko ukryte, podpowiadało jej, by ukryła go przed ich oczami, ale wtem jego moc ucichła, a mięśnie blondynki samoistnie zwiotczały.
    — Co się dzieje? — zapytała niedbale, zmuszając się do podniesienia i lepszego oparcia o końską szyję. Czym był amulet Airanny i czemu nagle zgasł? O co w tym wszystkim chodziło?
    — Twój małżonek dał radę — mruknęła w odpowiedzi tamta.
    Ale z czym dał radę?, chciała spytać, ale ugryzła się w język i ponownie nieco bardziej rozluźniła, poprawiając nieco płaszcz, by nie zwisał tak po obu stronach końskiego grzbietu.
    Westchnęła przeciągle, zamykając oczy. Nie powinna mówić nikomu o tym, co wydarzyło się na jarmarku, ani na samym początku, ani w namiocie wiedźmy. Wiedziała, że jeśli to zrobi, spadnie na nią gniew i to nie tylko Helliona, ale zapewne i całej kompanii. Nie dbała o to, co wymieniła za rozmowę z matką, ale oni tak, i do Neriny dotarło to dopiero w tamtej chwili. Ja teraz ducha przywołam, ty stracisz odwieczny kobiet dar. Życia nie da już twoje łono, oto cena za zabawy ze zmarłymi. Oddała jej swoją płodność, a Jeźdźcy pojęli żony właśnie po to, by mieć prawowitych następców. Jakaż ona była głupia…
    Airanna skupiła na niej wzrok swoich przenikliwych, niebezpiecznych oczu.
    — Wiedźmy coś ci zrobiły?
    Nerina prawie parsknęła z zażenowaniem.
    — Ktoś coś mi zrobił — odpowiedziała, wzdychając. — Tylko nie wiem, czy były to wiedźmy, czy Jeźdźcy. — Skrzywiła się lekko, rozglądając po towarzystwie, i szepnęła: — Obstawiam to drugie.
    Była w rozsypce, czuła się gorzej, niż kiedykolwiek, a mimo to zdołała wymóc na swoich ustach blady, niepewny uśmiech. Nie przekonała samej siebie, że jest z nią w porządku, ale chyba nikogo by nie przekonała. Jej ciało, w odróżnieniu od języka, bardzo nie potrafiło kłamać.
    — Nie mówmy o tym, proszę. Warto skupić myśli na czymś przyjemniejszym. Chyba nie miałyśmy jeszcze okazji się poznać. — Wyciągnęła przed siebie wciąż lekko drżącą rękę. — Jestem Nerina. Mam nadzieję, że twój rumak nas nie zrzuci, zapewne obie zostałybyśmy ozdobione siniakami.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (18-01-2021 o 15h53)


https://funkyimg.com/i/38Hou.png

Offline

#62 18-01-2021 o 16h36

Straż Obsydianu
Amazi
Młody rekrut
Amazi
...
Wiadomości: 13

https://cdn.discordapp.com/attachments/406048383460048897/789976110032879626/PicsArt_12-19-11.02.52.png


        Po wskazaniu drogi ciemnowłosemu Jeźdźcowi do jego małżonki, podjechałam nieco bliżej tymczasowych towarzyszy tej niedoli. Oczy moje zwrócone ku tajemniczej broszce były, jednak słowa szatyna zmusiły mnie do spojrzenia na niego.
        Skąd w Jeźdźcu tyle uprzejmości się znajdowało? Czy ten jeden był egzemplarzem tak odmiennym, czy wszelkie historie opisujące tych potworów fałszywymi były? Bestialscy mordercy, tak się o nich mawiało, a próbkę tego mieliśmy już po drodze, choć mord swój w lesie kryli, krzyki ofiar niosły sie jeszcze daleko za naszą kompanię. Jak ufać więc takim? Jak wierzyć w ten piękny uśmiech?
        Rozdarta byłam patrząc w te jasne oczy. Czy zwykły uśmiech odwzajemnić? Ten jeden konkretny osobnik jak dotąd nie dał mi powodów do kierowania ku niemu gniewu. Po co więc miałam udawać niechęć, skoro sympatię mą zyskiwał. Choć z sympatią zaufanie nie szło w parze, kompanem do rozmów mógł być dobrym.
        - Od dziś kompanię jedną tworzymy. Obowiązkiem zarówno moim jak i twoim jest pomoc wzajemna, byśmy w zdrowiu i komplecie do celu dotarli. - To długimi latami wpajał mi ojciec, prywatne niuanse, konflikty i niechęci w kieszeń się chowało, gdy o dobro i bezpieczeństwo kompanii chodziło. Wtedy choćby wrogowie ramię w ramię gotowi stawali. Samotnie świata się nie zwojuje, w grupie była siła.
        - Dobrym trunkiem przy ognisku poczęstujesz, a kwita będziemy - dodałam z nieco zadziornym uśmieszkiem i ciąg dalszy rozmowy przerwałam pytanie jego damie zadając. O broszę, która nadal wzrok mój przyciągała.
        Odpowiedź ciemnowłosej ani trochę mnie nie satysfakcjonowała. Dobrze wiedziałam, że z targu ja miała. Jednak dopytywać się nie zamierzałam. Mlasnęłam pod nosem spierzchnięte wargi oblizując. Te na siłę wciskane przez kobietę grzeczności i wymuszony uśmiech wywoływał we mnie niechęć. Widziałam, że jest sztuczny, wymuszony. Nerwy nią kierowały. Bała się zakupu. Jednak czy była z niego zadowolona? Tym juz nie zaprzątałam sobie głowy.
        Złotooki Jeździec powrócił niosąc swą małżonkę w ramionach. Pytanie o konie zadał. A ja jedynie spojrzeniem omiotłam pozostałe damy. Jasne było, że nie do mnie były te słowa kierowane. Krótka dyskusja wyniknęła, ciemnowłosa twierdziła, że wierzchowiec jej przed targiem czekał, że innym Jeźdźcom go oddała. Uniosłam jedynie brew spodziewając się już zakończenia tej historyjki. Konie więc trzy mieliśmy, a nas sześcioro było.
        Trzy damy na grzbietach wierzchowców wylądowały, za to czwarta niesiona przez swego męża była. Kolejne tak odmienne od pogłosek zachowanie. Czyżbym z drugim wyjątkiem do czynienia miała? Konia swego prowadziłam tuż za nimi, bacznie obserwując tę dwójkę.
        Targ nie tak łatwo jak mówili opuściliśmy. Chwilę zajęło nam kluczenie między uliczkami. Raz w ślepą zaszliśmy. Dowodziło to o ich omylności, posiadali więc słabości, które ulegały temu miejscu. Mimo wszystko milczałam, cierpliwie jadąc za nimi. W końcu jak długo sama tu kluczyłam, wiedziałam, że samotnie szans wydostać się stąd nie miałam, a i kąśliwe komentarze sobie odpuściłam. Ta dwójka się starała, nie zasługiwała na tego rodzaju zabiegi.
        Z ulgą odetchnęłam kiedy stragany coraz rzadziej mijaliśmy, aż w końcu na skraj targu dotarliśmy. Choć otoczenie przed nami niczym urokliwym nie było i tak zachęcało bardziej od hałasu jarmarku.
        Tu podróż nie wiele się dla mnie zmieniła, choć jeden z mężczyzn ciszę zarządził. Ja i tak w milczeniu za nimi podążałam. W miejscu takim jak to, nawet te panny ochoty na pogawędki nie miały. Bawiło mnie to odrobinę, ale całkiem przestało kiedy to ciężar na szyi poczułam.
