Forum

Strony : 1

#1 03-01-2021 o 22h37

Straż Cienia
Divia
Akolita Jednorożców
Divia
...
Wiadomości: 406

Hej,

przychodzę z kolejnym opowiadaniem, które zaczęłam pisać już jakiś czas temu. Pierwotnie Valk nie miał być jedną z głównych postaci, jednak czuję, że biedaczek jest nieco zaniedbany, więc postanowiłam wprowadzić go do głównego wątku opka. 
W tym opowiadaniu przedstawię niejako historię Eldaryi, od początku jej powstania aż do wydarzeń poprzedzających Nową Erę. Nie przewiduję tu spoilerów, sama jestem z odcinkami daleko w lesie, więc nie zamierzam psuć zabawy ani sobie, ani nikomu innemu.

Fragment o heterochromii zaczerpnęłam z opowiadania Lix, za jej zgodą oczywiście :> Zapraszam do jej opowiadania klik



-Prolog-




   W średniowieczu ludzie byli bardzo zabobonni. Każdy, kto w jakiś sposób się wyróżniał, był traktowany jak pomiot szatana, którego należało jak najszybciej się pozbyć by już więcej nie zagrażał społeczeństwu.

   Władza papieska nie zwracała uwagi, czy podejrzenia o konszachty z Królem Zła padły na nowo narodzone dziecko, wysoko postawionego urzędnika, czy przymierającego głodem żebraka. Ci ostatni byli jedną z najbardziej narażonych na prześladowania grup. Zważywszy na duże braki w higienie osobistej, życie na śmietnikach i konanie w ściekach, a przede wszystkim brak opieki medycznej, byli oni nosicielami wielu chorób, które mogły pogrążyć całe miasta w czarnej zarazie, wobec czego to oni byli najczęściej skazywani za herezję.

   Młodzi ludzie, bardziej świadomi swoich przeklętych umiejętności oraz konsekwencji, z którymi musieliby się zmierzyć, rozważnie stawiali swoje kroki i wystrzegali się dużych skupisk ludzi jak targi, msze, czy zebrania przed siedzibą Rady Miejskiej, gdzie najczęściej odbywały się osądy i palenia na stosie. Byli oni zwykle potomkami prostych ludzi, pracujących w polu, bądź opiekujących się jedną krową, która pracowała na utrzymanie rodziny. Jednak i do nich, oddalonych o dziesiątki kilometrów od najbliższego miasta, prostych i niekiedy rozpadających się domostw, dotarło mordercze tornado, gotowe wybić całą wieś, do ostatniego pastucha, jeżeli w najmniejszy sposób zdradzali by nadprzyrodzone zdolności.
   Yvetta, wiedziała, że wdając się w romans z przypadkowym mężczyzną, którego poznała podczas wesela swojej siostry, było największym błędem w jej dwudziestojednoletnim życiu. Dwudziestoparolatek przedstawił się jako przyjaciel rodziny pana młodego i na tamten moment jej to wystarczało. Mężczyzna jako jedyny z wszystkich zaproszonych był w miarę trzeźwy, a Vett potrzebowała oderwać się od pijanego towarzystwa choć na pięć minut.
   Hyordan, bo tak miał nieznajomy na imię, wykazał się dużą dozą empatii i zrozumienia. Kobieta po raz pierwszy poczuła, że może komuś zaufać, od małego była bowiem bita przez ojca za najdrobniejsze nawet przewinienie, a i matka nie była święta. Z czasem zaczęła podejrzewać, że wylewa on na nią swoje żale, bo nie była chłopcem, którego od zawsze tak wyczekiwał. Młodzi wyszli na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza.
   Po opuszczeniu dusznej chałupy, w której unosił się zapach alkoholu i potu, orzeźwiające, zimne powietrze lutowej nocy było jak promyk słońca, dodający otuchy, w pochmurny dzień. Wtedy Yvetta po raz pierwszy obcowała z mężczyzną jak i po raz ostatni go widziała. Dziewięć miesięcy później na świat przyszła jej córeczka. Kobieta, zdana na łaskę losu po wygnaniu jej z rodzinnego domu, przez własnego ojca, urodziła z dala od domostw, pośród leśnej głuszy, w mroźną, listopadową noc. Przez cały okres ciąży przeklinała dzień, w którym poznała Hyordana, przypisując mu wszystkie nieszczęścia, które ją spotkały w ciągu ostatnich kilku miesięcy.
   Los jednak chciał by Vett pokochała maleństwo w chwili, gdy wzięła dziewczynkę na ręce; jej serce zabiło matczyną troską i wtedy kobieta poprzysięgła sobie, że zrobi wszystko aby umożliwić córeczce godne życie. Rano, gdy Yvettę obudziły ciche trele pozostałych na zimę w kraju ptaków, kobieta odkryła, jak wyjątkowe dziecko ma przed sobą. Dziewczynka miała cerę bladą jak otaczający je śnieg, srebrne włosy, które skrzyły się niczym diamenty w promieniach przebijającego się przez korony drzew słońca i dwukolorowe oczy. Lewa tęczówka była tak jasna, że niemal biała, prawa natomiast ciemnobrązowa, niby czarna.
Wieśniaczka była urzeczona widokiem małego cudu, który dane jej było nosić pod sercem, ale w głębi duszy poczuła ukrycie strachu o ich wspólną przyszłość. Dziecko wyglądało bowiem jak rasowy Potępieniec, przed którym tak ostrzegał Kościół.

   Heterochromia nie była niczym nadzwyczajnym, chyba, że jak w przypadku córeczki Vett, tęczówki miały biało- czarny kolor.

   Władza papieska uosabiała to jako znak pogwałcenia anielskiej czystości poprzez konszachty z samym diabłem. Takie dzieci odbierano matkom tuż po porodzie i w brutalny sposób pozbawiano je życia. Yvetta wiedziała, że jedynym ratunkiem dla jej nowonarodzonego dziecka jest zawarcie paktu z siłami zła. Kobieta, nie mając nic do stracenia, zabrała córeczkę, owijając ją grubą chustą i ruszyła w stronę krańca lasu. Stojąc na granicy boru i szczerego pola, położyła dziewczynkę na ziemi. Sama zaś rozerwawszy swoją suknię, przy użyciu tępego sztyletu skrwawiła swoją pierś, pisząc imię Lyastry, co oznaczało przywołanie owego Daemona.
   Kiedy pierwsze krople krwi opadły na śnieżno-biały puch, przed wieśniaczką pojawiła się postać mężczyzny, odzianego w czarne szaty z niepoprawnie bladą cerą. Kobieta pchana strachem zaczęła wykonywać znak krzyża, jednak Daemon przerwał jej w połowie.
  —Czyż nie wezwałaś mnie z powodu, że twój Bóg przestał ci wystarczać?
  —T-tak, panie— wydukała Yvetta. Podniosła zawiniątko przed sobą leżące i oddała je do rąk mężczyzny.

   Daemon przyjrzał się małej z uwagą i kiwnął głową.
  —Zdajesz sobie sprawę jaką cenę musisz ponieść by ją ocalić?
   Kobieta w milczeniu kiwnęła głową, patrząc po raz ostatni na swoje jedyne dziecko.
  —Zrobię dla niej wszystko, byle mogła żyć w świecie bezpiecznym dla takich, jak ona.
   Lyastr spojrzał na nią z ukosa, jednak ponownie kiwnął głową.
  —Jej imię to Griell...
   Wraz z ostatnim słowem uszło z kobiety życie, rozerwane od środka przez czarną energię. Daemon posiliwszy się, zniknął w oparach gęstej, ciemnej mgły.

   Wieki mijały, a świat pogrążał się w co raz większym chaosie. Mimo ustania polowań na czarownice, wszystkie rasy faery w wyniku Poświęcenia stworzyły krainę zwaną Eldaryą, by chronić się tam przed żądnymi krwi ludźmi. Winą o niestabilności nowego świata obarczały zbuntowany Aengele, lecz prawda była zgoła inna. Od wieków istniał jasny podział na Aengele- synów światłości i Daemony- dzieci mroku. Trzy potężne rasy ustaliły za plecami potępieńców, że wykorzystają ich dusze do Niebiańskiego Poświęcenia. Uprowadzili więc oni potrzebną im grupę Daemonów i zmusili by ci oddali swoje życie w imię przyszłości wszystkich faery. Stąd właśnie wynikała niestabilność stworzonego świata- gdyby oddanie swojego życia było dobrowolne, dziś Eldarya nie musiałaby borykać się z tak wieloma problemami.
   Istniało także niepisane prawo, głoszące, że Daemon umiera, gdy zakiełkuje w nim ziarno miłości. Lyastr pluł sobie w brodę za każdym razem, gdy słyszał podobne zabobony; w końcu tak potężna rasa, do której należał, nie przejawiała żadnych ludzkich uczuć. Nadchodząca zima miała być przełomem w tułaczce niemowlęcia w ciele księcia mroku. Rasa ludzka przestała zajmować się uganianiem za Potępionymi, toteż Lyastr zadecydował, że nadszedł już odpowiedni moment. Koncentrując swoją energię, przywołał dziecko do świata żywych, tym samym przywracając Griell do życia, którego kres nastąpił wraz ze śmiercią matki. Następnie, manipulując zegarem biologicznym dziewczynki nadał jej wiek pięciu lat, imię zaś otrzymała Laeyzdl na znak rozpoczęcia nowego życia.

   Lyastr stworzył prowizoryczną chatę w środku lasu, wiedział bowiem, że w tym miejscu następny patrol ma przybyć by uzupełnić zapasy na nadchodzącą zimę.
Skończywszy swoje dzieło spojrzał na małą dziewczynkę, śpiącą w jego ramionach, i zrozumiał, że początek życia tej małej będzie końcem jego własnego. Niepisana prawda ujrzała światło dzienne, a w sercu Daemona zakiełkował kwiat miłości.

Ostatnio zmieniony przez Divia (08-01-2021 o 11h48)


https://zapodaj.net/images/1b8130842a811.gif

Offline

#2 04-01-2021 o 08h45

Straż Absyntu
Lix
Akolita Jednorożców
Lix
...
Wiadomości: 277

Ale słodziaśnie, duzi źły demon pokochał maluśkie ślodziuśkie bubu.

Zakładam, że straż znajdzie teraz nasze przeklęte dziecko i postanowi je wychować. Jestem tego szczególnie ciekawa zważając na twoją nieznajomość gry. W razie czego pamiętaj, będę pierwszą do biczowania cię za błędy. ;3;

Offline

#3 05-01-2021 o 16h25

Straż Absyntu
Kace
Pokonała kurę
Kace
...
Wiadomości: 684

Hej! Zaciekawiła mnie ta historia :> W sumie fajnie, że prolog nie jest zbyt enigmatyczny, bo od razu zaciekawia.
Nie wiem, czy mogę już lub w ogóle snuć domysły... ale Lyastr to może faktycznie biologiczny ojciec Greill...? :>>
Jest coś urzekającego w nazwach własnych, które tworzysz. Ogólnie klimat jest bardzo przyjemny, taki... dostojny! (I uroczy, a jednocześnie mhroczny -v-) No i intryguje mnie faktycznie to "wrzucenie" Valkyona do głównego wątku; ta postać mi pasuje do tego klimatu i jestem ciekawa, jak ją poprowadzisz /static/img/forum/smilies/tongue.png


Zauważyłam literówkę:
"Daemon przyjrzał się małej w uwagą i kiwnął głową."

I tu, nie wiem, czy tak miało być, ale ogólnie spotykam się z wersją:
—T-tak, panie— wydukała Yvetta.

Poza tym miejscami występują takie... nie wiem, jak się to zwie: jak się pisze bardziej jak by się mówiło i jest zrozumiale, ale za pomocą domysłu (czyli jak nie raz w mowie) Np.:

"Ze względu na duże braki w higienie osobistej, życie na śmietnikach i konanie w ściekach, a przede wszystkim brak opieki medycznej, byli oni nosicielami wielu chorób, które mogły pogrążyć całe miasta w czarnej zarazie [...]"
przede wszystkim zmieniłabym na: "Przez duże braki w higienie itd." albo nawet "Przez to, że mieli duże braki w higienie osobistej itd."

to chyba błąd składniowy... albo stylistyczny 'XD (taka ze mnie znawczyni xDD) Chyba, że jest ok, a ja jakaś spaczona

Dobra, to na razie pozostaje czekać na kolejne części... :p
Aha, i pytanie: czy życzysz sobie, Autorko, aby zwracać Ci uwagę na takie błędy, czy raczej mam się ograniczać do komentowania samej treści? :3

Offline

#4 06-01-2021 o 19h07

Straż Cienia
Divia
Akolita Jednorożców
Divia
...
Wiadomości: 406

-Rozdział 1-




   Laeyzdl siedziała przed starą chałupą, która wyglądała tak, jakby przy najlżejszym podmuchu wiatru miała się rozpaść. Dziewczynka, mimo panującego na zewnątrz mrozu, była ubrana jedynie w welurową sukienkę i bawełniane skarpety.
   Mężczyzna o kruczoczarnych włosach, przetkniętych gdzie nie gdzie siwizną przyglądał jej się, siedząc na przegniłych od wilgoci schodach, prowadzących na zdezelowaną werandę. Nie bał się o to, czy mała zmarznie. Wiedział, że dopóki jest z nim, żadne ludzkie potrzeby nie będą jej nękać. Tym bardziej bolała go myśl, że wkrótce będzie musiał pożegnać się z tą istotką raz na zawsze.
   Kiedy Leay trafi na eldaryjską ziemię, on przestanie istnieć.
   Taka była cena za okazanie słabości względem drugiej istoty.
   Pakt jednak pozostawał paktem, a na twarzy małej Laeyzdl, pod lewym okiem, powstało znamię w postaci pięciu białych kropek, ułożonych na kształt łuku.
Zazwyczaj znak bratania się z Daemonem był w kształcie pięcioramiennej gwiazdy, zamkniętej w sześciokątnej figurze. Im bliżej serca znajdowała się pieczęć, tym większej wagi była związana umowa.


~~


   Po kilku dniach oczekiwania, które upłynęły na wpajaiu Laey umiejętności, pozwalających jej przetrwać, Lyastr zaczął się niecierpliwić. Grudzień zbliżał się dużymi krokami, a eldaryjskie patrole nie dawały znaku życia.
   Czyżby tym razem jeden z najpotężniejszych Daemonów się pomylił? Czy źle określił lokalizację otwarcia najbliższego portalu?
   Ponure przemyślenia przerwał intensywny podmuch wiatru. Lyastr zerwał się z miejsca i przywołał małą do siebie. Odruchowo otoczył ją ramieniem i częściowo osłonił własnym ciałem.
   Chwilę później po lesie poniósł się głos, jakby ziemia się rozstąpiła. Co poniektóre ptaki i inni mieszkańcy lasu uciekli w panice, w dzikim pędzie mijając stojącą pod chatą dwójkę.
   Gdy wszystko się uspokoiło, Daemon odezwał się do dziewczynki.
  —To twój czas, Laeyzdl. Idź i wypełnił co ci zapisano.
   Pięciolatka spojrzała w czarne oczy mężczyzny, po czym bez słowa się oddaliła.
   Lyastr, patrząc jak jego jedyna pociecha odchodzi, czuł, jak rozpacz rozrywa go od środka. Kiedy Laey odwróciła się, chcąc spojrzeć na opiekuna po raz ostatni, po Daemonie została jedynie czarna mgła, która unosiła się w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu stał mężczyzna.

   Tymczasem grupa wysłanników ze Stolicy próbowała właśnie doprowadzić się do porządku po dość burzliwym lądowaniu na Ziemi. Ze względu na otrzymane wcześniej przez doświadczonych członków Straży misje, to wyrostkom przypadł ten zaszczyt by zgromadzić odpowiednie ilości jedzenia, które miały starczyć ludowi Eldaryi na kolejne kilka miesięcy.
   Oczywiście Yonuki pomyślał o wszystkim i wraz z małolatami wysłał swojego człowieka- zaufanego doradcę Rouliega, który był odpowiedzialny za przebieg misji. Starszy mężczyzna nie miał za wiele czasu na przygotowanie nowych podopiecznych, toteż gdy tylko stanęli na twardym gruncie, młodzież rozbiegła się, zafascynowana nowym światem.

   Idealne miejsce, wyznaczane do otwarcia portalu było mocno skorelowane z energią mu towarzyszącą. Po sprawdzeniu najbardziej stabilnych części Eldaryi decyzją Yonukiego przejście do równoległego świata miało zostać otwarte w pobliżu wioski Yaqut.
   Mieszkała tam bardzo wpływowa rodzina, czerpiąca ze swoich tradycji wiedzę, na której opierała własne wybory. W zamian za udzielenie pozwolenia na skorzystanie z ich zasobów, jeden z członków rodziny miał otrzymać możliwość podróży na Ziemię wraz z innymi członkami Złotej Straży. Na początku zadecydowano, iż Nidhar, jako głowa rodziny i jeden z najbardziej wpływowych Wampirów zamieszkujących wioskę wybierze się wraz z wysłannikami Stolicy, jednakże musiał się on udać w interesach wobec czego w podróż udała się jego żona, Kavenja.
   Wampirzyca miała pełne prawo zabrać z Ziemi to, co zaspokoi potrzeby wyłącznie jej i rodu Nifrendaque. Resztą mieli zająć się wybrani przez samego Yonukiego strażnicy, co oznaczało, że zgromadzenie odpowiedniej ilości zapasów spoczywa na ich barkach. Mając po drugiej stronie wsparcie faelien, którzy postanowili pozostać w swoich domach, nie musieli podejmować nadmiernego wysiłku w celu znalezienia pożywienia. Ich sprzymierzeńcy zostawiali ściśle ukryte towary w promieniu mili od prawdopodobnego otworzenia się portalu.
   Gdyby dowództwo Stolicy nie zgodziło się na układ zaproponowany przez Wampiry, musieliby oni ponieść znacznie większe koszta niż zazwyczaj, kiedy to dobro ludu Eldaryi leżało w interesie ogółu społeczeństwa.
Długie tradycje, nie zerwane przez pokolenia jak i bogactwo, którym ród Nifrendaque dysponował, sprawiły, iż uważali się oni za równych Wielkim Rasom, przez których poświęcenie mogli żyć teraz wolni od prześladowań. Logicznym więc było, iż Kavenja podporządkuje dobro misji własnym interesom i nie zamierza przepuścić żadnej okazji, by móc się jeszcze bardziej wzbogacić.


~~


   Laey posłusznie ruszyła przed siebie, jak nakazał jej były opiekun, jednak z każdym krokiem jej ludzka podświadomość dawała co raz mocniej znać.
Wraz ze śmiercią Daemona wszystkie zmysły i ludzkie uczucia uaktywniły się, a ona sama poczuła jak gdyby obudziła się z transu. W ciągu jednej chwili uderzyły w nią przejmujące zimno, strach i obezwładniające poczucie samotności.
   Słysząc znajome głosy, dźwięki sylab, które potrafiła rozróżnić i zrozumieć, napełniły jej serce nadzieją.
Bez wahania ruszyła w stronę dochodzącej jej krzątaniny, co rusz potykając się o wystające korzenie czy zapadając się po pas w białym puchu.
   Wreszcie udało jej się dotrzeć na polankę, gdzie zobaczyła kobietę o pięknych, kruczoczarnych włosach, misternie zaplecionych drobnymi nitkami, które niczym kaskada wodospadu opadały na jej smukłe ramiona. Ubrana była w długą do ziemi suknię z bordowego materiału, na którą zarzuciła czarną pelerynę podbitą wełną Crylasma. W niedalekiej odległości stały trzy pokaźnych rozmiarów wiklinowe kosze, wypełnione przeróżnymi przedmiotami, jak srebrna zastawa czy drogie materiały, a także wielokolorowymi słoikami, różnymi gatunkami jagód i ziół oraz bochny chleba. Sama zaś Wampirzyca zajmowała się wybieraniem najlepszej jakości miodu od tak zwanych "Boskich Os", których gatunek żył tylko i wyłącznie w najbardziej zacienionych borach Ziemi. Jego smak przypominał niebiańską ambrozję, konsystencją delikatny jedwab, a zapach przywodził na myśl kwitnące jabłonie w środku trzaskającej mrozem zimy. Niewielką ilość tego rarytasu udawało zebrać się jedynie nielicznym. Kavenja liczyła na duży zysk z jego sprzedaży.

   Wyostrzony wampirzy słuch wychwycił cichy szelest liści krzewu, za którym schowała się Laeyzdl. Kobieta, dobywszy sztyletu szczelnie ukrytego w pasie sukni, stawiając rozważnie każdy krok, podeszła do miejsca skąd dobiegały niepokojące hałasy. Gotowa w każdej chwili użyć swojej broni, szybkim ruchem odsunęła wierzchnie gałęzie. Jej oczom ukazała się mała dziewczynka o posrebrzanych włosach, cała trzęsąca się z zimna. Natura małej sprawiała, że każde serce miało mięknąć na jej widok i tak też stało się w tym przypadku.
   Wampirzyca urzeczona niewinnością małej faery, schowała sztylet za plecami, a wolną rękę wyciągnęła w stronę dziecka.
  —Chodź, malutka. Zabiorę Cię do domu.


   Kiedy kobieta weszła do swojej posiadłości, od razu podeszła do niej niewysoka Brownie o lisich uszach, nerwowo machając puchatym ogonem. Odebrała ona od swojej pani ekwipunek i bez słowa zniknęła za drewnianymi drzwiami.
   Kavenja zdjęła swój płaszcz i odwiesiła na srebrny wieszak, stojący na samym początku dużego, zacienionego holu. Kobieta rozejrzała się z dezaprobatą, nie widząc swojej głównej służącej. Pani domu nie zamierzała czekać wieczność aż ktoś łaskawie raczy się pojawić, więc wzięła dziewczynkę za rękę i poprowadziła ją w głąb korytarza.
Mała Laey wyglądała jak niebiańskie światełko wśród ciemności, gdyż jej blada cera i jasne włosy kontrastowały z ciemnymi kolorami wykładzin i zasłon.
   Kavenja pewnym krokiem przemierzała długi hol, który kończył się wejściem do ogromnej sali, w której znajdowały się szerokie schody, prowadzące na piętro, a także kilka par drzwi, które oddzielały część gospodarczą od rezydencji.
   Kobieta zatrzymała się przy pierwszych drzwiach po lewej i zapukała. Niemal natychmiast pojawiła się dziewczyna, łudząco podobna do tej, która przy wejściu odebrała od Wampirzycy bagaże.
  —Doprowadź ją do porządku, podaj jej gorącą zupę, a następnie przyprowadź do mojego gabinetu.
   Brownie zdawała się kurczyć pod naciskiem lodowatych słów właścicielki rezydencji, jednak posłusznie zabrała Laeyzdl ze sobą.
   Za drzwiami znajdowała się pralnia, obok ogromna łaźnia, a na samym końcu suszarnia. Gothi, bo tak miała służąca na imię, wzięła dziewczynkę na ręce i zaniosła do łaźni, gdzie napełniwszy balię ciepłą wodą, umyła pięciolatkę, osuszyła i ubrała w jeden z kompletów, w którym chodziły dzieci pracowników rezydencji.
   Laey wyglądała żałośnie w przydużej czarnej koszuli, szerokich portkach i za dużych butach, które mimo mocnego zawiązania sznurówek ciągle zsuwały się z jej stóp. Gothi próbowała ratować wizerunek małej, zaplatając długie, biało-srebrne włosy w dwa dobierane warkocze, w które wplotła te drobniej zaplecione.
   Zdziwiła ją blizna pod okiem małej, a także nietypowy kolor jej oczu, lecz nie przeszło jej nawet przez myśl by zapytać o to pracodawczynię. Po incydencie z Jaqor wolała nie zadawać zbędnych pytań.

   Umyta i uczesana pięciolatka została zaprowadzona na zaplecze kuchni, gdzie Brownie poczestowała ją zupą i kawałkiem chleba, a następnie poszła z Laeyzdl na piętro skąd skierowały swoje kroki na wschodnie skrzydło.
   Dziewczynka rozglądała się z ciekawością po ogromnych korytarzach, których sufity znajdowały się kilka metrów nad nią, a ściany były pokryte bordowymi wykładzinami, misternie zdobionymi białą i srebrną nicią.
   Po przejściu kilkudziesięciu metrów, Brownie zatrzymała się przed drewnianymi drzwiami, sięgającymi sufitu, i delikatnie zastukała.
  —Wchodź.
   Kobieta popchnęła zachęcająco Laey by ta pierwsza weszła do pomieszczenia. Kavenja podniosła wzrok znad pergaminu.
  —Co ona ma na sobie— wycedziła, taksując dziewczynkę wzrokiem.
   Leay spoglądała na nią spod srebrnych rzęs, onieśmielona postawą pani domu.
  —Pożyczyłam jeden z kompletów, które noszą dzieci Yantry— szepnęła, opuszczając wzrok i mimowolnie podkulając ogon.— Nasze stroje były by na nią za duże.
  —Przebierz ją w jedną z sukienek Karenn— powiedziała kobieta, przeszywając Brownie wzrokiem.
   Służąca skinęła lekko głową i, otaczając Laey ramieniem, wyprowadziła ją z pomieszczenia. Za nim drzwi się zamknęły, mała odwróciła się i nieśmiało pomachała Wampirzycy na pożegnanie.