        Zmarszczyłam brwi kompletnie nie rozumiejąc tego zjawiska. Spojrzałam prosto w swój biust, oddech nie łatwo było wziąć, kiedy taki ciężar na niej spoczywał. Medalion... czyżby reagował, bo targ opuściłam? Wyprostowałam się poprawiając w siodle, jednak i to nie wiele pomogło. Poprawiłam łańcuszek, biorąc głębszy oddech. Ani trochę nie podobało mi się działanie medalionu. Czyli zamiast przysłowiowej kuli u nogi zyskałam ją na szyi?
        Użeranie się z medalionem przerwało podejście Jeźdźca. Ciemnowłosy wsadził swą małżonkę na mojego wierzchowca. Spojrzałam na niego pytająco. W końcu musiałam wiedzieć, czy zaczynać się irytować. Co? Niesienie żonki jednak sie znudziło? Słowa jego jednak nieco mnie otrzeźwiły. Wzrok swój uniosłam i zjawę dostrzegłam. Lodowaty dreszcz przemknął wzdłuż kręgosłupa.
        - Dotrze bezpieczna - odparłam w moment poważniejąc. W takich chwilach miejsca na żarty nie było. Panowie wymienili kilka słów, a ja chwyciłam w pasie swoją pasażerkę.
        - Trzymaj się mnie - poleciłam i chwyciłam pewniej wodzę w drugiej ręce.
        Chwilę po tym koń pędził już przed siebie. Nie oglądałam się za siebie, nie było w tym sensu. Kątem oka jedynie kontrolowałam, gdzie były pozostałe dwa wierzchowce. Od dziecka sadzana byłam w końskie siodło, dlatego też z utrzymaniem siebie i swojej pasażerki nie miałam najmniejszego problemu, nawet przy takiej prędkości. Szybko dotarliśmy do obozowiska rozbitego przez Jeźdźców. No proszę, my się błąkaliśmy wodzeni za nos przez Wiedźmy, a ci sobie w obozie odpoczywają. Wrogo spojrzeniem przemknęłam po tych tu obecnych i zatrzymałam się w choćby pozornie bezpiecznym miejscu.
        - Schodź ja wra...- urwałam w pół słowa, gdyż poczułam nagłą ulgę na piersi. Zamrugałam zaskoczona i spojrzałam w ścianę mroku, z której przybyliśmy. Moja dłoń pomknęła do piersi, a tam natrafiła na medalion. Od razu się zreflektowałam i schowałam go pod koszulą. Musiał podczas tak narowistej drogi wypaść na wierzch koszuli.  W zamyśleniu patrzyłam w dal. Więc w ten sposób miała działać ta błyskotka. Nie bezpośrednio mnie chronić, jak jedynie ostrzegać przed zagrożeniem. W sumie była to jakaś pomoc.  Moje zielone ślepia powróciły do Neriny, choć były jeszcze jakby nieobecne.
        - Twój małżonek dał radę - odpowiedziałam na pytanie dziewczyny i szybko przywróciłam swoją trzeźwość umysłu. Pewnie i uważnie przyglądając się twarzy pasażerki. Nie wyglądała zbyt dobrze, co najmniej jakby ducha ujrzała, a to nawet nie mijało się z prawdą, bo czym innym napotkana zjawa mogła być?
        - Wiedźmy coś ci zrobiły? - spytałam nawet jakby z troską. W końcu dziewczyna nieswoja już była, gdy ciemnowłosy Jeździec ją do nas przyniósł. A kiedy sama ją wśród tłumu namierzyłam, skulona w jednej z uliczek sie kryła. Nie trudno było więc wysnuć wnioski, że targ ją przeraził, a raczej coś bądź ktoś na tym targu.
        Odpowiedź dziewczyny była intrygująca. Zwłaszcza słowa wypowiedziane szeptem. Nie ufała im, a wręcz się ich bała. Skąd ten strach i obawy, gdy wokoło tyle cukru? Tu mój wzrok spoczął na Jeźdźcu, który prawie gubiąc zęby do damy swojej dobiegł, czuły pocałunek na czubku jej głowy składając, tuż po tym jak w swych ramionach ją zamknął. Mąż Neriny również wydawałoby się, że dba o kobietę, ta jednak cała dygotała. Wzbudziło to we mnie coś na kształt troski. Właśnie to odczucie kierowało mną, gdy wzrok ostry skierowałam na widocznie młodszego od pozostałych Jeźdźców rudzielca, który doskoczył do dosiadanego przez nas wierzchowca wodzę chcąc mi odebrać.
        - Chyba widzisz, że radzę sobie z wierzchowcem, po co więc swe łapy ku nam pchasz?- Mocniej chwyciłam wodzę, by młodzik, nie miał szans mi ich odebrać. Ton mój ostry błyskawicznie zgasił czarujący uśmiech na twarzy Jeźdźca. Czułam się jakbym gasiła zapał młodszego brata, nawet źle mi z tym było. Jednak wyrzuty sumienia w sobie zdusiłam, celem mym było odpędzenie od naszej dwójki Jeźdźców. Chciałam dać Nerinie czas na uspokojenie się, a obecność tych, których się obawiała w niczym by tu nie pomogła. W końcu niedźwiedzica broniąca swych młodych nie powinna interesować się losem przepędzonego intruza. Tak więc się starałam, choć coś kuło w klatkę gdy spojrzenie ku młodzikowi uciekało. Z pozoru ostro jednak ze smutkiem odprowadziłam mężczyznę wzrokiem.
        - Nie martw się moich ust to nie opuści - zapewniłam jasnowłosą i spojrzałam odrobinę zaskoczona na jej dłoń. Uśmiechnęłam się ciepło, nie potrafiąc ukryć rozbawienia.
        - W podróży towarzyszyłam Lily i tobie Nerino, jednak faktem jest, że ty mojego imienia nie poznałaś. - Z wyczuciem ujęłam jej dłoń swoją ręką odzianą w skórzaną rękawiczkę - Airanna - dodałam krótko. Nie było sensu podawać pełnych tytułów, nadal miałam wrażenie, że dziewczyna jest nieobecna.
        Kiedy do obozu dotarł samozwaniec w walce ze zjawą zmierzyłam go jedynie spojrzeniem. Coś było nie tak, ale z tej odległości nie do końca widziałam co. Jednak wzbudzało to poruszenie wokół mijanych przez niego i szatyna osób. Skierowali się oni na obrzeża obozu, ku mężowi memu. Więcej uwagi tej scenie nie poświęciłam i swe skupienie na nowo na swą pasażerkę skierowałam.
        - Wierzchowiec, na silnego i spokojnego pozuję, jednak nie nadwyrężałabym jego oddania. Powinnyśmy mu dać chwilę odpocząć - stwierdziłam gładząc dłonią zdjętą z talii Neriny grzbiet konia. W tak krótkim czasie zdążyłam się juz przywiązać do tego czarnego ogiera. Szanowałam te silne i oddane zwierzęta za pracę jaką służyły ludziom, słusznym więc było dać wierzchowcowi odpocząć przed dalszą drogą.
        Sprawnie zsiadłam z końskiego grzbietu, następnie zielone ślepia ku Nerinie się zwróciły. Po jej minie wiedziałam co dalej uczynić i bez słowa pomogłam bezpiecznie kobiecie znaleźć się na ziemi.
        - Ty również zachowaj dla siebie to co widziałaś - powiedziałam dość cicho dłoń swą znacząco na piersi układając. To co na targu zakupione zostało, lepiej niech rozgłosu nie uzyska i tajemnicą pozostanie.