   Gothi nerwowo przebierała ubrania w szafie siostrzenicy Kavenji. Właścicielka szafy przyglądała jej się z niezadowoleniem.
   Mała Laeyzdl stała zaś z boku i z ciekawością rozglądała się po obszernej sypialni. Kamienne ściany sprawiały, że w pokoju panował nieprzyjemny chłód. Grube, długie do ziemi bordowe zasłony uniemożliwiały oświetlenie powierzchni pomieszczenia, dopóki Gothi nie rozsunęła ich, by cokolwiek widzieć.
   Na środku krótszej ściany znajdowało się ogromne łoże z baldachimem, wyściełane aksamitem w odcieniach różu. Na wezgłowiu znajdowała się góra puchowych poduszek, ubranych w jedwabne poszewki. Na środku, wśród pluszowych zabawek, z obrażoną miną, siedziała Karenn, szczerząc złośliwie swoje wampirze kiełki. Całą swoją uwagę skupiła na myszkującej po jej garderobie służącej, przez co nawet nie zauważyła jej towarzyszki.
   Po dłuższej chwili zadowolona Brownie wyłoniła się z odmętów szafy z ciemnoszarą sukienką za kolano.
  —No, ta powinna ci pasować— mruknęła, patrząc to na sukienkę, to na Leayzdl. Przywołała dziewczynkę z kąta i sprawnie przebrała ją w nowe ubranie. Dopiero wtedy Karenn zwróciła uwagę na małą, białowłosą istotkę.
  —Kim jesteś?— zapytała z zainteresowaniem wpatrując się w pięciolatkę. Laey przechyliła główkę na bok.
  —Laeyzdl.
  —Skąd się tu wzięłaś? Zamierzasz tu zostać? Ile masz lat?— Wampirzyca zasypała małą pytaniami, wprowadzając ją w zakłopotanie.
  —Twoja ciocia ją przeprowadziła— wtrąciła Gothi, za nim zdążyła ugryźć się w język.— Musimy już iść— dodała szybko, biorąc białowłosą za rączkę.
  —Ciocia?— usłyszała jeszcze za plecami, ale zignorowała słowa Karenn i czym prędzej opuściła sypialnię dziecka.


   Kavenja potrzebowała chwili, by otrząsnąć się po pożegnaniu dziewczynki. Nawet do własnego syna nie czuła tak dużej sympatii, jak do małej znajdy. Do tej pory zastanawiała się, dlaczego postanowiła zabrać pięciolatkę ze sobą. Nawet nie była pewna, czy dziecko nie jest zwyczajnym człowiekiem!
   Gdyby miała ludzkich rodziców, wyglądała by normalnie, myślała, przechadzając się po gabinecie. Z drugiej strony znamię pod okiem może być wynikiem jakiegoś rytuału.. Ale te włosy?
   Rozważania kobiety przerwało ponowne pukanie do drzwi.
  —Proszę!— zawołała, przywołując na twarz chłodną maskę, którą zawsze prezentowała służbie. W dzieciństwie nauczono ją, że każdy powinien znać swoje miejsce. Jej siostra przekonała się o tym na własnej skórze, tracąc życie podczas buntu, który wybuchł pięć lat temu. Wspomnienia tragicznych wydarzeń wprawiały Kavenję w jeszcze gorszy nastrój, niż prezentowała na co dzień, przez co stawała się nie do zniesienia dla i tak wyrozumiałej służby.
   Gothi wypuściła Laeyzdl do środka i szybko zamknęła drzwi. Miała nadzieję, że jej pani nie zorientuje się iż służka od razu uciekła, jednak jej plany pokrzyżowała szarżująca korytarzem Karenn. Wampirzyca wpadła na Brownie z takim impetem, że obie upadły na zimną posadzkę, robiąc przy tym nie mały huk. Niemal natychmiast drzwi otworzyły się i stanęła w nich czarnowłosa kobieta z miną,  którą zwiastowała jedynie kłopoty.
  —Karenn, skarbie, co ty tu robisz?
   Mimo że słowa miały być wyrazem czułości, bił od nich jedynie chłód. Karenn popatrzyła zaszklonymi oczami na domniemaną matkę, ledwo powstrzymując się od płaczu.
  —B-bo Gothi, ona, ona powiedzia-ła, że, że ja-jakaś moja cio-cia przeprowadziła Laezdl— wydukała, pociągając co chwilę noskiem.

   Mięśnie na twarzy Kavenji zaczęły drgać niebezpiecznie, gdy kobieta zacisnęła szczęki w złości. Gdyby wzrok mógł zabijać, biedna Brownie padła by trupem tam, gdzie stała.
  —Nevra!
   Potężny głos potoczył się po pustych korytarzach, niemal wprawiając ściany w drżenie. Obie dziewczynki stały nieruchomo, czekając na rozwój wydarzeń, Gothi zaś wyglądała jak przygarbiona staruszka, kuląc się pod jadowitym spojrzeniem Wampirzycy.
   Kilka sekund później, echo przyniosło wiadomość o zbliżającym się młodzieńcu. Zza zakrętu wyłonił się nastoletni chłopak, o krótkich czarnych włosach, które sterczały na wszystkie strony. Nastolatek w pośpiechu próbował je ułożyć, wiedząc jak bardzo jego matce zależało na schludnym wyglądzie.
   Za nim Wampir zdążył się odezwać, Kavenja zaczęła wydawać dyspozycje.
  —Zabierz siostry do bawialni i zaopiekuj się nimi. W porze kolacji zaprowadź je do jadalni i zjedzcie razem ciepły posiłek, nie czekając na mnie. Potem połóż je spać w sypialni Karenn, powinni zmieścić się na jednym łóżku.
   Nevra, nieco zdezorientowany całą sytuacją, jak i obecnością nowej twarzy, bardzo niepewnie złapał dziewczynki za ręce i w zwolnionym tempie zaczął je prowadzić w kierunku, z którego przyszedł.
   Kavenja poczekała cierpliwie, aż dzieci znikną z pola widzenia i dopiero wtedy przystąpiła do ataku na służąca.
  —Co ty sobie myślisz, smarkulo!— wrzasnęła, wymierzając Brownie siarczysty policzek.— Ile razy mam powtarzać, że masz nie rozmawiać z dziećmi?! Jesteś zwykłą służącą, a twoim zadaniem jest utrzymanie tej posiadłości w nienagannym stanie, a nie uświadamianie Karenn o jej prawdziwym pochodzeniu!
   Gothi klęczała na zimnych kafelkach,  z opuszczoną głową, z trudem powstrzymując napływające do oczu łzy.
  —Wstań— wysyczała jej pracodawczyni.
   Dziewczyna podniosła się i stanęła przed wściekłą kobietą, przygotowana na otrzymanie solidnych batów.
   Sekundy jednak mijały, a ze strony Kavenji nie było widać najmniejszego ruchu. Niepewna jak powinna się zachować, służąca uniosła wzrok.
  —Możesz spakować swoje rzeczy— echo odbiło się na marmurowych ścianach.— Do wieczornego obchodu masz się stąd wynieść.
   Nevra posadził Karenn i nieznajomą na grubym dywanie z wełny Crylasma. Sam usiadł naprzeciwko i wbił spojrzenie swoich stalowych oczu w parę dwubarwnych tęczówek. Laey wpatrywała się w tak samo intensywny sposób, co Wampir, zupełnie jakby grali w "kto pierwszy mrugnie".
   W końcu chłopak dał za wygraną i przetarł wyschnięte oczy. Karenn zachichotała cicho.
  —Skąd pochodzisz?— zwrócił się do Laeyzdl.
   Mała otworzyła szeroko oczy i odparła z zakłopotaniem.
  —Nie wiem..
  —Ta służąca powiedziała, że to mama ją przeprowadziła!— wypaliła młoda Wampirzyca, lecz zaraz zakryła usta drobnymi rączkami, a w jej oczach na nowo zaskrzyły się łzy.
   Nevra przysunął się do siostry i objął ją ramieniem.
  —Czemu płaczesz, Karenn?— zapytał z wyraźną troską w głosie.
  —Bo ta służąca powiedziała, że mama to moja ciocia— łkała.— Ale ja przecież nie mam cioci!
   Czarnowłosy chłopak zamarł na te słowa, ale nie chcąc pokazać zaskoczenia, powiedział spokojnym głosem:
  —Musiałaś coś źle usłyszeć. No już, nie płacz— pogłaskał dziewczynę po kruczysz włosach.— Ta służąca coś pomyliła, na pewno.


   Gothi, zalewając się łzami, wbiegła do sieni, skąd skierowała się do swojej kanciapy.
  —Jak mogłam być tak głupia?— szlochała, otwierając szafę i zabierając dwa komplety ubrań, które przyniosła ze sobą, gdy zaczynała pracę w domu Nifrendaque.
   Brownie przetarła oczy wierzchem dłoni, pakując dwie pary koszul do tobołka. Na samej górze położyła płócienną spódnicę i parę trzewików- jedyną parę butów, jaką posiadała. Kiedy skończyła się pakować, podeszła do niewielkiej komódki i odsunęła ją od ściany. Następnie wyjęła obluzowaną cegłę, która kryła niewielki schowek; tam właśnie Gothi trzymała swoje wypłaty za usługiwanie w dworze.
   Skąpa wiedźma, przemknęło jej przez myśl, jednak zaraz wymierzyła sobie policzek za tak plugawe słowa. Jeszcze tego brakowało żeby pani to usłyszała, dodała z cichym westchnięciem. Spojrzała na żałośnie wyglądającą, pocerowaną sakiewkę, w której znajdowało się raptem kilka miedziaków i dwie srebrne monety. Kavenja uważała, że darmowe strawa i schronienie były wystarczającą zapłatą za wykonywane zadania, jednak od czasu do czasu, by uniknąć buntu, dokładała parę groszy, w zależności od wykonywanych obowiązków.
   Brownie rozejrzała się po pokoju; jej wzrok zatrzymał się na pustym, schludnie pościelonym łóżku. Kobieta uśmiechnęła się smutno do swoich myśli. Już niedługo, Jaqor, dołączę do ciebie.



Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)

Ostatnio zmieniony przez Divia (08-01-2021 o 11h35)


https://zapodaj.net/images/1b8130842a811.gif

Offline

#5 06-01-2021 o 19h30

Straż Absyntu
Lix
Akolita Jednorożców
Lix
...
Wiadomości: 277

O wow nowy rozdział! Nie czytałam go jeszcze /static/img/forum/smilies/wink.png


A tak na serio, to większych błędów nie widzę.
Nie poprawiłaś tego imienia ;3;
"Resztą mieli zająć się wybrani przez samego Yonuki strażnicy"

Offline

#6 07-01-2021 o 18h00

Straż Absyntu
Kace
Pokonała kurę
Kace
...
Wiadomości: 684

Hm, jest jakiś limit w długości komentarza...? 'XD


@Divia, co do prologu:
"Daemon przyjrzał się małej w uwagą i kiwnął głową." - jest po prostu "w" zamiast "z" xd A co do "zważywszy" a "ze względu", to teraz przeczytałam jeszcze raz to zdanie i doszłam do wniosku, że wcześniej czytając prolog byłam chyba trochę zaspana XD No i spaczona (na studiach muszę się użerać z każdym przecinkiem itd., czy to w pracach czy po prostu w meilach ;_; I teraz jak cokolwiek czytam, to patrzę na to pod kątem edytorskim (MIMOWOLNIE TvT), a jak sama coś piszę to drżę o najmniejszy błąd, a jednocześnie mi głupio, bo sama jestem chodzącym błędem XDD Więc jak coś to się moimi wytykami nie przejmuj xD Bo ja nie chcę zniechęcać!! Chcę być pomocna! xD). Postaram się ograniczyć do literówek, bo Twój styl jest naprawdę przyjemny i zdaję sobie sprawę, że ta "dostojność" to w pewnym sensie forma stylizacji (stylizacja na dostojność xD), a one chyba (?) bywają czasem ciężkie w realizacji. Dobrze sobie radzisz ( ͡° ͜ʖ ͡°)



Divia napisał

-Rozdział 1-




   Laeyzdl siedziała przed starą chałupą, która wyglądała tak, jakby przy najlżejszym podmuchu wiatru miała się rozpaść. Dziewczynka, mimo panującego na zewnątrz mrozu, była ubrana jedynie w welurową sukienkę i bawełniane skarpety.
   Mężczyzna o kruczoczarnych włosach, przetkniętych gdzie nie gdzie siwizną przyglądał jej się, siedząc na przegniłych od wilgoci schodach, prowadzących na zdezelowaną werandę. Nie bał się o to, czy mała zmarznie. Wiedział, że dopóki jest z nim, żadne ludzkie potrzeby nie będą jej nękać. Tym bardziej bolała go myśl, że wkrótce będzie musiał pożegnać się z tą istotką raz na zawsze.
   Kiedy Leay trafi na eldaryjską ziemię, on przestanie istnieć.
 
Chciałam dodatkowo napomknąć, że dzięki tej literówce zrozumiałam, że nazywanie bohaterki trzema różnymi imionami z kolei zrodziłoby tylko więcej chaosu... Myślałam z początku, że Leay to ktoś inny niż Laeyzdl XD No i że czemu nie Griell!! =w= xD

Divia napisał

Wampirzyca miała pełne prawo zabrać z Ziemi i to, co zaspokoi potrzeby wyłącznie jej i rodu Nifrendaque.
chyba tu bez tego "i" (?)


Divia napisał

Idealne miejsce, wyznaczane do otwarcia portalu było mocno skorelowane z energią mu towarzyszącą. Po sprawdzeniu najbardziej stabilnych części Eldaryi decyzją Yonukiego przejście do równoległego świata miało zostać otwarte w pobliżu wioski Yaqut.
   Mieszkała tam bardzo wpływowa rodzina, czerpiąca ze swoich tradycji wiedzę, na której opierała własne wybory. W zamian za udzielenie pozwolenia na skorzystanie z ich zasobów, jeden z członków rodziny miał otrzymać możliwość podróży na Ziemię wraz z innymi członkami Złotej Straży. Na początku zadecydowano, iż Nidhar, jako głowa rodziny i jeden z najbardziej wpływowych Wampirów zamieszkujących wioskę wybierze się wraz z wysłannikami Stolicy, jednakże musiał się on udać w interesach wobec czego w podróż udała się jego żona, Kavenja.

Tutaj się zastanawiałam, czy wioska Yaqut to jeszcze Eldarya czy chodzi o ziemską wioskę. I uznałam, że jest ziemska i że w niej mieszka ta rodzina wampirów, ukrywających się z tym, że są wampirami XD Brawo mi xDDD

Divia napisał

Gdyby dowództwo Stolicy nie zgodziło się na układ zaproponowany przez Wampiry, musieli by oni ponieść znacznie większe koszta niż zazwyczaj, kiedy to dobro ludu Eldaryi leżało w interesie ogółu społeczeństwa.
osobowe, więc zapis łączny ;3

Divia napisał

W niedalekiej odległości stały trzy pokaźnych rozmiarów wiklinowe kosze, wypełnione przeróżnymi przedmiotami, jak srebrna zastawa czy drogie materiały

Co do przecinków to tutaj mamy sytuację, w której bez przecinka (który dodałam) wygląda to, jakby chodziło o przedmioty, które są jak srebrna zastawa, a nie, że są nią w istocie.

Divia napisał

Jego smak przypominał niebiańską ambrozję, konsystencja delikatny jedwab

Znów dodany znak. Uznaj sama, czy potrzebny xd

Divia napisał

Mała Laey wyglądała jak niebiańskie światełko wśród ciemności, gdyż jej blada cera i jasne włosy kontrastowały i ciemnymi kolorami wykładzin i zasłon.
"z" ;>

Divia napisał

Laey wyglądała żałośnie w przy dużej czarnej koszuli
tutaj też pisownia łączna :3

Divia napisał

Dziewczynka przyglądała się w ciekawością po ogromnych korytarzach

Znów napisałaś "w" zamiast "z" ;p I "rozglądała" zamiast "przyglądała"

Divia napisał

Za nim drzwi się zamknęły
tutaj pomyłka

Divia napisał

Gothi nerwowo przebierała ubranie w szafie siostrzenicy Kavenji.
co do tego zdania mam zastrzeżenia takowe, że brzmi to jakby przebierać ubranie zamiast siebie czy kogoś w te ubranie, a jeszcze chodzi o przebieranie w ubraniach tu, więc: albo "przebierała w ubraniach" (chyba) albo po prostu "przeglądała ubrania"? Ale pewnie chodzi o to, że je kolejno rozgarniała, szukając czegoś odpowiedniego, a jak to bywa z za małą szafą na zbyt liczne rzeczy to te sukienki co i rusz się przytulały, więc ja też bym była zdenerwowana na miejscu Gothi xDDD

Divia napisał

Mimo że słowa miały być wyrazem czułości, bil od nich jedynie chłód.
bił :p

Divia napisał

Obie dziewczynki stały nie ruchomo, czekając na rozwój wydarzeń, Gothi zaś wyglądała jak przygarbiona staruszka, kując się pod jadowitym spojrzeniem Wampirzycy.
nieruchomo; kuląc ;3

Divia napisał

—Zabierz siostry do bawialni i zaopiekuję się nimi. W porze kolacji zaprowadzi je do jadalni i zejdzie razem ciepły posiłek, nie czekając na mnie. Potem połóż je spać w sypialni Karenn, powinni zmieścić się na jednym łóżku.

zaopiekuj; zaprowadź; zjedzcie; w (chyba, że będą na nim się bawić, a nie w nim spać XD)
PS to było urocze!

Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)



Divia napisał

bardzo nie pewnie złapał dziewczynki za ręce i w zwolnionym tempie zaczął je prowadzić w kierunku, z którego przyszedł.
To mnie rozczuliło i rozbawiło xD Ale znowu: razem "niepewnie"! (jak, jaki/jaka/jakie, więc i wariacje: jakich, jakiego itd. zawsze razem <chyba zawsze>)

Divia napisał

Sam usiadł na przeciwko
"naprzeciwko", bo... usiadł tak jakby jak – w taki sposób. Że naprzeciwko nich xD No. Mam nadzieję, że dobrze wyjaśniam. Sama miałam z tym długo problem, bo jak już wspominałam: urodzonam dyslektyczką XD

Divia napisał

—Skąd podchodzisz?— zwrócił się do Laeyzdl.
literówka

Divia napisał

—Nie wiem..
brak jednej kropki wielokropka xDDDD (mówiłam, nie przejmuj się mną /static/img/forum/smilies/lol.png)

Divia napisał

— Ale ja przecież nie mam cioci! Czarnowłosy chłopak zamarł na te słowa
tu zgubiłaś myślnik; poniżej jeszcze mmenty z literówkami

Divia napisał

—Jak mogłam być tak głupia?— szlolachała


Divia napisał

Na samej górze położyła płócienna spódnicę


Divia napisał

jednak zaraz wymierzyła sobie policzek z atak plugawe słowa


Divia napisał

Kavenja uważała, że darmowe strawa



Kącik wyrażania wrażeń w miarę czytania xD



Bardzo przyjemnie czyta się Twoje opisy. Nie są nużące, acz faktycznie coś  o p o w i a d a j ą. Zawsze mnie to urzeka, bo miło jej śledzić bohaterów oczami wyobraźni.

Proporcje więc między dialogami a opisami są wyważone. Czasami troszkę się gubię i muszę bardziej wczytać, ale poza tym wszystko jest fajnie.
Budujesz dość długie zdania i wiem, że takie pisze się z rozsmakowaniem, jednak proponowałabym Ci sprawdzić także, jak Ci się będzie pisać z ukrócaniem i jak to z tym będzie w czytaniu tekstu. Tak w ramach eksperymentu :}

Nawet tak:

Divia napisał

Kavenja pewnym krokiem przemierzała długi hol, który kończył się wejściem do ogromnej sali. W niej znajdowały się szerokie schody, prowadzące na piętro, a także kilka par drzwi, które oddzielały część gospodarczą od rezydencji.


Oh, co do przecinków... to też występują gdzieniegdzie w niepowołanych miejscach:

Kilka sekund później, echo przyniosło wiadomość o zbliżającym się młodzieńcu. <-- tu powinno go nie być

czy tu:

Zza zakrętu wyłonił się nastoletni chłopak, o krótkich czarnych włosach, które sterczały na wszystkie strony. <-- tutaj też pierwszy jest niepotrzebny


No. Ogólnie czekam na kontynuację i postanawiam, że już przy następnym rozdziale nie będę się tak rozwodzić nad potknięciami odnośnie struktury tekstu. Weny!~ ❤

Ostatnio zmieniony przez Kace (07-01-2021 o 18h11)

Offline

#7 08-01-2021 o 11h47

Straż Cienia
Divia
Akolita Jednorożców
Divia
...
Wiadomości: 406

Lix ty moja, już mówiłam- poprawiłam, ale chyba dla świętego spokoju odpuszczę sobie tego gościa, bo jeszcze znowu przyprawi mnie o ból głowy z odmianą jego imienia XP

Kace, mówiłam już, że jestem ślepa? xD
W każdym razie dzięki przeogromne za tak wnikliwą analizę UwU Jeśli chodzi o te przysłówki to wbiłam sobie do głowy zasadę, że z nie pisze się je osobno, dlatego tak dużo tego wyłapałaś xD
Cieszy mnie bardzo, że udało mi się znaleźć jakiś "środek" pomiędzy dialogiem a opisami, bo czasami mam z tym spooory problem.
Karenn MUSIAŁA być w sukience, bo inaczej pani domu na zawał by zeszła xD Cież ona chodzi obita w futra, to jak jej podopieczna może latać  w tak niepoprawnym stroju?! A te Crylasmy przyszły mi jako pierwsze na myśl, jeśli chodzi o bardziej "rozbudowaną okrywę włosową" ( 〃▽〃) Poza tym każdy wie, o co chodzi a jakbym dała coś innego, to pewnie sama bym się w pewnym momencie zgubiła :")


https://zapodaj.net/images/1b8130842a811.gif

Offline

#8 15-01-2021 o 14h38

Straż Cienia
Divia
Akolita Jednorożców
Divia
...
Wiadomości: 406

-Rozdział 2-




   Jak nakazała matka, Wampir zabrał domniemane siostry do jadalni, punktualnie o osiemnastej. Dzieci usiadły przy gigantycznym stole, Wampiry u jego szczytu, Laey zaś przy jego końcu. Kiedy kucharka weszła z kolacją zdziwiła ją nowa twarz, w dodatku tak odsunięta od pozostałych.
   Gdyby była dzieckiem służby, z pewnością jadłaby z nami, w naszej kanciapie, pomyślała, lecz powstrzymała się od zbędnego komentarza. Już nie raz słyszała plotki o tym, że ci krwiopijcy są wstanie czytać w myślach, wolała więc nie dawać powodów do zwolnienia jej z pracy, której tak teraz potrzebowała.
  —Panicz pozwoli— powiedziała, stając po prawej stronie
   Nevry i nabierając zupę ogromną chochlą. Nie doczekawszy się reakcji ze strony dziedzica dworu, nalała mu słuszną porcję. To samo uczyniła dla pozostałych uczestników posiłku.
   Dzieci Państwa od razu zajęły się kolacją, jednak bez większego entuzjazmu. Laeyzdl natomiast patrzyła się to na talerz, to na łyżkę.
  —Nie lubisz zupy grzybowej?— zapytała kucharka.
   Białowłosa popatrzyła na nią oczami bez wyrazu i, wskazując łyżkę, zapytała:
  —Co to jest?
   Faery spojrzała zdziwiona i odparła:
  —To łyżka, którą powinnaś zjeść zupę. Nigdy jej nie używałaś?
  —Wcześniej jakaś miła pani mnie nakarmiła.
  —Jaki pani?— kobiecie coraz trudniej było ukryć zdumienie.
  —Taka z rudymi uszami. Tak śmiesznie nimi ruszała— dziewczynka uśmiechnęła się rozbrajająco.
   Odpowiedział jej dobroduszny uśmiech, a pracownica domu usiadła obok małej na obitym aksamitem krześle.
Następnie chwyciła łyżkę i pokazała gościowi jak się nią posługiwać. Kilka minut później Laeyzdl sprawie trafiała sztućcem do buzi.
  —Smakuje ci?— zapytała kobieta z nadzieją w głosie.
   Dziewczynka ochoczo pokiwała głową.
  —Fantastycznie— kucharka z radości zatarła ręce i zabrała się za zbieranie talerzy.— Do widzenia paniczu,  do zobaczenia panienkom— pożegnała się i wyszła, nucąc pod nosem.
   Kiedy drewniane drzwi zamknęły się, Nevra i Karenn jak na komendę spojrzeli w stronę pięciolatki.
  —Naprawdę ci to smakowało?— zapytał Nevra, krzywiąc się na samo wspomnienie ohydnego smaku.
   Laeyzdl pokiwała głową i dodała.
  —Było obrzydliwe.
   Rodzeństwo spojrzało na siebie, potem na dziewczynkę, która siedziała za stołem z poważną miną. Naraz dwójka Wampirów wybuchnęła gromkim śmiechem. Gdy trochę się uspokoili, Laey zapytała jakby zmartwiona:
  —Czy coś się stało?
  —Myślę, że czas udać się sypialni— powiedział Nevra, wystając od stołu.— To nie jest miejsce przeznaczone do rozmów.

   Młody dziedzic pomógł przebrać się Karenn po czym z powątpiewaniem spojrzał na Leay. Dziewczynka stała pod drzwiami.
  —Gdzie trzymasz koszule nocne?— zwrócił się do Karenn.
   Czarnowłosa wskazała ręką na szafę z ubraniami, nieco mniejszą niż ta, w której mieściły się jej suknie.
Nevra westchnął i podszedł do mebla, a następnie wyciągnął pierwszą z brzegu piżamę.
  —Ale to jest moja ulubiona!— piskliwy głosił odezwał się tuż za plecami chłopaka. Ten niechętnie odłożył koszulę i wyjął kolejny egzemplarz.
  —Ta jest przeznaczona na lato, ma bardzo cienki materiał— rzuciła Wampirzyca, widząc jak brat trzyma w rękach kremowy aksamit.
   Kolejne próby użyczenia jednej z koszul kończyły się tak, jak każda poprzednia. Karenn co chwilę znajdowała jakiś powód, dla którego Laeyzdl nie mogłaby ubrać jej piżamy.
  —Tą dostałam od mamy na urodziny w zeszłym roku, tą przywiózł mi tatuś ze swojej ostatniej podróży, fioletową ubieram tylko w święta Bożego Narodzenia, a tamta błękitna jest noszona podczas wyjazdów..
  —To sama wybierz tę, którą jej pożyczysz!— Nevra, straciwszy cierpliwość, podniósł głos, ale zaraz się opanował.
  —A nie może spać w tym, co ma teraz na sobie?— burknęła dziewczynka.
   Nastolatek wziął głęboki wdech i przeciągnął dłonią po twarzy. Chwilę później jego wzrok padł na zostawione w pośpiechu ubrania przez byłą już służącą. Chłopak podniósł wygniecioną koszulę i zerknął na Laeyzdl.
  —Proszę. Przebierz się w to— Wampir podał dziewczynce ubranie i skierował się do wyjścia.— Za chwilę wrócę.

   Karenn patrzyła spode łba na białowłosą, jednocześnie z iskierką ciekawości w jej zielonych oczach.
  —Kim są twoi rodzice?— zapytała, unosząc hardo brodę do góry.
  —Nie wiem— odparła.— Szłam przez las i spotkałam twoją mamę. Tyle pamiętam.
  —Ale.. przecież jesteś już taka duża!— Wampirzyca otworzyła oczy ze zdumienia.— Jak możesz pamiętać tak mało? Ja na przykład pamiętam jak tatuś zabrał mnie na targ i pozwolił wybrać sobie materiał na sukienkę. Mogłam wziąć taki, który mi się podobał, a potem krawcowa uszyła z niego taką długą suknię. Nevra dostał wtedy czarny płaszcz, ale moja sukienka była ładniejsza.
  —A co jeszcze robiłaś ze swoim tatą?— w głosie małej było słychać wyraźne zainteresowanie.
   Karenn wskoczyła na łóżko i poklepała miejsce obok.
  —Chodź, bo to jest długa historia...

   Podczas gdy Nevra poszedł panoszyć się w kuchni, w celu znalezienia czegoś dobrego jako zadośćuczynienie za paskudną kolację, Karenn rozgadała się na dobre.
Opowiedziała Laey jak raz w tygodniu cała rodzina- jej rodzice i Nevra- spotykają się na wspólnym obiedzie, a następnie ojciec zabiera ją na przejażdżkę niewielkim, dwukołowym powozem, który ciągnie mały, włochaty kucyk o imieniu Fluff. Obydwoje wyjeżdżają przez ogromną, żelazną bramę, która stanowi wyjście z otoczonego kamiennym murem dworu. Przyjeżdżają przez wybrukowaną drogę, graniczącą z lasem z jednej strony, a polami uprawnymi z drugiej. Na rozwidleniu zawsze skręcają w lewo, by dotrzeć do polany na klifie, skąd rozciąga się widok na morze. Na miejscu siadają na kamiennej ławce, postawionej specjalnie na tę okazję i Karenn opowiada ojcu czego się przez ten tydzień nauczyła. W zamian za pochwały lektorów ojciec daje córce małe podarki lub opowiada jej o miejscach, które odwiedził. Nim się ściemni wracają do dworu, gdzie ponownie wszyscy siadają razem do stołu, jedzą kolację, a na koniec deser. Jest on podawany tylko raz w tygodniu, ze względu na wyjątkowość okazji.
   Zdarza się czasem tak, że pan domu znika na dłużej, wyjeżdżając w interesach. Ostatnim razem nie było go prawie miesiąc, ale od tego czasu regularnie pojawia się na dworze. Teraz jednak znów wyjechał i nikt tak naprawdę nie wie, kiedy wróci.
   Karenn przedstawiła także czego się uczy. Były to głównie lekcje kaligrafii, savoir-vivre'u oraz historii. Dwa razy w tygodniu uczyła się gry na fortepianie, który znajdował się w salonie przeznaczonym dla gości. Mniejszy, zlokalizowany na piętrze, był prywatnym pomieszczeniem państwa.
   Nevra natomiast, jako trzynastolatek, miał nieco inne priorytety. Tak jak Karenn, codziennie przyjmował lekcje kaligrafii i savoir-vivre'u, ale dochodziły do tego także szermierka, jazda konna i nauka pływania. Od czasu do czasu uczestniczył także w polowaniach.
   Kavenja zajmowała się papierologią. Uważała bowiem, że tak ważnych dokumentów nie można powierzać byle komu, ponadto nikt nie był wystarczająco wykształcony, według jej standardów, by pełnić tak odpowiedzialną funkcję. Całe dnie spędzała w swoim gabinecie. Wyjątkiem były momenty, kiedy obchodziła cały dwór by osobiście kontrolować pracę służby.


   Gdy Nevra wreszcie powrócił do sypialni, z zadowoleniem trzymając paczkę czekoladowych ciasteczek, dziewczyny spały głębokim snem. Chłopak uśmiechnął się pod nosem. Podszedł do łóżka i delikatnie ułożył Laey na poduszce, dziewczynka spała bowiem w nogach łóżka, i przykrył ją częścią kołdry Karenn.
   Po sprawdzeniu, czy wszystkie okna są szczelnie zamknięte, zgasił światło i udał się do swojego pokoju na spoczynek.


   Przez następne kilka dni Laeyzdl uczestniczyła z Karenn w zajęciach, a przynajmniej udawała, że to robi. Z każdą chwilą spędzają w towarzystwie pewnej siebie Wampirzycy, dziewczynka czuła się coraz swobodniej. Mimo początkowych trudności, szybko opanowała sztukę pisania, chociaż kobieta dbająca o kaligrafię Karenn była zdegustowana bezkształtnymi szlaczkami, które dopiero po uważnym przyjrzeniu się zaczynały przypominać literki.
   Czarnowłosa wolny czas przeznaczała na zapoznanie nowej przyjaciółki ze swoimi ulubionymi bajkami, specjalnie pisanymi dużą czcionką, by dziecku łatwiej było je odczytać. Laeyzdl sprawnie rozpoznawała poszczególne litery. Nie minęło dużo czasu, gdy zaczęła czytać tak płynnie jak siostra Nevry.
   Karenn, mimo początkowych niechęci do dzielenia się swoją własnością z innymi, zmieniła zdanie, kiedy Laey na jej prośbę ukradła ze spiżarni paczkę z łakociami. Był to swego rodzaju chrzest bojowy, który białowłosa przeszła bezbłędnie. Było to dość zaskakujące, zważywszy na to, że dziewczynka niemal świeciła wśród ciemnych korytarzy, niczym świetliki nocą.

   Tak mijały dni, potem tygodnie, aż w końcu po trzech miesiącach od sprowadzenia Laeyzdl do dworu, powrócił Nidhar.
   Mężczyzna wjechał przez bramę na karym rumaku i zatrzymał się przed schodami, mocno ściągając wodze. Pokryte białą pianą boki zwierzęcia unosiły się gwałtownie, a kończyny drżały, jakby ogier miał zaraz się przewrócić. Stajenny od razu odebrał wierzchowca i zaczął kierować się w stronę budynków gospodarskich. Zatrzymał się jednak w pół kroku, słysząc głos swojego pana.
  —Zastrzelcie go, a mięso dajcie psom. I tak już nic z niego nie będzie— jak zawsze oschły, zimny ton jego głosu odbił się echem wśród zabudowań.
   Młody faelien zerknął przez ramię, mimowolnie zaciskając wolną pięść. Chłopak nie mógł zrozumieć dlaczego ten nadęty hrabia po każdej swojej wyprawie wraca na wykończonym wierzchowcu i każe się go pozbyć, jakby była to zużyta para butów. Stajenny najchętniej uratowałby wszystkie jego zwierzęta, lecz nigdy nie odważył się tego zrobić z obawy o własną głowę. Tym razem jednak szala goryczy się przelała i mimo wysokiego ryzyka, chłopak postanowił ocalić zwierzę.

   Nidhar wszedł do posiadłości i swoje kroki skierował od razu do gabinetu małżonki. Ten wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, o czarnych, krótko przystrzyżonych włosach był bezwzględnym biznesmenem, który miał teraz nie lada problem. Podczas jednej z negocjacji nie wszystko poszło po jego myśli, przez co zadłużył się u nieodpowiednich ludzi. Przez trzy miesiące próbował wyprowadzić ich w pole, symulując własną śmierć, a przez pośredników oddając im część majątku, jednak bandytom ciągle było mało. Odnaleźli oni Wampira i wyznaczyli okres trzech dni na spłatę kredytu. Mężczyzna wolał nie sprawdzać co by było gdyby nie dotrzymał umowy.

   Drzwi otworzyły się z hukiem i postawy mężczyzna wszedł do jasno oświetlonego pomieszczenia. Przestraszona Kavenja podniosła głowę, łapiąc za ręce stojące obok dziewczynki.
   Wampir wbił morderczy wzrok w białowłosą.
  —Kto to jest?— wycedził, obnażając ostre kły.
   Kavenja stanęła nieco przed Laeyzdl, osłaniając ją własnym ciałem.
  —Daiel!— głos, przypominający ryk rozwścieczonego lwa, rozległ się w całym dworze, wprawiając kryształowe żyrandole w drżenie.
   Małżonka Nidhara stała jak sparaliżowana, z przestrachem zerkając to na męża, to na znajdę. Wiedziała, że jej partner jest porywczy, dlatego też chciała na spokojnie opowiedzieć mu o sprowadzeniu Laeyzdl. Nie wiedziała jednak, kiedy mężczyzna zamierzał wrócić do domu, toteż nie była przygotowana na to niespodziewane spotkanie.
   Chwilę po wezwaniu opiekunki, drobna faery pojawiła się w gabinecie.
  —Tak, panie?— dygnęła lekko najpierw w stronę hrabiego, potem przed jego małżonką.
  —Zabierz Karenn do jej sypialni, a.. to drugie dziecko do pokoju dla gości. Jesteś odpowiedzialna za to by do końca dnia nie opuszczała tego pomieszczenia.
   Kobieta kiwnęła głową i wyprowadziła dzieci z gabinetu.
  —Musimy poważnie porozmawiać, moja droga.
   W głosie Nidhara czaiła się niema groźba. Wampir, wypowiadając te słowa, podszedł do Kavenji i złapał ją za włosy związane nad karkiem.
   Wampirzyca wiedziała, że tego dnia straci to, na czym tak bardzo jej zależało.


   Późnym wieczorem rozległo się ciche pukanie do sypialni gościnnej. Daiel uchyliła drzwi i wystawiła głowę przez powstały przesmyk.
  —Tak, pani?
  —Wpuść mnie— powiedziała smutnym głosem.— Chciałam pożegnać się z Laeyzdl.



Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)

Ostatnio zmieniony przez Divia (20-01-2021 o 14h33)


https://zapodaj.net/images/1b8130842a811.gif

Offline

#9 19-01-2021 o 21h24

Straż Absyntu
Kace
Pokonała kurę
Kace
...
Wiadomości: 684

Zauważyłam w dwóch miejscach "by" oddzielone od reszty słowa i pod koniec też niewidzialne "by" xD
"jadłaby" i "uratowałby"; "Mężczyzna wolał nie sprawdzać co było gdyby nie dotrzymał umowy" <- tu brakuje "by" /static/img/forum/smilies/tongue.png

Pisałaś o przeskoku czasowym... którego nie dostrzegam xD Jeśli chodzi o "3 miesiące później" to e tam, to jeszcze nie jest przeskok xD Ale jeśli chodzi o to, że w kolejnym rozdziale już nie będą dziećmi to muszę stwierdzić, że trochę szkoda, bo chciałam napisać (co i tak zrobię, ta xDD), że bardzo przyjemnie zbudowałaś dziecięce postaci <3 i czyta(ło) się o nich równie przyjemnie! *już nostalgia xD*

Mam taką uwagę nowej maści: czasami stosujesz takie... niedopowiedzenia. Jak np. w tym fragmencie jest z "kryształami", które zadrżały od ryku (dodatkowo, dopiero dużo później można się zorientować, czyjego dokładnie i w jakim celu woła, co mnie osobiście na chwilę zbija z tropu w takim momencie). Powracając do kryształów - rozumiem, że chodzi o jakieś szklane naczynia, może flakony? W pierwszym odruchu miałam z kolei: no tak, eldaryowy kryształ! xDD Więc ostatecznie nie jestem pewna, o co chodzi. Co jakiś czas używasz takich sformułowań, np. gdzieś wcześniej było "zastawa", kiedy, no, wiadomo, że raczej chodzi o zastawę stołową, ale... no właśnie, trzeba się tego domyślić. Podkreślę też przy tym, że nie jest to jakieś specjalnie przeszkadzające, ale zwracam Ci na to uwagę, bo może... może chciałabyś ulepszyć swoje pisarstwo i tak przy okazji co jakiś czas się zastanowić nad danymi jego aspektami.

W dziwnym momencie urwałaś! xD Tak w trakcie sceny, nieładnie! :< Ale lubię te Twoje końcówki rozdziałów, są takie rzewne! Ah. To czekam na kontynuację. Ciekawe, co będzie dalej. Na razie postać Laey rysuje się dość enigmatycznie, co jest też pewnie zasługą poniekąd pisania w 3 osobie. I fajnie to wychodzi, niezmiennie dostojnie~

Offline

#10 23-01-2021 o 19h13

Straż Cienia
Divia
Akolita Jednorożców
Divia
...
Wiadomości: 406

ogłoszenia parafialne





-Rozdział 3-




   Polowania na czarownice i inne dziwolągi zakończyły się wieki temu, faery żyją w zgodzie tu, w Eldaryi. Każdy różni się od innych w swój indywidualny sposób, więc dlaczego na Wyrocznię ja jestem traktowana jak przestępca?!
   Wysoka faery siedziała pod jedną z rozpadających się chałup, pilnowana przez młodego strażnika, który zdawał się zastanawiać co tak właściwie tu robi. Dziewczyna co chwilę posyłała mu spojrzenie spode łba, chcąc sprawdzić jakie robi na nim wrażenie jej groźna mina. Od kiedy została sprzedana w ręce handlarzy, miała dwa wyjścia- albo zdać się na ich łaskę, albo wziąć sprawy w swoje ręce. Wówczas, jako pięciolatka, którą pozbawiono miłości i ciepła, musiała podporządkować się nowym zasadom, by przeżyć. Z czasem jednak rosła w niej frustracja, a w głowie kłębiło się co raz więcej pytań, lecz znikąd nie otrzymała żadnej odpowiedzi.
   Skończywszy szesnaście lat postanowiła odciąć się od ludzi, którzy zmienili jej życie w koszmar. Pewnej nocy spakowała do swojej sakwy zapas jedzenia na kilka dni, ubranie za zmianę i uciekła z rozbitego w okolicy lasu Fulerdan obozu. Był to ogromny bór, pełen krętych ścieżek i dzikiej zwierzyny. Przez labirynt drzew można było przedostać się jedynie wykarczowaną niegdyś ścieżką, która obecnie stanowiła jedyną bezpieczną drogę do wioski, od której las wziął swoją nazwę.

   Grupa faery, zajmująca się nielegalnymi transakcjami na terenie północno- wschodniej części krainy, rozbiła tam obóz. Mimo niewielu członków, organizacja działała niezwykle sprawnie, jednak ze względów bezpieczeństwa musieli zatrzymywać się z dala od cywilizacji. W ciągu ostatnich dni, kilkoro z ich pośredników zostało złapanych, a za przywódcą grupy wysłano list gończy. Enador podejrzewał, kto może stać za jego kłopotami, ale nie chciał podejmować zbędnego ryzyka w celu ustalenia sprawcy. Mężczyzna miał jednak asa w rękawie i, gdy tylko zaszła by taka potrzeba, nie zawahałby się go użyć.
   Z zadowoleniem rozsiadł się na miękkich poduszkach, przywołując ręką jedną z nałożnic. Jednocześnie odezwał się do Xaana, swojej prawej ręki.
  —Idź sprawdź jak się miewa nasza mała błyskotka. Mam nadzieję, że nabrała trochę rozumu od ostatniego.. wypadku.
   Mężczyzna skinął głową i wyszedł z namiotu, zostawiając Enadora ze skąpo ubraną elfką.
   Obozowisko składało się z dwóch dużych namiotów, jeden przeznaczony dla dowódcy, drugi dla jego wspólników oraz jeden mniejszy, w którym zgromadzono ekwipunek. Nieco dalej przywiązano konie, przy których czuwał jeden z ludzi Enadora. Xaan ruszył w kierunku, gdzie tliło się niewielkie światełko. Tam dowódca nakazał zostawić związaną dziewczynę, by nauczyć ją pokory; sądził, że sąsiedztwo złowrogiego lasu jak i panujące dookoła ciemności nauczą tą smarkulę moresu. W ostatnim czasie zaczęła ona buntować się i sprawiać co raz więcej problemów swojemu ‘właścicielowi’. Handlarz nie zwróciłby nawet na to uwagi, gdyby nie to, że dotkliwie pobiła jednego z klientów, który usiłował się z nią trochę zabawić. Według dowódcy nie miała praktycznie żadnych praw, była w końcu obiektem handlu i mężczyzna mógł się jej pozbyć w każdej chwili. On dał jej jednak schronienie i dach nad głową, mógł więc wymagać od niej posłuszeństwa, a jej obowiązkiem było podporządkowane się jego rozkazom.
   Gdy faelien dotarł na miejsce, zastał jednego ze swoich towarzyszy leżącego twarzą do ziemi z obficie krwiawiącą raną głowy. Po dziewczynie zaś nie było śladu, poza paroma srebrnymi włosami, leżącymi pomiędzy źdźbłami trawy.

~~


  —Wstawaj, musimy iść— młody chłopak podszedł do dziewczyny o białych włosach, związanych w niedbały warkocz, praktycznie już rozsypany.
   Laeyzdl spojrzała na niego nieprzychylnie i podniosła się z ziemi. Stanęła w lekkim rozkroku i pewnie podniosła głowę, taksując strażnika wzrokiem.
Rekrut, przemknęło jej przez myśl, gdy faelien skulił się lekko pod jej spojrzeniem.
  —Chodź— mruknął.
   Osiemnastolatka skrzywiła się nieznacznie, widząc jak brunet obraca się i idzie w sobie wiadomym kierunku, nie zwracając nawet uwagi, czy białowłosa za nim podąża.
  Cóż, wzruszyła ramionami. Nie wspominał nic, że mam iść za nim.

   Laey obeszła chatę dookoła, rozglądając się, czy nikt podejrzany nie kręci się w pobliżu. Gdy upewniła się, że teren jest bezpieczny, zadowolona ruszyła przed siebie, w kierunku przeciwnym do strażnika. Wioska Fulerdan była jej pierwszym schronieniem, lecz szybko musiała ją opuścić, gdyż wzbudzała zbyt duże zainteresowanie okolicznych mieszkańców. Przeniosła się więc do oddalonej o kilka kilometrów Wariavi jednak i tam nie zagrzała długo miejsca. W ciągu dwóch lat przemierzyła niemalże całą północno-wschodnią część krainy licząc, że szczęście w końcu się do niej uśmiechnie i będzie mogła zacząć życie od nowa. Wczoraj, późnym wieczorem dotarła do niewielkiej osady, zwanej Liahab i zatrzymała się na noc w tej starej chałupie, z dziurawym dachem, która zdawała się być pozostawiona na pastwę losu.
Rano okazało się, że ów rudera wciąż ma właściciela i to właśnie on sprowadził na Laey kłopoty.

   Białowłosa weszła pewnym krokiem na jedną z krętych uliczek wioski Liahab. Z ciekawością przyglądała się ustawionym to tu, to tam stoiskom, na których sprzedawano świeżo upieczony chleb, konfitury z owoców, ubrania czy biżuterię. Powierzchnia osady nie była duża, nie miała nawet własnego placu. Wszystko było usytuowane bliżej lub dalej głównej ulicy, której odnogi rozchodziły się po całej mieścinie.
   Za nim Laey wyszła na bardziej uczęszczaną ulicę, przystanęła by doprowadzić się do porządku. Rozpuściła włosy i przeczesała je palcami, by związać je ponownie, tym razem w wysokiego koka. Twarz przemyła wodą ze stojącej nieopodal studzienki i otrzepała ubranie. Gdyby nie chwytała się każdej możliwej pracy, jaką oferowano jej poszczególnych miejscach, zapewne nie miała by teraz co na siebie włożyć. Sprawdziła jeszcze, czy w sakwie znajduje się srebrny sztylet z rękojeścią z kości słoniowej i zrobiła krok na przód. Gdy tylko postawiła stopę na głównym trakcie, usłyszała charakterystyczny szczęk żelaza, który poprzedził donośny krzyk.
  —Tam jest!
   Czy mnie prześladuje jakieś fatum?, jęknęła w duchu i rzuciła się do ucieczki. Nie miała pojęcia czego ci ludzie mogą od niej chcieć, ale po tym, co przeszła, ufała tylko i wyłącznie sobie, abstrahując już od tego, że banda uzbrojonych, wrzeszczących mężczyzn nie wyglądała przyjaźnie.
   Nagle poczuła, jak czyjeś palce zaciskają się na jej ramieniu i wciągają w wąski, ukryty w ciemności zaułek. Nim zdążyła krzyknąć, ktoś zakrył dłonią jej usta.
  —Radzę być cicho jeśli chcesz ocalić swój tyłek. Pogoń przebiegła obok pary, nie rzucając nawet okiem na ich kryjówkę.

   Laeyzdl szarpnęła się zdecydowanie. I tak długo wytrzymała, stojąc tak blisko obcego człowieka. Dziewczyna odwróciła się i ujrzała wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę o jasnoniebieskich oczach i śnieżno-białych włosach. Blada cera kontrastowała z ciemnym ubiorem, który wyglądał na taki z wyższej półki.
  —Dzięki— burknęła. Chciała wyminąć białowłosego, ale ten zatrzymał ją, blokując przejście. Laey mimowolnie wsunęła rękę w sakwę i zacisnęła palce na rękojeści sztyletu. Jednocześnie wbiła wzrok w oczy nieznajomego, jakby w ten sposób mogła przewidzieć jego kolejny ruch.
  —A gdzie ty się wybierasz?— zapytał zaskakująco sympatycznym głosem.— Kiedy ostatnio jadłaś, co?
   Osiemnastolatka zerknęła na swój brzuch, który od kilku dni dotkliwie dawał znać o swoim istnieniu.
  —Po twojej minie wnioskuję, że było to jakiś czas temu— mruknął. Mężczyzna wyjrzał zza węgła, a gdy nikogo nie zobaczył, wyszedł na uliczkę pewnym krokiem.— Nie idziesz?— zapytał, nie odwracając się.
   Laey wzruszyła ramionami i ruszyła za niebieskookim.
   
   Mężczyzna sprawnie wyprowadził ją z osady i skierował się do oddalonego o kilkaset metrów gospodarstwa. Zamiast wejść do środka bądź zatrzymać się przed domem z białego kamienia, on obszedł budynek dookoła.
  —Hej, Valkyon! Nadal trenujesz? Potężny mężczyzna, o przydługich, białych włosach odwrócił głowę w kierunku przybyłych. Umięśnione, poorane bliznami plecy lśniły się od potu. Klatka piersiowa unosiła się w miarowym tempie, a ramiona prężyły się pod ciężarem ogromnego topora, którym jeszcze chwilę temu olbrzym wymachiwał.
  —Do Straży Eel nie przyjmują byle kogo.
   Valkyon odłożył broń i leżącym nie opodal materiałem, otarł pot z czoła i karku. Potem, jakby nie zauważył istnienia przybyłej dwójki, obszedł dom i wszedł do środka, co zaznaczył głośnym trzaśnięciem drzwi.
  —Taaa, cały Valk— wybawca Laey zaśmiał się, nerwowo przeczesując włosy.— Chodźmy do środka, powinnaś coś zjeść.
  —Dlaczego mi pomagasz?— lodowaty ton, niczym pocisk, przeciął powietrze.— Kim ty w ogóle jesteś?
   Niebieskooki odwrócił w zwolnionym tempie i napotkał twarde spojrzenie osiemnastolatki.
  —Wybacz mi moje haniebne zachowanie. Jestem Lance— dziewczyna dałaby sobie rękę uciąć, że słyszała kpinę w jego głosie, ale jak na razie był jedyną przychylnie nastawioną do niej osobą.— Valkyona już poznałaś, to mój młodszy brat.
  —Jak to młodszy?!— wyrwało się jej, nim zdążyła ugryźć się w język.
   Lance uśmiechnął się półgębkiem.
  —Informacje kosztują— wykonał charakterystyczny gest dłonią.— Może teraz ty się przedstawisz?
  —Laeyzdl.
  —Co z twoimi oczami?
  —Ktoś mi kiedyś powiedział, że informacje kosztują— rzuciła pół żartem, pół serio. Nie miała ochoty na grę w podchody, jednak przed zaufaniem choć w niewielkim stopniu temu mężczyźnie, musiała wyciągnąć od niego trochę informacji.
  —Widzę, że szybko się uczysz— rzucił zadowolonym tonem.— Urodziłem się trzy lata wcześniej niż Valk. Niedługo stuknie mi 26 wiosen— po odpowiedzi spojrzał pytająco na rozmówczynię.
  —Moje oczy, moja sprawa— ucięła, splatając ręce na piersi.
  —Dzieciaku, wierz mi, lepiej zjednywać sobie faery niż z nimi walczyć.