Ostatnio zmieniony przez Amazi (18-01-2021 o 16h50)

Offline

#63 18-01-2021 o 18h10

Straż Obsydianu
Valeriane
Pokonała kurę
Valeriane
...
Wiadomości: 662

…………………………………………………………………………………………https://i.imgur.com/qGT6nw7.png

        Jesteś cały we krwi.
        Dopiero na dźwięk jego dość zaskakującej odpowiedzi – której początkowo nie zrozumiała – zdała sobie sprawę jak głupio zabrzmiały jej i aż zrobiła wielkie oczy. Jakby przejmowała się jego stanem; jakby poświęciła choćby pięć sekund cennego czasu swojego życia, żeby martwić się o zdrowie męża, do którego poślubienia została zmuszona. Ale roztrzęsiona, kompletnie rozbita i przerażona, Callista nie potrafiła utrzymać kontroli nad własnym ciałem i zachowywała się wyjątkowo do siebie niepodobnie. Daleka była od odzyskania równowagi, z której ją wytrącono, złapania dystansu i odsunięcia od siebie wszelkich niepotrzebnych emocji, którymi szczerze gardziła. Jak i ludźmi, którzy się nimi kierowali.
        Zmrużyła tylko oczy, słysząc słowa o jego niechybnej śmierci w przeciągu doby. Miała co prawda odmienne zdanie na temat swojej przydatności, zwłaszcza jeżeli nie zdążyliby skonsumować małżeństwa, ale zatrzymała te uwagi dla siebie. Nie była w pozycji i nastroju do kłótni; a nie była również naiwna i nie wszczynała tych, w których nie mogła wygrać. W ramach odpowiedzi na tak postawione pytanie wzruszyła tylko obojętnie ramionami i spojrzeniem uciekła gdzieś w bok, dając tym samym wyraz, że mężczyzna nie doczeka się żadnej odpowiedzi.
        Jednak niedługo później ponownie zawiesiła na nim wzrok, choć nie bez lekkiego ociągania, kiedy tylko Halse zaczął mówić więcej na temat miejsca, w którym się znaleźli. W którym martwi wracali na powierzchnię, obrazy zmieniały się na jej oczach, a piękne kobiety sprzedawały przedmioty, które Callista natychmiast, wręcz chorobliwie pragnęła posiąść. Chciała prychnąć, wyśmiać słowa o magicznych kramach czarownic, ale zająknęła się żałośnie i ostatecznie nie powiedziała nic. Jak wielką impertynentką musiałaby być, żeby w obliczu takich wydarzeń, z obrazami wciąż palącymi pod powierzchnią powiek upierać się, że magia i wiedźmy istnieją tylko w głupich bajędach?
        Nie umknęła jej pogarda, z jakąś Halse odnosił się do tych   i s t o t ,   ale coś innego skupiło jej całą uwagę. Jakby oświecona jego słowami, Callista ponownie rozglądnęła się po straganach i tym razem – czy to tylko jej zmęczony umysł płatał jej okrutne file? – przez ułamek sekundy krótszy niż jedno mgnienie oka każda twarz przybrała makabrycznie nienaturalny, wręcz diabelski grymas krzywiący twarze nieziemsko pięknych przekupek. Za sprawą tylko słów Halse’a – który mógł równie dobrze naigrywać się z niej, a ona, przerażona spotkaniem z siostrą, spijała każde jego słowo niczym najszczerszą prawdę – to miejsce przestało wydawać się takie kuszące, a leżące na stołach błyskotki pociągające. Nagle zrobiło się jej strasznie zimno, więc szczelniej otuliła się szarym, szorstkim materiałem płaszcza. Wolała nie zastanawiać się zbyt długo nad tym, jaką część siebie samej gotowa była sprzedać za skrzący się w promieniach zachodzącego słońca sztylet; tutaj jej żelazna logika oparta na fundamentach znanego dotychczas świata traciła moc, pozostawiając ją słabą, bezbronną i podatną na zranienie bardziej, niż kiedykolwiek mogła przypuszczać.
        To nie jest bezpieczne miejsce. Dreszcz ponownie spłynął wzdłuż kręgosłupa kobiety.
        — Wiem — wypaliła, zanim zdążyła się ugryźć w język, żeby powstrzymać krótkie słowo, które nie powinno paść z jej ust. I natychmiast poczuła ochotę spoliczkowania samej siebie za tak łatwo popełnioną gafę; skąd mogła wiedzieć, że tutaj jest niebezpiecznie, skoro miała być tylko zapatrzoną w kosztowności idiotką? — Wygląda na to, że bez większych problemów zwiedli waszą kompanię i doprowadzili do całkowitego rozdzielenia jej członków, panie. Nie należy lekceważyć kogoś, kto zdołał tak łatwo przechytrzyć grupę wspaniałych wojów, o których krążą pobudzające wyobraźnię legendy — dodała gwoli wyjaśnienia, uśmiechając się wyjątkowo wrednie – głównie dlatego, że włożyła w ów grymas dużo przesadzonego uroku podszytego kpiną, a na dodatek kilka razy zamrugała szybko, wpatrując się w twarz męża, lekko w jego stronę nachylona.
        Po tym małym przedstawieniu wreszcie się wyprostowała i bez dalszego ociągania ruszyła we wskazanym przez mężczyznę kierunku, z gdzieś głęboko osadzoną obawą przed ponownym wstąpieniem w tłum, gwar i dziwną euforię.
        Jego wykrzywiona irytacją twarz, jego złośliwość i zgrzytliwy ton zaskakująco okazały się być kotwicą; punktem zaczepienia, którego mogła się złapać, aby odzyskać utraconą równowagę i chociaż względnie dojść do siebie. Słysząc te wszystkie pogardliwe komentarze, Callista zacisnęła szczęki i szła tak do przodu bez słowa, tylko szczypiąc zębami wewnętrzną część policzka, żeby powstrzymać się od wypuszczenia z samego dna gardła słów odpowiedzi; że widok zamordowanej siostry nie pozostawił w niej zbyt wiele rozsądku, bo sam fakt jej spotkania nie nosił nawet jego śladu. Zmarli nie mogli ożyć ani drwić w żywe oczy. A przynajmniej nie mogli robić tego w świecie, z którego wygnano Callistę.
        — Wszystko, co najcenniejsze w moim życiu jest przy mnie od momentu, w którym mnie znalazłeś, mój panie — odparła jadowicie, nie szczędząc sobie ironii przy podkreślaniu, że oto teraz tylko on stał się głównym powodem jej istnienia i najcenniejszym klejnotem życia. — A najważniejsze z reszty tych nieistotnych rzeczy trzymam przy sobie. Tyle tylko — urwała, na moment przymknęła powieki; ale obraz, który tam na nią czekał był wciąż gorszy niż jawa — że nie wiem nawet tego. Nie znam drogi — zakończyła beznamiętnie.
        Chociaż niechętnie, musiała przyznać Halse’owi rację choćby sama przed sobą; to było skrajnie głupie. Zdawała sobie sprawę, że porzucenie wierzchowca było jedną z najgorszych rzeczy, jaką mogła zrobić na obcych, nieznanych terenach, na których według wszelkiego prawdopodobieństwa wszystko co rośnie lub żyje chciałoby ją zabić. Teraz jednak wiedziała też, że musi go odnaleźć. Bo jak miała podróżować? Sama myśl, że będzie siedzieć w jednym siodle z mężem powodowała, że robiło jej się niedobrze. Jego bliskość i ciepło, jego ciągłe gadanie, pełen wyższości głos i każde słowo przypominające pozycję, w której powinna nie tylko tkwić w żałosnym milczeniu, ale jeszcze być z niej dumna.
        Sama myśl motywowała ją do usilnych poszukiwań; na darmo jednak okazywał się każdy wysiłek odwzorowania trasy. Uciekała od zmory w takim szale, nie zwracając najmniejszej uwagi na otoczenie, mijane przecznice i kierunek, że nie potrafiła w pamięci przywołać najdrobniejszego szczegółu, który mógłby doprowadzić ich z powrotem do straganu i leżącego na nim pięknego sztyletu. Jego widok wkuł się uporczywie w jej myśli i teraz ponownie nie mogła się oprzeć mglistemu wrażeniu, że powinna była go kupić – że jest jej wręcz niezbędny do przeżycia. Lekko potrząsnęła głową, chcąc w ten sposób odgonić natrętną myśl.
        Wtedy Halse znów się odezwał. Zupełnie nieświadomie Callista zatrzymała się w miejscu i stanęła z nim twarzą w twarz, a w lepkie sidła złapało ją to samo przemożne wrażenie, które czuła przy pierwszym spotkaniu. Wrażenie, że jego spojrzenie przeszywa ją na wylot, jego blade tęczówki skanują całe jej ciało, dopatrując się wszelkich nieprawidłowości w zachowaniu. Że widzi na dnie jej oczu kłamstwa, a pod ich grubą warstwą dostrzega również to, co Callista skrywała przed całym światem. Jego ostre słowa i nachalne pytania niemal bez wysiłku przebijały się przez nieposkładany jeszcze po spotkaniu z przeszłością, brutalnie roztrzaskany pancerz zazwyczaj szczelnie otaczający jej duszę. Logika wątpliwości Halse’a kruszyła podwaliny wielkich pokładów hardości kobiety, tym samym wytrącając z jej dłoni jedyną broń, z którą czuła się pewnie.
        Na ułamek sekundy poczuła się naga bardziej niż mogłaby, gdyby faktycznie zdarł z niej wszystkie ubrania.
        I to uczucie bardzo jej się nie podobało. Zmusiło ją do schowania się tam, gdzie była bezpieczna, do wciśnięcia się za znajome mury, nawet jeśli chwilowo zarysowane.
        — Przy błędnych założeniach próżno szukać poprawnej odpowiedzi, panie. Nie jestem po prostu normalna — odpowiedziała, a w jej głosie brzmiał chłód i opanowanie, którego się po sobie nie spodziewała. Niemal z pogardą zaakcentowała ostatnie słowo.
        Miała ochotę zaśmiać się gorzko na dźwięk słów Halse’a o sekretach. Była pewna, że z jej ust można było spijać tą truciznę; że krążyła w jej ciele zamiast krwi – czarna, lepka maź, która swędziała pod skórą, jakiś ciężar na ramionach, którego nie dało się zdjąć. Była ona wszystkim, co jej zostało i jedynym, nawet jeśli żałosnym, powodem dla którego wciąż się budziła i każdego ranka na nowo nie decydowała się na uduszenie paskiem własnej sukni. Ale zachowała milczenie, wciąż niepewna, czy sam jej głos nie zdradziłby mężowi więcej, niż chciała powiedzieć. Dopiero kiedy wreszcie opuścili to przerażające miejsce, poczuła się nieco pewniej. Nawet, jeśli czekała ją wizja bliskości z własnym mężem przez długie, niewygodne godziny podróży.
        Do obozu ruszyła kilka kroków za nim; chłodna, obojętna, wyniosła. Z zadartym podbródkiem i spojrzeniem nie wyrażającym niczego poza pogardą dla otaczającego ją świata.
        Spojrzeniem strzeliła w bok, pobieżnie oceniając sytuację; wyglądało na to, że w czasie kiedy ją ścigały widma przeszłości, kompania zagospodarowała miejsce na rozbicie prowizorycznego obozu. Ktoś oporządzał konie, ktoś tłoczył się przy Hyronie – tam właśnie podążył jej mąż, ale Callista nie miała w planach łażenia za nim. Chciała być sama, przynajmniej dopóki nie musiała dzielić z nim siodła.
        Łoża. Życia.
        Dlatego też skierowała kroki wprost do ogniska, a kiedy przy nim stanęła, wreszcie poczuła, jak bardzo zmarzła i jak ogarnia ją wyczerpanie. Nogi miała słabe od biegu, dłonie zimne jak lód, a własnej twarzy i włosów prawdopodobnie w ogóle nie chciała widzieć. Potoczyła zmęczonym spojrzeniem po twarzach, a to zatrzymało się na dwóch kobietach, z których jedną już znała, a drugiej koń został zaatakowany przez narowistą klacz Callisty. Uniosła lekko brwi, ale nie zastanawiała się zbyt długo; podeszła do nich wolno, zbierając w sobie resztki z pokładów sił, żeby nie wyglądać żałośnie.
        — Przynajmniej mamy swoją odpowiedź; dlaczego nie należało niczego po drodze zrywać — rzuciła na powitanie, zawieszając znaczącej spojrzenie na twarzy Airanny. — Mam nadzieję, że nie była to zbyt kosztowna lekcja. Choć dziwię się, że pozwolono nam się przekonać o tym tak szybko i to na własnej skórze — mruknęła, starając się nie podważać kompetencji Jeźdźców. A przynajmniej nie bezpośrednio. Wtedy dopiero zauważyła, że nieznajoma blondynka wygląda jakoś niemrawo. — Co się stało? — zapytała, obojętnym spojrzeniem omiótłszy czerwony płaszcz zawieszony na jej ramionach.

Ostatnio zmieniony przez Valeriane (Wczoraj o 17h20)


_________. .__T O   L O V E   I S     T O   D E S T R O Y
https://78.media.tumblr.com/dbcc5471449ac9ed4ea835bcf39f5d2d/tumblr_p2m6tbY2zg1we2qvuo5_400.gif https://78.media.tumblr.com/b20a2c8bb697d76ff65f3857bf9c7314/tumblr_p2m6tbY2zg1we2qvuo6_400.gif
                                                                                                  T O   B E   L O V E D   I S   T O   B E   T H E   O N E   D E S T R O Y E D

Offline

#64 18-01-2021 o 19h01

Straż Cienia
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 11 091

Otaczający ją świat był okrutny, podły i Nerina przekonała się, że za każdym razem, gdy się potknie, on ponownie przypadkiem podstawi jej kałużę błota, żeby w nią wpadła. Nie pierwszy i nie ostatni raz czuła się okropnie w swoim ciele, ale zdecydowanie nic, co do tej pory przeżyła, nie było porównywalne do tego palącego w gardle uczucia, że wszystko zmierza ku upadkowi.
    Airanna wydawała się pewna siebie, pewna swojego statusu, i jeszcze bardziej pewna tego, co robi. Nerina czuła się przy niej jak nic nie znacząca służka, którą zapewne by była, gdyby spotkały się w innych okolicznościach. Jaki los potrafi być niesprawiedliwy, stawiając ją przed jednym z tych koszmarów, które śniły jej się po nocach, i robiąc z niego jedyne oparcie na tym łez padole.
    Ona sama, powoli odzyskując zmysły, zaczynała zdawać sobie sprawę z tego, że ponownie znalazła się w patowej sytuacji i musi znów udawać kogoś, kim nie jest. I zrozumiała też, że jeśli się potknie, to wpadnie w tę błotnistą kałużę i się z niej nie podniesie. Już zaczynała tęsknić za zakłopotaniem, które czuła w obecności wiedźm – co prawda były przerażające, ale czuła przy nich, że może być sobą, okazywać lęk i pewność siebie. Że jest jedną z nich.
    Kiedy zjawił się jeden z Jeźdźców, pozwoliłaby mu robić jego zadanie, byle szybko się od nich odczepił, ale jej towarzyszka niedoli zdecydowała się postąpić inaczej. Jej zachowanie nie do końca wskazywało na szlachciankę, skoro potrafiła tak zachować się wobec mężczyzny, który mógł wyciągnąć nóż i podciąć jej szyję, ale nie oponowała. Może to była ta sama butność, która sprowadziła jednego z jej możnych na skraj przepaści i zrzuciła go na kamienie? Nerina liczyła, że Airanna tak nie skończy. Zbyt intrygował ją jej charakter i styl bycia, może, podając się za taką, jak ona, mogłaby jeszcze dokładniej rozszyfrować tok rozumowania szlachciców?
    Powinna dosłownie upaść w kałużę i się z niej nie podnosić – może w drodze do docelowego miejsca trafi na jakąś i zdoła rzucić na siebie czar niewidzialności, by pozostawili ją za sobą i pozwolili jej umrzeć? Bo samo wyciągnięcie przez nią ręki było tak żałosne i chłopskie, że przez te ciągnące się w nieskończoność kilka sekund, nim Airanna ją przyjęła, Nerina chciała wydłubać sobie nią oczy. Naprawdę zaczynała pokładać wszystkie marne resztki swojej nadziei w tym, by nagle objawiły się jakieś jej niesamowite moce i pozwoliły uratować się z tego miejsca.
    Skupiła rozeźlony wzrok na przeraźliwie zielonych oczach towarzyszki i poczuła, jak przechodzi ją dreszcz. Była tak bardzo piękna, a ona tak nijaka w porównaniu z nią. Nie zdziwiłoby jej, gdyby Hellion zdecydował się zostawić ją dla innej żonki i poużywać sobie na boku. Chociaż właściwie ona sama najchętniej by mu na to pozwoliła i nawet aranżowałaby takie spotkania – sama nie była wystarczająco dobra do robienia czegokolwiek, to może chociaż komuś tak pomogłaby w życiu.
    — Wybacz, że cię nie zapamiętałam — odpowiedziała ze szczerą skruchą. — Zauroczona wtedy byłam… Ale, jak widać, to już stare dzieje.
    Przygryzła dolną wargę, bijąc się z myślami, czy warto coś dodać, czy lepiej siedzieć cicho. Nie chciała mieć w tej władczej kobiecie wroga, ale nie chciała też przedobrzyć. Chociaż właściwie, jeśli jej sekret się wyda, co i tak zapewne nastąpi prędzej niż później, zostanie zabita. Nie dało się więc zaprzeczyć, ze cokolwiek zrobi, doprowadzi ją d piachu.
    — Pięknie się nazywasz — stwierdziła, zdobywając się na lekki uśmiech. — Airanna to cudowne imię, niezmiernie mi się podoba.
    Pokiwała głową na kolejne słowa kobiety. Co prawda znała się na koniach tak jak na etykiecie dworskiej, ale ona sama była zmęczona, a co dopiero wierzchowiec, który był również zamieszany w to wszystko, a pewnie i wcześniej, nim Jeźdźcy spotkali się z nimi w namiotach.
    — Oczywiście — dodała. — Nie chcę sprawiać dodatkowego kłopotu.
    Spróbowała przerzucić jedną nogę przez jego bok i zacisnęła mocno powieki, mnąc w ustach przekleństwo. Nie miała nawet siły, by choć lekko ją unieść. Całe szczęście, właściwie to niespodziewanie, Airanna pospieszyła jej z pomocą bez zbędnych komentarzy. Chwyt miała silny, co prawda nie tak, jak Hellion, ale jej sylwetka na to nie wskazywała.
    — Dziękuję — powiedziała tak cicho, jak tylko się dało. — Boję się, że moje nogi nadal nie wróciły do swojego stanu sprzed… No cóż, wizyty u wiedźm.
    Co prawda nadal czuła się tak, jakby wszystkie jej kończyny były wykonane z waty, a mózg powoli się topił, dała radę jednak stanąć na ziemi o własnych siłach i nawet odejść dwa kroki od wierzchowca.
Spojrzała poważnie w oczy Airanny i skinęła powoli głową. Komu nawet miałaby powiedzieć o jej magicznym amulecie? Hellionowi? A może temu krzykaczowi, który wyzywał ich tuż po zawarciu małżeństw i kazał się pakować?
    — Możesz mi zaufać — szepnęła — że ten sekret i wszystkie inne, jeśli mnie nimi obdarzysz, zabiorę ze sobą do grobu.
    Nie liczyła na to, by szlachcianka kiedyś miała podzielić się z nią czymś więcej, bo wyraźnie nie należała do osób, które potrzebowały mentalnego wsparcia i łzawego zwierzania się ze swoich problemów, ale pierwszy raz w życiu czuła, że jej obietnica płynie prosto z serca.
    — Podejdźmy do ogniska, żeby nieco się ogrzać — rzuciła zachęcająco, stawiając niepewnie krok. — I może coś zjeść… Chyba nie wypada zemdleć z głodu, zwłaszcza mi, jeśli mojego… małżonka tu nie ma.
    Przy ogniu siedziało kilku Jeźdźców, którzy nie zwrócili na nie zbyt wielkiej uwagi. Jeden z nich, ten sam, którego Airanna zbeształa, podsunął im coś, co mogło być mięsem jakiegoś leśnego zwierzęcia.
    — Bardzo dziękuję. — Nerina skinęła mu głową. — Dzięki panu nie umrzemy dziś z głodu — dodała żartobliwie, chociaż atmosferę przy ognisku można było praktycznie kroić nożem.
    Rozejrzała się po Jeźdźcach i innych żonach, które były w albo lepszym, albo podobnym do niej stanie. Jej wzrok spoczął na okalających piękną twarz blond włosach, które widziała kątem oka, gdy jeden z koni wpadł w szał. Ta zwróciła się do niej i Airanny, i Nerina zaczęła przeklinać w myślach swój los – miała koło siebie jedną piękność i nie potrzebowała kolejnej, by poczuć się jak najbrzydsza z tu obecnych.
    Zmarszczyła brwi, czując się co najmniej dziwnie. Nowoprzybyła też nie wydawała się uległa, co zresztą udowodniła przed wizytą w wiedźmiej wiosce. Głos miała melodyjny, przypominające świergot skowronków w ogrodach, ale i wydobywała się z niego zaciętość. Czy wszystkie damy tu obecne były takie, poza nią samą? Niech bogowie bronią, żeby tylko nie doszło do żadnej bójki…
    — Ciężko powiedzieć — odparła, zaciskając ledwo wyraźnie usta w wąską kreskę. — Zbyt wiele emocji jednego dnia. Od lat nie przeżyłam takich wrażeń, wciąż tylko monotonia i wymuszony uśmiech. — Wyciągnęła w jej stronę trochę tego dziwnego jedzenia, które podał jej Jeździec. — Proszę, poczęstuj się. Prawdopodobnie nie jest zatrute.


https://funkyimg.com/i/38Hou.png

Offline

#65 18-01-2021 o 22h28

Straż Obsydianu
Amazi
Młody rekrut
Amazi
...
Wiadomości: 13

https://cdn.discordapp.com/attachments/406048383460048897/789976110032879626/PicsArt_12-19-11.02.52.png