   Dom w środku był znacznie mniejszy aniżeli mogło by się wcześniej wydawać. Przez drzwi wejściowe wchodziło się od razu do dużej izby, wyposażonej w żelazny piec z płytą grzewczą, drewniane stół, regał i parę krzeseł, a także wielką ławę, przykrytą kraciastym kocem. Za regałem znajdowała się pierwsza para drzwi, za którymi mieścił się niewielki pokoik z jednym łóżkiem, komodą i stolikiem kawowym. Na lewej ścianie głównej izby widniała druga para drzwi- tam znajdowała się nieco większa sypialnia z dwoma prowizorycznymi posłaniami i kolejną komodą.
Zaraz za wejściem znajdowało się niewielkie przejście, osłoniete grubym, ciemnym materiałem; niski sufit nie pozwalał na całkowite wyprostowanie się, a całe pomieszczenie oświetlało niewielkie okienko. Tutaj najprawdopodobniej mieszkańcy myli się, zważywszy na metalową balię pod ścianą i górę ręczników, piętrzącą się na stołku o trzech nogach.
  —Jak przytulnie— Leay mruknęła do siebie, jednak Lance jakimś cudem zdołał ją usłyszeć.
  —Jak chcesz możesz spać w oborze. Jestem pewien, że kołysanka śpiewana przez krowy jak i ich doskonała mieszanka perfum pomogą ci zasnąć bez problemu.
   Laeyzdl skrzywiła się na samą myśl o spaniu na brudnej słomie.
  —Czyli się zrozumieliśmy— mężczyzna posłał nastolatce złośliwy uśmiech.— Umyj się tam— wskazał ciemną kanciapę— jak skończysz to przyjdź tutaj i coś zjemy.
   Dziewczyna ścisnęła sakwę w rękach i spojrzała nie pewnie na to, co miała na sobie.
  —Nie masz nic ze sobą? Jak na potwierdzenie opuściła głowę, jeszcze mocniej ściskając ukryty pod materiałem sztylet.
   Lance wydał z siebie coś w rodzaju głębokiego westchnięcia połączonego z lekką irytacją. Nawet nie patrząc w stronę Valkyona, machnął ręką, jednak smok nie zareagował na ten gest. Zirytowany mężczyzna spojrzał na brata znacząco, jednak ten odpowiedział mu obojętnym spojrzeniem i powrócił do jedzenia dziwnie wyglądającej brei. Lance mruknął coś pod nosem i zniknął za drzwiami dwuosobowej sypialni. Chwilę później wyszedł i cisnął w nastolatkę białą koszulą.
  —Jutro pójdziemy na targ kupić ci coś na zmianę— mruknął jakby od niechcenia. Laey kiwnęła głową i zniknęła za ciemną kotarą.

   Godzinę później Lance zaczął krążyć dookoła wejścia do kanciapy. Valkyon raz spojrzał przelotem na towarzysza, jednak cały czas nieprzerwanie polerował srebrny topór. Po kolejnej godzinie i on zaczął się niepokoić. Przerywając gęstą ciszę, która powoli stawała się uciążliwa, zapytał:
  —Myślisz, że uciekła?
   Lance zaskoczony tym nagłym pytaniem, obejrzał się na barczystego mężczyznę. W porównaniu z bratem wydawał się być chuderlawym nastolatkiem- prawie głowę niższy, z nieznacznym w porównaniu do Valka umięśnieniem, twarzą gładką, nieskażoną ani jedną zmarszczką. Większość ludzi sądziła, że są parą przyjaciół, którzy podróżują do Stolicy, co w zasadzie było im na rękę. A dokładniej mówiąc- Lance'owi. Nie raz i nie dwa udało mu się uniknąć wymiaru sprawiedliwości, podczas gdy Valkyon ponosił całą odpowiedzialność. Mężczyzna doskonale wiedział, że Valk jest lojalny do bólu i nigdy nie wyda swoich bliskich, co też on wykorzystywał z skrzętnie ukrywaną satysfakcją. Niezbitym dowodem były chociażby blizny po niedawnej chłoście.
   Niebieskooki gwałtownym ruchem odsunął zasłonę i krzyknął, zaskoczony widokiem dziewczyny na schodach. Ona sama była równie skonfudowana. Cofnęła się o krok, jednak stopień okazał się zbyt krótki i faery runęła jak długa.
   Białowłosa zaklnęła szpetnie, próbując zamordować wzrokiem Lanca, stojącego wciąż u szczytu schodów. Gdzieś za nim zamajaczyła sylwetka Valkyona, który chwilę później zszedł do kanciapy. Jednym rzutem oka ocenił jak bardzo Laey się potłukła. Gdy uklęknął przy niej, dziewczyna spiorunowała go wzrokiem.
  —Nie dotykaj mnie— wycedziła, widząc jak chłopak wyciąga rękę w jej stronę.
   Valkyon uniósł dłonie w obronnym geście i nieznacznie odsunął się, robiąc jej miejsce do pozbierania się z betonowej podłogi. Laey zdarła sobie skórę z łokci i nabiła kilka silników, jednak poza tym nic poważnego się nie stało. Faery zebrała swoje ubrania i sakwę i stanęła na nogi.
  —Co ty tu robiłaś tyle czasu?— Lance, oparty o framugę, z założonymi rękami spoglądał na dziewczynę z góry. Ta zacisnęła pięści na ubraniach i rzuciła wściekle:
  —Czekałam aż moja bielizna raczy wyschnąć.
   Bracia wytrzeszczyli oczy niemal równocześnie, po czym spojrzeli na siebie. Mogło by się wydawać, że obydwaj pomyśleli o tym samym.
  —Kim jesteś— zapytał Valk, tonem, który sugerował, że nie zamierza puścić dziewczyny bez otrzymania odpowiedzi.— I dlaczego masz ze sobą jedynie pustą sakwę?
   Laeyzdl prychnęła niczym rozjuszony byk.
  —Nie wiem!— ryknęła.— Nie znam swoich rodziców, nie mam nikogo, kto by się mną przejmował! Jedyne, co innych obchodzi to mój wygląd, a raczej to, co się za nim kryje! Ile razy jeszcze będę musiała przechodzić przez to samo? Ostatnie dwa lata nie zagrzałam nigdzie miejsca na dłużej niż trzydzieści dni! Nie zdajesz sobie nawet sprawy jak to jest być odmieńcem, którego albo traktują jak przestępcę pierwszego sortu, albo bezmózgie dziwadło do podziwiania!
   Ostatnie zdanie było skierowane wprost do Valkyona, który stał lekko zbity z tropu tym nagłym wybuchem. Zmieszany podrapał się po głowie, zerkając na brata, jakby w oczekiwaniu wsparcia.
  —Może wyjdźmy z tej kanciapy— mruknął Lance.
   Laeyzdl rzucając mordercze spojrzenia to na jednego, to na drugiego i wyszła po betonowych schodach, lekko utykając. W głównej izbie Valk wyjął z jednej z szafek bandaż i niewielką buteleczkę wypełnioną brązowo-żółtym płynem. Postawił wszystko na stole, przy którym siedziała faery, w koszuli jednego z braci, która przez swoje rozmiary, wyglądała na niej jak sukienka. Kiedyś prawdopodobnie była w kolorze czystej bieli, teraz jednak znajdowały się na niej szare smugi i plamy krwi na rękawach.
  —Sama się opatrzysz, czy Valk ma to zrobić?
   Laey zerknęła na olbrzyma i burknęła pod nosem:
  —Chyba będę musiała skorzystać z twojej oferty.
   Dwudziestotrzylatek wziął do ręki metalowe nożyce i pewnym krokiem podszedł do poszkodowanej.
  —C-co ty robisz?!
   Białowłosy delikatnie ujął rękę faery i jednym ruchem odciął zakrwawiony materiał koszuli. To samo zrobił z drugim rękawem. Mimo swoich gabarytów był wyjątkowo delikatny. Sprawnie przemył ranę wacikiem namoczonym jodyną i obwiązał bandażem miejsce zranienia.
  —Gotowe— mruknął.
   Laey ledwie zauważalnie skinęła głową i podniosła się ze stołka.
  —Dziękuję za..— przerwała, zastanawiając się jak określić to nietypowe spotkanie— ugoszczenie mnie, ale muszę już iść.
   Obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę drzwi, dzierżąc w dłoniach swoją sakwę. Wyszła z głośnym trzaśnięciem drzwiami, nie oglądając się ani razu.
  —Wróci— powiedział Lance pewnym głosem.— Stawiam piwo, że jutro znów ją zobaczymy.

~~


   Gdy Leayzdl wyszła na zewnątrz, uderzyło w nią zimne, wieczorne powietrze. Dziewczyna rzuciła pod nosem jedno z niecenzuralnych słów, których nasłuchała się w obozie Enadora. Mimo wszystko uśmiechnęła się pod nosem; tam przynajmniej miała zapewniony gruby koc i jakiś posiłek. Wystarczyło, że podporządkowywała się rozkazom...
Białowłosa gniewnie kopnęła przydrożny kamień. Na jej szczęście od chaty braci jedna z trzech ścieżek prowadziła w stronę lasu. Tam, między drzewami, mogła się schronić przed oczami innych, rośliny osłaniały ją przed wiatrem, a jeśli Wyrocznia była łaskawa, znalazło się nawet coś do jedzenia.
   Bluuurb!
  —Och, zamknij się wreszcie!— zawołała, kiedy żołądek po raz kolejny dał znać o swoim istnieniu.
   Faery pomyślała o posiłku, który proponował jej Lance, jednak gdy tylko stanęła jej przed oczami brązowo- zielona papka, głód zniknął jak ręką odjął.— Już wolę umrzeć z głodu niż zjeść to coś— rzuciła z obrzydzeniem.

   Las otoczył ją niczym matka przytulająca swoje dziecko. Od czasu ucieczki z obozu handlarza, faery czuła, że las to miejsce, w którym zawsze może się schronić. Natura jej sprzyjała; dziwnym trafem zawsze znajdowała ścieżkę, prowadzącą do krawca lasu, dzikie zwierzęta mijały ją ze spokojem jakby uznawały ją za swoją.
   Po przejściu kilkuset metrów, Laeyzdl natrafiła rozłożyste drzewo, o grubych konarach, którego dolne gałęzie pochylały się mu ziemi, jak gdyby tworząc jedyne w swoim rodzaju łoże. Dziewczyna wyjęła sztylet z sakwy, którą włożyła następnie pod głowę, robiąc coś na wzór poduszki. Rękojeść ścisnęła w dłoni i przycisnęła sobie do piersi. Już dawno weszło jej w nawyk spać z bronią w ręku; nigdy nie było wiadomo, kiedy wróg postanowi się ujawnić.



Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)

Ostatnio zmieniony przez Divia (23-01-2021 o 19h13)


https://zapodaj.net/images/1b8130842a811.gif

Offline

#11 25-01-2021 o 17h58

Straż Absyntu
Kace
Pokonała kurę
Kace
...
Wiadomości: 684

usunął mi się komentarz, jjej XD

co ja pisałam... Że w tle mam wykład, więc już nie wypisuję błędów, ale zauważyłam głównie takie w stylu literówek, gdzieś "stołowe" zamiast "stołowy", o, mam: Dom w środku był znacznie mniejszy aniżeli mogło by się wcześniej wydawać. Przez drzwi wejściowe wchodziło się od razu do dużej izby, wyposażonej w żelazny piec z płytą grzewczą, drewniane stół,

Muszę przyznać, że to spotkanie z Lancem dziwne trochę xD Że niby czemu za nim poszła i czemu on chciał, żeby za nim poszła? Dziwne!

...No właśnie, co było z jej oczami?? Nie pamiętam...! XD

Na razie to się czuję jakbym z każdym rozdziałem czytała o innej historii, bo mają taki zupełnie odmienny klimat. Nie wiem, czy to źle. Chyba nie, pewnie się to z czasem jakoś splecie ~.~

Co do Lance'a jako brata to ja już pozapominałam fabuły z gry, ale ja tego nie pamiętam jako spojlera xD Także no, dla mnie to tam spoko xD

Offline

#12 28-01-2021 o 14h16

Straż Cienia
Divia
Akolita Jednorożców
Divia
...
Wiadomości: 406

-Rozdział 4-




   Rok 1019, trzecia część pierwszej kwarty Księżyca

   Wysoki, barczysty mężczyzna zatrzymał się przed wielką, żelazną bramą. Stojąc w lekkim rozkroku, z wysoko podniesioną głową emanował pewnością siebie tak, że strażnicy stojący po dwóch stronach bramy kurczyli się sami w sobie.

   Dzień był wyjątkowo ponury; porywisty wiatr wyginał gałęzie drzew w niezwykłym tańcu, pogwizdując co chwilę, jakby zachęcał do dalszej zabawy. Włosy faery, targane żywiołem, przypominały czarną lwia grzywę, a stalowo-szare tęczówki idealnie współgrały z zachmurzonym niebem.

   Enador uśmiechnął się z zadowoleniem, gdy drzwi ogromnej posiadłości otworzyły się, a w progu ukazała się elegancka sylwetka Wampira. Jego mina wyrażała napięcie, które towarzyszyło mu zawsze, gdy spotykał handlarza.
   Hrabia nieznacznie odwrócił głowę i poruszył ustami jakby coś mówił. Enador ściągnął brwi i niemalże niezauważalne zmienił postawę, dając tym samym znak swoim towarzyszom. Xaan stojący wśród gęstwiny drzew skinął w stronę swoich ludzi, a ci wyszli z ukrycia i stanęli po obu stronach przywódcy organizacji. Nidhar zamarł na chwilę, widząc ludzi Enadora, jednak zachował kamienną twarz i ruszył w stronę przybyłych. Z nim podążała drobniutka faery, trzymając za rękę dziecko, odziane w długą czarną pelerynę z kapturem, który zasłaniał twarz, co utrudniało określenie płci i wieku faery.
   Enador splótł ręce na piersi wbijając spojrzenie bezdusznych oczu w dzieciaka. Co ty kombinujesz, krwiopijco p********y?
  —Mam nadzieję, że tym razem zamierzasz wywiązać się z umowy?— handlarz przeniósł wzrok na hrabiego.— Kim jest ten bachor?
   Nidhar, po raz pierwszy od pojawienia się wierzyciela, uśmiechnął się pod nosem i delikatnie rozluźnił napięte mięśnie.
  —Ten bachor— mruknął z nieskrywaną satysfakcją— to moja zapłata. W jednej chwili podszedł do dziecka i w mgnieniu oka ściągnął kaptur. Ruchem głowy odwołał Daiel, która bez słowa sprzeciwu zostawiła dziewczynkę i zniknęła za wrotami dworu.— A raczej podmiot utargu, który jest wart więcej niż wszystkie długi do trzeciego pokolenia wstecz!— dodał.
   Enador przyglądał się białowłosej, zachowując niewzruszony wyraz twarzy, jednak w środku wszystko w nim krzyczało.
Skąd ta kanalia wytrzasnęła tę dziewuchę?! Skąd ona w ogóle się tu wzięła? Ostatni raz widziano ją prawie tysiąc lat temu!
  —Czy..
  —Tak— Nidhar bez cienia strachu przerwał Enadorowi. Tym razem to on patrzył się, z wysokości kamiennych schodów, z błyskiem wyższości w oczach. —To jak? Dobijamy targu?
   Handlarz rzucił okiem na ukrytego w krzakach Xaana i uśmiechnął się pod nosem, by chwilę później roześmiać się w głos. Wampir stracił nieco animuszu. Jednocześnie złapał białowłosą za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
  —Nie wiesz jak cenny okaz masz przed sobą?!— warknął obnażając kły.— Możesz zagarnąć cały majątek rodu Nifrendaque, ale z nią wciąż będę najpotężniejszych faery północnego archipelagu!
  —Nidhar, stary druhu!— Enador podszedł do hrabiego i przyjacielsko klepnął go w ramię. Jeszcze tego pożałujesz, ty s********u, pomyślał, wciąż się uśmiechając. Mężczyzna kiwnął głową na jednego że swoich towarzyszy, który natychmiast podał mu sakiewkę z czystym złotem.— Proszę bardzo. Miło robi się z tobą interesy.— handlarz rzucił woreczkiem w stronę czarnowłosego i wyciągnął rękę w stronę pięciolatki.
  —Chodź, moja miła, zbiorę cię z tego okropnego domu. Ze mną będzie ci o wiele lepiej.
   Dziewczynka z lekkim strachem wpatrywała się w dryblasa, jednak po dłuższej chwili wykonała w jego stronę najpierw jeden krok, później kolejny, aż faery mógł ją złapać i wziąć na ramiona. Enador przytulił dziecko do siebie i na powrót przybrał maskę bezwzględnego bandyty.
  —Do zobaczenia, Nidhar. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy mogli razem współpracować.

   Kiedy drzwi dworu zamknęły się za plecami głowy domu, ze schodów zbiegła blada jak śmierć Wampirzyca. Oczy miała zaszklone, a jej usta niebezpiecznie drgały.
  —Jak mogłeś?— szepnęła, patrząc wprost na męża.— Jak mogłeś?!
   Nidhar odwrócił wzrok, lecz za chwilę podniósł dumnie głowę i ruszył w stronę swojego gabinetu. Kavenja złapała go za ramię, gdy mężczyzna znalazł się na jej wysokości, jednak on bez trudu odrzucił jej dłoń.
  —Ty bezduszna kanalio— rzuciła ściszonym głosem, ale na tyle głośno, by małżonek ją usłyszał.
   Wampir zastygł w pół kroku i powoli odwrócił się w stronę matki swojego syna. Kobieta stała tyłem, lekko zgarbiona, zaciskając wściekle pięści.
  —Coś ty powiedziała?
  —To co słyszałeś— odpowiedziała bez wahania, prostując się.— Nie zamierzam tolerować takiego postępowania.
   Nidhar podszedł do Kavenji i bez ostrzeżenia wymierzył jej siarczysty policzek. Kobieta z szokiem wpisanym na twarzy spojrzała na partnera, przykładając dłoń do zaczerwienionej skóry. Wampir patrzył się na nią pustym wzrokiem po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł z domu.

   Trzynastoletni Nevra był świadkiem całej sceny.
Z wysokości pierwszego piętra, skryty za jedną z kolumn, obserwował tą słowną potyczkę swoich rodziców. Chłopak nie widział o co pokłócili się do tego stopnia, ale nie spodziewał się, że krył się za tym tak haniebny występek.

~~


   Laey obudziła się z dziwnym przeczuciem, że coś lub ktoś intensywnie się w nią wpatruje. Przestraszona zerwała się na równe nogi, unosząc rękę ze sztyletem, gotowa do ataku. Wokoło wciąż panował półmrok, jednak dzięki swojej heterochromii lewym okiem mogła widzieć nawet w największej ciemności. Dziewczyna wytężyła wzrok i dostrzegła nieznaczny ruch w pobliskich krzakach. Były to krzewy wilczych jagód, które jadalne były tylko i wyłącznie dla bestialskiej rasy chowańców.

   Blackdog..

   Przerażona osiemnastolatka rzuciła się biegiem w przeciwnym kierunku. Dzięki swojemu przekleństwu sprawnie znalazła drogę w labiryncie drzew i już po kilku minutach wypadła na polanę pod lasem, łapiąc gwałtownie powietrze. Oparła ręce na kolanach, próbując uspokoić oddech. Serce boleśnie obijało się o jej żebra, a szumiąca w uszach krew utrudniała nasłuchiwanie. Nagle usłyszała szelest wśród szarozielonej, uschniętej trawy. Podniosła głowę i wbiła wzrok w miejsce, z którego dochodził hałas. Dłuższą chwilę nie mogła nic zobaczyć, co dodatkowo podsycało jej zdenerwowanie.
  —Laeyzdl?
   Białowłosa rzuciła srebrnym sztyletem w stronę dobiegającego głosu. Odpowiedział jej szczęk żelaza i głośno wypowiedziane przekleństwo.
   Co do cholery? Dziewczyna prawie dała się zaskoczyć przez atakującego mężczyznę. Dosłownie w ostatniej sekundzie udało jej się uniknąć uderzenia żelaznego toporu. W panice zaczęła szukać rzuconej w przestrzeń broni. Szybko udało jej się dostrzec sztylet tkwiący w ziemi, lecz nim zdążyła go chwycić tuż przed jej nosem wylądowało stalowe ostrze. Laey złapała i szarpnęła za trzon toporu, wytrącając tym samym przeciwnika z równowagi. Niestety mężczyzna z braku podparcia runął jak długi prosto na dziewczynę. Białowłosa wydała z siebie zduszony krzyk, gdy została przygwożdżona do ziemi. Wojownik szybko się podniósł, lecz nie zamierzał wyciągać pomocnej dłoni w stronę wariatki, która bez ostrzeżenia ciska w niego sztyletem.
   Osiemnastolatka szybko doszła do siebie i od razu sięgnęła po swoją broń. Teraz albo nigdy, pomyślała. Odwróciła się energicznie na plecy i wymierzyła srebrne ostrze w pierś dryblasa. Jego sylwetka wydała jej się jednak dziwnie znajoma.. Mężczyzna wykorzystał chwilę zawahania i odebrał jej śmiercionośne narzędzie. Laeyzdl usiadła i oparłszy łokcie na kolanach, położyła głowę na dłoniach.
   Ja p******ę, mruknęła.
  —Nie sądziłem, że taka dziewczyna jak ty ma tak niewyparzony język.
   Białowłosa uniosła głowę i zmęczonym wzrokiem spojrzała w twarz Valkyona. Nie dało się z niej wyczytać absolutnie nic; no może poza lekką irytacją. Podniosła się, by stanąć z nim twarzą w twarz. Wtedy też zobaczyła, że jego lewe ramię delikatnie krwawi.
  —O Wyrocznio, skaleczyłam Cię?— momentalnie oprzytomniała.
   Zrobiła krok w stronę chłopaka, jednak ten zatrzymał ją, kręcąc głową.
  —To tylko draśnięcie, zdążyłem w porę zmienić trajektorię lotu twojego.. sztyletu— jego ton wyraźnie świadczył o urazie, mimo to z podziwem przyglądał się zdobieniom rękojeści ostrza.— Skąd to masz?
  —Dostałam— odparła wymijająco.— Co ty tu robisz?
   Valk odwrócił głowę jakby chciał uniknąć odpowiedzi na pytanie.
  —To może chociaż oddaj mi mój sztylet— warknęła, wyciągając rękę po swoją własność.
   Wojownik jednak uniósł broń do góry, uniemożliwiając jej odebranie.
  —Oddaj mi to.
  —Masz język ostrzejszy niż ta zabawka. Nie jest ci potrzebny.
   Krew odeszła jej z twarzy ze wzburzenia i ostatniej sił powstrzymała się żeby nie skoczyć mu do gardła. Nie zdawała sobie nawet sprawy, że lewe oko zaczęło jej nienaturalnie świecić, prawe natomiast całkiem poczerniało. Pół jej twarzy pokryło się siatką czarnych żyłek.
   Valkyon cofnął się o krok, zaniepokojony tą nagłą zmianą.
  —Oddaj mi to— powtórzyła nienaturalnie niskim głosem.
  —Laeyzdl? Ha, mówiłem że wróci!
   Białowłosa wykonała nagły zwrot w stronę Lanca, cały czas kontrolując ruchy Valkyona. Jej włosy zaczęły się delikatnie skrzyć, a końcówki uniosły się niby macki ośmiornicy.
  —Jeszcze ty?!
   Niebieskooki zauważył stojącego za dziewczyną brata, który wyglądał na równie zdezorientowanego. Dostrzegł jednak, że dwudziestotrzylatek ma w głowie jakiś plan działania, wobec czego podjął próbę odwrócenia uwagi faery.
  —Leayzdl, moja droga, dlaczego tak nagle postanowiłaś się oddalić? Nie spróbowałaś nawet mojego popisowego dania...
   Za nim którykolwiek zdążył zareagować, faery zbladła jeszcze bardziej i bezwładnie opadła na ziemię. Valkyon zdarzył złapać ją w ostatniej chwili.

   Chyba będziemy musieli sobie poważnie porozmawiać..