        Zachowanie Neriny ogromnie mnie bawiło. Wychodziło na to, że było to dziewczę uroczę i wybitnie przejmujące się wszystkim. Na mojej twarzy zagościł ciepły uśmiech, a kiedy obie już znalazłyśmy się na ziemi oparłam dłoń o bok wierzchowca w celu pochwalenia go za bezpieczną podróż.
        - Nie przepraszaj kiedy nie masz za co. Wiele się dzieje, nie sposób spamiętać wszystko. - Nie było to upomnienie, a coś na kształt rady. Nawet ślepiec dostrzegłby jak blond dziewczę się stresowało rozmowa ze mną. A chyba nie dałam jej powodów ku temu? Chyba, że wystraszyły ja moje słowa skierowane do Jeźdźca.
        Na komplement jak i kolejne słowa zareagowałam jedynie skinieniem, musiałam to chwilę przetrawić. Czy była to osoba tak nieśmiała? Czy może tak wyrafinowana? Jednak patrząc w te jasne przestraszone sytuacją oczy skłaniałam się ku temu pierwszemu. Młoda była, pewnie pierwszy raz od domu tak daleko się znalazła. A kompania tak spora, gdy czymś nowym była zapewne przytłaczała.
        - Dziękuję za wszystkie miłe słowa, doceniam to. Jednak będę z tobą szczera - zaczęłam i krok w kierunku rozmówczyni zrobiłam - opuściłyśmy wytworne posiadłości, więc i ich etykietę możemy sobie w buty wsadzić. Nie musisz wobec mnie pięknych składni stosować, bo ja swych wypowiedzi ozdobami na pewno nie będę ubarwiać. - Miałam wrażenie, że dogadam się z tą dziewczyną, a takie na siłę wpychane grzeczności jedynie dystans między rozmówcami tworzyły. Tutaj na Pustkowiach piękne słówka nic nie znaczyły, szkoda więc mi było czasu na nie marnować.
        - No jakoś o własnych nogach dojść musisz, ja jak twój małżonek za konia robić nie zamierzam - zażartowałam i posłałam jej pokrzepiający uśmiech. Chwyciłam za wodzę swojego wierzchowca, by zgodnie z jej propozycją do ogniska się przemieścić.
        - W razie potrzeby wesprzyj się o niego - poleciłam wskazując skinieniem głowy na konia. Razem podeszłyśmy do ogniska, a ja zostawiłam Nerinę na jakimś pieńku tuż przy ogniu. Poszłam odprowadzić konia do pozostałych i odpowiednio się nim zająć. Zawsze wykonywałam takie rzeczy sama i teraz nie zamierzałam unikać obowiązków, koń ten dzielnie mnie tu doniósł należała mu się więc chwila uwagi z mojej strony. Na koniec wyjęłam jeszcze ze swojego plecaka swój bukłak i wraz z nim powróciłam do kompanki tej niedoli.
        Siadłam obok niej z łagodnym uśmiechem, dostrzegalne było jak dziewczyna stresowała się w mojej obecności. Westchnęłam cicho pod nosem.
        - Boisz się mnie?- spytałam wprost patrząc w jasne tęczówki - niepotrzebnie. Owszem dotkliwie gryzę, ale zawsze przed tym ostrzegam. Więc nie masz co na zapas się stresować. Bądź po prostu sobą, bo sztucznymi uśmieszkami mnie nie kupisz.- Nie zamierzałam bawić się w jakieś podchody, było mi na nie zwyczajnie szkoda czasu. Nie szukałam tutaj przyjaciółek i wsparcia, tego nie potrzebowałam, jednak nie będę się bronić przed znajomościami, które mogą okazać się darem od losu. Jestem otwarta na taką ewentualność i nikogo od wejścia nie skreślę. Oczywiście mowa tu o niewiastach, Jeźdźcy na tę szansę muszą sobie zapracować.  Oni startują jednak nie z neutralnej, a ujemnej pozycji.
        Naszą rozmowę przerwał nam jeden z Jeźdźców zbyt blisko podchodząc. Uniosłam na niego zielone spojrzenie, był to ten sam rudzik co poprzednio. Tym razem jednak uśmiechnęłam się szelmowsko na jego widok. Nerina była już dużo swobodniejsza, więc nie odpalał się we mnie instynkt odganiacza potencjalnych zagrożeń.
        - Spokojnie umrzeć bym ci nie dała - odparłam z uśmiechem do towarzyszki, kolejne słowa kierując już do młodzieńca.
        - A ty znowu ku nam te łapki pchasz - zaczęłam z uśmieszkiem - skoro Nerinka ci tak w oko wpadła, to zdradziłbyś chociaż swe imię Rudzielcu, zamiast się tak kręcić wokół niej.- Tym razem w moim głosie nie było krzty niechęci do chłopaka, byłam rozbawiona i może tylko odrobinkę złośliwa. Nie miałam również zamiaru go obrazić, w końcu on był rudy, ja byłam ruda, a rudzielec rudzielca ma prawo powyzywać. Była to dla mnie bardziej forma zaczepki młodzika, może wprowadzenie go w jakieś zakłopotanie? Zobaczymy jak chłoptaś zareaguje. A i mina mojej towarzyszki mnie ciekawiła.
        Obserwację tych gołąbeczków przerwało mi przybycie znajomej blond czupryny. Kobieta wyglądała na wyraźnie zmęczoną, a może zrezygnowaną? Ciężko ocenić, jednak nie rozwodziłam się nad tym i wysłuchałam jej słów. Po czym sunęłam się robiąc dla niej miejsce obok nas.
        Prychnęłam pod nosem nieco rozbawiona jej słowami.
        - Tak świetna lekcja. Tutejsze dowództwo zaprezentowało wybitnie wysoki poziom. Jeszcze chyba nie spotkałam się z takimi rekordzistami, w zaledwie kilka godzin od rozpoczęcia wyprawy zdołali zgubić znaczna większość kompanii. Nic tylko powinszować. - Może czasem powinnam ugryźć się w język, jednak te dwie panny nie wyglądały na zagorzałe fanki Jeźdźców i swych mężów, więc tylko dlatego pozwoliłam sobie na taką swobodę.
        - Może trochę inaczej, by się to skończyło, gdyby ten marudny pryk ostrzegł nas jak należy. Bo przecież zrywanie po drodze kwiatków jest tak równoznaczne ze zwodniczymi Wiedźmami czy jakimiś zjawami. - Westchnęłam ciężko i otworzyłam swój bukłaczek. Moje słowa kierowałam jedynie do swoich towarzyszek, Jeźdźcy nie siedzieli zbyt blisko nas, więc bez obaw mogłyśmy sobie pozwolić na swobodną rozmowę. Choć pozornie, w końcu kto wie może są jak wielkouche zające. Z pozoru tylko wp******* trawę, a tak naprawdę czujnie skanują otoczenie.
        - Ale jak widać musimy nadążyć za ich wybitną inteligencją. - Skinęłam ze zrezygnowaniem głową i zrobiłam spory łyk z bukłaka, po czym skierowałam go do Callisty i kolejno Neriny.
        - Dobrze wam to zrobi. Zaufajcie. Koi nerwy - stwierdziłam szczerze z łagodnym uśmiechem. Jak widać musiałyśmy być naprawdę silne, bo podczas tej wyprawy zdane byłyśmy jedynie na siebie. Panowie albowiem już nam zaprezentowali jak można na nich liczyć.

Ostatnio zmieniony przez Amazi (18-01-2021 o 22h48)