~~


   Stary, poplamiony materac stanowił przeciwieństwo wszystkiego, co kojarzyło się z wygodą. Zardzewiałe sprężyny przebijały się przez poszarzały materiał, zostawiając bolesne siniaki na całej długości ciała. Po wypełniającej to niegdyś wełnie zostało ledwie wspomnienie, do tego wszechobecny smród mysich odchodów. Małe gryzonie przed laty zaanektowały ów posłanie z racji, że nikt z niego od dawna nie korzystał.
   Laeyzdl zdawało się to jednak nie przeszkadzać- od kilku godzin spała jak nieżywa; jedyną zmianą, jaka do tej pory zaszła było nabranie nieco koloru na jej blade lico. Lance, opierając się o ścianę, przyglądał się młodej faery z miną świadczącą o intensywnych procesach myślowych, zachodzących w jego głowie. Nie była mu obca legenda o mieszańcach, bliżej znanych jako Potępieńcy, jednak nie było żadnych namacalnych źródeł, które potwierdziły by ich istnienie. Czasem straszono nimi małe faery, mówiąc, że są dusze skazanych na wieczne potępienie dzieci, które mszczą się za swoje krzywdy.
   Była jednak jedna kwestia, co do której wszyscy się zgadzali- owe istoty miały dwubarwne tęczówki, a kolor włosów odpowiadał przeważającej w nich cząstce; odpowiednio jasne dla Aengeli i ciemne dla Daemonów. Podobno ich przedstawiciele posiadali moc, porównywalną do boskiej, jednak jak do tej pory nikt nie spotkał takie osobnika. Niebieskooki potarł w zamyśleniu brodę.
   Gdyby to była prawda, mruknął do siebie, dzięki jej energii byłbym wstanie odegrać się na tych przeklętych Fenhuangach.
   Mężczyzna wyprostował się, a na jego bladoróżowe usta wypełz nieskromny uśmiech. Uśmiech, który nie zwiastował niczego dobrego.


ogłoszenia parafialne 2.0



Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)

Ostatnio zmieniony przez Divia (29-01-2021 o 08h10)


https://zapodaj.net/images/1b8130842a811.gif

Offline

#13 28-01-2021 o 21h29

Straż Absyntu
Kace
Pokonała kurę
Kace
...
Wiadomości: 684

Ha! Nie spodziewałam się jeszcze rozdziału, miłe zaskoczenie :3

Powiem szczerze, bo na to właśnie wpadłam (jeszcze się nie czepiam zbyt? xD), że osobiście na początku kolejnych rozdziałów zawsze jestem zagubiona - co mi sprawiło wrażenie odmienności "klimatycznej" - tym, że się nie mogę chwilę połapać w nazwach. Jak się tak czyta tekst fragmentaryczne, a jeszcze ten ma naprawdę sporo bohaterów własnych, to ja zapominam kto jest kim XD > co za długie zdanie ._. No. Ale z tego powodu też zapomniałam o oczach (pamiętałam, że heterochromia, ale co to w tym uniwersum oznacza – to już nie xDD)

No i powiem Ci, że teraz jak początek czytam, to wszystko jest jasne. Jednak za pierwszym razem jest to zdezorientowanie. Bo jest mowa o "wysokim, barczystym mężczyźnie", później uściślenie, że to Enador, ok, kojarzę typa xD Staje przed bramą posiadłości, otwiera mu Wampir. Później, że ten wampir to hrabia. A później jeszcze określenie Enadora handlarzem (a ja znów bez kojarzenia: czego? że akwizytor? XDD). Dopiero po tym wszystkim jest użyte imię Wampira i przypominam sobie, że aaa że Kavenji mąż!
I ja wiem, jak ja dobrze rozumiem! Ważne jest urozmaicenie nazw, żeby nie było lichych powtórzeń. Ale nie wiem, tak mnie to trochę gryzie, bo utrudnia czytanie xD I tak jest tylko na samym początku. Tylko te początki nieco mnie zniechęcają, a jak już się połapuję, to czyta się naprawdę przyjemnie. Więc, no, sama nie wiem... sygnalizuję niedogodność XD I też pytanie - czy ja nie zmiechęcam Cię takimi uwagami? Bo może ja zbyt upierdliwa jestem, a nie miałam takiego zamiaru!

Ucieszyło mnie, że natknęła się na Valkyona (żeby nie napisać: ucieszyłam się, że to właśnie w niego rzuciła sztyletem xDDD), bo myślałam, że to Lance! A jego z gry nie cierpię, więc xD Ale do tego Lanca nic nie mam! Na razie... ( ͠° ͟ʖ ͡°)

Ze względów na spaczenie zaintrygowało mnie:

Divia napisał

   Ja p******ę, mruknęła.

A dokładnie sposób zapisu, z którym się w sumie chyba wcześniej nie spotkałam (że nie zapisane jako punkt dialogowy, od myślnika, tylko raczej jakby wskazywało się, że postać to pomyślała – a jednak ten sposób wydał mi się ciekawy, bo te mruknięcie wycisza. Może to nie było w Twoim założeniu (tj. tylko ja mam skłonności do takiego drobiazgowego rozpatrywania pierdół XDDD), ale no niestety już się tak zepsułam 'XD

Divia napisał

—To tylko draśnięcie, zdążyłem w porę zmienić trajektorię twojego.. sztyletu— jego ton wyraźnie świadczył o urazie, mimo to z podziwem przyglądał przyglądał się zdobieniom rękojeści ostrza.— Skąd to masz?
^zdublowane słowo xd

Divia napisał

  —To tylko draśnięcie, zdążyłem w porę zmienić trajektorię lotu twojego... sztyletu— jego ton wyraźnie świadczył o urazie, mimo to z podziwem przyglądał przyglądał się zdobieniom rękojeści ostrza.— Skąd to masz?
^tu natomiast zagubione! (AHA, nie zauważyłam nawet, że ja z kolei zdublowałam ten sam fragment zamiast zaznaczyć na jednym XDD Dobra, kurde, wszystko trzeba zwalić na karb wymęczenia przez e-zajęcia XDD)

I rozdziały no krótkie, krótkie! Zanim ja się na nowo wdrożę, to zaraz się kończą, heh xD Ale spoko, ja się już do takich nawet zdążyłam przyzwyczaić i w sumie, tak obiektywnie to wcale nie są jakieś szczególnie krótkie :3 Zwłaszcza, że w sumie całkiem często publikujesz kolejne fragmenty opowiadania, więc... powiedziałabym, że nawet się wyrównuje ^^

Ostatnio zmieniony przez Kace (28-01-2021 o 21h32)

Offline

#14 02-02-2021 o 09h52

Straż Cienia
Divia
Akolita Jednorożców
Divia
...
Wiadomości: 406

-Rozdział 5-




   Rok 1021, koniec drugiej kwarty Księżyca, początek trzeciej kwarty~ Pełnia Lśniącego Księżyca

  —Jak to nie reaguje?!
   Postawny faery uderzył pięścią o blat dębowego stołu, sprawiając, że stojące na nim kufle po piwie z łoskotem spadły na podłogę.
   Mężczyzna był wściekły. Ba, on był rozsierdzony do granic możliwości! Ten pieprzony hrabia oszukał go po raz kolejny.

   Według nie pisanego prawa, wedle którego rasy faery jak i mieszańce zwane faelien funkcjonowały, najważniejszym czasem w życiu każdej magicznej istoty były trzy daty.
Pierwszą z nich był dzień narodzin- wtedy nowonarodzone dziecko po raz pierwszy ujawniało swoje zdolności, które kolejnego dnia zanikały, by ponownie objawić się w późniejszymi wieku.
   Drugą były siódme urodziny, kiedy to młode faery mogło ponownie ukazać swoją moc;
w przypadku nieznanych rodziców stosowano magiczne rytuały, które miały na celu sprowokować ujawnienie się mocy danej istoty.
   Trzecią i zarazem ostatnią były obchody osiemnastej z rzędu wiosny od dnia rozwiązania. Dorosły osobnik otrzymywał wtedy przypisany w dniu poczęcia dar, który musiał nauczyć się kontrolować.

   Od czasu Niebieskiego Poświęcenia jedyną rasą, która mogła pochwalić się niezwykłymi zdolnościami były Fenhuangi z racji przynależności do jednej z Trzech Wielkich Ras. Potrafiły one uleczyć modlitwą jak i wyczuć chorobę własnymi dłońmi. Ponadto bez większego wysiłku mogły wejść do czyjegoś umysłu, widziały także, czy otaczającą danego faery aura emanuje dobrem czy złem. Niektórzy twierdzą, że Fenhuangi potrafią także opuszczać swoje ciało, w celu wędrówki pomiędzy światami, jednak żaden z przedstawicieli gatunku nie przyznawał by posiadał taką umiejętność.

   Niegdyś prym wiodły Aengele, dzieci światłości.
Nieliczni jednak wiedzą, że równolegle do nich istniała druga rasa- Daemony. Dla własnej wygody starożytne ludy przeinaczyły historię, że to bunt Aengeli nie pozwolił stworzyć bezpieczniej przystani, a jedynie niestabilną ziemię Eldaryi. Daemony od zawsze były wykluczane ze społeczeństwa, toteż z czasem o nich zapomniano. By wyjaśnić brak równowagi nowego świata, winą obarczono zbuntowane anioły.

   Enador doskonale znał tę historię. Znał aż za dobrze.
Intuicja podpowiadała mu, że Laeyzdl nie jest zwykłym dzieciakiem. Kilka dni po przybyciu do obozu zlecił badania, które mimo swojej dokładności, a raczej brutalnej siły do nich użytej, nie wykazały by Nidhar maczał swoje koślawe paluchy w wyglądzie małej. Wówczas pozostało mu tylko czekać, aż gówniara uchyli rąbka tajemnicy i pokaże na co ją stać.
   W końcu nadszedł ten dzień, a wszystkie jego wysiłki poszły na marne. Jaqor, mimo doskonałych zdolności zielarskich nie udało się sprowokować dziewczyny do reakcji obronnej. Rytuał polegał na wstrzyknięciu trucizny do organizmu faery tak by, wedle nadanego mu daru, zareagował w charakterystyczny dla niego sposób. Głównie stosowano go na sierotach, jednak ów działanie niosło za sobą ryzyko śmierci istoty poddanej badaniu. Jeśli nie była ona wystarczająco silna, umierała w przeciągu kilku minut, czując jak trująca substancja rozrywa ją od środka.
Laeyzdl nie wykazała żadnej reakcji.

   Gdy tylko Xaan przyszedł z tą absurdalną wiadomością, mężczyzna niezwłocznie udał się do namiotu pół- elfki. Faelien na wpół przerażona, na wpół zdumiona wpatrywała się w dziewczynkę, która jak gdyby nigdy nic siedziała na wysokim stołku, co jakiś czas machając nogami.
Na jej prawym przedramieniu wyraźnie było widać czarne, lekko wypukłe kropki, które świadczyły o kilkukrotnym wstrzyknięciu substancji. Mała jednak zdawała się tego nie zauważać.
  —Jaką dawkę jej podałaś?— zapytał, wbijając w zielarkę spojrzenie pustych, zimnych oczu.
   Kobieta, ledwie opanowując drżenie, sięgnęła po kilka, całkowicie opróżnionych strzykawek.

   Enador nie był człowiekiem, który poddaje się emocjom. Zawsze wszystko dusił w sobie, za nim jeszcze zdążyło wypełznąć na światło dzienne.
   I tym razem, jedyną jego reakcją było delikatne uniesienie lewej brwi. Kątem oka zobaczył, jak jego towarzysz powstrzymuje się od otwarcia ust ze zdziwienia; nie było to dla niego zaskakujące, gdyż powszechnie było wiadomo, iż nawet trzy czwarte pierwszej dawki są w stanie powalić każdego, kto nie dysponuje odpowiednio dużą mocą.

   Tutaj jednak nie działało nic.

~~


   Wysoki, szczupły i niebywale naburmuszony elf kroczył obok nieco wyższego od siebie wojownika. Na ramieniu niósł nieodłączną torbę, w której trzymał swoje największe skarby. Żyjąc w wiosce, takiej jak Liahab, nie można liczyć na uczciwość mieszkańców. Już nie raz przyłapał właściciela gospody, kręcącego się wokół jego pokoju.
  —Mogę wiedzieć dlaczego wyciągasz mnie z łóżka z samego rana, w dodatku akurat wtedy, gdy pogoda ulega załamaniu?— rozeźlony głos Ezarela idealnie odzwierciedlał aktualny stan warunków atmosferycznych.
  —Już ci mówiłem, że... jedna faery potrzebuje pomocy— dodał po chwili zawahania.
   Elf stanął jak wryty i i splótłszy ręce na piersi, warknął.
  —Czy ja ci wyglądam na lekarza?
   Valkyon przystanął i staksował niebieskowłosego wzrokiem. Biała kurtka z powodzeniem mogła robić za lekarski kitel, spodnie tej samej barwy również przywodziły na myśl medyczny fach ich właściciela. Skórzana, wypchana torba, w której co chwilę kolejne probówki obijały się o siebie także mogła sprawiać mylne pierwsze wrażenie.
  —Hmm, w zasadzie tak— mruknął.
   Ezarel przejechał dłonią po twarzy i już nic nie dodając, ruszył za wojownikiem, tupiąc ze złością nogami.
Nie minął kwadrans jak dotarli do właściwego domostwa. Valkyon chwycił klamkę i otworzył drzwi na oścież.
Nie zwracając sobie głowy obecnością brata, mężczyzna od razu skierował się do mniejszego pokoju, w którym spała Laeyzdl. Spała od trzydziestu ośmiu godzin.
Ezarel obrzucił niechętnym spojrzeniem pomieszczenie, dopiero po tym jego wzrok spoczął na dziewczynie.
  —Widzę, że teraz już oficjalnie mogę mówić o waszym wyblakłym trójkącie— rzucił zgryźliwie.
   Valkyon zaczerwienił się po same uszy i rzucił elfowi złe spojrzenie.
  —Tamta elfica? To przeszłość.
   Obydwaj jak na komendę odwrócili się w stronę Lance'a, który stał w drzwiach wycierając ręcznikiem włosy i patrząc na nich z politowaniem.
  —Serce Valkyona należy teraz do niejakiego gryzonia— by zakryć złośliwy uśmiech, zasłonił twarz kawałkiem materiału.
   Alchemik szybko opanował pierwsze zdziwienie, lecz on, nie kryjąc swojej złośliwości, walnął prosto między oczy.
  —Vaaalk— zaczął, starając się w przesłodzony sposób wymówić jego imię.— Nie wiedziałem, że wolisz chowańce. Mogłeś mi powiedzieć!— trzepnął go w ramię, robiąc przy tym załamaną minę. Następnie chwycił go obiema rękami za ramiona i zamrugał zalotnie.— Ale jeszcze nie wszystko stracone, Valk. Jestem w stanie ci wybaczyć!
   Lance skręcał się ze śmiechu, widząc jak rodzony brat czerwienieje również na szyi. Niczego nieświadoma Musarose wyskoczyła na tors swojego opiekuna i, przytrzymując się pazurkami, dotknęła mężczyznę noskiem w brodę, jakby dawała mu buziaka.
   Towarzysze białowłosego ryknęli śmiechem tak głośnym, że biedna Floppy zaskoczyła przestraszona i uciekła z pokoju.
  —O Wyrocznio, ale jestem obolała.. AAAA!
   Trzech mężczyzn drgnęło z przestrachem, tym czasem nieświadoma niczego dziewczyna zakryła się kołdrą po czubek nosa. Szybko rozpoznała braci, jednak elf, o nietypowym kolorze włosów był dla niej obcy, a co za tym szło- nie godny zaufania.
   W sumie tych dwóch gnojków też nie znam za dobrze, przemknęło jej przez myśl. Chwilą moment..
  —Co ja tu robię?!
   Ezarel popatrzył zmieszany na Valkyona, który stał niewzruszony kolejnym wrzaskiem osiemnastolatki.
Dziewczyna szybkim ruchem zrzuciła z siebie kołdrę, jednak gdy zauważyła, że ma na sobie tylko swoją bieliznę, okryła się ponownie, robiąc z tkaniny prowizoryczną sukienkę.
  —Pożałujecie tego— syknęła i niczym strzała wystrzeliła z pokoju. Szybko skierowała się do ukrytej za zasłoną kanciapy i po chwili zniknęła mężczyznom z oczu.
  —Teraz to ja będę potrzebował pomocy— Ez odezwał się z żałością w głosie.— Przez tą dziewuchę rozbolała mnie głowa!

   Cholerne gnojki, co oni sobie w ogóle myśleli? Czy ja prosiłam ich o pomoc? Nie! Czy odeszłam z tego domu by dalej radzić sobie sama? Tak! Więc dlaczego na Wyrocznię znalazłam się tutaj?
   Białowłosa ze złością krzątała się po zaciemnionym pomieszczeniu, zbierając części swojej garderoby, by podczas ucieczki nie paradować w samej bieliźnie. Okazało się, że któryś z mieszkańców chałupy był na tyle uprzejmy by porozrzucać jej ubrania po wszystkich możliwych kątach.
Chwała Wyroczni, że one wciąż są czyste, mruknęła, kompletując strój. Całość prezentowała się co najmniej żałośnie, jednak dziewczyna nie miała pieniędzy by kupić sobie nowe odzienie.

   Ezarel z zadowoloną miną dopijał właśnie miodową kawę z ogromnego kufla. Gorący, delikatnie słodki napój zawsze poprawiał mu humor. Mina mu nieco zrzedła, gdy zauważył dno kubka, jednak nie zdążył zacząć się nad nim użalać, bo do izby w dzikim pędzie wleciała Musarose. Od razu podbiegła do swojego właściciela i wspięła się, by skryć się na ramieniu chłopaka. Chwilę później pojawiła się, już nie wyglądającą na ciężko chorą, faery z mordem w oczach.
  —Czy wy naprawdę nie znacie podstaw higieny?— Ilość jadu, jaką nasączone było to pytanie, zaskoczyła nawet alchemika. Lance delikatnie się wyprostował, stojąc jeszcze chwilę temu oparty o kuchenny blat, lecz jego młodszy brat dalej ze spokojem sączył swój alkohol. Jej wzrok kursował pomiędzy niebieskookim a Valkyonem, lecz szybko spoczął na ukrytym pod włosami wojownika chowańcu.— Ten szczur mnie ugryzł!— wrzasnęła, krzywiąc się przy tym z odrazą.
   Dwóch z trzech osobników płci męskiej wykazało się prawidłowym odruchem, co doskonale było widać na ich zdumionych twarzach. Jedynie białowłosy atleta zmarszczył gniewnie brwi i odwrócił się nieznacznie, jakby chciał chronić swoją małą przyjaciółkę przed wściekłą dziewczyną.
  —Ten szczur— wycedził— to Musarose, chowaniec. Skoro cię ugryzła to znaczy, że na to zasłużyłaś.
  —Gdybyś jej lepiej pilnował, nie siedziała by w mojej koszuli! A tak przestraszyła się i proszę!— osiemnastolatka pokazała palec wskazujący, na którym widniały dwa zakrwawione ślady w postaci pary małych siekaczy.
  —Nie wspominałaś jeszcze chwilę temu o higienie?— mruknął Ezarel niby do siebie, jednak na tyle głośno by wszyscy go usłyszeli. Niestety dla niego, nie zdawał sobie sprawy z jaką furią miał do czynienia.

   Przez ułamek sekundy Laeyzdl zastanawiała się  czy aby się nie przesłyszała, jednak zadowolony uśmieszek, błąkający się po elfiej twarzy, pozbawił ją złudzeń. Bez ostrzeżenia zdzieliła przez łeb, nieświadomego zagrożenia alchemika.
   Lance zakrztusił się swoim piwem i teraz próbował rozpaczliwie złapać oddech. Valkyon od razu rzucił mu się na pomoc i kilkukrotnie uderzył brata prosto między łopatki. Ezarel siedział w bezruchu, oszołomiony faktem, że jakaś bezczelna smarkula ośmieliła się podnieść na niego rękę. A Laey, korzystając z zamieszania po prostu wyszła, zaznaczając swoje odejście ponownym trzaśnięciem drzwi.


   Dzięki latom spędzonym na koczowniczym trybie życia, Laeyzdl doskonale orientowała się w terenie. Zaraz po opuszczeniu chaty skierowała się w stronę lasu; tym razem postanowiła iść jego brzegiem, by uniknąć kolejnego spotkania Blackdoga. Widząc majaczące sylwetki drzew zatrzymała się gwałtownie, jakby o czym sobie przypomniała. Ścieżka, którą podążała, ciągnęła się na około pięć kilometrów, od miejsca zamieszkania braci, co dawało jej godzinę szybkiego marszu. Skoro widziała już brzeg boru, oznaczało to, że przeszła już trzy czwarte trasy..
   Białowłosa w panice złapała sakwę, przerzuconą przez ramię. Mimo gorliwych modlitw spełniły się jej najgorsze obawy.
   Była pusta.


  —Czy tu stało się to, co się stało?
   Valk z lekkim zaskoczeniem spojrzał na przyjaciela. Mimo że nie znali się krótko, nawiązali nic porozumienia i od tego czasu byli jak para starych kumpli.
   Wojownik poznał już Ezarela od strony żartownisia jak i poważnego naukowca, który potrafił przez godziny pracować w całkowitym skupieniu. Czasami udawało mu się pokazać jakieś ludzkie odruchy- zdziwienie, zakłopotanie, a nawet płacz, lecz jeszcze nigdy nie był tak skonfundowany jak teraz.

   Elf potarł głowę nerwowym ruchem, po czym potoczył morderczym spojrzeniem po izbie.
  —Gdzie ona jest?— wysyczał niby rasowy wąż.
  —Na pewno nie tutaj— skierował Lance, odzyskawszy oddech.

   Kiedy ziemia okryła się szkarłatną czerwienią zachodzącego słońca, Laeyzdl wydała z siebie triumfalne westchnienie.
   Od kiedy po raz drugi opuściła chatę braci, przysięgając sobie w duchu, że jej noga więcej tam nie postanie, odkryła, że ten przerośnięty szczurołap zabrał jej sztylet. Laey spojrzała na ugryziony przez Musarose palec. Przez chwilę nie wiedziała, czy wzrok płata jej przysłowiowego figla, jednak skóra była idealnie gładka, jakby wcześniej nie doszło do przerwania jej ciągłości.
Co jest.., mruknęła. Nagle po jej plecach przeszedł dreszcz, który nigdy nie zwiastował niczego dobrego. Zesztywniała ze strachu chwyciła za sakwę, lecz szybko pozbawiła się złudzeń jakoby jej jedyny sprzymierzeniec magicznie się zmaterializował.

   Raz kozie śmierć, pomyślała, odwracając się i emanując oślepiającym blaskiem.



Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)

Ostatnio zmieniony przez Divia (02-02-2021 o 21h53)


https://zapodaj.net/images/1b8130842a811.gif

Offline

#15 05-02-2021 o 22h15

Straż Absyntu
Kace
Pokonała kurę
Kace
...
Wiadomości: 684

Divia napisał

W końcu nadszedł ten dzień, a wszystkie jego wysiłki poszły na marne. Jaqor, mimo doskonałych zdolności zielarskich nie udało się sprowokować dziewczyny do reakcji obronnej. Rytuał polegał na wstrzyknięciu trucizny do organizmu faery tak by, wedle nadanego mu daru, zareagował w charakterystyczny dla niego sposób. Głównie stosowano go na sierotach, jednak ów działanie

owe działanie ! ;D 'ów' to do rodzaju męskiego, 'owa' żeńskiego i 'owe' do nijakiego; chyba tako

Divia napisał

Wysoki, szczupły i niebywale naburmuszony elf

Aahhahahahaha, oczywiście, że przeczytałam "niebywale przystojny", zapominając, że to nie on jest narratorem XD Ezarel mówiący o sobie smamym — mmmm Natomiast jak już doczytałam jak trzeba, to od razu mi przyszła na myśl kolejna ekscytująca rzecz (zaraz po tej, że się w ogóle ten elf pojawił, iiip XD): że jest w tej historii jednym z tych złych! Że nie idzie kroczy tak gdzieś na terenie Enadora, którego jest podwładnym xDDDDDDD
... Lepiej, że nie jest xD


Divia napisał

w której trzymał swoje największe skarby.

Ojeeej!!! Przepraszam, ale takież to słodziutkie jest, że nie mogę! *q*
Nie no, ja bym tu zaraz wszystkie jego wypowiedzi cytowała XDD Ah, ten Ezarel. Takie dziecko naburmuszone, przesłodkie XDD No dobra, dobra, na dłuższą metę wyobrażam sobie, że jest z niego niezły potwór XD

OKEJ. Czuję się zła, pisząc to... ALE JAK... ja lubię tego Lance'a xDDD

Divia napisał

— Ten szczur mnie ugryzł!— wrzasnęła, krzywiąc się przy tym z odrazą.
   Dwóch z trzech osobników płci męskiej wykazało się prawidłowym odruchem, co doskonale było widać na ich zdumionych twarzach. Jedynie białowłosy atleta zmarszczył gniewnie brwi i odwrócił się nieznacznie, jakby chciał chronić swoją małą przyjaciółkę przed wściekłą dziewczyną.

...Laey też xD <3

Przy przypomnieniu sobie sceny z blackdogiem z poprzedniego rozdziału przy okazji zauważyła mi się literówka:

Za nim którykolwiek zdążył zareagować, faery zbladła jeszcze bardziej i bezwładnie opadła na ziemię. Valkyon zdarzył złapać ją w ostatniej chwili.


I już koniec rozdziału!
No i, w sumie... Boję się teraz o Ezarela, wyobrażając sobie, że to on dostąpi oświecenia XD

Ogólnie: ciekawią mnie te nowe odsłony postaci. Ezarela i Lance'a. A przynajmniej dla mnie są nowe. Wydają się inne, takie, zapewne, bardziej Twoje. Postać Valkyona na razie jawi mi się raczej tak samo jak w grze. Chociaż ja i tak gram jedynie ścieżkę z Ezarelem, więc ja kompletnie nic o Valkyonie nie wiem ponad to, co jest oczywiste. Także czytam, śledzę, ze skupieniem uwagi na kwestię, jak to się i kiedy, rozegra romans... ( ͡~ ͜ʖ ͡°)


PS właściwie to ja jeszcze nie mam pojęcia, jak to tamto na SF rozegrać... Faza przymiarek XD

Offline

#16 09-02-2021 o 08h45

Straż Cienia
Divia
Akolita Jednorożców
Divia
...
Wiadomości: 406

-Rozdział 6-




   Rok 1021, koniec drugiej kwarty Księżyca, początek trzeciej kwarty~ Pełnia Lśniącego Księżyca, dzień drugi

   Stało się.