Offline

#66 Wczoraj o 14h10

Straż Obsydianu
Doc
Akolita Jednorożców
Doc
...
Wiadomości: 275

Po krótkiej dyskusji z Hathorem i Hawarelem wróciłem do ogniska; nie wydawałem jeszcze rozkazu szykowania się do drogi, gdyż nie było to póki co uzasadnione. Gdybym widział, wiedział, miał jakikolwiek znak, że Hellion, Hasten i Halse opuszczają targ, wówczas uczyniłbym w tym kierunku cokolwiek. Jednak póki co nad wioską panowała głucha cisza… nie słyszałem tętentu kopyt, głosów moich Jeźdźców, śmiechów, choćby przegadywania się z małżonkami lub nawet kłótni. Niczego.
     A może już na zawsze miałem słyszeć głuchą ciszę w tym miejscu? Ich miejsca w szeregu miały pozostać pustymi, ziejącymi wyrwami w murach Jeźdźców, czarną plamą w miejscu twarzy?
     Co, jeśli zostali wciągnięci w wir zabawy, nieostrożnie ulegając pokusom i podszeptom wiedźm i już nigdy mieli do nas nie powrócić? Brałem pod rozwagę również taką możliwość - i choćbym chciał, by nie stała się ona rzeczywistością, byłem świadom, że częstokroć nasze oczekiwania były naiwnymi pragnieniami.
     Nauczyłem się już dawno, żeby na nic w życiu nie czekać - ani na litość, ani na znak łaski, ani też dobroci z czyjejkolwiek strony. Ludzie z natury byli tchórzami i kierował nimi strach - nawet, jeśli znali nas, handlowali z nami, pili wspólnie w karczmie, przyjaźnili się z niektórymi. Widziałem to w nich, na dnie ich dusz, w spojrzeniach ich oczu, w tonie ich głosu; Zwierzołaków wciąż traktowano z nieufnością, gdziekolwiek byśmy się kierowali i ile byśmy w ich imieniu dobrego uczynili.
     Byliśmy bandą wyrzutków - co z tego, że pożyteczną… dlatego więc jakiekolwiek prośby o pomoc, interwencję czy inne działania uznawaliśmy za niewarte naszego czasu ani miecza, jeśli nie były dobrze płatne. Musieliśmy odrzucić sentymenty i uczynić z nich tarczę. Jeśli nie mogliśmy stać się kimś więcej, musieliśmy się dostosować i obrócić sytuację na naszą korzyść. Lepiej być dobrze opłacanym człowiekiem znikąd, aniżeli człowiekiem nieszanowanym, którego nie stać było nawet na piwo ani dziewkę w karczmie.
     Wygnanie uczyło nas, że tutaj jesteśmy nikim… dosłownie nikim. Staliśmy się niewiele lepsi od pyłu i popiołu pod naszymi butami; należało porzucić dumę, wiarę, cokolwiek, co wywyższało nas i sprawiało, że czuliśmy się lepsi od innych. Z czasem smak goryczy zastępowała obojętność.
     Nie czekaliśmy już na nic… tak więc nie oczekiwałem, że Hellion, Hasten lub Halse wrócą - jednocześnie jednak zdawałem sobie sprawę z tego, że są rozsądnymi ludźmi, doświadczonymi zarówno i w walce fizycznej, i mentalnej. Nie wszystkie zagrożenia Pustkowi zdołali jeszcze poznać, jednak nie umniejszało to w niczym mojej pewności co do ich losu.
     Nie oczekiwałem, jednak wiedziałem. Zdawałem sobie sprawę, że niełatwo byłoby wywieść ich w pole. Bystrookiego Hastena, szybkiego i zdecydowanego, potrafiącego podjąć skuteczne działanie nawet zanim myśmy cokolwiek czynili, niezaalarmowani żadnym gestem, słowem, krzykiem; mocnego w ręce Helliona, niewiele mniej bystrego i szybkiego od swojego brata nie z krwi, lecz płaszcza; i Halse’a, przebiegłego i złośliwego niczym niedźwiedź, odpornego na wszelakie sztuczki nie przez magię, ale własną barierą arogancji i pewności siebie. Wszyscy trzej stanowili moją dumę, niczym synowie, jednocześnie dając mi ten niezwykły spokój duszy - wiedziałem, że gdyby cokolwiek się wydarzyło, a Pustkowia oddzieliłyby ich od kompanii, poradziliby sobie w tej krainie mroku.
     I być może właśnie dlatego nie posłałem jeszcze nikogo do wioski, wiedząc, że odejdą, może nie tyle nieuszkodzeni, co raczej w całkiem dobrym zdrowiu.

     Ale jednocześnie zdawałem sobie sprawę z faktu, że jeśliby pozostali Jeźdźcy zorientowali się w sytuacji, pojęliby, że Hellion, Hasten i Halse zostali uwięzieni wśród koszmarów, z targu nie ostałby się kamień na kamieniu. Wszystko pochłonąłby szmaragdowy ogień, podsycany gorejącym gniewem kompanii, nienawiścią do wiedźm i żarem odwetu. Jeźdźcy byli lojalni wobec swoich braci - jeśli ktokolwiek z nich odchodził, pamiętano go, a jeśli któryś był w niebezpieczeństwie, ruszano mu na pomoc… gniew Zwierzołaków był niszczący i spopielający niczym prawdziwy ogień, a doskonała pamięć stanowiła przekleństwo dla ofiary, która od tego momentu musiała ciągle oglądać się za siebie i odliczać każdy kolejny dzień, wiodący ją w oblicza śmierci z naszych mieczy. Nie odpuszczaliśmy nigdy żadnego pościgu, potrafiąc tropić kogoś latami; a jeśli zaś nie mogły sięgnąć kogoś nasze ręce, miecze, skrzydła, sięgała go magia śmierci, ze wszech miar nie pozostawiając żadnej wątpliwości nikomu:
     Jeźdźcy zawsze odbierali swoją zapłatę, zawsze wymierzali karę, zawsze wyrównywali rachunki. Wiedźmy wystarczająco dobrze się już o tym przekonały na swojej własnej skórze wiele lat temu.

     Oderwałem wzrok od ogniska, słysząc gwar i krzyki kobiet; zmarszczyłem brwi, spoglądając w stronę, skąd dochodziły głosy, zaniepokojone i niekiedy przerażone. Nie podniosłem się, nadal siedząc przy trzaskającym, żarliwym ogniu - wiedziałem, że ten, kto wrócił, wkrótce przyjdzie również do mnie.
     Chwilę później mój wzrok napotkał Hastena i Helliona; przypominali mi w tej chwili przerażone dzieci, które wolałyby skryć się za spódnicą matki, aniżeli napotkać karcący wzrok ojca. Halse, oczywiście, jak zawsze musiał wyrazić swój wielce wymowny komentarz - uniosłem jednak dłoń, nakazując mu się uciszyć. Słowa Hastena do teraz przebrzmiewały w moich uszach, a raczej jego ton - coś, co określiłbym ledwie powstrzymywanym spokojem, powoli przekształcającym się w panikę.
     Zmarszczyłem brwi, wyraźnie zaskoczony reakcją ich obydwóch, zanim wstałem ze swojego miejsca, rozganiając pozostałych Jeźdźców w pobliżu. Hawarel i Hathor podnieśli głowy, węsząc w powietrzu; jeden z nich syknął zjadliwie, zanim zerwał się na równe nogi.
     - Hyron…!
     Mój wzrok przesunął się twarzach Helliona i Hastena - z pozoru nienaruszonych czarcimi zaklęciami - zanim gestem wskazałem swoim przybocznym wyrysowanie kręgu wokół obozu, chroniącym nas przed wiedźmami. Nie wydawałem poleceń na głos - w końcu były tu kobiety z Dolin. A te z natury swojej były zwykle płochliwe, łatwe do manipulacji i nieprzewidywalne. Znacznie bardziej preferowałem dumne, wyniosłe Karstenki lub twarde, nauczone życiem Sulkarki, aniżeli dziewczyny z Dolin - miękkie i delikatne niczym jedwab. Nie… musieliśmy zachowywać się tak jak zawsze, by nie wzbudzać niepotrzebnej paniki.
     - Halse, mamy dziesięć minut. Każ Jeźdźcom się przygotować do drogi. Kobiety mogą odpocząć chwilę - rzuciłem cicho, nie spuszczając wzroku z Helliona i Hastena.
     Co ich tutaj przygnało? Panika w nich była czymś niespotykanym; obaj byli z natury swojej spokojni i opanowani, z rzadka ulegając bardziej gwałtownym uczuciom. Wolałbym porozmawiać z nimi na skraju obozu, jednak rozsądniej było nie wychodzić z kręgu, nawet jeśli mieliśmy ledwie parę minut. Rozejrzałem się jedynie wokoło - nie chciałem, by kobiety znajdowały się obok.
     Tuż po upewnieniu się, że panie nie znajdują się zbyt blisko, podszedłem do obu mężczyzn; dzielił nas teraz ledwie jeden krok, bezpieczny dystans.

     - Co się wydarzyło? - zapytałem spokojnym tonem, opierając dłoń na ramionach ich obydwóch - nawet, jeśli ramię Hastena wydawało się wiotkie. Widziałem, że jest cały blady, przezroczysty, niczym upiór - widmo, przed którymi ostrzegałem Jeźdźców. I chociaż miałem swoje przypuszczenia, nie powinienem wyrażać swojego osądu - ani tworzyć planu działania - już teraz, nie znając wszystkich faktów.
     Hasten jednak był zbyt roztrzęsiony, by powiedzieć cokolwiek - jego słowa, jak nigdy tak chaotyczne, były rozbiegane, drżące niczym jego własny głos. Jedynie wzmocniłem uścisk na jego ramieniu.
     - Nic nie mów. Powoli zaczerpnij głęboki oddech lub dwa - odparłem uspokajającym tonem, zanim spojrzałem na Hella. Nie cofałem dłoni z ich ramion; wiedziałem z własnych doświadczeń, że jeśli inne osoby zachowywały spokój, choćby słowami, dotykiem, głosem, całym swoim zachowaniem, nam łatwiej było się opanować. Na szczęście Hellion był przytomniejszy, bardziej opanowany.
     Być może mógł dostrzec przebłysk dumy i uznania w moich oczach, szybko zastąpiony jednak chmurnym gniewem; a więc wiedźmy, choć ukorzyły się i ugięły ku ziemi, podnosiły już swoje chytre łby, znów po raz kolejny knując swoje plany.
     Ale czy winniśmy je wszystkie zniszczyć tylko dlatego, że mają taką naturę?