   Przerażony krzyk Gothi poniósł się po całym obozowisku. Zaraz po tym kobieta wybiegła z jednego z namiotów, rozglądając się w panice za przyjaciółką.
  —Jaqor!— wrzasnęła, nie kryjąc rozpaczy w swoim głosie.
   Kilka sekund później stanęła przed nią wysoka elfica o ziemistej cerze.
  —Co się stało?
   Jej głos był pewny, jednak nie wyrażał żadnych emocji. Patrzyła z góry na dawną znajomą w taki sposób, że postronna osoba mogłaby powiedzieć, iż kobiety łączą jedynie czysto zawodowe stosunki.
   Gothi speszyła się nieco, ale nie chcąc dawać elfce powodów do złości, wyrzuciła na jednym wydechu:
  —Ta mała chyba nie żyje.
   Jaqor momentalnie pobladła i odepchnęła Brownie, która stała na wejściu do namiotu. Mała faery leżała blada jak śmierć na polowym łóżku, nie wykazując żadnych funkcji życiowych. Przerażona zielarka podbiegła do nieprzytomnej i przyłożyła policzek do jej ust. Merde, zaklnęła w swoim języku, gdy nie wyczuła nawet najlżejszego wydechu. Poderwała się z kolan i rzuciła się w stronę regału. W panice przeszukiwała wszystkie półki, niemal rozbijając ich zawartości w drobny mak. W końcu jednak znalazła to, czego tak bardzo teraz potrzebowała.

   La'via, eliksir na bazie mieszanki niemalże niedostępnych ziół, który był wstanie postawić na nogi armię ogrów.

   Kobieta wzięła strzykawkę z grubą igłą i nabrała eliksiru do przyrządu. Wpierw naciągnęła jedynie dwa mililitry płynu, jednak szybko wybrała całą resztę.
Dwadzieścia mililitrów; ilość, która mogła paradoksalnie wysłać kogoś na tamten świat szybciej, niż można by się tego spodziewać.
   Szybkim lecz niepewnym krokiem podeszła do pacjentki. Rozpięła koszulę na wysokości serca i przyłożyła igłę do skóry. Ręce jednak trzęsły jej się jak w agonii przez co nie mogła poprawnie zaaplikować leku. Łzy wielkie jak groch potoczyły się po jej policzkach; wiedziała, że w tej sytuacji liczy się każda sekunda, ale strach przez Enadorem całkowicie ją paraliżował. Miała się nią zaopiekować. Miała pilnować jej jak źrenicy oka. Miała..
   Ktoś gwałtownym ruchem odwrócił ją w swoją stronę i wymierzył policzek, nie na tyle silny by elfka upadła, lecz na tyle mocny by to poczuła. Jaqor wlepiła przerażone spojrzenie w mężczyznę przed sobą.
  —Zrób to, Jaqor, zanim on przyjdzie— Xaan wlepił równie przestraszone spojrzenie w kobietę.
   Jakby w przypływie nowej siły, zielarka krótko kiwnęła głową. Całą swoją uwagę skupiła ponownie na dziewczynie i pewnym ruchem wbiła igłę.
   Sekundy dłużyły się niby godziny. Reakcja powinna wystąpić natychmiast, tu zaś zielarka nie wyczuwała najmniejszych oznak, że serce na powrót podjęło pracę. Zamiast tego ciało dziewczyny pokryło się sino-białą barwą, a prawa strona przyoblekła się w siatkę czarnych żyłek. Nagle siedmiolatka zaczerpnęła gwałtownie powietrza. Szeroko otworzyła oczy, z których jedno świeciło niby niebiańskim blaskiem, drugie zaś przypominało czarną otchłań. Jaqor z krzykiem odskoczyła od białowłosej, wpadając na Xaana, który objął ją ramionami. Nad białowłosą uniosła się zamglona mara, jakby ciało dziewczyny opuściła dusza. Przybrała ona postać na wpół demonią, na wpół anielską, rozpościerając ogromne skrzydła niby tarczę, która miała chronić Laeyzdl. Chwilę po tym, z zawrotną prędkością wbiła się z powrotem w ciało dziecka. Zaraz po tym Laey odwróciła się na bok i zwymiotowała substancją, którą Jaqor podała jej w dniu badania.
   W tym momencie do namiotu wszedł Enador. Z trudem ukrył obrzydzenie na widok śmierdzącej cieczy. Xaan szybko odsunął od siebie elfkę i dla niepoznaki złapał ją w sposób, w jaki zazwyczaj sprowadzał do przełożonego dłużników. Uwaga szefa była jednak skoncentrowana na dziewczynie, która leżała bezwładnie na łóżku, ciężko oddychając.
   Mężczyzna nie był głupi. Szybko dostrzegł pustą fiolkę po La'via i opróżnioną strzykawkę. Skoro eliksir życia wszedł w reakcję z trucizną, a co więcej się jej pozbyła, dziewczyna musiała być Aengelem.
   Musiała.

~~


   Słońce chyliło się ku zachodowi, okrywając ziemię krwisto pomarańczową poświatą. Ezarel siedział przy jednym ze stołów, odcięty od reszty świata nie tylko potężnym filarem, podtrzymującym pierwsze piętro. Był wstawiony w cztery dupy. Po prostu.
   Pod stołem leżała opróżniona butelka miodu pitnego, sam elf zaś leżał na stole bełkocząc pod nosem tylko jemu znane formułki. Właściciel karczmy, otyły satyr, od dłuższego czasu go obserwował. Wiedział, że jego gość jest bogaty, w przeciwnym wypadku nie wynajął by pokoju w tej cenie, i najpewniej podróżuje ze swoim dobytkiem.
   Dotychczas elf skrupulatnie zamykał pokój na cztery spusty i zawsze miał przy sobie sporych rozmiarów torbę wypełnioną bliżej nieznaną karczmarzowi zawartością. Satyr z trudem wiązał koniec z końcem, jednak teraz los postanowił się do niego uśmiechnąć.
   Pijany w sztorc niebieskowłosy jegomość kompletnie nie zauważał tego, co się dookoła niego działo. Krok, po kroku właściciel lokalu zbliżał się do alchemika, chcąc sprawdzić na ile jego przypuszczenia o majątku elfa są trafne. Gdy zapuścił przysłowiowego żurawia ponad ramieniem Ezarela, ni stąd ni z owąd wyrósł przed nim postawny mężczyzna. Białe włosy opadały łagodnie na jego umięśnione ramiona, a piwne oczy spoglądały groźnie na satyra.
  —Szuka pan czegoś?
   Satyr zamarł w pół kroku i łypnął okiem na wojownika. Ton jego głosu wskazywał jednoznacznie na negatywne nastawienie do karczmarza.
  —Chodź, Ez— Valkyon złapał elfa za ramię i bez trudu postawił na nogi. Drugą ręką sięgnął po torbę alchemika i wyprowadził elfa z karczmy.
  —Comment pourrait-elle..hik!
   Białowłosy spojrzał zdegustowany na przyjaciela, jednak nie skomentował jego stanu. Jemu też zdążyło się raz czy dwa przesadzić z alkoholem, ale nigdy nie upił się do tego stopnia. Po przejściu kilku metrów zrozumiał, że chodzenie z Ezarelem pod rękę nie ma najmniejszego sensu; mężczyzna przerzucił więc towarzysza przez ramię i dużo żwawszym krokiem ruszył w stronę chaty. Dotarłszy na miejsce posadził uszatego na drewnianej ławie, a sam zajął jedno z kuchennych krzeseł. Mimo że elf był dość szczypiorkowaty, niesienie go kilka kilometrów dało się we znaki białowłosemu.
  —Laeyzdl, toi petit..hik!
   Jakim cudem doprowadziłeś się do takiego stanu?, Valkyon wzniósł oczy ku górze, jakby szukał tam odpowiedzi.
  —Vaaalk— alchemik jęknął żałośnie, wytrącając wojownika z zamyślenia.—Dla-hik-czego ona mi to zrobiła? Hik! Przecież wiedziała, że..hik! Jestem bardzo wrażliwyyy— niespodziewanie zaczął płakać jak małe dziecko, opierając ciążącą głowę na ramieniu towarzysza.
   Powiedzieć, że Valkyon był zmieszany, to mało.
Mężczyzna niepewnie poklepał niebieskowłosego po głowie.
  —Nie wiem, czy wiedziała, ale jestem przekonany, że nie zrobiła tego specjalnie— mruknął, lekko krzywiąc się na zapach alkoholu, który co raz mocniej dawał znać o swojej obecności. Pomimo że elf wyglądał jakby zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością, na słowa wojownika poderwał głowę gwałtownie i z urażoną miną spojrzał prosto w jego piwne oczy.
  —Jak to nie hik! specjalnie?! I nawet mnie nie przeprosiłaaaa— Ezarel ponownie wydał z siebie żałosny płacz.
   Dwudziestojednolatek westchnął przeciągle i zerknął z ukosa na łkającego alchemika.
Mam nadzieję, że nie będzie tego pamiętał.. Bez ostrzeżenia Valkyon trzasnął w głowę Ezarela. Ten natychmiast odpłynął, najprawdopodobniej, w objęcia Morfeusza. Białowłosy chwycił przyjaciela pod pachy i zawlókł do łóżka Lanca. Niebieskooki wyszedł nie długo po dziewczynie, mówiąc, że na pewno nie wróci do domu na noc. Valkyon nie zamierzał zarywać nocy z powodu braku umiaru uszatego, dlatego też, gdy tylko Ezarel spoczął na wolnym posłaniu, i on udał się na spoczynek.

   Swego czasu Valkyon wyrobił sobie nawyk wstawiania wraz ze wschodem słońca. Z racji nadchodzącej zimy dzień stawał się co raz krótszy, toteż i później robiło się jaśniej. Wstawianie o godzinie szóstej stało się jednak jego rutyną tak głęboko zakorzenioną, że czy było jasno, czy nie, mężczyzna wstawał zawsze o tej samej porze. Dlatego też, słysząc rozdzierający wrzask, nie wiedział, co się właściwie dzieje.
   Mężczyzna wyjrzał przez niezasłonięte okno- na zewnątrz panował mrok, jednak księżyc powoli chylił się ku horyzontowi, by jak zawsze udać się na spoczynek. Przecierając powieki, wyczołgał się spod przetartego tu i ówdzie koca i ruszył w stronę głównej izby. W pomieszczeniu uderzył go ostry blask. Osłaniając oczy dłonią próbował zlokalizować źródło światła.
  —Ezarel?— rzucił pytanie jakby w przestrzeń, nie licząc nawet na odpowiedź.
   Mimo jego zaskoczeniu blask zelżał, a jego źródłem okazała się stara lampa naftowa, o której mężczyzna zdążył już dawno zapomnieć. Stała ona na środku stołu, za którym stał wściekły elf, wykrzywiając twarz w okropnym grymasie.
  —Ja rozumiem, że życie wojownika wymaga pewnych wyrzeczeń— zaczął cedzić— ale na Wyrocznię, jakieś podstawy trzeba zachować! Nie ma tu nic poza sucharami i twoim piwskiem! Gdzie mięso, gdzie owoce, gdzie na litość Wyroczni WODA?!
  —Codziennie przynosimy ją ze studni— burknął Valkyon, nie wiedząc jak ma zareagować na ten gwałtowny wybuch.
  —Ze studni, ha!— alchemik wyszczerzył zęby, by za chwilę na powrót przybrać wściekły grymas.— Czy ty zdajesz sobie sprawę ile bakterii jest w takiej.. takiej..
  —Czystej wodzie?
  —Ziemistej, brudnej, z kamieniem, metalami ciężkimi, mnóstwem robactwa i innych drobnoustrojów— wyrzucił na jednym wdechu, miażdżąc towarzysza wzrokiem.
  —A ty myślisz, że jaką wodę ci w tej karczmie podawali? Prosto ze świętego źródła oddalonego o dziesiątki kilometrów?
   Ezarel zrobił minę, jakby zaraz miał zwymiotować. Valkyon uśmiechnął się kpiąco, widząc jak przyjaciel toczy wewnętrzną walkę ze samym sobą.
  —Na szczęście mam chyba jeszcze przy sobie trochę wody ze źródła Amphea'y— rzucił po kilku minutach milczenia.
   Białowłosy wzruszył ramionami, nie chcąc się już wdawać w niepotrzebne dyskusje. Odwrócił się i skierował do kanciapy by wziąć, jak co rano, zimny prysznic. Uważał, że wojownik powinien być zahartowany by nie rozpraszać się podczas walki w niekorzystnych warunkach.

   Tymczasem Ezarel, który zadowalał się umyciem twarzy letnią wodą i nałożeniem odżywczego balsamu, wydobył z torby malutką, kryształową fiolkę. Mimo że nazwa jednoznacznie wskazywała na wodę, płyn był gęsty niby miód, kolorem zaś przypominał rozcieńczoną, białą farbę.
Elf uniósł flakonik tak, by móc spojrzeć na niego pod światło. Ciesz była mętna i leniwie przelewała się z jednej strony na drugą podczas delikatnego obracania.
Idealna, mruknął do siebie, choć jego mina wskazywała na zupełnie co innego.
   Niebieskowłosy zamaszystym ruchem zerwał korek i natychmiast wlał sobie do gardła zawartość flakonika. Skrzywił się przy tym niemiłosiernie, ale w końcu zdrowie ma się tylko jedno i nawet ktoś z tak wybitnymi umiejętnościami, jak on, nie jest wstanie ożywić trupa. Po połknięciu wątpliwe dobrej mikstury, elf rozejrzał się za czym do popicia. Szybko jednak przypomniał sobie słowa Valkyona i skierował swoje kroki ku wyjściu, mamrocząc pod nosem.
   Wracając z kilkulitrowym wiadrem wyglądał nieco pokracznie, ale udało mu się nie rozlać całej wody. W izbie przelał to, co dane mu było donieść, do niewielkiego garnka i używając prostego zaklęcia rozpalił ogień w piecu. Zagotowaną wodę wypił niemalże duszkiem. Z niezadowoleniem ponownie przejrzał wszystkie szafki, jednak wciąż znajdowały się tam tylko suchary. Mężczyzna wyciągnął puszkę z pożywieniem, położył na stole i usiadł na przeciwko niej.
  —Sama tego chciałaś— syknął.— Teraz się policzymy.

   Valkyon, dzierżąc w dłoniach puste, metalowe wiadro, szedł w górę po schodach, kierując się do wyjścia z kanciapy. Po ostatniej wizycie Laeyzdl był tak taki bałagan, że mężczyzna większość czasu spędził na szukaniu części swojej garderoby aniżeli na hartowaniu własnego ciała. Poirytowany szarpnął zasłonę, która na szczęście oszczędziła jego i tak już nadwyrężone nerwy i postanowiła zostać na drążku, a nie w jego ręce. Białowłosy wyprostował się lekko, nieświadomie prezentując swój nagi, umięśniony tors i odetchnął lekko zatęchłym powietrzem.
No tak, przeszło mu przez myśl, Lance'a nie ma, więc nikt nie wywietrzył tej rudery.
   Valkyon otworzył drzwi na oścież i nabrał czystego, zimnego powietrza w płuca. Zadowolony odwrócił się w stronę izby i stanął jak wryty. Ezarel, wpatrzony w puszkę z sucharami, zapomniał o istnieniu reszty świata. Surowym spojrzeniem taksował to pojemnik, to jego zawartość, jakby oczekiwał, że nagle zamienią się one w pięciogwiazdkowe danie. Wojownik przez dłuższą chwilę próbował zrozumieć to, co rozgrywało się na jego oczach, lecz gdy przez te kilka minut jego przyjaciel nawet nie mrugnął, postanowił przerwać ten nietypowy spektakl.
  —Ez?— zapytał stosunkowo cicho, robiąc kilka kroków na przód. Elf jednak nie zmienił swojej pozycji ani odrobinę.— Ez!— huknął tak, że szklane kufle zabrzęczały w szafkach komody.
   Ezarel powoli, jakby dawkował komuś cierpienia, podniósł wzrok i wlepił nienawistne spojrzenie w mężczyznę.
  —Czy ty zawsze musisz przerywać w najważniejszym momencie?— wycedził. Naraz gwałtownie wstał, niemal przewracając drewniane krzesło.— Prawie mi się udało!
   Valkyon spojrzał na uszatego ze szczerym zdumieniem, po czym przeniósł swoją uwagę na wysłużoną puszkę.
  —Udało się co?
   Dysząc niczym rozwścieczony byk, rzucił:
  —Zamienić to suche g***o w coś jadalnego!
  —Ezarel, to jest jadalne.
  —Może taki plebs, jak ty, zadowala się tą podróbą pożywienia, ale mój szlachecki żołądek nie zasługuje na takie.. coś!— prychnął z pogardą.
   Białowłosy westchnął zirytowany wielkopańskim zachowaniem elfa.
  —Zawsze możesz wrócić to tej zapyziałej karczmy— warknął, powoli tracąc cierpliwość.
   Przez chwilę obaj mierzyli się wzrokiem. Gdy Ezarel otworzył usta, by powiedzieć coś, co najprawdopodobniej pogorszyłoby jego sytuację, drzwi otwarły się z hukiem, wpuszczając mroźne, ranne powietrze.
   Na zewnątrz panowała szarówka toteż mężczyźni nie od razu rozpoznali lekko przygarbioną sylwetkę. Dopiero gdy postać zrobiła krok naprzód, stając w świetle tlącej się lampy naftowej, smok i elf rozpoznali niebieskookiego.
   Lance, ledwo trzymając się na nogach, oparł się ciężko o parapet jedną ręką. Jego ciało było naznaczone liczymy ranami, jakby mężczyzna stoczył walkę na śmierć i życie.
  —Lance!— białowłosy natychmiast podbiegł do brata i pomógł mu oprzeć się na jego ramieniu.
   Mężczyzna spojrzał na przyrodniego pełnym bólu wzrokiem i ledwie zauważalnie wskazał na wciąż otwarte drzwi.
  —Laeyzdl....Blackdog... W lesie...— ranny nie zdążył dokończyć, bo stracił przytomność.

~~




Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)

Ostatnio zmieniony przez Divia (22-02-2021 o 15h34)


https://zapodaj.net/images/1b8130842a811.gif

Offline

#17 09-02-2021 o 09h25

Straż Absyntu
Lix
Akolita Jednorożców
Lix
...
Wiadomości: 277

Divia napisał

Jakim cudem doprowadziłeś się do takiego stanu?, Valkyon wzniósł oczy mi górze, jakby szukał tam odpowiedzi.[q/uote]

Divia napisał

—Vaaalk— alchemik jęknął żałośnie, wytrącając wojownika z zamyślenia.—Dla-hik-czego ona mi to zrobiła? Hik! Przecież wiedziała, że..hik! Jestem bardzo wrażliwyyy— niespodziewanie zaczął płakać jak małe dziecko, opierając ciążącą głowę na ramieniu towarzysza.
powiem, że posikałam się ze śmiechu, Ezio taki wrażliwy, jak ona mogła mu to zrobić

Divia napisał

Mam nadzieję, że nie będzie tego pamiętał.. Bez ostrzeżenia(...)
jeśli on mówi, to powinien być myślnik

Divia napisał

Wracając w kilkulitrowym wiadrem wyglądał nieco pokracznie
z

Divia napisał

Valkyon otworzył drzwi na oścież i nabrał czystego, zimnego powietrza w płuc.
Mrrr, gołe ciałko widzę.

Divia napisał

Ezarel powoli, jakby dawkował komuś cierpienia, podniósł wzrok i nienawistne spojrzenie(wlepił) w mężczyznę.


Ezio książe mnie denerwuje, ale jestem w stanie go zaakceptować, bo odnoszę wrażenie, że czeka go jeszcze dużo zmian, których przyczyną będzie L

Offline

#18 12-02-2021 o 10h33

Straż Cienia
Divia
Akolita Jednorożców
Divia
...
Wiadomości: 406

-Rozdział 7-




   Nie wiedziałem, że ta mała potrafi tak dobrze walczyć.

~~


   Lance przeciągnął się, mrucząc jak kot, jednak szybko wyraz jego twarzy z błogiego zmienił się w grymas bólu. Mimo że był dziwnie wypoczęty, zdobyte poprzedniego dnia obrażenia wciąż dawały o sobie znać. Mężczyzna spojrzał na swój obandażowany tors i zobaczył, że krew zaczęła powoli przesiąkać przez materiał. Również jego prawe przedramię zostało dokładnie zabezpieczone, jednak i tu powoli krew ukazywała się na białym opatrunku.
   Niebieskooki zdjął nogi z łóżka, jednak za nim się podniósł poczekał chwilę, by zawroty głowy ustąpiły po gwałtownym ruchu. Nim stanął na nogach do sypialni wszedł Valkyon.
  —Wstałeś— mruknął brat, podchodząc do małego stolika i stawiając na nim miednicę z wodą.— Ezarel zaraz przyjdzie by zobaczyć jak szwy się przyjęły.
  —Czemu mówisz to takim tonem, jakby... Jakie szwy?!
   Wojownik spojrzał z konsternacją na starszego.
  —Nic nie pamiętasz?
  —Ja..— zawahał się, nie pewny czy powiedzieć prawdę, czy delikatnie nagiąć rzeczywistość.— Ja usłyszałem krzyk, a chwilę później z lasu wyskoczyła Laeyzdl, cała we krwi, a za nią ten przeklęty chowaniec— ton jego głosu niemal w jednej chwili zmienił się z niepewnego na twardy i wręcz wrogi.— Blackdogi pojawiają się jedynie na polecenie właściciela. Co za kretyn ujarzmił to bydlę?!
   Mężczyzna wbił wściekłe spojrzenie w ścianę i nerwowo zaczął skubać róg koca.
  —Co z nią?— zapytał niby od niechcenia, po kilku minutach ciszy.
   Po twarzy Valkyona przemknął uśmiech, a w oczach pojawiły się rozbawione iskierki.
  —Hmm, sądzę, że nie tak źle, skoro zdołała już obezwładnić Ezarela..
  —Niech wam nie przyjdzie do głowy proponować tej demonicy dachu nad głową!
   Czerwony po końcówki szpiczastych uszu elf wparował do pokoju, niemal wyłamując drzwi z zawiasów. Tupiąc tak mocno, jakby chciał powybijać dziury w podłodze podszedł do Lance'a i bez ceregieli złapał go za prawą dłoń. Sprawnym, choć na pewno niedelikatnym ruchem zdjął bandaż. Przyjrzał się zszytemu przedramieniu pod kilkoma kątami po czym niemal odrzucił rękę mężczyzny.
  —W porządku— warknął.— Jeśli nie będziesz tam grzebał wszystko powinno zrosnąć się w ciągu kilku dni, a jeśli będziesz miał szczęście to nie zostanie nawet blizna— wraz z ostatnim wypowiedzianym słowem odwrócił się na pięcie i tupiąc równie mocno wymaszerował z pokoju.
   Spojrzenie Lance'a musiało wyrażać wszystkie pytania kotłujące się w jego głowie, bo za nim zdążyła otworzyć usta, Valkyon powiedział:
  —Ta Laeyzdl jest dość.. wrażliwa na dotyk, więc jak tylko się ocknęła i zobaczyła stojącego nad nią Ezarela, który zszywał jej ranę na udzie, bez ostrzeżenia grzmotnęła go jego własną torbą, którą nieopatrznie zostawił przy jej łóżku— na wspomnienie tego "wypadku przy pracy" kąciki ust białowłosego drgnęły delikatnie.— Chwała Wyroczni, że zdążył już skończyć i zajmował się jedynie odcinaniem nadmiaru nici. Spokojnie wszystko jest już pod kontrolą— dodał szybko, widząc, że brat już chce wtrącić swoje trzy maana.
   A raczej pod względną kontrolą, pomyślał, słysząc inwektywy rzucane pod adresem dziewczyny.

   Dochodziło południe, gdy z małego pokoiku wyłoniła się najpierw głowa, a potem cała reszta pokiereszowanej nastolatki. Lewe udo jak i brzuch miała owinięte przybrudzonym bandażem. Dłonie były mocno pogryzione, a nogi podrapane. Czarne oko zdobił sporych rozmiarów siniak, przez który można było donieść wrażenie, że prawe ślepie dziewczyny zajmuje niemal pół twarzy.
Kuśtykając doszła do stołu i opadła na jedyne wolne krzesło, które ku rozpaczy elfa znajdowało się obok niego. Laeyzdl zdawała się zupełnie nie zauważać obecności alchemika i całą swoją uwagę skoncentrowała na Lance'u.
  —Dzięki za pomoc— burknęła po dłuższej chwili.
   Mężczyzna skinął uprzejmie głową i upił spory łyk wywaru przygotowanego przez Ezarela. Ten spojrzał na jedyną obecną przedstawicielkę płci pięknej spode łba i odchrząknął znacząco. Jedyne, co uzyskał to to, że Laeyzdl wraz z siedzeniem przeniosła się na drugi koniec stołu i spoczęła obok Valkyona.
  —Gdzie jest mój sztylet?— spytała bez ogródek. Pytanie zadała w bardzo niewinny sposób, jednak z jej oczu biły zimno i bezwzględność.
  —Nie jest ci teraz potrzebny.
  —Co nie zmienia faktu, że należy do mnie i chciałbym żeby wrócił do prawowitego właściciela.
   Białowłosy rzucił szybkie spojrzenie na towarzyszy i wstał, wzdychając z niezadowoleniem. Chwilę później wrócił ze srebrnym narzędziem i z niechęcią oddał je dziewczynie.
  —Pięknie dziękuję— rzuciła zjadliwie. Elf wzdrygnął się widząc na jej twarzy upiorny uśmiech.— Teraz, jeśli pozwólcie, udam się w swoją stronę. Podniosła się, lecz wielka dłoń wojownika usadziła ją z powrotem na miejscu.
  —Nie wiem czy jesteś tak pewna siebie, czy tak głupia, ale nie pozwolę ci wyjść w takim stanie.
  —Możesz myśleć o mnie co chcesz, ale ja nie zamierzam tu zostawać, a już na pewno nie w jego towarzystwie— rzuciła znaczące spojrzenie w stronę alchemika, który zagotował się ze złości.
  —Ezarel może wrócić do karczmy, w której przedtem wynajmował pokój.
  —Co?!— i elf, i dziewczyna równocześnie wlepili spojrzenia w dwudziestotrzylatka. Obydwoje natychmiast poczerwienieli, jednak na usta Laey wypełz także złośliwy uśmiech.
  —Zgoda!— z zapałem chwyciła rękę wojownika i delikatnie nią potrząsnęła.— To ja idę do siebie.
   Wciąż utykając, jednak w znacznie lepszym humorze ruszyła z powrotem do swojego pokoju i, o dziwo, zamknęła delikatnie drzwi. Valkyon uśmiechnął się delikatnie, podążając za nią wzrokiem, dopóki nie trafił na wyjątkowo wściekłą minę uszatego.
  —O co ci chodzi— burknął.— Masz pieniądze, więc możesz bez problemu się tam zakwaterować..
   Nie zdążył dokończyć, bo za niebieskowłosym trzasnęły drzwi, wprawiając szyby w drżenie.
  —Pod względem charakteru są jak dwie krople wody— mruknął Lance.