     Byłem zdania, że dopóki człowiek nie przeżyje czegoś na własnej skórze, dopóty niczego się nie nauczy. Jeśli nie poczujesz palącego smaku bata na swoich plecach, nie pojmiesz mocy i znaczzenia kary; jeśli nie poniesiesz straty, nigdy nie będziesz znał przykurzonego smaku rozpaczy; jeśli nie upadniesz tak nisko, by zasmakować porażki, nigdy nie zrozumiesz, jak bardzo jest ona ważna.
     Dlatego też pozwoliłem i Jeźdźcom, i pannom rozpierzchnąć się po targu; dla nich wszystkich był to sprawdzian odpowiedzialności i dorosłości, mający nauczyć ich świadomości i konsekwencji swoich wyborów. Jeśli ktokolwiek winił nas za cokolwiek, wypierał świadomość, że wybór podjął sam, ze swojej własnej, nieprzymuszonej woli, i dziecinnie doszukiwał się w innych swojej winy i krzywdy.
     Nie miało dla mnie znaczenia to, że kobiety z Krainy Dolin były już szczególnie ciężko naznaczone przez los. W młodym wieku straciły swoich ojców, braci, matki i siostry; traciły w ciągu ledwie kilku lat wszystkie bogactwa, od fortec i ziem po ostatki biżuterii rodowej, ostatnich pamiątek, wiążących ich z przeszłością. Tutaj, wśród Pustkowi, musiały nauczyć się, że nic nie wiązało ich już z Krainą Dolin. Porzuciły dawne życie, dobrowolnie zanurzając się w purpurową mgłę, oświetlaną szmaragdowym płomieniem; upiły z Czary, wiążąc swój los z nami. Musiały nauczyć się, że już dłużej nie są niewinnymi liliami, gotowymi ugiąć się ku ziemi od ledwie podmuchu wiatru, ale twardym, kolczastym chwastem, wyrosłym na nieprzychylnym ich ziemiach i potrafiącym przetrwać długie mrozy.
     A dla Jeźdźców to też była nauka - odpowiedzialności; jesteś odpowiedzialny za tę, która cię wybrała. Powinieneś o nią zadbać lub pogodzić się z tym, że ją stracisz. Choćby okazała się skrajnie głupia i nieodpowiedzialna, waszą drogą życia będzie iść razem, nie zaś osobno, i wspólnie winniście przeżywać gorzkie wydarzenia od losu…
     Mogłem jedynie przyznać, że wszyscy trzej zdali egzamin.

     Spuściłem wzrok, zarejestrowawszy wszystkie informacje, zdobyte od Helliona; musiałem pomyśleć. Z rzadka zdarzało się, żeby Jeźdźców sięgała klątwa upiorów. Odwróciłem się do ogniska, wlepiając wzrok.
     Srebro. Sól. Nie, to będą bariery, które ich powstrzymają przed jakimkolwiek działaniem; znienacka jednak, gdy uniosłem dłoń do broszy z wypłowiałym znakiem słońca, poczułem, jak mój własny umysł rozpogadza się, jak gdyby ktoś rozgonił wszystkie chmury, cały mrok gniewu, smutku, żalu i goryczy.
     Słońce.
     Być może się zobaczymy, moja pani. Znów ujrzę twoją twarz, tym razem nie w wianku z kłosów zbóż i kwiatów, ale okoloną promieniami słońca. Twoje oczy, rozświetlone już nie radością, ale mądrością i spokojem… być może poczuję twój dotyk, jak zawsze słodki i ciepły, dodający mi wiary i otuchy, by iść naprzód w te dni, ścieżką mroku. A i tak wszystko okrasisz przyjemnym żartem, bo jak zawsze nie będziesz mogła się od tego powstrzymać… poznasz moich synów, nie krew z krwi, jednak bliższych mi niżeli rodzony potomek…
     Zacisnąłem palce wokół broszy, czując pod nimi rozkoszne ciepło, jak gdyby sama Królowa Słońca wysłała mi ciepły podmuch wiatru; znienacka poczułem przyjemną woń od ogniska, woń lata - zapach świeżo skoszonych traw, zbóż, spalonej słońcem ziemi, wyczekującej na pierwszy deszcz, i piasku. Odwróciłem głowę, ciekaw, czy Hellion i Hasten poczują to samo, czy może był to tylko znak… dla mnie… znak, dający mi więcej otuchy i wiary, niżbym mógł przed sobą przyznać.
     - My trzej ruszymy do najbliższej świątyni Królowej Słońca. Musimy dotrzeć tam przed zmrokiem następnego dnia - rzuciłem cicho, chrapliwym głosem; tuż po tym rozejrzałem się, poszukując wzrokiem Halse’a. Wiedziałem, że trucizna będzie coraz silniejsza z upływem każdej godziny… czy podoła swojej roli zastępcy?
     - Halse. - nie musiałem zwracać na siebie jego większej uwagi; jak zawsze miał wyczulony niedźwiedzi słuch. - Jedziesz w przedzie, z Hathorem i Hawarelem na czele. Nie odsyłaj ich. Jedźcie do fortecy Horazona, ile sił w koniach. Kierujcie się w stronę Rozstai, o świcie powinniście tam dotrzeć. Drogi nie powinny być zamknięte… poznacie bramy. Na miejscu rozmawiaj z Horazonem, przedstaw mu swój problem. Z tych ziół przyrządzą ci napar. Leż i nie łaź nigdzie. Hathor!
     Nawet nie zdążyłem nic powiedzieć, gdy wspomniany Jeździec podszedł do mnie, dzierżąc lejce mojego wierzchowca. Po spoczęciu w siodle, odebrałem z rąk Hawarela szmaragdowy płomień, uwięziony w szklanym naczyniu.
     - Wiecie, co macie robić - rzuciłem cicho. Nie wątpiłem w Halse’a, znałem jednak jego dumę; ze wszech miar przypominał swoje zwierzę, w które się przemieniał. Dumny, zdecydowany i niezależny, rzadko przyjmował pomoc od innych, a jeśli już - to nader niechętnie.
     - Wiemy - przyznali obaj. W tle dwóch Jeźdźców, najpewniej na polecenie jednego z przybocznych przyprowadziło konie Hastena i Helliona; rozejrzałem się ze swojego miejsca wokoło, bystrym wzrokiem wyłapując panny. Nie zależało mi na nich na tyle, by się z nimi żegnać; gdybym zresztą to uczynił, pojęłyby, że coś się stało, a rozsądniejszym było ich nie martwić. Zresztą w tym tłoku wątpliwe, by nas dostrzegły; tłum Jeźdźców skutecznie nas przysłonił.
     A może tak bardzo pragnąłem spotkać się ze Słoneczną Królową, panią dnia, że odganiałem widok Airanny od siebie? Wiedziałem, że nigdy nie będzie kimś tak dla mnie znaczącym, do takiego stopnia, bym oddał jej - tak jak Panu Losu i mojej pani - wszystkiego. Jednak jednocześnie nie mogłem tego przekreślać.
     Winienem być jej dobrym mężem - może nie kochającym do szaleństwa, do ostatniego tchu, jednak zwyczajnie dobrym. Troskliwym i szanującym... jednakże jak tu żywić szacunek, jeśli ona sama go do mnie nie miała? Młodość rządziła się swoimi prawami, oczywiście, ale też jednocześnie żywiła pogardę do starych, ignorowała odczucia innych, uznając, że wszystko jest li i jedynie żartem, uśmiechem losu, a każda rzecz zostanie naprawiona jednym słowem - “przepraszam”. Dla ludzi pokroju Airanny stanowił wytrych, który miał załatwić wszystko.

     Czekając, aż obaj Jeźdźcy władują się na konie i pozałatwiają swoje sprawy, mój wzrok przetoczył się po pozostałych pannach; nie widziałem jak dotąd Lily, panienki Hastena, zaś moją uwagę przykuła wyraźnie przerażona blondynka, rozmawiająca z moją partnerką.
     Znamienne, że na punkcie Airanny potrafiłem wyrobić sobie opinię, mimo, że zazwyczaj się tego wystrzegałem; znałem jednak zbyt wiele kobiet jej rodzaju i nierzadko wystarczało jedynie obserwować zachowanie - zwłaszcza, jeśli myślały, że nie ma w pobliżu nikogo, kto mógłby na nie zwracać uwagę. Niezależne Sulkarki i Karstenki potrafiły ugiąć się pod władzą mężczyzny, jednak ona była zbyt nieposłuszna, zbyt niepokorna, by pojąć, czemu to służy. I chociaż póki co nie dała mi ku temu znaku, nie ufałem jej - ani Airannie, ani partnerkom swoich pozostałych Jeźdźców. Samo wesele pozwoliło mi wystarczająco wyrazić swoją opinię.
     - A może mówisz tak, Hyronie, bo nic nie może wiązać się ze Słoneczną Królową? - w moich uszach przebrzmiał cichy śmiech - zupełnie, jak gdyby ktoś stał za moim ramieniem. Raptownie odwróciłem głowę, by w ostatniej chwili dostrzec iskry z ogniska, układające się w coś na wzór uśmiechu - niby tego baśniowego, bajkowego kota z Pustkowi, który pojawiał się i znikał.
     - Blond panna twojego przyjaciela zdaje się ciebie intrygować bardziej, aniżeli twoja własna żona. A może to jej lęk i przerażenie cię przyciąga, jak dzikie zwierzę przyciąga zapach krwi? Czyż to nie jej lęk cię właśnie intryguje bardziej, niż pewność siebie?
     - Nie marnujcie czasu na pożegnanie z partnerkami - rzuciłem cicho w stronę Hastena i Helliona, gdy dostrzegłem, że się przygotowali. - Spinać konie i jazda! Nie macie czasu do stracenia.