   Kolejnych kilka dni minęło spokojnie. Obrażenia Lance'a, dzięki elfim specyfikom zagoiły się, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Również Laey była w lepszej formie, jednak rana na udzie wciąż wymagała opatrywania, bo dziewczyna nie zgodziła się na przyjmowanie, jak określiła, trucizny szalonego naukowca, który z pewnością do niej napluł.
   Wreszcie nadszedł dzień, w którym bracia wraz z Ezarelem mieli wyruszyć do Stolicy. Tam, w ośrodku zwanym Kwaterą główną straży Eel mieli poddać się rekrutacji i dołączyć do grona strażników tych ziem.

   Valkyon omiótł po raz ostatni wzrokiem chatę. Wojownicy zabrali jedynie swoje rzeczy, zostawiając meble na miejscu. Białowłosy z lekką nostalgią przyglądał się pustym pokojom; mimo że nie spędził tu dużo czasu wydarzyło się wiele rzeczy, o których na pewno będzie długo pamiętać.
  —Valk, idziesz?— kobiecy głos dobiegł zza drzwi.
   Mężczyzna odwrócił się i wyszedł z budynku. Promienie budzącego się do życia słońca zalewały swoim blaskiem otoczenie. Grupa czterech faery ruszyła w kierunku zachodu, gdzie znajdował się ich punkt docelowy- Kwatera Główna. Lance wyliczył, że podróż nie powinna zająć im dłużej niż dzień marszu, co razem z przerwą na odpoczynek miało zająć trzydzieści sześć godzin. Postój zaplanował na granicy lasu, za którym znajdowała się Stolica. Ezarel długo narzekał, że nie zamierza podróżować z tą, jak to delikatnie powiedział, szaloną gówniarą, której hormony na mózg się rzuciły, jednak został przegłosowany przez braci. Wobec tego, choć niechętnie, przystał na towarzystwo Laeyzdl, ale tylko wtedy, gdy będzie utrzymywała dystans przynajmniej pięciu metrów od jego osoby.
   Pomimo słownych- i nie tylko- przepychanek droga do lasu upłynęła im nad wyraz szybko, więc całą grupą zadecydowali, że przed zapadnięciem zmroku przekroczą granicę lasu. Nic nie wskazywało na to, że coś może stanąć im na przeszkodzie. Pierwszy kilometr pokonali spokojnie, co jakiś czas siłując się z korzeniami czy kolcami krzewów. Z rzadka usłyszeli szelest przebiegającego Pimpela czy zauważyli przemykającego pomiędzy drzewami Dalafę. Mniej więcej w połowie odległości dzielącej ich od wyjścia z gęstwiny, Laey zaczęła uważniej słuchać otaczającej grupę natury i od czasu do czasu zerkała nieco nerwowo na boki. Gdy Lance wreszcie zarządził postój, dziewczyna była kłębkiem nerwów. Kiedy Valkyon podszedł i zapytał, czy wszystko w porządku, podskoczyła niczym spłoszona sarna, jednak szybko zbyła wojownika machnięciem ręki.
   Noc minęła względnie spokojnie i z samego rana grupa rekrutów wyruszyła w dalszą podróż. Osiemnastolatka magicznie pozbyła się uczucia, że ktoś ją obserwuje, jednak to zaniepokoiło ją jeszcze bardziej.
Doskonale zdawała sobie sprawę, że Enador jej nie odpuści. Miał odpowiednie zasięgi i doskonale wyszkolonych ludzi.
   Choć starała się wyprzeć z pamięci swoją przeszłość, jedna myśl zawsze czaiła się w zakamarkach jej myśli.

   Zemsta.

~~


  —Grupa czterech faery, trzech mężczyzn, jedna kobieta. Niebieskowłosy to elf, najprawdopodobniej ma ze sobą cały swój dobytek. Dwóch mężczyzn, zapewne spokrewnieni, podstawowe uzbrojenie- topór miecz i parę sztyletów, znikomy bagaż.
  —Rasa?
  —Trudno powiedzieć, ale wyglądają na wojowników. Z pewnością nie są to mieszańce.
   Dowódca w zamyśleniu pokiwała głową.
  —A ta.. dziewczyna?
  —Wysoka, długie białe włosy. Z tego, co udało mi się zaobserwować ma ze sobą jedynie sakwę, której strzeże jak oka w głowie.
  —Domyślasz się, co może tam ukrywać?
  —Niestety nie, bo dziewczyna była wyczulona nawet na najlżejszy szelest. Nie byłem wstanie zbliżyć się do niej na bliżej niż dziesięć metrów. W każdym razie nie chowała jej przed swoimi towarzyszami, więc zapewne oni wiedzą, co się tam znajduje.
  —Dobrze— mruknęła niby do siebie.— Czas przygotować się na powitanie nowych gości.



Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)

Ostatnio zmieniony przez Divia (12-02-2021 o 10h35)


https://zapodaj.net/images/1b8130842a811.gif

Offline

#19 17-02-2021 o 13h09

Straż Cienia
Divia
Akolita Jednorożców
Divia
...
Wiadomości: 406

-Rozdział 8-




   Ciepły, morski wiatr delikatnie poruszał polnymi kwiatami  sprawiając, że wyglądały one jakby kłaniały się przed idącą grupą pretendentów do członkostwa Straży Eel. Mimo wczesnej pory wszyscy byli w dobrych humorach, za wyjątkiem jednego elfa, który całą drogę mamrotał jakby zaklęcia pod nosem.
   Jedyna w towarzystwie dziewczyna co jakiś czas wesoło podskakiwała, bądź splatała w niekształtny wianek kwiaty znalezione po drodze.

   Gęsta mgła niczym tarcza otaczała wysokie mury Stolicy, zwieńczone żelaznym płotem o ostrych szpicach. Wyznaczając cztery kierunki świata, na murach stały wieże obserwacyjne. Kiedy dobrze się przyjrzeć, można było dostrzec majaczące w ich wnętrzu sylwetki wartowników.
Gdy podeszło się bliżej, z mgły wyłaniała się potężna, złota brama, przypominająca kształtem ostro zakończony sarkofag. Zarówno przed, jak i za murami stało po dwóch strażników, którzy przypominali kombinację faelien z Ogrem. Groźne miny nie zachęcały do zbliżania się, jednak Laeyzdl zdawała się nie zauważać ich obecności. Niemalże tanecznym krokiem podeszła do bramy i przyjrzała się jej z uwagą.
   Niedługo później dołączyła do niej reszta faery, którzy nie zdołali wykrzesać z siebie tyle entuzjazmu, co dziewczyna.
  —Czy ona nie powinna przypadkiem zasłonić tego oczyska za nim przyprawi kogoś o zawał?— mruknął elf, zmachany po wędrówce pod górę z ciężką torbą na ramieniu.
  —Czemu niby miałaby je ukrywać?— Valkyon nie odwrócił nawet na chwilę wzroku w stronę Ezarela, wpatrzony w białowłosą przed sobą. Wyglądała tak, jakby wdała się w dość burzliwą dyskusję z jednym strażnikiem.
  —Czemu? Bo odkąd się pojawiła spotykają nas same nieszczęścia, a te oczyska śnią mi się po nocach!
  —A nie wspominałeś czegoś ostatnio o jakiś ziółkach na uspokojenie?— Lance, który zamykał pochód nagle zmaterializował się pomiędzy przyjaciółmi.
  —Piję je żeby uspokoić moje skołatane nerwy. Ta wariatka od siedmiu boleści doprowadziła mnie na skraj załamania nerwowego!
  —Coś ty powiedział?
   Ezarel podniósł wzrok i napotkał jadowite spojrzenie swojej nemezis, która wyglądała jakby miała zamiar rozszarpać mu gardło. Zaraz za nią wyrósł potężny wartownik, który zmierzył niebieskowłosego równie nieprzychylnym wzrokiem.
  —Jakiś problem?
  —Ależ skąd, tak sobie tylko żartujemy!— elf przywołał na twarz sztuczny uśmiech i zwinnie objął Laey ramieniem, przyciskając ją do swojego boku.— Wie pan, kuzyneczka ostatnio nie w sosie. Chyba gwiazdy jej nie sprzyjają.
Ani mi się waż robić jakiejś głupoty, bo po nas, warknął prosto do jej ucha, tak żeby uzbrojony po zęby mężczyzna go nie usłyszał.
   Laeyzdl wykrzywiła usta w czymś, co w zamyśle miało być uśmiechem i jak na zawołanie oblała się rumieńcem.
  —Hm, w takim razie chodźcie.
   Kiedy tylko strażnik odwrócił się, białowłosa odepchnęła uszatego i sprzedała mu sójkę w żebra.
  —Żeby mi to było ostatni raz— warknęła, pokazując mu zaciśniętą pięść. Po tym odwróciła się na pięcie i ruszyła za muskularnym wieżowcem.
  —Lepiej uważaj, stary, bo stąpasz po baardzo kruchym lodzie— Lance poklepał elfa po ramieniu, po czym ruszył za bratem i zbuntowaną pannicą.

   Nie dane im było zajść daleko, gdyż kiedy tylko przystąpili granicę Stolicy drogę zastąpił im potężny Ogr.
  —Kim oni być? Dlaczego Hact wpuścić tych faery za mury?
   Mimo słusznego wzrostu mężczyzna sięgał ogrowi zaledwie do ramienia. Mimo to, bez słowa zawahania, wytłumaczył to, co streściła mu chwilę wcześniej Laeyzdl.
  —Ja zająć się rekruci. Ty iść i pełnić dalej swoją wartę.
   Szatyn skinął głową i odszedł w stronę swojego towarzysza.
   Ogr zlustrował uważnym spojrzeniem całą trójkę.
  —Ty być siostra tego faery?— zapytał, wskazując na Valkyona. Mężczyzna i dziewczyna wytrzeszczyli oczy na giganta.
   Lance, widząc osłupienie towarzyszy, postanowił uratować sytuację i ze śmiechem objął brata.
  —Nie nie nie, Valkyon jest moim bratem. Laey to nasza.. znajoma.
  —Wy nie być podobni— skwitował z kwaśną miną. 

   Okolica była bardzo zadbana. Wybrukowany chodnik był idealnie zamieciony, trawniki równo przecięte jakby od linijki. Klomby zdobiące główną alejkę były uformowane w eleganckie kule.
   Po przejściu kilkudziesięciu metrów nad chodnikiem pojawiły się kamienne łuki, misternie zdobione u góry. Kolumny, które stanowiły ich podstawę miały wykute na swojej powierzchni starożytne pismo, które znali tylko wielcy uczeni.
   Laeyzdl przyjrzała się z ciekawością misternie wykonanym literom. Po dłuższej chwili zmarszczyła brwi, wzruszyła ramionami i ruszyła dalej za pozostałymi.
   Ogr stawiał niepoprawnie długie kroki, toteż dziewczyna musiała podbiec kawałek by nie zgubić towarzyszy. Gdy jej wzrok padł na ogra, niemal stanęła w miejscu ze zdumienia- nietrudno było zauważyć, że ich przewodnik stał się o głowę niższy i jakby drobniejszy.*
   Białowłosa, kierowana czystą ciekawością, zbliżyła się do niego i spytała bez owijania w bawełnę:
  —Czy ty się.. skurczyłeś?
   Stosunkowo wciąż ogromny mężczyzna odparł jakby od niechcenia:
  —Jamon móc rosnąć i maleć w zależności od sytuacji. Jeśli chcieć kogoś przestraszyć, Jamon wydawać się większy
— dopiero teraz spojrzał wprost na swoją rozmówczynię.— Co być z twoje oczy?
  —Ja.. ja się z takimi urodziłam— mruknęła, odwracając wzrok.
   Jamona zdawała się jednak satysfakcjonować ta odpowiedź, bo o nic więcej nie pytał.

   Im bardziej zapuszczali się w głąb Stolicy, tym więcej faery spotykali na swoje drodze- starców, dzieci, młodzików czy dorosłych, każdy krzątał się przy swoim obejściu, czasami rzucając ciekawskie spojrzenie.
   Targ zdawał się dopiero wyzwalać ze słodkich objąć Morfeusza, gdyż dopiero trójka Purrekos rozkładała swoje stragany. Laeyzdl przyglądała się ukradkiem kociakom, bo nigdy wcześniej nie spotkała się z takimi stworzeniami. Jeden szczególnie przykuł jej uwagę- rudy kocur o dwubarwnych tęczówkach, z lekko nadszarpniętym uchem. Wydawał się nie dbać o swój odmienny wygląd, co podniosło nieco dziewczynę na duchu.

   Po prawie półgodzinnym marszu dotarli wreszcie do górującego nad resztą budynku z czerwonej cegły. Znajdował się on idealnie w środku otoczonego murem miasta.
   Ogr bez słowa minął strażników, stojących po obu stronach mosiężnych drzwi i bez większego wysiłku je otworzył. Kiwnął na uzbrojonych mężczyzn by ci przepuścili eskortowanych przez niego faery i ruszył w głąb budynku.
   Ogromna sala, od której odchodziło mnóstwo korytarzy, a także drzwi do poszczególnych pomieszczeń robiła zapierające dech w piersiach wrażenie. Marmurowe podłogi lśniły, a kolumny podpierające zawieszony kilka metrów nad ziemią sufit, nie nosiły śladu najmniejszego pęknięcia. Dach został wykonany ze szkła, dzięki czemu promienie słońca dostawały się do wnętrza Kwatery. Zawieszone w górze kryształowe żyrandole odbijały światło sprawiając, że cały hol zdawał się skrzyć drobinkami diamentów.
   Jamon postanowił się jednak nie roztkliwiać nad tym niewątpliwym dziełem sztuki i ostrzegawczym mruknięciem ponaglił grupę. Skierowawszy się na prawo trafili na wyłożony dywanem korytarz skąd ruszyli w stronę lewego skrzydła, do sali, w której na specjalnym leju ustawiony był ogromny, niebieski kryształ. Zdawał się emanować niezwykłą energią, która mimo wszystko wzbudzała respekt tak, jakby był istotą żywą o niepojętej mocy.
   Zza monumentu wyłoniła się młoda Kitsune, o kruczych włosach i bystrym spojrzeniu. W prawej dłoni dzierżyła berło, które wieńczyła niewielka, okrągła klatka wypełniona niebieskim płomieniem.
   Widząc przybyszy zastrzygła uszami i uprzejmie skinęła głową na ogra.
  —Witajcie, nazywam się Miiko Ledarey. Pełnię funkcję dowódcy Lśniącej Straży. Co was tutaj sprowadza?
   Lance, poczuwszy się w obowiązku, zrobił krok na przód i z lekkim ukłonem zaczął mówić.
  —Jesteśmy tutaj by poddać się rekrutacji do straży Eel. Chcemy w godny sposób  wykorzystać nasze zdolności, a tym samym chronić słabszych przed niebezpieczeństwem. Mamy nadzieję, że udzielisz nam swej łaski i pozwolisz podjąć próbę w sprostaniu waszym oczekiwaniom.
  —O jakich umiejętnościach mówisz?
   Niebieskooki zerknął na Ezarela, który doskonale rozumiejąc przekaz, zabrał głos.
  —Nazywam się Ezarel, pochodzę ze szlacheckiego rodu elfów, który od wieków znany jest ze swych zdolności alchemicznych. Opuściłem rodzinny dom by móc się dalej kształcić w swojej profesji, aż trafiłem tutaj.
   Kitsune kiwnęła głową na znak, że wszystko dokładnie zrozumiała i zwróciła się mu Valkyonowi.
  —Jestem Valkyon, razem z bratem podróżujemy po krainie od czasu śmierci naszych rodziców. Ze względu na różne okoliczności opanowałem sztukę władania bronią, ale wciąż się uczę.
  —Jak mniemam to ty jesteś jego bratem?— spojrzała na Lance'a.— Na imię ci..?
  —Lance, do twoich usług— skłonił się lekko, posyłając kobiecie uprzejmy uśmiech.— Znam podstawowe techniki obrony i ataku, jednak najlepiej czuję się... szpiegując innych.
   Miiko nie umknął błysk w oku mężczyzny, gdy ten wspomniał o swojej profesji. Kąciki jej ust drgnęły w delikatnym uśmiechu, a ogony lekko zamiotły podłogę.
  —Rasa?
  —Potomkowie Arkadiuszy, jedni z ostatnich, jacy chodzą po tej ziemi.
   Valkyon powstrzymał się przed rzuceniem nierozumiejącego spojrzenia w stronę brata. Nie spodziewał się, że kłamstwo tak gładko wyjdzie z jego ust.
  —Hmm, nie mieliśmy jeszcze tutaj żadnych Arkadiuszy..— mruknęła i zmrużyła oczy, jakby chciała dostrzec, czy mężczyzna mówi prawdę.— A ty jak się nazywasz?— słowa skierowała do białowłosej, która do tej pory kryła się w cieniu towarzyszy. Teraz, chcąc nie chcąc, wystąpiła przed szereg i odważnie podniosła głowę.
  —Laeyzdl.
   Niewiele brakowało by Kitsune opadła szczęka, jednak szybko przywołała się do porządku.
  —Miło cię poznać, Laeyzdl.. Jaką rasę reprezentujesz?
  —Nie wiem, nigdy nie poznałam swoich rodziców.
   Tym razem Miiko nie zdołała ukryć zaskoczenia, co dziewczyna od razu wychwyciła. Uniosła lekko brodę do góry i spojrzała na kobietę, jakby rzucała jej wyzwanie.
  —Cóż, przykro mi.. w takim razie kto cię wychował?
   Osiemnastolatka przygryzła wargę, nie odezwawszy się słowem.
  —Masz jakąś dalszą rodzinę?
   Nic.
  —Czyżby cię porzucili?
   Cisza.
  —Skąd pochodzisz?— zapytała nieco ostrzejszym tonem.
   Laey jednak wciąż uparcie milczała.
  —Posłuchaj, jeśli nie odpowiesz na moje pytania zostaniesz oddelegowana za mury Stolicy. Nie mogę zaufać komuś, kto sam nie potrafi mnie nim obdarzyć— powiedziała stanowczo, lecz w tonie jej głosu słychać było rozeźlenie.— Więc?
   —Nie uważam żeby moja przeszłość definiowała to, kim jestem teraz— odpowiedziała nad wyraz mocnym tonem.— To, co się kiedyś stało odeszło, więc nie rozumiem dlaczego mam odgrzebywać swoją przeszłość, skoro teraz nie ma ona najmniejszego znaczenia.
   Miiko zlustrowała dziewczynę uważnym wzrokiem, analizując to, co powiedziała.
  —Jamon— zawołała po dłuższej chwili.— Zaprowadź naszych gości do wolnych pokoi. Na razie będziecie się musieli podzielić jednym na parę, ale kiedy dopełnimy wszelkie formalności i sprawdzimy, czy faktycznie nadajecie się do Straży Eel, możecie liczyć na indywidualne sypialnie— skinęła na ogra, który w odpowiedzi ruszył ku wyjściu, zapraszającym gestem dając znać nowo przybyłym faery by poszli za nim.

~~


  —Nie zasnę z nią w jednym pokoju!

   Ezarel stał, głośno wypuszczając powietrze przez nozdrza i patrzył z mieszaniną złości i niepokoju na podejrzanie zadowoloną Laey. Dziewczyna rozluźniona opierała się o parapet niewielkiego pokoiku, w którym znajdował się dwa łóżka, ogrodzone od siebie stolikiem i niewielka komoda. Bawiło ją zachowanie elfa, który z każdym dniem co raz bardziej przypominał jej rozwydrzonego dzieciaka aniżeli wybitnego alchemika. Lance zdawał się podzielać jej opinię- patrzył na uszatego z politowaniem popierając się pod boki. 
  —Wszystko w porządku?
   W drzwiach pojawiła się ruda czupryna z zajęczymi uszami. Dziewczyna uśmiechała się przyjaźnie.
   Ezarel wyglądał jakby miał na końcu języka mało elegancką wiązankę, ale Laey uszczypnęła go w bok i sama zabrała głos.
  —Oczywiście! Mam jednak jedno pytanie, czy Valkyon może zamienić się z którymś z nas pokojem? Mimo że to bracia, kiedy nikt nie patrzy skaczą sobie do gardeł. Lepiej nie prowokować niepotrzebnych bójek— użyła najmilszego uśmiechu, na jaki było ją stać.
   Brownie wyglądała na lekko zaskoczoną, ale nie oponowała.

  —Dzięki Valk! Nie zapomnę ci tego!
   Radosne trzaśnięcie drzwi było niczym miód na serce dziewczyny. Już więcej nie będzie musiała oglądać tej niebieskiej kity. Przynajmniej tej nocy.
  —Zajmuję łóżko od okna— rzuciła, ledwie spoglądając na właściciela małej Musarose.— I trzymaj tego szczura przy sobie.
   Valkyon przewrócił oczami. W ciągu ostatnich kilku dni Laeyzdl udało się zawrzeć rozejm z jego chowańcem, lecz białowłosa wciąż nazywała ją nazwą kanałowego gryzonia. 

   Położyli się spać późnym wieczorem. Podczas obiadu Ykhar przedstawiła ich większości obecnych, między innymi dowódcom dwóch straży- Obsydianu i Absyntu. Podobno dowódca Straży Cienia przebywał aktualnie poza granicami Stolicy. 
   Obsydianczyk był mężczyzną w średnim wieku, z charakterystycznym dla Fenghuangów wąsem i cienkim pasmem brody. Nie przypominał wojownika, raczej pisarza, jednak sposób, w jaki opowiadał o swoich treningach czy technikach ataku i obrony sprawiał, że jego niepozorny wygląd przestawał mieć jakiekolwiek znaczenie. Widać było jak na dłoni, że Fenghuang zna się na swoim fachu.
   Przedstawicielka straży Absyntu była osiwiałą ze starości faelien, której matka była ziemianką, jednak z miłości postanowiła osiedlić się na stałe w krainie Eel. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak urocza babuleńka, lecz szybko okazało się, że ma równie paskudny charakter, co Ezarel. Już na samym początku wytknęła mu, że mężczyznom nie przystoi nosić tak długich włosów, w dodatku w tak krzykliwym kolorze. Nie dało jej się przemówić do rozumu, że to jedna z cech charakterystycznych dla Elfów; ona wiedziała swoje. Valkyona także nie omieszkała się zganić za przydługą fryzurę, jednak niego nie czepiała się aż tak bardzo.

   Laeyzdl starała się zrobić dobre pierwsze wrażenie, jednak im więcej faery zaczynało się wokół niej kręcić, tym bardziej robiła się nerwowa. W końcu Lance musiał wyprowadzić ją na zewnątrz by całkiem nie zepsuła im reputacji.
   Było już grubo po północy, gdy dziewczyna poczuła jak gbyby przeszło przez nią wyładowanie elektryczne. Gwałtownie zabierając powietrza, odrzuciła kołdrę i usiadła. Kosmyki  włosów oblepiły jej pokrytą kropelkami potu twarz, a koszula niczym druga skóra przylgnęła do grzbietu. Lekko zdezorientowana rozejrzała się po pokoju, ale wyglądało na to, że tylko ona doświadczyła tego wątpliwe przyjemnego uczucia; Valkyon spał na wznak, a umięśniona klatka piersiowa unosiła się przy każdym oddechu. Śpiąca na jego piersi Musarose zdawała się mu kompletnie nie przeszkadzać.
   Spokój, jaki od niego emanował, pozwolił białowłosej opanować emocje, dzięki czemu jej serce powoli odzyskiwało swój naturalny rytm.
   Kiedy odzyskała zdolność miarowego oddechu, wstała i podeszła do okna. Chwyciła za drewnianą klamkę i szarpnęła. Z cichym skrzypnięciem okno otworzyło się, a do pomieszczenia wpadł podmuch zimnego, nocnego powietrza. Materac, na którym spał wojownik, zaskrzypiał niepokojąco, wywołując u Laey palpitacje serca. Mężczyzna jednak nie otworzył nawet oczu, więc osiemnastolatka stwierdziła, że zapewne coś musiało mu się przyśnić.
   Z powrotem odwróciła twarz ku okrytemu cieniem dziedzińcowi. Bez trudu rozróżniała poszczególne kształty- kamienne ławki, kwiatowe krzewy i sylwetki strażników, pełniących nocną wartę. Po raz ostatni odetchnęła świeżym powietrzem i zamknęła okno. Gdy zwróciła się twarzą do pokoju, przed nią stał on.

~~


   Mężczyzna o płowych włosach wstrzymał konia i przyjrzał się roztaczającej się przed nim zielonej pustyni. Pokryta trawą ziemia zdawała się rozciągać aż po horyzont, tworząc nieskończenie długie, otwarte pole.
   Drzewa za plecami faery zakołysały się delikatnie, jakby las przywoływał go z powrotem do siebie.

Czujesz już ten cudu żar?
To jego szuka cały świat.
Odnajdź miejsce, życia dar,
Magiczny Paproci Kwiat..**




ogłoszenia parafialne 3.0



Życzę miłej lektury ^^

PS. Czy ja nie używam za dużo akapitów..?