     Z rzadka musieliśmy podróżować nocą - jednak, jeśli tak bywało, zapalaliśmy szmaragdowy płomień, mający odegnać koszmarne mary i nieludzkie istoty. Zawiesiłem lampion, tak by oświetlał nam drogę; nie obejrzałem się za siebie, czym szybciej spinając wierzchowca. Kto wie, ile czasu minie, zanim dotrzemy na miejsce? A ile godzin odebrały nam wiedźmy? Trudno było to określić. Równie dobrze mógł minąć cały dzień, albo ledwie i parę minut; mogła nastać noc, bądź zostało ledwie parę godzin do świtu…
     Mimo wszystko zależało mi na czasie. Chociaż wiedziałem, gdzie leży świątynia mojej bogini, zdawałem sobie sprawę z faktu, że bywała kapryśna i nieprzewidywalna; wszak była niegdyś kobietą z Krainy Dolin, o śmiechu słodszym niż miód… bywało, że przychodziła na wezwanie, a bywało, że jedyne, co miałem, to jedynie uśmiech na jej podobiźnie, zawartej w witrażu. Niekiedy napotykała mnie jedynie pustka i woń kadzideł, a niekiedy delikatny, czuły dotyk, wybudzający mnie z tego stanu półsnu, półjawy, uprzytamniający mi, że znajdowałem się w innym świecie - w jej domu, pomiędzy piekłem Pustkowi a niebem.
     - Nie oddalać się. Nie zbaczać na inne ścieżki, choćby droga wydawała wam się łatwiejsza - rzuciłem w ich stronę. - Z czasem świat, jaki będziecie widzieć, zacznie się zmieniać. To będzie normalne, całkowicie normalne… będziecie widzieć w czerni i bieli, zaś ludzie i zwierzęta staną się istotami, w których zauważycie najpierw duszę. Podobno zwierzaki są złociste, łatwe do zauważenia w szarości… ty, Hellion, niedługo będziesz równie blady jak Hasten - zwróciłem się do swojego krewnego. - Kiedy tak się stanie, nie panikuj. Kiedy nastanie dzień, a słońce rzuci cienie, unikajcie ich, zwłaszcza tych głębokich. Dopóki jesteście w słońcu, w blasku dnia, nic wam się nie stanie. Jesteście tutaj bezpieczni i chroni was Słoneczna Królowa. Jasne?

Ostatnio zmieniony przez Doc (Wczoraj o 14h15)


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#67 Wczoraj o 19h28

Straż Obsydianu
Valeriane
Pokonała kurę
Valeriane
...
Wiadomości: 662

…………………………………………………………………………………………https://i.imgur.com/qGT6nw7.png

        Była niemal pewna, że słyszy sarkazm w głosie obcej dziewczyny, której twarz znaczyło zmęczenie. Musiał tam być, bo jak inaczej mogłaby wyjaśnić jej słowa, nie zrzucając ich na karb skrajnego ograniczenia? Bo wymuszone uśmiechy i monotonia? Tymi słowami Callista z pewnością nie określiłaby życia na dworze, wśród wszystkich tych małostkowych, egoistycznych szlachciców, którzy prześcigali się w okrucieństwie, wręcz obnosili paskudztwami dopuszczanymi się względem służby lub chłopstwa. Ale może nie wszystkie kobiety przymuszone do życia w luksusowych złotych klatkach miały tyle samo pecha, co ona. Może ktoś, gdzieś tam w świecie jakiego nie dane było jej poznać, faktycznie za największą niedogodność życia jako panna bez możliwości podjęcia najdrobniejszej decyzji dotyczącej własnego życia uważał to, że trzeba było się miło uśmiechać w odpowiednich momentach.
        Natomiast kolejne jej słowa wyrysowały uśmiech na wargach Callisty, a w oczach coś błysnęło przelotnie, nadając im na moment więcej życia i odpędzając zmęczenie. Przyjęła jedzenie od dziewczyny i dopiero wtedy zdała sobie sprawę ze swojego głodu. Ile czasu minęło odkąd wyruszyli? Callista straciła rachubę; wydarzenia z Wiedźmiego Targu wyparły z niej wszelkie przejawy rozsądku i podstawy obserwacji.
        Najwyraźniej nie dane jej było dowiedzieć się, kogo ona spotkała pomiędzy hipnotyzująco barwnymi straganami pełnymi cudów, a skutkiem czego wyglądała tak kiepsko. Nie zaprzątała sobie tym jednak zbyt długo głowy.
        — Doceniam — odparła zwięźle, siadając wreszcie na jednym z tobołków koło kobiet. — Choćby prawdopodobieństwo to i tak więcej niż wszystkie zapewnienia, jakie usłyszałam od momentu dołączenia do tej kompani — powiedziała z drapieżnym uśmiechem wciąż czającym się w kącikach ust. Ten grymas nadawał jej twarzy charakterystyczny wyraz, który bynajmniej nie sugerował przyjaznej, łagodnej w obyciu panienki. — Mam na imię Callista — dodała jeszcze po krótkiej pauzie, czysto informacyjnie i nie zabarwiając tonu głosu żadną emocją.
        Nie mogła powiedzieć, żeby kilka zamienionych z Airanną zdań, zdecydowanie więcej niedomówień i sugestywnych spojrzeń mówiących tylko im dwóm coś więcej niż zwykłe słowa, a także pożyczone ubranie powodowały, że znała tę kobietę. Albo rozumiała motywy jej działań. Choć osądzała szybko – i w większości przypadków pogardliwie – jednocześnie nie pozwalała, żeby raz obrana opinia pozostała już taka na zawsze, skostniała w sztywnych ramach jej poczucia wyższości. Callista wciąż obserwowała i w milczeniu, nie dzieląc się swoją oceną z otoczeniem, przetrawiała to, co widziała. Nie musiała krzyczeć, niepotrzebne były jej wielkie słowa; uważała to tylko za rozpraszacze uwagi dla płytkich ludzi.
       A teraz tak otwarcie pogardliwe – ba, wręcz bezczelne – słowa Airanny utwierdziły ją w przekonaniu, że nie zna jej w ogóle; miała ją przecież dotychczas za rozsądną. Callista już na dźwięk pierwszych z  sykiem wciągnęła powietrze do płuc i gwałtownie przeniosła na nią spojrzenie. Przez chwilę nie mówiła nic, jakby w zbyt wielkim szoku spowodowanym wylewnością kobiety i po prostu jej się przyglądała, kiedy kolejne prowokacyjne opinie opuszczały jej ślicznie wykrojone usta.
        Powstrzymała się od rozglądnięcia się wokoło, bo choć wyczerpana, Callista nie działała już pod wpływem paniki i ponownie przejęła kontrolę nad własnym ciałem.
        — Uważaj — odezwała się cicho, zniżając głos niemal do szeptu. Zmrużyła lekko oczy, intensywnym spojrzeniem lustrując Airannę. — Bo twoje słowa mogą być twoją zgubą w miejscu takim jak to. Ufasz mi? Nie powinnaś. Ani jej — skinęła w stronę nieznajomej, która przecież z nimi siedziała, ale na to Callista nie zamierzała zważać. Twarde spojrzenie wciąż miała wlepione w twarz Airy, a tymi kilkoma słowami odkryła się bardziej, niż początkowo zamierzała. Ale przecież Airanna też to zrobiła. Coś za coś. — Przynajmniej dopóki nie poznamy zasad gry. Ja nie rozumiem rzeczy, które się dookoła mnie dzieją od momentu wyruszenia przez Pustkowia; przynajmniej jeszcze nie. A ty? — zawiesiła to pytanie gdzieś w przestrzeni pomiędzy nimi, po czym jej twarz znów stała się tylko szarawa i zmęczona, z ledwie widocznym cieniem uśmiechu. — I, uwierz mi, mówię to tylko dlatego, że polubiłam cię od samego początku.
        Nawet jeśli na dnie serca zgadzała się z każdym jej słowem, jeśli miała o nich tak samo niską opinię, a może nawet o wiele gorszą – to Callista nigdy nie wyraziłaby jej w ten sposób, w miejscu, gdzie każdy mógł ich usłyszeć. Może przemawiała przez nią paranoja wpojona na dworze lepiej niż jakakolwiek zasada etykiety. A może zwykłe doświadczenie.
        Dopiero kiedy Airanna podała jej bukłak, zdała sobie sprawę, że jej alkohol został w jukach zaginionego zwierzęcia. Miała ochotę przekląć pod nosem, bo najwyraźniej wbrew opinii Halse’a zostawiła tam coś bardzo cennego. Na dodatek nie zdążyła upić nawet łyka. Stłumiła ciężkie westchnienie i wyciągnęła rękę po przekazywany trunek.
        — Mój koń przepadł — jednocześnie zabrała głos, tym razem zupełnie swobodnie, jakby przed chwilą jej ust nie opuściło ani jedno ciężkie słowo, a raczej przechwałki modnym fasonem sukni zakupionej na wystawny bal. — A razem z nim twój prezent. I szanse na spokojną podróż — dodała tajemniczo, po czym upiła łyk.
        Nie powstrzymała się, żeby wypić jeszcze jeden i dopiero wtedy podała bukłak dalej, do nieznajomej.


_________. .__T O   L O V E   I S     T O   D E S T R O Y
https://78.media.tumblr.com/dbcc5471449ac9ed4ea835bcf39f5d2d/tumblr_p2m6tbY2zg1we2qvuo5_400.gif https://78.media.tumblr.com/b20a2c8bb697d76ff65f3857bf9c7314/tumblr_p2m6tbY2zg1we2qvuo6_400.gif
                                                                                                  T O   B E   L O V E D   I S   T O   B E   T H E   O N E   D E S T R O Y E D

Offline

Strony : 1 2 3