Ostatnio zmieniony przez Divia (22-02-2021 o 15h35)


https://zapodaj.net/images/1b8130842a811.gif

Offline

#20 19-02-2021 o 22h39

Straż Absyntu
Lix
Akolita Jednorożców
Lix
...
Wiadomości: 277

Strasznie, ale muszę ci to przyznać, że strasznie strasznie strasznie nie podoba mi się zachowanie L. Jak na początku myślałam, że Ez to panicz i trochę przesadza, to jej szczerze zaczynam nienawidzić(i to bardziej, niż ty Aarona ;3; ) nawet nie wiesz jak mnie zdenerwowała  kiedy Valk zgodził się zamienić dla niej pokojem, a ona nie dość, że rządziła się tam tak, jakby to ona zrobiła coś dla niego, to jeszcze zaczęła obrażać małą słodką Floppy. L zgiń, albo zmień się, bo się pogniewamy D:<

Ostatnio zmieniony przez Lix (19-02-2021 o 22h40)

Offline

#21 21-02-2021 o 22h13

Straż Absyntu
Kace
Pokonała kurę
Kace
...
Wiadomości: 684

Divia napisał


Zaraz po tym kobietą wybiegła z jednego z namiotów

W tym momencie do namiotu wszedł Endador.

Skoro eliksir życia wszedł w reakcję z trucizną, a co więcej się jej poznała



a; bez "d"; tu nie miało być "pozbyła"...?;


Divia napisał

—Vaaalk— alchemik jęknął żałośnie, wytrącając wojownika z zamyślenia.—Dla-hik-czego ona mi to zrobiła? Hik! Przecież wiedziała, że..hik! Jestem bardzo wrażliwyyy— niespodziewanie zaczął płakać jak małe dziecko, opierając ciążącą głowę na ramieniu towarzysza.
   Powiedzieć, że Valkyon był zmieszany, to mało.

... XDDDDDDDDDDDDDD Chociaż znowu nie spamiętałam, co się stało XDD chyba, że tym razem jeszcze nie było o tym mówione xd (bo zastanawiam się na tym etapie, czy chodzi o przywalenie mu czy o coś jeszcze więcej... ( ͡~ ͜ʖ ͡°)
Kolejne akapity też piękne. Kolejne przywalenie denerwującymi elfowi i to z łóżkiem Lance'a ( ͡ಥ ͜ʖ ͡ಥ)XDDDD

Divia napisał

Mężczyzna nie pewnie

Z racji nadchodzącej zimy dzień stawał się co raz krótszy

—Zrób to, Jaqor, za nim on przyjdzie—
łącznie

Divia napisał

Valkyon uśmiechnął się kpiąco, widząc jak przyjaciel toczy wewnętrzną walkę że samym sobą.
z

Divia napisał

Skrzywił się przy tym niemiłosiernie, ale w końcu zdrowie ma się tylko jedno i nawet ktoś z tak wybitnymi umiejętnościami, jak on, nie jest wstanie ożywić trupa.
spacja

Uuuh, Valkyon taki władczy jeszcze bardziej jak nagi XDDDD

Divia napisał

Przez chwilę obaj zmierzyli się wzrokiem.
mierzyli się

No to rozdział 6 za mną. Ezarel chyba bardziej niż denerwować, to mi się osobiście podoba XD A Valkyon przy nim taki mrrr, ahaha XD
Ha, ten język "Ezarela"... ;> W sumie jego, jakby nie patrzeć. "toi petit" i ja w pierwszej chwili — co, urocza? Upity Ez pierwsza klasa... A nie, zaraz, petit to mały XDD I już wiem co miał na myśli "ta mała gówniara" XDD Ale Ezio uroczy XD

Divia napisał

i tupiąc równie mocno wymaszerował z pokoju.
no tak. To musiało wyglądać komicznie xDDDDD

Divia napisał

Jedyne, co uzyskał to to, że Laeyzdl wraz z siedzeniem przeniosła się na drugi koniec stołu i spoczęła obok Valkyona.
no i dobrze xDDDDD

A rozdział 7 był faktycznie bardzo krótki xD Ale ta Laey ma charakterek XD Z Valkiem to jak ogień i woda!

Co już zaczęłam zauważać, jak mi się zdaje, subtelne zainteresowanie Valkyona Laey. W takim opiekuńczym stylu, to bardzo pasuje do niego pasuje :3 Zaskoczyła mnie natomiast Ezarela umiejętność czarowania... ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Divia napisał

Jedyna w towarzystwie dziewczyna co jakiś czas wesoło podskakiwała, bądź splatała w niekształtny wianek kwiaty znalezione po drodze.

A to słodkie! Chyba zaczyna się do nich przywiązywać :p Ale i tak będzie udawała, że jest inaczej, oczywiście! xD

Divia napisał

  Ezarel podniósł wzrok i napotkał jadowite spojrzenie swojej nemezis, którą wyglądała jakby miała zamiar rozszarpać mu gardło.

O, a dalej widzę już, że jest zabawnie xD ...Ahhaha, ah, Jamon <3

Divia napisał

Obaydianczyk był mężczyzną w średnim wieku
s

Divia napisał

Materac, na którym spała wojownik, zaskrzypiał niepokojąco, wywołując u Laey palpitacje serca.
koniecznie bez tego "a". Myślałam, że chodzi o Laey xd

Divia napisał

PS. Czy ja nie używam za dużo akapitów..?
Tak, faktycznie. Czasem to trochę nawet przeszkadza. Czasem... Nie wskażę jednak konkretnych przykładów, ale skoro sama o to spytałaś, to czujesz, że jest ich trochę nadmiar :p

A mi się szczerze podoba postać Laey! Valkyon się przecież widocznie nie obraził za te przytyki względem tej swojej musarose... xD Ano, i skoro dziewczynę dziabnęła to wyobrażam sobie, że jest z niej dumny, zaś Laey tak na nią reaguje, bo się jej boi (trauma) xD Zaś co do zamiany pokoju to w moim mniemaniu Valk bardziej zrobił przysługę Ezarelowi XD Posumowując: zderzenie charakteru Laey i Valkyona jest urocze :3

No i oczywiście przybyłam, przeczytałam i to akurat z końcem w tajemniczym momencie xDD

Ostatnio zmieniony przez Kace (21-02-2021 o 22h14)

Offline

#22 22-02-2021 o 15h07

Straż Cienia
Divia
Akolita Jednorożców
Divia
...
Wiadomości: 406

-Rozdział 9-




  Stała autentycznie przerażona.

  Ona, która przeszła tak wiele, a jedną osobą wzbudzającą w niej lęk był Enador, opierała się o drewniany parapet, struchlała ze strachu.
  —To znowu ty..
  Dziewczyna rzuciła szybkie spojrzenie na Valkyona, jednak mężczyzna zdawał się spać kamiennym snem. Nawet Musarose wyglądała na ścisłe wtuloną w ramiona Morfeusza.
Nie miała dokąd uciec. Jak na złość okno zamknęła dosłownie chwilę wcześniej, więc o ucieczce tą drogą nie było mowy. Nie miała nawet jak się rozpędzić by z odpowiednio dużą siłą wybić szyby z przestarzałych ram.
Mężczyzna, przypominający humanoidalny obłok czarnego dymu, zdawał się uśmiechać triumfalnie, jak kot, który zagoni mysz w ślepy zaułek. Po raz kolejny udało mu się złapać Demonią w pułapkę. I nikt z tej opresji nie mógł jej wybawić.
  Dziewczyna starała opanować drżenie, lecz im dłużej przebywała w obecności prześladowcy, tym większy opanowywał ją strach. Jej oprawca wyglądał, jakby rozkoszował się jej słabością, z lubością wciągając powietrze.
  Chyba nie zamierzasz tym razem sprawiać większych problemów?, usłyszała, mimo że mężczyzna nie poruszył nawet ustami. Jeszcze gdyby je miał!
Smuga dymu, niby ręką, pogładziła ją po policzku, zostawiając za sobą piekącą jak oparzenie smugę.
  Moja miła, czyżbyś zapomniała o naszej transakcji wiązanej?
Laeyzdl wybałuszyła na stwora oczy, a przez jej głowę przeleciały setki wspomnień z czasów, gdy należała dla Enadora. Czyżby to jeden z jego klientów, który niegdyś zawiesił na niej oko? A może ten obleśny dziad, który..
Dziewczyna z trudem powstrzymała atak mdłości. Pieprzony, upity staruch, którego Enador obskubał go ostatniej maany. I komu się oberwało? Oczywiście jej!

  Postać zaśmiała się cicho, i delikatnie pokręciła głową. Widzę, że nic nie wiesz, przysunął się do niej, wlepiając białe, błyszczące ślepia. To nic. W krótce wszystko zrozumiesz. W jednej chwili mężczyzna rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając po sobie ciemny, gryzący dym. Laey próbując opanować atak kaszlu szarpnęła za okno i otworzyła je na oścież. Gęsta chmura w mgnieniu oka ulotniła się na zewnątrz jak ptak wypuszczony z klatki na wolność. W co ja się wpakowałam?


  Ból głowy, który delikatnie mówiąc rozsadzał jej czaszkę od środka, wzbudził ją z wyjątkowo niespokojnego snu. Dziewczyna ze złością odrzuciła na wpół rozpleciony warkocz i ze złością spojrzała na śpiącego Valkyona, jakby to on był winny jej dolegliwościom. Starając się utrzymać równowagę zarzuciła na siebie pelerynę, którą jeszcze w Liahab podarował jej Lance, i ruszyła na poszukiwanie prysznica. Białowłosa była przyzwyczajona do spartańskich warunków, jednak teraz marzyła tylko o tym by móc zmyć z siebie nocne wydarzenia. Niepewnie stawiając kroki przeszła przez zacieniony korytarz.
Gdzie była ta łaźnia, mruknęła do siebie, mało przytomnym wzrokiem omiatając wysoki hol. Skoro są tak wspaniali, jak twierdzą, nie mogli wpaść na pomysł podpisania tych cholernych drzwi? Zdesperowana otworzyła pierwsze z brzegu wejście.
Wyrocznia chyba jej sprzyjała, bo dziewczyna znalazła się w przestronnej łaźni.
  Laeyzdl wzięła długi, ciepły prysznic, który w miarę pozwolił jej pozbyć się tępego bólu. Nim wyszła z kabiny spłukała się jeszcze strumieniem zimnej wody by pozbyć się resztek otępienia. Zostawiając za sobą mokre ślady podreptała do pokoju. Kiedy weszła do pomieszczenia, Valkyon dopiero się budził.
  —Gdzie byłaś?— wymruczał, przecierając oczy.
  Floppy sturlała się z jego klatki piersiowej, gdy uniósł się na łokciu. Samiczka spojrzała z lekkim wyrzutem na swojego opiekuna i ziewnęła, otwierając szeroko pyszczek. Mimo kiepskiego humoru, Laey spojrzała czule na chowańca. Nie umknęło to uwadze wojownika, który uśmiechnął się pod nosem.
  —Widziałam— mruknęła, rzucając w niego mokrym ręcznikiem.
  Mężczyzna zaśmiał się cicho i wstał z wąskiego posłania. Daleko mu było do miana luksusowego, ale i tak spało mu się na nim lepiej, niż łóżku będącym wyposażeniem chaty.
  —Taa.. króliczyca..
  —Ykhar..
  —Tak, Ykhar— machnęła ręką— mówiła, że dziś mają przeprowadzić testy do Straży?
  —Tak.
  —I każdy musi wziąć udział we wszystkich trzech egzaminach?
  —Dokładnie.
  —Zamierzasz trafić do Straży Obsydianu?
  —Yhm
  —Czy ty potrafisz powiedzieć na raz więcej niż dwa słowa?
  —Taak.. co? O czym ty mówisz?
  —Cztery, niezły wynik— mruknęła, udając, że liczy na palcach. Valkyon przyglądał się chwilę w ciszy jak białowłosa ścieli łóżko.

  Nie potrafił jej do końca rozgryźć. Mimo że mocna w gębie niewiele mówiła o sobie samej, nawet gdy przyszedł czas na prezentację przed dowódcą Lśniącej Straży. Nawiasem mówiąc nie spodziewał się zobaczyć Kitsune, która na dodatek była młodą kobietą, jednak biła od niej niezwykła pewność siebie, przez co uznał, że nie warto ją oceniać tylko ze względu na jej płeć. Nie mógł także zrozumieć dlaczego Lance zdecydował się na Arkadiuszy. Rasa ta była co raz rzadziej spotykana, o ile w ogóle. Zdawał sobie sprawę, że gdyby powiedział "jestem Smokiem. Tak się złożyło, że obudziłem się o tysiąc lat za późno i niestety nie mogłem poświęcić się razem z innymi. Bywa" zostali by albo wtrąceni do lochu i straceni za świętokractwo albo wysłani do czubków i tam najprawdopodobniej również pozbawieni życia.

Bywa.

Mężczyzna westchnął chyba odrobinę za głośno, bo Laeyzdl spojrzała na niego pytając znad patchworkowej narzuty. Pokręcił tylko głową, dając dziewczynie do zrozumienia, że to nic ważnego. Musarose, która nie potrafiła się na niego długo gniewać, sprawnie wspieła się po jego ramieniu i dotknęła leciutko noskiem policzka wojownika. Valkyon pogładził ją palcem po pyszczku, uśmiechając się do siebie. Floppy zawsze potrafiła poprawić mu humor.

  Po śniadaniu wszyscy- Ezarel, Lance z Valkyonem i Laey- zebrali się w sali kryształu, gdzie Ykhar po krótce opowiedziała im na czym będzie polegało sprawdzenie ich umiejętności. Pierwszym egzaminem była walka z Jamonem. Do dyspozycji rekrutów były miecz jedno i dwuręczny, włócznia, żelazna kula przytwierdzona do krótkiego acz grubego, stalowego łańcucha oraz kilka małych sztyletów. Zadaniem zdającego było pokonać Ogra w taki sposób aby żadna z walczących stron nie odniosła większych obrażeń. Brownie, zapytana co to oznacza odparła zdawkowo, że walczący mają przeżyć.
  Kolejnym etapem było przygotowanie wybranego przez Hathoe alchemicznego przepisu. Zaliczenie testu uznawano, jeśli substancja nie wybuchła w trakcie czy po jej przyrządzaniu, natomiast by mieć szansę do dostania członkiem Straży Absyntu mikstura musiała spełniać odpowiednie kryteria i być zdatna do ewentualnego spożycia, jeśli przepis tego wymagał. Oczywiście testerem miał być nie kto inny jak delikwent przygotowujący owy specyfik.
  Ostatnim, i teoretycznie najłatwiejszym egzaminem, był sprawdzian do Straży Cienia. Zadania wykonywane podczas niego ciągle się zmieniały, więc rudowłosa nie potrafiła jednoznacznie określić, co faery będą musieli zrobić. Jedyne o czym wspomniała to to, że kobietom może być łatwiej zaliczyć test, za co Miiko posłała jej ganiące spojrzenie.
  —Jakieś pytania?— zapytała na sam koniec, wciąż lekko speszona po niemej naganie od przełożonej.
  —Czy... Czy mogę mieć własną broń?
  —Co masz na myśli?— Kitsune popatrzyła prosto w oczy faery, jakby w nich była wstanie dostrzec to, co działo się w jej głowie.
  —Srebrny sztylet. Nic poza tym.
  —Ykhar wyraźnie powiedziała, że do waszej dyspozycji jest zestaw małych noży. Dlaczego nie skorzystasz z niego?
  Laey uśmiechnęła się przebiegle i rzuciła nieme wyzwanie lisicy.
  —Bo nie chcę nikogo skrzywdzić.

  Szczęk żelaza poniósł się echem po arenie, kiedy osiemnastolatka starła się z potężnym Ogrem. Jamon nie zamierzał dawać jej forów ze względu na jej gabaryty (a raczej ich brak). Dziewczyna jednak zdawała sobie nic nie robić z trzykrotnie większego przeciwnika- sprytnie obracała jego mocną stronę w słabość zwinnie unikając ciosów, dzięki temu, że bez trudu mogła przemknąć pod jego ramieniem czy pomiędzy nogami. W końcu, kiedy zauważyła, że ruchy Jamona nie są już tak płynne jak na początku starcia postanowiła zadać ostateczny cios. Wykorzystując znajdujące się pod murem drzewo wiśniowe, odbiła się od pnia i skończyła na plecy dowódcy strażników, splatając ramiona na jego szyi. Gdy Jamon poklepał ją po przedramieniu, białowłosa rozluźniła uścisk i zsunęła się na ziemię.
  —Ty być dobra w walce wręcz— wycharczał, ale mimo to uśmiechnął się do dziewczyny. Ona skinęła na niego głową i ruszyła w stronę wyjścia. Przechodząc obok Ezarela, który robił za widownię, uśmiechnęła się złośliwie i błysnęła ostrzem sztyletu.
  Nie zamierzała patrzeć jak Ogr rozkłada elfa na łopatki, wolała w tym czasie pójść się odświeżyć i zjeść coś przed egzaminem z pomarszczoną kobieciną.

  W czasie, gdy Laeyzdl brała kolejny tego dnia prysznic, Miiko przyszła do Hathoe by porozmawiać o eliksirze, który dziewczyna miała przyrządzić.
  —Hathoe, słyszałaś może o La'via?— zapytała jakby od niechcenia, spoglądając na stos papierzysk piętrzących się na kamiennym stole.
Alchemiczka spojrzała zaskoczona na przełożoną.
  —Oczywiście, że słyszałam. Jedyny problem tego eliksiru jest taki, że zioła w nim użyte rosną jedynie na północy Eel. Szczerze mówiąc to nawet nie wiem, czy jeszcze w ogóle istnieją.
Kitsune w zamyśleniu potarła brodę palcem wskazującym, by za chwilę spojrzeć z determinacją na kobietę.
  —Hathoe, ja muszę wiedzieć kim jest ta dziewczyna.
  Wydaje mi się, że mówiła prawdę o swoich rodzicach, ale nie podoba mi się to, że nie zdradza nam swojej rasy. Nie wierzę, że ci, którzy się nią opiekowali, nie zwrócili uwagi na jej.. nietypowy wygląd.
  —Możliwe, że to jakaś mutacja— mruknęła, ale szybko zamikła widząc wyraz twarzy lisicy.
  —Być może w wyniku wypadku pojawiła się u niej heterochromia, nie wiem, może krew zalała jej oko? Może ona nawet nie jest wstanie widzieć? Nie mogę jednak tylko spekulować wiedząc, co ta faery może nosić w sobie. Ja muszę wiedzieć czy stanowi dla nas jakieś zagrożenie.
  Hathoe podeszła do regału z księgami, od przepasłych tomów to wydań kieszonkowych i szybko taksowała kolejne półki. W końcu zatrzymała swój wzrok na niewielkiej pozycji, znajdującej się na najwyższej półce. Z trudem po nią sięgnęła; stare kości co rusz o sobie przypominały. Wraz z książką podeszła do Miiko i położyła ją na stole. Przerzuciwszy paręnaście kartek, stuknęła palcem w miejscu, gdzie znajdował się lekko zawarty już przepis. Składał się on z kilku prostych składników, które połączone ze sobą w odpowiedni sposób pozwalały na zobaczenie przeszłości osoby, która go spożyła, od dnia jej poczęcia. Była to rzadko stosowana receptura bowiem większość faery znała swoje pochodzenie. Owszem, były różne rytuały, które pozwalały poznać wrodzone umiejętności danej istoty, ale ich brutalność sprawiła, że stały się one częścią czarnej magii i zostały zakazane na terenie całej krainy.
  —Myślisz, że sobie z tym poradzi?
  —Dopóki nie spróbuje, nie przekonamy się— odparła z zadziornym uśmiechem.

  Przekonały się. Aż za dobrze.
  Jak kobiety ustaliły, Laeyzdl miała przygotować napój o niepozornej nazwie Niezapominajka, choć to już dało dziewczynie do myślenia. Laey uważała jednak, że nie ma nic do ukrycia, więc zbyła obawy wzruszeniem ramion i zajęła się czytaniem receptury. Nawet jak dla niej wydała się ona banalnie prosta, więc co mogło pójść nie tak?

Ano wszystko.

Całość szła całkiem sprawnie do czasu, kiedy faery zapomniała podgrzać wody, w której miała umieścić utłuczone w moździerzu zioła.
To był jej pierwszy błąd.
  Ezarel wszystko bacznie obserwował i z każdą minutą jego kpiący uśmiech poszerzał się. Oczywiście nie odezwał się ani słowem, czekając na epicką porażkę dziewczyny. Hathoe, ze względu na swój wiek, drzemała w drewnianym fotelu, otulona w przyjemny żar docierający z kominka.
Po zgnieceniu ziół wszystkie prezentowały się niemal identycznie, więc Laey wrzucała po garści przypadkowej mieszanki do wciąż zimnej wody. Dopiero gdy wszystkie składniki znalazły się w naczyniu, faery włączyła palnik.
To był jej drugi błąd.
  Woda w błyskawicznym tempie zaczęła wrzeć, niemal plując wrzątkiem niczym gorące źródła. Dziewczynie w ostatniej chwili udało się odskoczyć żeby nie oberwać gorąca cieczą. Widząc co się święci, uśmiech w jednym momencie zniknął z twarzy Ezarela i alchemik doskoczył do palnika, by go wyłączyć. Hathoe obudziła się z drzemki, wyrwana ze snu panującym na około zamieszaniem i lekko zdezorientowana spojrzała równie skonfudowaną Laey. Gdy zobaczyła, że cały blat pokrywają wciąż bulgoczące papki z ziół krzyknęła i podbiegła łapiąc się za głowę.
  —Mój biedny stół— szepnęła— mój biedny, cenny stoliczek.
Laeyzdl powoli, krok za kroczkiem, wycofała się z laboratorium, za nim ktokolwiek zdążył ją ochrzanić za wypadek.

  Kto to w ogóle wymyślił żeby byle komu kazać pierwszemu lepszemu faery robić jakieś ziołowe nalewki z przepisu, którego nawet nie da się odczytać?, warczała pod nosem schodząc ze schodów i wchodząc do Sali Drzwi. Zajęta utyskiwaniem niekompetencji członków Straży nie zauważyła, że weszła prosto pod nogi Valkyona. Wojownik zdążył ją ominąć jednak nie zdołał utrzymać równowagi i w ostatniej chwili złapał się stojącej obok kolumny. Leayzdl, czując czyjąś obecność za plecami, odwróciła się gotowa zaatakować, jednak gdy zobaczyła odzyskującego równowagę białowłosego, diametralnie zmieniła swoje nastawienie.
  —Już skończyłeś?— zapytała, z zainteresowaniem przyglądając się wojownikowi. Mówiąc brzydko był spocony jak świnia, co najmniej jakby przez ostatnią godzinę biegał sprintem wokół murów Stolicy.— Nie mów, że ten ogr tak cię wykończył.
  Valkyon zmierzył ją wzrokiem i rzucił:
  —Ykm, chciałbym się umyć, więc pozwolisz— wyminął dziewczynę i lekko kuśtykając ruszył w stronę jednego z korytarzy.
  Laey wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę piwnicy, do której prowadziły niebotycznie długie i niebotycznie strome schody. Miała wrażenie jakby wchodziła do jakiejś jaskini, głównie przez wszechobecną wilgoć i kropelki wody sączące się po ścianach, które wyglądały jak żywcem wyjętych z jakiejś groty. Co paręnaście metrów w zamontowanym uchwycie w ścianie była paląca się pochodnia, która przypominała bardziej element dekoracyjny aniżeli coś, co miało oświetlać jej drogę. Zejście na sam dół zajęło jej więcej niż przypuszczała, głównie ze względu na to, że każdy krok stawiała bardzo rozważnie by nie poślizgnąć się na mokrych stopniach.
  Jak nazwa straży wskazywała piwnica wydawała się być idealnym miejscem do przeprowadzenia egzaminu, jednak rowie dobrze mogli zrobić to w środku nocy na jakimś pustkowiu, gdzie trudno było by znaleźć jakąś kryjówkę. Nim Laey zdążyła na nowo zacząć wyklinać straż jej oczom ukazała się ogromna, wysoka na kilka metrów grota, do której prowadziła kolejna partia schodów. Na środku widniało małe jeziorko o krystalicznie czystej wodzie. Gdzieniegdzie znajdowały się stalagmity czy nawet stalagnaty, sięgające sklepienia jaskini. W ścianach umieszczono coś na wzór szklanych kul, wypełnionych miliardem świetlików, które oświetlały całą przestrzeń. Przy końcu schodów znajdowały się żelazne drzwi, najprawdopodobniej prowadzące do więzienia.
W cieniu jednego z jaskiniowych nacieków stał młody mężczyzna o czarnych włosach. Miał na sobie ciemny strój, dlatego jasne rękawice, które osłaniały mu niemal całą długość rąk, zdawały się niemal świecić. Ciemny szal zasłaniał mu twarz, więc dziewczyna nie była wstanie nawet stwierdzić jakie miał rysy twarzy. Gdy dotarła na sam dół, czarnowłosy drgnął i ruszył powoli w jej stronę. Nie podobało jej się, że wciąż nie zamierza ujawnić swojej tożsamości. Przez chwilę myślała nawet, że to mężczyzna, który nawiedziła ją ostatniej nocy, jednak wtedy dowódca Straży Cienia odsunął czarny, aksamitny materiał.
  Laeyzdl patrzyła na niego wstrząśnięta, nie wiedząc czy jej widzące w ciemności oko jej nie zwodzi. Wampir wyglądał jednak na równie wstrząśniętego.
  —Nevra..?



Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)


https://zapodaj.net/images/1b8130842a811.gif

Offline

Strony : 1